czerwiec 2026 P W Ś C P S N 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 -
Ostatnie wpisy
Najnowsze komentarze
- Rozalia - Sadyzm moralny
- Wika - Anna Franaszek „Od Bieruta do Herlinga-Grudzińskiego: wykaz lektur szkolnych w Polsce w latach 1946-1999”
- czytelnik - Osip Mandelsztam “Aleksander Giercowicz” tłumaczyła z rosyjskiego Ewa Bieńczycka
- EWA BIEŃCZYCKA - Lluís Llach – ” Pal ” spolszczyła Ewa Bieńczycka
- Filip Łobodziński - Lluís Llach – ” Pal ” spolszczyła Ewa Bieńczycka
Kategorie
Archiwa
- lipiec 2024
- luty 2023
- styczeń 2023
- sierpień 2022
- maj 2022
- kwiecień 2022
- marzec 2022
- styczeń 2022
- listopad 2021
- czerwiec 2021
- maj 2021
- kwiecień 2021
- marzec 2021
- luty 2021
- styczeń 2021
- grudzień 2020
- listopad 2020
- marzec 2020
- luty 2020
- styczeń 2020
- grudzień 2019
- listopad 2019
- październik 2019
- czerwiec 2019
- marzec 2019
- styczeń 2019
- grudzień 2018
- listopad 2018
- październik 2018
- wrzesień 2018
- lipiec 2018
- maj 2018
- kwiecień 2018
- marzec 2018
- luty 2018
- styczeń 2018
- grudzień 2017
- listopad 2017
- październik 2017
- wrzesień 2017
- sierpień 2017
- maj 2017
- kwiecień 2017
- marzec 2017
- luty 2017
- styczeń 2017
- grudzień 2016
- listopad 2016
- październik 2016
- wrzesień 2016
- sierpień 2016
- lipiec 2016
- czerwiec 2016
- maj 2016
- kwiecień 2016
- marzec 2016
- luty 2016
- styczeń 2016
- grudzień 2015
- listopad 2015
- październik 2015
- wrzesień 2015
- sierpień 2015
- lipiec 2015
- maj 2015
- kwiecień 2015
- marzec 2015
- luty 2015
- styczeń 2015
- grudzień 2014
- listopad 2014
- październik 2014
- wrzesień 2014
- sierpień 2014
- lipiec 2014
- czerwiec 2014
- maj 2014
- kwiecień 2014
- marzec 2014
- luty 2014
- styczeń 2014
- grudzień 2013
- listopad 2013
- październik 2013
- wrzesień 2013
- sierpień 2013
- lipiec 2013
- czerwiec 2013
- maj 2013
- kwiecień 2013
- marzec 2013
- luty 2013
- styczeń 2013
- grudzień 2012
- listopad 2012
- październik 2012
- wrzesień 2012
- sierpień 2012
- lipiec 2012
- czerwiec 2012
- maj 2012
- kwiecień 2012
- marzec 2012
- luty 2012
- styczeń 2012
- grudzień 2011
- listopad 2011
- październik 2011
- wrzesień 2011
- sierpień 2011
- lipiec 2011
- czerwiec 2011
- maj 2011
- kwiecień 2011
- marzec 2011
- luty 2011
- styczeń 2011
- grudzień 2010
- listopad 2010
- październik 2010
- wrzesień 2010
- sierpień 2010
- lipiec 2010
- czerwiec 2010
- maj 2010
- kwiecień 2010
- marzec 2010
- luty 2010
- styczeń 2010
- grudzień 2009
- listopad 2009
- październik 2009
- wrzesień 2009
- sierpień 2009
- lipiec 2009
- czerwiec 2009
- maj 2009
- kwiecień 2009
- marzec 2009
- luty 2009
- styczeń 2009
- grudzień 2008
- listopad 2008
- październik 2008
- wrzesień 2008
- sierpień 2008
- lipiec 2008
- czerwiec 2008
- maj 2008
- kwiecień 2008
- marzec 2008
- luty 2008
- styczeń 2008
- grudzień 2007
- listopad 2007
- październik 2007
- wrzesień 2007
- maj 2007
- kwiecień 2007
- marzec 2007
- luty 2007
- styczeń 2007
- grudzień 2006
- listopad 2006
- październik 2006
- wrzesień 2006
- sierpień 2006
- lipiec 2006
- czerwiec 2006
- maj 2006
- kwiecień 2006
- marzec 2006
- luty 2006
- styczeń 2006
- grudzień 2005
- listopad 2005
- październik 2005
- wrzesień 2005
linki
jesień
Zaszufladkowano do kategorii obrzędy
5 komentarzy
Koniec lata
Pozamiatane są podłogi. Firanki w oknach jeszcze czyste;
drży w gardle kruchy stan niepewny,
kończy się lato i dni dżdżyste,
runą na spokój.
Jeszcze skąpany słońcem pokój,
pachną zdradziecko białe floksy;
czai się jesień w ramach okien,
czai się obcy.
W sień lepką wchodzą cienie długie,
utopić słońce bezpowrotnie;
krople wilgoci brną w szarugę,
w oślizłe stopnie.
Drży w gardle kruchy stan niepewny –
– tylko przyroda nie umiera.
Każdy nieboszczyk to mój krewny;
możemy odejść teraz.
Zaszufladkowano do kategorii 2000
Dodaj komentarz
BLOGI XI
Nigdy nie chciałam prowadzić bloga. Ale kiedy jakakolwiek internetowa wspólnota nie jest możliwa – pozostają jedynie błogie blogi.
Zadręczanie własną twórczością, polowanie na czytelnika lub szantażowanie potencjalnego widza swoimi wytworami, (co idealnie sportretował Stanisław Bareja w komedii „Poszukiwany, poszukiwana”) w wypadku bloga nie jest dzięki Bogu ani szkodliwa dla środowiska (wycinka lasów na papier), ani nie przyczynia się do większego spożycia leków psychotropowych, refundowanych przez Państwo.
Blogi są bowiem sobie a muzom.
Bełtają w zabrudzanych sobą wodach sieci, co życiodajne jeszcze, boskie przestrzenie wirtualne natychmiast zabliźniają.
Gorzej jest, gdy blogi idą na służbę ludzi sławnych, uznanych i już i tak bez blogów wielkich. Wtedy jak w silnych rodzinach lub mafiach wystawiany blog w którego zapleczu stoją potężne siły, jest ubezpieczony na wszystkich frontach. Zarówno finansowych – gdyż mocny opiekun daje też przy sposobności pracę, czyli zarobić – jak i prestiżowych, bez względu na społeczną orientację roztoczonych nad blogiem skrzydeł.
Mamy więc cały świat w blogach – od religii, polityki, po sztukę, w którym gniazdują przeróżne osobowości, próbujące emitować swoją bądź kreowaną, bądź fałszywą osobowość.
Oczywiście, pisząc o blogach nie należy wchodzić w następny kanał mylnej penetracji socjologicznej – gdyż żywioł blogowy jest dzięki Bogu nieobliczalny i niedający się tak łatwo schematowi przyporządkowania.
O nie.
Blog potrafi być i wolny nawet od pokusy usidlenia go przez własny profil i orientację.
Dlatego tak wiele blogów da się jeszcze czytać i oglądać.
Ale najważniejsza jest płeć bloga, która, alienując się od biologicznej przynależności właściciela, emituje ją niezależnie i nieokiełzanie.
Zamknięcie w technologicznych uwarunkowaniach łączy żywe ludzkie przebywanie, niesforne i ekspansywne stosuje wszelkie chwyty międzypłciowego uwodzenia, od milkliwości do rozgadania, od liryczności po krzyczącą agresję.
Migotliwość blogów, ich zaskakująca humorzastość lub euforia energetyzuje nie tylko właściciela bloga. Udziela się też odbiorcy, który niejednokrotnie z podniecającym niepokojem zagląda w obawie, że będzie ukarany.
Podobnie jak pasywność kobiecej seksualności, która utrzymuje w pogotowiu nie zawsze sprawną męskość, tak blogi z czystej samoobrony nie obiecują na wszelki wypadek niczego.
Lecz jeśli nie uwodzą, stają się zwykłym sieciowym śmietnikiem i w całym wstydzie i upokorzeniu umierają.
Bo blog, jeśli nie został zniewolony do pełnienia funkcji edukacyjnej, propagandowej, wyłudzacza realnej kariery – czyli autoprezentacji i lansowania – to staje się tajemnicą wszech miar wsobną i totalną.
Blog jest zarówno podrywanym, jak i podrywaczem. Ofiarnicza rola bloga sprowadza się do bezbronności zaistnienia, które rzadko znajduje oblubieńca.
Stąd i potrzeba auto konsumpcji, niekoniecznie podobnej mechanicznemu autoerotyzmowi.
Bowiem blog jest w procesie, a nie w rekreacji i w prokreacji.
I dopóki ta wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.
Zaszufladkowano do kategorii 2007
20 komentarzy
Masażysta
Kiedyś ta przychodnia była najnowocześniejsza w mieście. Obok rynku nowy budynek, oszklony z rozległym parkingiem wciętym między przepełnione jadącymi samochodami ulice, był dobrą wizytówką miasta. Rozpadająca się łaźnia miejska i smętny bank sąsiadowały z przepełnioną wiecznie ludźmi specjalistyczną przychodnią zdrowia. Dzisiaj wygląda jak wyeksploatowane buty od początku zrobione z tandetnego materiału. Gdzieniegdzie jakieś korytarze się remontuje i chwilami świecą świeżą farbą, by po kilku miesiącach dostosować się do reszty, która zawsze dominuje i pochłania swoją istotą. Pracujący tam ludzie upodabniają się do ogólnego kolorytu nawet, jeśli chwilowo wprowadzają eksperymentalne zmiany.
Kazali to zdjąć – opowiada szatniarka o kotarze, która jeszcze tydzień temu wisiała w szatni. Kobieta jest ubrana w śliski, granatowy, zużyty fartuch, którego nigdzie się już nie spotyka. Podobny styl zachował jej zmiennik, pewnie emeryt obsługujący też windę. Ubrany jest w waciak w mocno wypłowiałym kolorze indygo.
Przychodziła wieczorem, gdy sprzątaczki myły już szare lastriko, równie szarymi szmatami, owijały nimi miotły i maczały w brudnej wodzie w wiadrze. Zawsze uderzał ją zapach moczu połączony z ostrym nakładającym się odorem lizolu. Ale po tej fali uderzeniowej przyzwyczajała się powoli do lepkiego ciepła pustego holu. W okienkach z napisami poszczególnych specjalizacji siedziały jeszcze biało ubrane, mocno sfatygowane po całym dniu recepcjonistki i wyczekiwały, aż wreszcie wszystko się skończy.
Oddała futrzaną kurtkę szatniarzowi w waciaku, który z zaciekawieniem ją przyjął, potem zamknął szatnię i poszedł kupić piwo.
-Niech pani nie czeka, on tam jest i nie ma nikogo.
Pokój masażysty był zaraz obok windy. Napis na drzwiach głosił: „bez wezwania nie wchodzić, opuszczony zabieg będzie nie do powtórzenia”. Widziała go tylko raz, gdy jej otworzył i nie zapamiętała.
Teraz rozmył się jej zupełnie w pamięci, jakby mszcząc się za ten jeden moment zaniedbania uwagi. Może miała zbyt wiele myśli związanych z tą wizytą, a może zbyt mało, by dopilnować tego jednego momentu, który się pewnie nie powtórzy. Nie wiedziała czy chce chodzić na te zabiegi i czy w ogóle pójdzie. Nic ją już nie bolało, a stare skierowanie było jeszcze aktualne.
Teraz bezradna stała w tym obskurnym, wąskim pomieszczeniu w przyćmionym świetle jarzeniówek. W środku stało chirurgiczne łóżko otulone jakimiś białymi poszewkami i folią, a reszta pomieszczenia odcięta białym, szpitalnym parawanem. Tylko odgłos odsuwanej jednej jego części, by wyjść lub wejść sygnalizował przemieszczanie się masażysty.
Wszystkie techniczne sprawy, podawanie skierowania, objaśnienia jak się ma położyć odbyło się przedzielone tym parawanem. Są inne światy, myślała. Przyszło jej doświadczyć takiego świata zupełnie niepotrzebnie. Wystarczyło tu nie przychodzić i nie wchłaniać odoru moczu, szarości ścian, tandety. Ludzie wchodzili w nędzę ludzką, by ją pokonać, lub znajdowali się w niej, bo inne ścieżki były odcięte. Ona znalazła się tu na własne życzenie i doświadczała świata zupełnie niepotrzebnie. Wszystko, co wiedziała o masażu w różnych aspektach – czy hedonistycznych, czy leczniczych, nie miało tu żadnego znaczenia. Powinien być niewidomy – pomyślała. Chociaż jedna strona powinna być nieczynna w tej intymnej sytuacji.
Leżała na brzuchu rozebrana do połowy. Druga połowa – zimowe buty i spódnica spoczywały na folii, gdzie masażysta podłożył wałek, by nogi podnieść wyżej.
Zaczął od delikatnych dotknięć w okolicy krzyża i przesuwał się w górę, szukając kręgu lub nie troszcząc się o to gdzie są. Ona zatapiała się w tych gestach i dotykach coraz głębiej. Cała ciążąca sytuacji obcości i skrępowania próbowała być odsunięta tym priorytetem dotyku. Jednak dotyk musiałby mieć wagę o wiele większą, by zdołał podołać piętrzącej się sytuacji. Piękne dłonie masażysty błądziły po jej ciele próbując stworzyć jakąś opowieść, lub jak w balecie gesty doprowadzić do perfekcji technicznej. Ale ona nie potrafiła nic odczytać ani z opowieści, ani zachwycić się umiejętnościami. Coraz bardziej zatapiała się w uczuciu przyjemności zastanawiając się, czy nie otrzymuje więcej niż powinna.
Dotyk daje poczucie bezpieczeństwa i akceptacji. Czy rola głaskanego psa była jej dana w tej chwili? Czy kobiety przechodzące przez ten gabinet nie miały otrzymywać akceptacji, poczucia wartości, złudzenia, że się podobają? Ich starzejące się, zwiotczałe ciała z nadmiarem tłuszczu w częściach, gdzie być nie powinien, znajdowały tu może ostatnią przystań. Może była to ostatnia, a może jedyna pieszczota ich życia. Czy były tego świadome? Czy potrafiły to docenić? Czy wszystkie traktował tak samo? Czy tylko ją wyróżnił?
Leżała na boku. Zsuwał jej ramiączka stanika, by dostać się do jakiejś części ramienia, to znów zakładał. Jego palce błądziły po szyi omijając koraliki naszyjnika. Delikatnie całymi dłońmi przeciwstawiał jedną część ciała innej, by za pomocą dźwigni naciągnąć jakieś mięśnie. Nie odzywali się. Bała się przepłoszyć jakąś misterność. Ruchy, mające znamiona sakralności, gesty doprowadzające ciało do szacunku i godności, były równie bliskie miłosnym uściskom jak i religijnym celebracjom. Ciało dotychczas nieme i martwe otwierało się i ożywało na życie i miłość. Dłonie mimochodem przechodziły przez obrzeża erotycznych uaktywnień, by porzucić je równie mimochodem i mimowolnie. Czy tak ma być – myślała? Czy jest to we mnie, w nim, w tej sytuacji? Czy tak być powinno?
Termin zabiegów wypadł na pełnię księżyca. Właśnie się zaczynała. Poprzednia pacjentka wychodziła, ubrana w czarne futro. Otworzył jej drzwi i spojrzał na nią. Poszedł za parawan. Umył ręce. Zza parawanu objaśnił, że ma zdjąć górę i położyć się na brzuchu. Żeby w przyszłości coś przynosiła, coś do podłożenia – ręcznik, prześcieradło. Teraz może położyć sweter.
Miała spódnicę w czerwoną kratę i zniszczone buty. Wyglądała biednie i nieswojo. Dotknął jej pleców. Dłoń stała się gorąca. Wykonał kilka formalnych ruchów. Jej ciało odpowiadało na każdy dotyk. Energia otwarta we wszystkich punktach zaczynała krążyć. Był skupiony. W całkowitym milczeniu pogrążali się w swoje wewnętrzne doznania. On czasami szeptał dźwięki mantry, ona starała się zmaksymalizować każdy gest rozluźnieniem ciała.
Minuty mijały. Za drzwiami słychać było szuranie mioteł zawiniętych w szare szmaty i szare lastriko było czyszczone pod drzwiami masażysty. Zimowy wieczór dobiegał końca. Kazał jej usiąść twarzą do ściany i stojąc tyłem przycisnął jej plecy do swoich piersi. Można oszaleć z panią – powiedział tonem zdziwienia i jakby zarzutu. A ona, obudzona przerwaną nagle ciszą powiedziała, że jest bardzo rozbudzona.
– Co to za masaż? – zapytała
– Taki ogólny masaż rozluźniający – odpowiedział.
Był już za parawanem, a ona pospiesznie się ubierała.
Wyszła na ulicę i księżyc bezszelestnie przesuwał się po niebie. Przesuwała nogi po rozmrożonym śniegu. Było zimno, wilgotno, i obco. Jej mąż też miał dłonie zimne, odskakujące od skóry i obce.
Były jeszcze dwa dni do końca zabiegów. Przed wizytą długo studiowała w pobliskiej księgarni masaże wschodu. Wielki znak zapytania połączony potrzebą niewiedzy sprawił, że książki wylatywały jej z ręki i pospieszne studia zamazywały się w oczach.
Czekał na nią w gabinecie, zdjęła sweter i położyła się na tym chirurgicznym łóżku, a on miał dłonie zimne, lepkie i obce. Sesja była krótka, kazał jej usiąść przodem do drzwi i jak poprzednio obejmując ramieniem przycisnął jej plecy do swoich piersi. Podziękował i pospiesznie wyszedł za parawan, a ona z niesmakiem wkładała sweter i rzucając: do widzenia, wyszła.
Księżyc był za mgłą, śnieg już całkiem się roztopił. Szare ulice, bezlistne drzewa i brak trawy robiły z miasta przygnębiający rynsztok.
-Nie, dziękuję dzisiaj.
-Chciałabym z panem porozmawiać. Zupełnie zaskoczony, jakby przyłapany na gorącym uczynku, wyszedł zza parawanu.
-Nie chce pani? – wyjąkał. – Właśnie dzisiaj chciałem się zając szyją. Bo wie pani te koraliki…
Dopiero teraz zobaczyła go – był niepozornym mężczyzną w okularach między trzydziestką, a czterdziestką, a może starszy. Gumowe szelki podtrzymujące dość obszerne spodnie sprawiały wrażenia bezradności i chłopięcości. Był wyraźnie zakłopotany.
– Chciałam panu podziękować. Wyjęła zmasakrowanego narcyza w doniczce z plecaka.
– Jechałam na rowerze – tłumaczyła. Wszystkie kwiatki opadły, ale jest ziemia, może jeszcze zakwitną. – Mam ptasie mleczko – wyjęła ptasie mleczko – dla dzieci – usprawiedliwiała się – jeśli je pan ma… Chciała porozmawiać.
– Chodzi o energię – zaczęła nieśmiało. Wie pan, mam kłopoty, gdy wychodzę na spacer z psem, to ludzie mi zabierają energię… poprzez spojrzenia…
– Energia? – powtórzył. Zdziwił się, roześmiał – nie, nic takiego nigdy nie słyszałem, ja tu ot tak… Ale wczoraj – próbowała – wczoraj tak, jakby pan mi całą energię zabrał…
– W takim razie chciałam tylko podziękować… Może jeszcze się kiedyś spotkamy – popatrzyła na ohydne łóżko, które owinięte folią z ceratowym wałkiem stało się jakimś zastępczym obiektem oskarżenia.
– O tak, zapraszam – powiedział.
– No to do widzenia. Podała rękę. Dłoń była gorąca.
Wieczór był jeszcze zimniejszy. Przenikał ją całą i ledwo doszła do ciepłej oświetlonej księgarni. Z głośników sączył się uspokajający kobiecy głos operowy w męskim duecie. Po kolei otwierała wszystkie książki o masażu szukając odpowiedzi na milczenie, brak porozumienia i akceptacji. Ale przez kartki przesuwały się czakry, meridiany kundalini, trzecie oczy i bezgraniczna niewinność pierwotnych uczuć międzyludzkich. I nie było odpowiedzi na nurtujące ją pytanie: dlaczego tu, w przenikliwym zimnie stoi zupełnie pozbawiona ufności w drugiego człowieka? Dlaczego przez tyle zimowych wieczorów była zawsze potraktowana jak kupa energetycznych punktów, które mechanicznie dają się uruchomić, podczas gdy na jednym doznaniu wielcy tego świata budowali świątynie, malowali arcydzieła i pisali nieśmiertelne dzieła? Profanacja życia ludzkiego nie mieściła się w kategorii winy. Nie miała żalu do nieznajomego masażysty, ani do siebie, że uległa temu doświadczeniu. Było coś z nadużycia możliwości ludzkich, źle ukierunkowanych, spłyconych i zbagatelizowanych. Otrzymała coś, czego nigdy nie pragnęła i uchylone światy weszły w nią, mamiąc obietnicą dalszej drogi. Nagle drzwi zatrzasnęły się, by pozostawić ją w środku szarego zimnego miasta. I nagle poczuła sympatię do tej bezśnieżnej zimy i zamglonego księżyca. Każda, nawet najgorsza realność była lepsza od nieznanej tajemnicy.
Zaszufladkowano do kategorii 2003
Dodaj komentarz
Jacek Dehnel „Rynek w Smyrnie”
Nie można się dziwić, że zjawisko piszącej młodzieży przybrało i taką formę. Czytając prozę tak przecież odmienną – pierwsze z brzegu modne i nagradzane nazwiska – Olgi Tokarczuk, Magdaleny Tulli, czy producenta kryminałów – Marka Krajewskiego mamy odczucia podobne.
Wszyscy, przy zupełnie odmiennych osobowościach produkują tak samo niepotrzebnie byty dla armii złaknionych niepotrzebności czytelników, gdyż niezbędnej strawy duchowej boją się jak diabeł świeconej wody.
I cóż mamy w tej doskonale przyrządzanej literaturze? Co artysta chce człowiekowi XXI wieku uwikłanemu w niesłychanie skomplikowane procesy cywilizacyjne przekazać?
Nie jest to nawet tęsknota za minionym, te wszelkie stylizacje historyczne, ten konserwatywny regres ubrany w kostium zatęchły, o zapachu starej panny i naftaliny, dziergane haftem dość uproszczonym, a więc i szybkim i tandetnym.
To wszystko jest kiczem. Słabość przekazu moralnego całkowicie kładzie wymowę utworów, które rozpaczliwie czepiają się dobrze zakomponowanej formy i poprawnie budowanych zdań.
Wracając do „Rynku w Smyrnie”, do prozy Jacka Dehnela, do drugiej, po „Lali” wydanej książki, to mimo wszystko wolę ją od monotematycznej sagi rodzinnej. Niestety w ostatnim opowiadaniu „Filc” jednak autor nie daje za wygraną i Lala pojawia się jako literacki prześladowca czytelnika zanurzonego w zupełnie innej geografii i tematyce.
Recenzenci przywołują wiele nazwisk, pod wpływem których autor ćwiczył, nie da się ukryć, bardzo poprawny warsztat pisarski.
Może ze względu na Włochy, nasuwa się powinowactwo z Gustawem Herlingiem – Grudzińskim, który w swojej twórczości też niestety ma wiele utworów zbudowanych z zasłyszenia i nie przeżycia.
I co się udaje takim gigantom jak Tomasz Mann, to talentom mniejszym i małym nie udaje się nigdy, jeśli oderwą się od własnego, jednostkowego przeżycia.
W pierwszym opowiadaniu, Jacek Dehnel wprawdzie jak poręczy trzyma się zapewne autobiograficznej wycieczki do zachwycającej Italii, ale by widokówka z wakacji nie wypadła zbyt turystycznie inkrustuje tekst proustowskim smakami. Wychodzi z tego ckliwy obrazek studentów z Polski nędzujących w słusznym celu (by zaoszczędzić na muzea i skoczyć jeszcze po drodze do Francji i Hiszpanii), wyłudzających u sprzedawców a to pomidorek, a to serek.
I właśnie te małostkowe rejestracje, nieznośnie sygnalizujące opowieść o maminsynku, prymusie i pretensjonalnym łakomczuchu, tak drażnią.
Drażni też poprawne słownictwo z tzw. dobrego domu, gdzie się nie je, a pałaszuje.
I tak jak szczegół w wielkim klasycznym malarstwie staje się budulcem nieśmiertelnego świata, tak tutaj, wszelkie ochy i achy i sugestie za pośrednictwem szczegółu nad niewątpliwie wspaniałym światem brzmią tak mało przekonywująco.
Szarża następnych, odważniejszych fabularnie opowiadań, jak romans z marmurowym aniołem, czy romanse księdza pacykarza we włoskich domach publicznych byłyby z pewnością materią pojemnego przesłania, lecz oprócz warstwy czysto estetycznej niczego nie przesyłają.
Utrwaleniu natomiast ulegają domowe, mieszczańskie i prowincjonalne nawyki, z których autor się poprzez twórczość nie tylko nie zamierza wyzwolić, z gombrowiczowskiej pupy, ale z całym bezwstydem gloryfikuje i akceptuje coś, co nigdy w arystokratyzm się nie przedzierzgnie.
Zastanawia kierunek i penetracja tematyczna utworów Jacka Dehnela, młodzieńca afirmującego konformizm i konserwatyzm.
Być może, świat zmienia się nie tylko klimatycznie, eliminując z pór roku stany przejściowe. Może też i młodość, nie przechodząc przez okres buntu, sprzeciwu i twórczego zanegowania, wchodzi od razu docelowo w skostniałą starość.
Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem
5 komentarzy
Teoria lęku przed dobrem Sorena Kierkegaarda
Ortega y Gasset jest wielkim przeciwnikiem egzystencjalizmu, a więc odczuwaniu świata jako obcego człowiekowi.
Tragedią nie jest istnienie w świecie. Tragedie się w nim tylko zdarzają – dowodzi hiszpański filozof.
Być może atak na Kierkegaarda w „Ewolucji teorii dedukcyjnej”, jest równy sprzeciwowi Kierkegaarda Heglowi:
Nie sądzę, by był jeszcze inny pisarz, który bardziej by się oddalił od chrześcijaństwa niż Kierkegaard. Jest on tak wielkim prowincjuszem, iż z religii uczynił sprawę, która może interesować jedynie mieszkańców kopenhaskich dzielnic. Problem Boga i Diabła staje się w jego wydaniu czymś na modłę pytania, czy to lew, czy raczej tygrys jest królem pustyni, które każdego popołudnia w kawiarence roztrząsają „wszystkie żywotne siły” w miasteczku.
A jednak w „Pojęciu lęku”Kierkegaarda zachwyca odkrycie zakłócenia komunikacji między kimś, kto jest demonicznie opętany, a duchem czystym. Jak mantra przewija się werset wykorzystany jako motto “Biesów” Dostojewskiego. Inny werset, gdy demony błagają Chrystusa, by pozostawił je w spokoju, jest kontynuacją potrzeby nie uwalniania się wewnętrznego, tkwienia w zniewoleniu.
Dlatego w Nowym Testamencie demon mówi do Chrystusa, gdy On się doń przybliża:, „Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga nie dręcz mnie”.; i trwa w tym, [mówiąc], że Chrystus przychodzi, aby go zniszczyć (lęk przed dobrem). Inny demon prosi Chrystusa, aby obrał sobie inną drogę [Mk 5, 17]
Demonizm, a Kierkegaard przywołuje tu Mefistofelesa “Fausta” jest milkliwy i intrygancki.
Jest też raptowny, czyli przerywa ciągłość zrównoważenia psychicznego.
Jest też nudny, a jego wszechogarniająca nicość prowadzi do pustki.
Co tobie do mnie? [Mk 5, 7] mówi demon do Chrystusa odmawiając kontaktu.
Pośród takich jednostek demonicznych istnieje ścisła solidarność, w której spinają się z sobą tak lękliwie i nierozerwalnie, że żadnej przyjaźni nie można porównać do tej wewnętrzności – zauważa Kierkegaard.
Podsumowując, spotkanie z dobrem zawsze uaktywnia piekielne moce tkwiące w zniewolonym człowieku.
Strzeżmy się dobra?
Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy
Otagowano chrystus, faust, gasset, kierkegaard, lęk, testament
3 komentarze
Powołanie
Skromnie powoła nas i cicho,
splot zdarzeń, komu znać wyrocznie..?
Diana wykąpie się. Odpocznie,
a Akteona oczy słyszą,
a Akteona uszy widzą.
I się zaczyna polowanie.
A winien ten, komu się stanie,
a wyrok bogów tylko krzywdą.
Przekleństwo dnia, gdy moim oczom
dano obrazy sacrum bogów,
a moja wina to wymogów
niespełnień niemożliwych toczą
chorobę, która nie zna życia.
Rakiem przeżarte wątłe chcenia.
Nie mów mi nigdy do widzenia
I nie powołuj do zabicia.
Zaszufladkowano do kategorii 2006
Dodaj komentarz
Piotr Rawicz „Krew nieba”
Zaliczka w wysokości 100 tysięcy zło tych dla Jerzego Pilcha za “Miasto utrapienia” i dwa kolejne tytuły rozpoczęła w Polsce erę nowoczesnych kontraktów wydawniczych dla pisarzy. Po sukcesie powieści “Pod pijanym aniołem” przeszedł z Wydawnictwa Literackiego do Świata Książki związanego z niemieckim koncernem Bertelsmanna w 2004 r. Janusz Głowacki po podpisaniu umowy z tym samym wydawcą – kontrakt miał również opiewać na 100 tysięcy zaliczki za trzy tytuły – zwrócił uwagę obecnością na billboardach i przystankowych plakatach, co pomogło sprzedać aż 116 tysięcy egzemplarzy jego znakomitej książki “Z głowy”.
Dalej „Rzeczpospolita” donosi o naciskach na znanych, a leniwych autorów, by im takie honoraria móc wypłacać, podkupywaniu sobie pisarzy przez wydawnictwa proponowaniem wyższych sum za słowo pisane.
Toteż zdumiewa fakt, że dziennik i inne utwory Piotra Rawicza nie jest jeszcze wydany, na co się jak widać nie zanosi.
„Krew nieba”, spolszczona po kompromitującym polską kulturę okresie 40 lat jest w dalszym ciągu nieznana.
Holokaust jest najważniejszym wydarzeniem czasów, w jakich żyjemy i soczewka Piotra Rawicza nie ustępuje przenikliwością Primo Leviemu, Paulowi Celanowi, Jerzemu Kosińskiemu i wszystkim samobójcom, którzy, jak pisze w swojej książce: Samobójcy tworzą na tamtym świecie elitarny klub, klub nader ekskluzywny.
Przejście przez prozę Rawicza, przejście niezwykle bolesne i porażające, działa zdumiewająco oczyszczająco i uzdrawiająco.
Środki artystyczne, niewidoczne z natłoku gęstej narracji metafizycznie uruchamiają czytelniczy proces poznania najczystszej prawdy.
Wszystko, co napisano o tej książce, zarówno dołączony do polskiego wydania kuriozalny wywiad z francuską dziennikarką po uhonorowaniu jej paryską nagrodą Prix Rivarol, przeznaczoną dla cudzoziemców piszących po francusku w 1962 roku, jak i wspomnienie małżeństwa Rawiczów Czesława Miłosza jest niepotrzebnym dysonansem w odbiorze tej prozy. Również polskie echa – Marii Janion, łaskawie nie odmawiającej psychoterapeutycznej woli wypowiadania się ofiarom Holokaustu, są głębokim nieporozumieniem.
Trzymam pożółkłą już stronę “Tygodnika Powszechnego” z września 2003 roku, gdzie obok wizerunku delikatnego pisarza równie pożółkła okładka „Le sang du ciel” wspierana jest nagłówkiem: Pierwsza postmodernistyczna powieść o Holokauście? – „Krew nieba” Piotra Rawicza po raz pierwszy po polsku.
I ten slogan, zachwalający towar do sprzedania, brzmi dzisiaj staro, jak ta gazeta rozsypująca sie już w rękach. I nie wskrzesza pisarza zapomnianego, jak nazwała go Janina Katz-Hewetson.
Rawiczowi zarzucono wszystko: grafomanię rymowanych wierszy, którymi inkrustuje “Krew nieba”. Chaotyczność formy, brak konstrukcji i nieporadność budowania utworu.
A jednak nikt nie odbierze mi bezspornego zachwytu, jakiego już dawno nie odczułam po lekturze tak przerażającej. Jeśli zbyt drastyczny temat nie nadaje się na dzieło sztuki, co sugeruje Maria Janion, to nie powstałyby „Kaprysy” Goyi, dzieła Dürera czy Grünewalda.
Trudno nie podejrzewać krytycznych głosów francusko – polskich o stronniczość i antysemityzm.
Ludzie pojawiający się w powieści nie stają na wysokości zadania, nie są, jak wyszydza ten termin autor – humanitarni. Bezradność połączona z sadyzmem rosnącym w miarę masochistycznej odpowiedzi ofiary jest normą zwyczajną i nie może toczyć się inaczej. Maszyna wojny puszczona w ruch wyzwala reakcje podobne. Tak było Wietnamie, w Jugosławii, tak jest w Iraku.
Ale Rawicz pisze jeszcze o czymś innym. Rawicz wychodzi z ostatniego kręgu dantejskiego piekła jako człowiek głęboko wierzący w Boga. W Boga dobrego, gdyż daje ludziom śmierć.
Móc umrzeć, to najwyższe dobro, które umożliwia wymkniecie się metodycznej biurokracji udręczenia. Getto, wiezienie, ukrywanie się przed pościgiem i łowieniem, permanentny strach, świadkowanie oraz przymuszanie do uczestniczenia w zbrodni niszczy życie nieodwracalnie. I wtedy śmierć jest najbardziej żywą formą istnienia.
Bohater powieści Piotra Rawicza dzięki nieprawdopodobnemu wmówieniu lekarzom wojskowym, że obrzezanie to jedynie pozbycie się „kołnierzyka hiszpańskiego”, czyli zakażonej stulejki wymagającej chirurgicznego skalpela, ocali życie, ale to ocalenie jest jedynie gorszym wynagrodzeniem losu za utratę życiodajnej fiolki cyjanku.
Ta kontrowersja przenosi się na lata powojenne, na autora snującego się wraz z sobie podobnymi „ocalałymi” po knajpach Montparnasseu – na potrzebę pisania:
„Metoda literacka” jest nieprzyzwoitością z samej definicji. Jest tym większą nieprzyzwoitością za sprawą elementów, które ją budują: procedura, metoda, sposób postępowania, te pojęcia są jak w kółko, dzień w dzień odbywana droga między biurem a domem, pokonywana przez urzędnika cierpiącego na hemoroidy. Literatura: antygodność wyniesiona do rangi systemu, jedynej reguły postępowania. Niekiedy wynagradzana, sztuka grzebania w wymiocinach.
TRZEBA pisać. Gwoli oszukania samotności, gwoli oszukania innych. Lecz przede wszystkim: Wierny mojemu przeznaczeniu, chociaż ono nie jest takim wobec mnie, muszę podkreślić moje podobieństwo do owada: otóż, zwróciliście może uwagę, że nigdy człowiek bardziej nie przypomina owada, jak wówczas, gdy oddaje się zabawie pisania?… Siekać świat na drobniutkie elementy, byle szybciej kreślić na papierze maleńkie robaczki, które chcą być znakami jedynymi, oto postawa, w której braterstwo — prawdę powiedziawszy szkaradne — człowieka i insekta, jawi się w swej postaci najczystszej, w całkowitym swym paskudztwie. I ta postawa, i poruszenia człowieczego mózgu w trakcie aktu pisania, czyż nie są one odruchami owada idealnego, mięsistego i brzuchatego, mięczaka i organizatora przestrzeni, odruchami racjonalistycznymi i podległymi ideałom, które wywodzą się z owej wielkiej kuźni: FIZJOLOGII?(…)
Czy wartości mogą nadal istnieć bez „skali wartości”, bez jakiegoś systemu? Czy człowiek może żyć bez miłości? Bez tej miłości, która jedyna mogłaby go zintegrować w waszym pięknym, usystematyzowanym świecie: (Gówno, które chce być większe, choćby ociupinkę większe niż inne gówno — oto życie we wspólnocie, życie „społeczne”. Kupa, która chce bardziej śmierdzieć niż inna. Żeby to osiągnąć, gotowa jest na wszystko: nawet może stać się wzniosłą…) Tego, co szybuje bardzo wysoko, zwłaszcza tego, co szybuje bardzo wysoko, ja już nie chcę. Toteż źródło wyschło. Jedynym sprzymierzeńcem pozostaje słabość, aliści jest to sojusznik zdradziecki… A jednak moje ciało wierzy w słowo magiczne, słowo wyzwoleńcze. Jeśli ono już w drodze?
[“Krew nieba” Piotra Rawicza, fragnent w przekł. z fr. Andrzeja Sochy]
Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem
14 komentarzy