BLOGI XIII (choroby)

Uwaga: ponieważ w usuniętych już komentarzach ośmieliłam się podnieść rękę na znane mi sieciowe blogi i blogerów czyniąc tym sobie śmiertelnych wrogów, kolejne odcinki mają na celu jedynie uzmysłowić choroby, na które blogi (w moim pojęciu) chorują.

Wszelkie podobieństwo do znanych i aktualnie funkcjonujących blogów i portali o zabarwieniu artystycznym jest niezamierzone i przypadkowe.

Blogi wyłoniły się z wód nihilizmu. Jednak nie jest to ten milusi nihilizm, który pamiętamy z kart „Biesów”Dostojewskiego. Tam małe, nieważne miasteczko rosyjskiej guberni opanowane zostało przez biesy.
Dlaczego – rozdokazywane – zdemolowały i spaliły je, po obiecującej zabawie dla młodych panien i kadrylu literackim ?

Na pytanie, w jakim celu dokonano tylu zabójstw, skandalów, łajdactw? Odpowiedział w pośpiechu, że robiono to w celu systematycznego wstrząsania postaw, celu systematycznego wstrząsania rozkładu społeczeństwa i zasad moralnych; w tym celu, aby wszyscy potracili głowy, aby powstał chaos, aby potem można było pochwycić w garść społeczeństwo chore i bezwolne, cyniczne i niewierzące, lecz nieskończenie spragnione jakiejś myśli kierowniczej i samo zachowania; chciano dokonać tego za pomocą buntu, wspierającego się o sieć piątek, które do tego czasu będą zorganizowane i praktycznie zaznajomione ze wszystkimi słabymi punktami, w które można uderzyć.(…) Na wyraźne pytanie, czy dużo jest tych piątek, – odpowiedział, że nieskończona ilość, że cała Rosja zasnuta jest ich siecią. Tłum. Tadeusz Zagórski i Zbigniew Podgórzec

Blogi dzisiejsze wyłoniły się po staroświeckim nihilizmie bohaterów Dostojewskiego, nihilizmie Nietschego i Marksa.
Stawrogin rozpadł się na klony i mutanty, na niezliczoną ilość sobowtórów, masek, przedrzeźniaczy i administratorów.
Funkcjonuje z nieodłącznym Fiedką – bandytą od mokrej roboty – czyli gronem internautów wspierających sieciowy blog. Oni bezbłędnie przewidują intencję grupy bądź jednostki, którą dały się zdominować.
Blogi polskich sieci internetowej w zdumiewający sposób pienią się ciągle nieprzebraną ilością, niczym (dla dowcipu) niedawno wsypany proszek pieniący do fontanny w Słupsku.
Pienią się różnorako: nie tylko ilością, ale i agresją, szmirą, przymilnością, wielkopańskością, siermiężnością, ordynarnością, popisami erudycyjnymi, własną biografią i cudzą.

Samowola blogów nie ma granic, nie ma też kresu narkotyczne uwikłanie w tę robotę dającą pozór wewnętrznego rozwoju i pozyskiwania erudycyjnych namiastek, wymagających o wiele znaczniejszego wysiłku.
Blogerzy, niejednokrotnie wyposażeni w niewielki potencjał duchowy, wampirycznie żerują nie tylko na innych blogach, ale wzorem postmodernistycznej maniery, wchłaniają w siebie wszystko, by relatywnie i swojsko na swoim blogu zinterpretować. Choroba produkcji, nie twórcza i niemająca nic wspólnego z własnym i cudzym rozwojem, efekt nihilistycznej wewnętrznej pustki, dająca jedynie agresję dziecka, którym się nikt nie zachwyca, ma przyczyny nie tylko w rozwoju naszej cywilizacji i przeroście materii nad duchem.
Blogi chorują na własne życzenie, na nieświadomość pułapki duchowej, w jakiej się znalazły.

W dalszych odcinkach będę próbowała poszukać wyodrębniających się przyczyn zniewolenia duchowego, w jakim blog tkwi, tworząc swój wirtualny wizerunek.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Samobójstwo

Ktoś zawsze w końcu zadzwoni, zawsze jak piasek wieść wedrze się do człowieka niechciana i ostra, korzystająca ze szczelin nie do upilnowania. I co z tego, że wiadomość o obniżonym nastroju krążyła od dłuższego czasu, a kobieta, z którą przyszedł na wernisaż, właściwie gówniara, namalowana ładnie i miękko, znalazła się nagle w sklepie za jakąś bardzo niską cenę.

Po telefonie rozpłakałam się i płakałam cały wieczór i doczekawszy rana pojechałam do jego sąsiada.
– Nie mogliśmy go przecież z Anią ciągle żywić – powiedział Filip, wprowadzając mnie sprytnie do pokoju zwanym pracownią, gdzie wszystko było zaaranżowane na mój przyjazd. Na sztaludze stał obraz w czystych czerwieniach. Torsje, które zazwyczaj towarzyszą mi odbiorowi sztuki zneutralizowałam odwróceniem się do okna. Kwitnące drzewa dały do zrozumienia, że wieszanie się w takim miesiącu jest absurdem i łzy znowu pociekły mi po policzkach.
– Będę miał wystawę. Napiszesz coś? To, co napisałaś ostatnio, bardzo mi się przydało.
Czekał oparty o szafę, a ja rzeczywiście kiedyś coś napisałam, ale wobec tych obrazów byłam całkowicie bezradna, jak i wobec tego samobójstwa.
– Nic nie wiesz? – Przecież mieszkasz obok. A ta kobieta?
– A, chciał, bym ją odwiózł, już miał jej dość. Nie zrobiłem tego, przecież są autobusy, pociągi. Byłem tam wczoraj, siostra bardzo przejęta, znalazła go dopiero powieszonego na rozsuwanych drzwiach po weekendzie. Miał złe kontakty z siostrą. Cały czas z nią walczył, mimo, że mieszkali w jednej willi, a on miał do dyspozycji całe piętro.
– Wiem, pamiętam, tam można było jeździć na rowerze. Byłam tam na prywatce jeszcze w liceum, zasłonił przedwojenne obrazy namalowanymi przez siebie na papierze pakowym wielkimi oczami. Bardzo to surrealistycznie wyglądało.
– On do nas ciągle przychodził jeść, nawet chciał się wprosić na wigilię! – Filip w miarę, jak opowiadał, irytował się coraz bardziej, a moje milczenie chyba go jeszcze napędzało i wprost zalał mnie pretensją do zmarłego.

Są stany, kiedy potrzeba wejścia w drugiego człowieka jest wbrew zdrowemu rozsądkowi. Weszłam więc w upalną ulicę, po której codziennie chodził. Po bułki, po dzielnicy. Codzienne rytuały opóźniające porcję malowania obrazów na sprzedaż, metalowy, już wyodrębniony ze świata żywych, namaszczony i napiętnowany. Już martwy. Stan, kiedy przechodzi się na drugą stronę, a żal odejścia jest pewnie dotkliwszy niż umieranie w inny sposób.
– To umierają w piękną wiosnę? –zagaduję w biurze cmentarza. Pani – dzisiaj sześć pogrzebów. Nikt nie wybiera śmierci!

Siostra błaga mnie, bym nic nie mówiła matce. Przyjechała z daleka i ma umierać w komforcie niewiedzy, gdy przyjdzie na nią czas. Wszyscy się podporządkują, wszyscy chętnie podejmą mistyfikację i cały Związek, i inni, którzy zaraz się ulotnią, którzy przyszli, bo nie mogli nie przyjść. Klękanie w kaplicy, nie, bracia klasztorni nie wpuszczą samobójcy za swój próg, więc msza będzie po, teraz ten w rękawiczkach białych z namaszczeniem podniesie urnę i śmiesznie, jak dziecko w piaskownicy, ją łopatką zakopie. A moje kwiaty od klasy, bo inni nie przyszli, tylko ja jestem klasą, moje kwiaty położą na tę zaledwie wzruszona ziemię, i zakleją, stłamszą zakupami w kwiaciarni. A potem już niewielki ułamek pozostałych uczestników ceremonii zasiądzie w ławkach klasztornego kościoła i usłyszy o niejednokrotnym spotkaniu zmarłego z bratem-artystą, ze skutkiem pozytywnym, ubogacającym i edukacyjnym dla brata z artystyczną smykałką.
– Przyjdź, proszę – mówi siostra i ja przyjdę wieczorem na stypę, jeszcze pojadę tylko skończyć przerwaną pracę, i przyjdę. Spotkam wracając Filipa, który na pogrzebie nie był, krążył edynie „przypadkowo” wokół cmentarza.
– Jaki pogrzeb, kiedy? Nikt mnie nie powiadomił! Przecież dzwoniłam cały dzień, nie podnosiłeś słuchawki.

A ona, nim wejdzie ze mną po schodach, będzie w ogrodzie, będzie ciągle telefonować. Młodsza siostra. Egzaltowana, cierpiąca, zaaferowana, nerwowa.
– Pamiętaj ani słowa matce, umarł na serce i już! –

Matka jest zidiociała i uśmiechnięta. Pamiętam, miała na tej prywatce buty na obcasie i odświętne ciuchy. Gdzieś poszli potem z mężem, przygotowali jedzenie i bardzo się starali. Ale to, że starali się, nie było już właściwe.

– Pamięta pani, pobili się o mnie z Zalewskim, ale ja kochałam się wtedy też bez wzajemności w zupełnie kimś innym, nie mogłam odpowiedzieć na to uczucie – próbuję się po szkolnemu usprawiedliwić.
– A pamięta pani, jak pani mąż celnie odpowiedział ojcu Zalewskiego na propozycję, by ten mu wyniósł coś z pracy, na co on, by w zamian wyniósł mu pieniądze? – Bo ojciec Zalewskiego pracował w banku. _
Zasiadamy za stołem, gdzie jest dużo jedzenia, nic nie jem, ktoś przychodzi, ktoś się żegna, niczego nie da się powiedzieć, dowiedzieć. Matka zdaje się być nieobecna i zupełnie znieczulona na cierpienie, uśmiecha się głupawo, nieadekwatnie do sytuacji. Próbuję rozwinąć temat szlachetnych pamiątek rodzinnych wokół, których jest pełno.
– Tak, to ze Lwowa – zdaje się chętnie rozwinąć ten temat. _- Tak malowali wszyscy w rodzinie! – wskazuje na piękne rysunki jakiegoś przodka.

Ale osią stołu jest dziewiętnastoletnia siostrzenica.
– Ja mój pomysł zrealizuję – czy ktoś się nie zgadza, czy nie! – Wyniosę meble wuja i wszystko z piętra i powieszę tylko obrazy. Będzie to wuja muzeum i galeria!
Wszyscy patrzą na mnie, a ja w trosce o tę rodzinę, by nie uległa następnej degradacji, proszę siostrzenicę, by tego nie robiła. Patrzą na mnie spode łba, nieufnie. Czyżbym nie wierzyła w jakość tego malarstwa?
– Nie, niech pani tego nie robi, znam dzisiejszy rynek i wiem, proszę tego nie robić! – niemal błagam siostrzenicę, która staje się coraz bardziej arogancka i obca. Spotkanie powoli przeradza się w marketingową konferencję, siostrzenica wyjmuje nagle swoje prace powstałe na początku właśnie rozpoczętych studiów.
– Przypominam sobie pani nazwisko z katalogu – brzmi to jak wyrok. Jak pani urodziła drugie dziecko, to wuj zrezygnował.
– Może mi pani powiedzieć, dlaczego Dusia nigdy nie kończy swoich prac? – wtrąca się narzeczony siostrzenicy, który w ogólnym tumulcie próbuje zdaje się upiec dla siebie jakąś pieczeń i aktywność narzeczonej przemienić nareszcie w pieniądze.
– Uważam, miał piękny okres, choć zobacz – to obrazy podarowane Dusi.
Wprowadza mnie do sąsiedniego pokoju i pokazuje trzy olbrzymie płótna. Kiwam z aprobatą głową.
– Tak, ale to za mało. Myślę, że był dopiero przed swoim najwspanialszym okresem – mówię patrząc na pustkę obrazów malowanych efektownie za pomocą szablonów. Był bardzo utalentowany, już w liceum było widać.
I to była prawda.

Nagle pojawiają się w mieszkaniu dwa charty, nie wiadomo gdzie trzymane, wprowadzając w i tak już mocno rozedrganą atmosferę kolejny niepokój.
– Zamówiłam wczoraj egzorcystę i dom jest czysty – rzuca siostra, a ja pytająco czekam na następne rewelacje. Tymczasem w siostrzenicę, która do tej pory zachowywała się kategorycznie i hałaśliwie, wstępuje rzeczywiście demon, widocznie skutkiem jakiejś wczorajszej niedokładności księdza. Siostrzenica dostaje ataku furii, kłótliwość niepohamowanego, rozwydrzonego dziecka roznosi się echem po domu, a celowości, ani powodu tego zachowania nie sposób dociec.
Pospiesznie żegnam się z matką zupełnie niezdziwioną zachowaniem wnuczki i odprowadzana do ogrodu, całuję siostrę.
– Kochałam brata, ale nie lubiłam go – rzuca na pożegnanie, znużona i zmęczona.

Po maturze, zakończonej w tej willi jakimś wydanym przez niego bankietem, gdzie już miał jakąś partnerkę, zrezygnowawszy definitywnie z zalotów do mnie, rozjechaliśmy się wszyscy na studia do różnych miast Polski. Dopiero po stanie wojennym, po reaktywacji Związku spotkałam go i w ten wieczór zimowy przechodziliśmy w mrozie ulice miasta na rozmowie, gdyż żadne z nas nie miało pieniędzy, by wejść do kawiarni. Jego obrazy, dobrze sprzedające się w czasie inflacji, teraz schodziły wolno, ale mógł się z tego utrzymać. Opowiadał o technice własnego pomysłu przyspieszania schnięcia oleju pod żarówkami, o rozpadzie kolejnych związków i o złych kontaktach z siostrą i siostrzenicą.

I gdy kiedyś zadzwonił w czasie mojej nieobecności, a dyskusja z nigdy niepoznanym moim mężem zakończyła się telefoniczną kłótnią, nie mogłam już liczyć na przyjaźń.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Głowa Erosa

Głowa Erosa Bendato Igora Mitoraja mieści nawet kilkanaście młodych dziewcząt, a ich twarze zaglądają przez puste oczodoły na fotografujących turystów.

Półtoraroczna dziewczynka na Krakowskim Rynku nie podziela zainteresowania tłumu gnieżdżącego się w rzeźbie. Woli przechodzić między Niemcami pijącymi piwo. Tylko oni doceniają jej urok, rozmawiają w nieważnym dla jej wieku języku.

Cóż, każdego interesuje coś innego. Mnie na przykład nie interesują ani rzeźby, ani Niemcy, tylko to, by nieustannie ściągane przez dziecko popielniczki ze stolików nie stłukły się. Czasami chwytam je nawet w locie i dzięki zapobiegliwości, nie zapłaciłam jeszcze żadnego odszkodowania.

Jałowość chwil zwalczam wartościowym tekstem w uszach. Tym razem jest to „Praca męczy” Cesarego Pavese. Pavese tylko pozornie dowodzi, że męczy go pisanie wierszy. Tak naprawdę, Pavesego męczy coitus.

Zanim opuszczę Rynek i podążę Karmelicką do domu, do następnego etapu pielęgnacji dziecka, wstąpię do cukierni. Sprowokowałam bowiem wizytę. Prowokacja nie była jednak aktem dobrej woli, a jedynie nieśmiałą próbą powrotu do społeczeństwa.

Ze mną bowiem dzieją się złe rzeczy. Najważniejszą złą rzeczą, której właśnie doświadczam, jest zerwanie więzi społecznych. Po zerwaniu tychże więzi, niezbędnych podobno dla zdrowia psychicznego, wdałam się w długoterminowe współistnienie z dwoma młodymi ludźmi w sieci o charakterze branżowym. Jednak i byty wirtualne zerwały ze mną wymagane więzi. Do teraz nie wiem dlaczego. Rzadkie listy dowodziły niejasno, że internetowe kwity są w ich posiadaniu. Obraziłam jakieś osoby, których obrażać mi nie było wolno. Przeszukując zasoby pamięci nie dokopałam się żadnych tropów. Pozostałam jedynie z tym zerwaniem, jak dziecko, nie pojmujące, dlaczego. Z pewnością, powodem nie był powracający mantrą w uchu coitus. Chłopaki były wprawdzie, sądząc z fotografii, jak malowanie, ale w wieku wnuków, więc przy moim mocnym przeterminowaniu, domniemania Pavesego, jakoby mężczyzna zawsze dążył do coitusa, nie miało tu miejsca.

Poddając się takim właśnie rozmyślaniom w cukierni na Karmelickiej i nie znalazłszy przecenionych ciastek, zadecydowałam, że niczego nie kupię. Nie kupię, bo Profesor dwóch prestiżowych uczelni, który będzie mnie wizytować w celu nawiązania więzi społecznych, ma więcej pieniędzy i być może, to on zjawi się z ciastkami, a nawet, o czym nie śmiałam marzyć – z kwiatami.

Niestety, nie mogę się pochwalić wielością dobrych kontaktów e-mailowych. Jak wspominałam, wcześniej więzi społeczne miałam zerwane. Nigdy nie byłam świadoma moich wykroczeń. Moje najlepsze intencje – przecież kocham wszystkich ludzi jednakowo – odbierano zupełnie inaczej.

Np. na nieprawdopodobne ilości zdjęć z wakacji w Grecji, nagle tłustego kolegi z żoną – wyraziłam troskę – i przesłałam celne porady niechybnego schudnięcia. Już się więcej do mnie nie odezwał. Tylko Profesor okazał się Prawdziwym Mężczyzną. Wiadomo, prawdziwy mężczyzna nigdy nie obrazi się na kobietę, nawet, jeśli ona nie jest Prawdziwa. Mimo burzliwej wymiany e – maili trwającej dwie doby, gdzie zdesperowana udowadniałam mu, że z takim stosunkiem do sztuk pięknych nie powinien odbywać żadnych stosunków mentalnych ze studentami nie tylko jednej, a tym bardziej dwóch uczelni, a jego nie idealistyczna postawa, domagająca się zakupów jego dzieł z racji społecznego prestiżu, jest niesłuszna.
– Darmośmy otrzymali, darmo dajemy – zakończyłam heroicznie. Niestety, Prawdziwy Mężczyzna, sprawca wielu ciąż z wieloma kobietami, tak nie uważał. Jego trudna droga po wysokich szczeblach kariery akademickiej została niedoceniona. Potraktował ewangeliczny cytat jako napaść na jego liczne potomstwo, którego chcę pozbawić środków do życia. Jednak, wiedząc o moich zerwanych więziach społecznych zaproponował pomoc i udział we własnym projekcie, i zaproszenie na wernisaż, który właśnie miał miejsce w prestiżowym, sponsorowanym przez miasto, miejscu. Dodał mimochodem, że laureatka tegorocznego Triennale Grafiki, jugosłowiańska artystka jest jego przyjaciółką, co dodało pokusie należnej pikanterii.

Prawdziwy Mężczyzna zjawił się natychmiast, ledwo tylko zdołałam uśpić dziecko. Niestety, nie trzymał w ręce ani kwiatów, ani ciastek, mimo, że nasza znajomość ciągnęła się od młodzieńczych, pomaturalnych lat, od momentu wspólnego chodzenia na lekcje rysunku do Domu Kultury, czyli, gdy mieliśmy po osiemnaście lat i nie widzieliśmy się długo. Teraz trzymał w ręce świeżo kupiony sobie kosztowny, luksusowo wydany album Davida Hockneya i zaraz przystąpił do wykładu.

– Powinnaś sobie kupić camera Lucida – powiedział jak Profesor, a ja odpowiedziałam tak, jak mówi się do Prawdziwego Mężczyzny.
– Czy tyś oszalał?- ja mam korzystać teraz z jakiś osiemnastowiecznych wynalazków, podczas gdy w Corelu 12 sobie wkładam fotografię cyfrową i mam rysunek w kilka godzin, inaczej robiony tydzień. To, że wszyscy stosowali camera obscura, a patenty były wykorzystywane natychmiast po wynalezieniu i wstydliwie ukrywane – Degas przecież nie funkcjonował bez fotografii, Balthus fotografował już polaroidem – wiadomo. Przecież pracowali na tym, co mieli, nie było takiego postępu technicznego, jak dzisiaj.
– Czy ty chcesz mnie zniszczyć?- zapytałam podejrzliwie.

Wyszedł ze mną na balkon i zrobił mi zdjęcie, a potem przyglądał mu się długo, jakby ten wizerunek w aparacie był realniejszy niż ja, stojąca obok.
– Nic się nie zmieniłaś – powiedział zaskoczony.
– Chodź, pokażę ci moją francuską rodzinę – podsunął aparat cyfrowy.

Jak na Prawdziwego Mężczyznę przystało, roznosił swoje plemniki nie bacząc na granice państwowe, ale lokalnych skutków coitusa nie zaniedbywał, a praca etatowa stanowiła jego główne źródło dochodu. Dlatego otwarty album Hockneya miał mi udowodnić, że sztuka jest dla niego najważniejsza na świecie.
Czerwona linia niezłomnie przecinała dwie sąsiadujące strony, pokazywała skutki camera Lucida i prognozy. Poczynając od Ingresa i Rembrandta, który wyskoczył ponad czerwoną linię, kubiści i Modern art znajdowali się w głębokiej depresji, natomiast nasze czasy były niejasno poszatkowane krętymi liniami, pragnącymi, jak plemniki, dobiec do czerwonej linii.
– Czy jest to linia wartościująca?- zainteresowałam się zaniepokojona, bowiem wszystko, co zobaczyłam tego lata w Metropolitan Gallery i w MoMA – łącznie z obrazami Hockneya jawiącym się jako fantastyczny geniusz chadzający beztrosko po wszystkich kierunkach – rzucało mnie w zachwycie na kolana.
– Nie, oczywiście że nie – zaczął się wycofywać.
Nie byłam pewna, czy nie kupił tego albumu po drodze do mnie, a to co wiedział, przeczytał, jak uczniak na schodach, nim nacisnął dzwonek drzwi.

Zamknął pospiesznie album i powiedział: – Mam dla ciebie prezent!
A więc jednak! – ucieszyłam się bardzo. Prezenty nie tylko dowartościowują społecznie, ale i obyczajowo.
Wyciągnął katalog ze swojej ostatniej, prestiżowej wystawy i wręczył mi.
– Przeczytasz tam wszystko – rzucił niedbale. Jak będziesz chciała wziąć udział – weźmiesz.
Posłusznie otworzyłam, ale już na drugiej i trzeciej stronie wydrukowane były tylko powtarzające się w kółko jego imię i nazwisko, a kluski mrożone, pozostawione przez właścicieli mieszkania do zjedzenia w trakcie mojego babysitter zaczęły kipieć. Wiec odłożyłam katalog i wysypałam je na dwa małe talerzyki. Prawdziwy Mężczyzna zrezygnował z dwóch klusek i troskliwie przesunął widelcem na mój talerz.
– Jedz – powiedział. Wczoraj wróciłem z Kolonii, gdzie dali na moim wernisażu dobrze zjeść.
-Tu znowu wyjął aparat cyfrowy i wyświetlił katedrę.
– Tak, znam – powiedziałam pospiesznie z ustami pełnymi klusek, usiłując skierować szybko rozmowę na byłe kobiety Prawdziwego Mężczyzny, których los nie był mi obojętny. Nasyciwszy plotkarskie żądze i głód, rozmowa potoczyła się już niepohamowanie na temat coitusa.

– Jak to jest- pytał zdumiony Prawdziwy Mężczyzna – że z tobą mogę rozmawiać, tak jak z żadną kobietą?
Był wyraźnie zadowolony. Jego rozliczne związki, mające na celu, dzięki chytremu wybiegowi społecznemu niezawierania małżeństw, gmatwały się i wikłały niczym najnowsza sztuka na wykresie Hockneya. Toteż nieliczne komplementy, jakie słał pod moim adresem, służyły wyłącznie po to, by linia jego związków biegła tak, jak on ją przedstawia, a nie wikłała się niepotrzebnie. I ja miałam być tym, kto ją uprawomocni.
– Oglądaliśmy twoją stronę – twoje obrazy są lekkie, pogodne… Pewnie sprzedałaś wszystko? – zawiesił głos w niepewności, czy pochwała, jak na profesorski prestiż nie zabrzmiała nadmiarowo, a też nie chciał odcinać sobie sposobności powrotu do tematu coitusa.
– Sprzedałam tylko jeden – powiedziałam rzeczowo ucieszywszy się, że sprawa moich przerwanych więzi społecznych ma szansę na powrót. _ – Ale Paul koniecznie chce, bym wystawiła obrazy w Monachium. Nie mamy pieniędzy, by tam dojechać. A Adam nie potwierdził, że chce wystawić moje obrazy z pieniędzy miasta. Wiesz, że nigdy nie potrafiłam żyć społecznie.
– O, wiem, byłaś jak niczym nie osłonięty nerw. Ale masz, czego chciałaś! – rzucił niepewnie, dodając trochę słodyczy pod adresem mojego wyglądu i powrócił do teorii, gdzie stosunek płciowy ma na celu jedynie przeżycie przyjemnościowe, że wszelka moralność w sztuce ją psuje i że jego udane życie jest dowodem na tę teorię.

– Nigdy bym nie dopuścił, bym musiał zrezygnować z pracy twórczej na czyjąś rzecz. Teściowa nie chce przyjść ani na dwie godziny? To można jej tylko pogratulować asertywności – dodał patrząc na obudzone i biegające z podwójną energią dziecko.

Matka dziecka, powróciła z pracy i przejęła nad nim opiekę.
Mój ostatni autobus miał już nadjechać niebawem, wiec wszystkie sprawy tego dnia powoli się finalizowały. Jeszcze na przystanku przypadkowo nadeszła kobieta oddała ukłon Prawdziwemu Mężczyźnie, a ja myśląc, że podejdzie, też się zapraszająco ukłoniłam. Dyskretnie obeszła nas kołem, a na twarzy Prawdziwego Mężczyzny wystąpiło zmieszanie. Nagle zauważyłam, że zapomniałam katalogu, który miał mnie więzami połączyć ze społeczeństwem. On też wyraził niezadowolenie. I wręcz panicznie zaczął domagać się daty mojego następnego przyjazdu. Gdy już machałam mu z autobusu, stał bezradny z pustym wieczorem i wielkim żeńskim potencjałem, który wkrótce nadejdzie, ale nie za szybko.

Włożyłam słuchawki do uszu i usłyszałam, jak przed samobójstwem Pavese doświadcza jeszcze wielu kobiecych rozczarowań.
Mijaliśmy Planty, a wielka, niewidoczna stąd głowa Erosa, pusta w środku z pewnością napełniała się rytmicznie zwiedzającymi, aż jej bezdenna pustka zaczęła pulsować prawdziwym życiem. Bowiem nie zawsze potrzebne są inne części ciała, by uzyskać pełnię i społeczną akceptację dzięki sztuce.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Roger Michell „Venus”

To piękny film nominowany do ubiegłorocznego Oskara według scenariusza Hanif Kureishi, autora równie pięknej „Intymności”.

Peter O’Toole (nikt na świecie by lepiej nie zagrał), filmowy Maurycy jest nośnikiem świata wartości. Siedemdziesięcioletni aktor gra siebie, siedemdziesięcioletniego aktora czynnego zawodowo.
Kres drogi i zakończenie życia na rękach absolutnej doskonałości, czyli młodej dziewczyny, to wątła fabuła pojemnego, lirycznego obrazu.

Od momentu wejścia Jessie – bratanicy kolegi aktora – do śmierci Mauricego, spowodowanej pobiciem przez jej chłopaka, właściwie nic się nie dzieje. Ta nierówna wiekiem para spaceruje po Londynie, ogląda spektakle teatralne, odwiedza sklepy i muzea.
Scena w National Gallery przed ogromnym płótnem kobiecego aktu Diego Velázqueza jest kluczowa. Tu spotyka się niskie z wysokim, młode ze starym, tradycja z nowoczesnością, intelekt z obskurantyzmem.
Dwie skrajności – gombrowiczowska niedojrzałość, zieloność kobieca z wysokiej próby męską duchowością współgra jeszcze na innej płaszczyźnie i właśnie to przesądza o całym filmowym przedsięwzięciu.

Mimo, że Maurycy – odtwórca ról szekspirowskich, jak i uczestnik codziennych, wysublimowanych dyskusji, pełnych dowcipu w gronie przyjaciół starców stanowi wielki kapitał intelektualny i duchowy – to jednak dziewczyna, nieczytająca, nieświadoma, żyjąca z dnia na dzień, nie musi z dziedzictwa pozostawianego nam przez wieki niczego zdobywać. Jej doskonałość jest w czasie, w chwili, którą starzec Maurycy natychmiast rozpoznaje i chłonie. Piękno, jakie mu się objawia w ciele kobiety jest obiektywną boskością, zjawiskiem nie z tego świata.
Wtedy, gdy spada na podłogę w czasie podglądania jej jak pozuje studentom akademii sztuk pięknych, zostaje ukarany jak mitologiczny Akteon, a nie jak biblijny starzec podglądający Zuzannę.
Prawdopodobieństwo lubieżności, potraktowane dziewczyny instrumentalnie nie wchodzi w grę. Scenarzysta sekwencjami z operacji prostaty i w konsekwencji impotencji Maurycego dopowiada jego intencję.
To pożegnanie z czymś, co towarzyszyło mu w czasie ziemskiego przebywania, coś, dla czego – jak dramatycznie obwieszcza na planie filmowym – jedynie warto było pokonywać trudy życia, dla którego warto było żyć.

Symbolicznym wyrazem jest leżąca niewzruszenie Wenus na chodnym obrazie Velázqueza.

Women In Art

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 14 komentarzy

Hubert Klimko-Dobrzaniecki „Dom Róży. Krýsuvík” Hubert Klimko-Dobrzaniecki „Raz. Dwa. Trzy”

Nie, nie, nie! Powieści Klimko- Dobrzanieckiego – a „Dom Róży” był nominowany do nominowanych tegorocznej Nike – nie są ani parabolą ani metaforą, ani kato, ani dewocjo, ani żadnym z neologizmów przyciągających kupców książek, które nie są aż tak dobre, by nagrodę dostały.

Jest to bardzo gorąca proza człowieka, który dzieli się swoimi negatywnymi przeżyciami.
Jeśli czytelnicy znajdują podobieństwa ze swoimi równie negatywnymi doświadczeniami, nie mogą się od tej prozy oderwać. Działa tu mechanizm telenoweli, która lisio zahacza zawsze o populistyczne doświadczenia oglądaczy.
I tak jest w tej prozie – problem rozwiązywania zjawiska starości i eutanazji w naszej cywilizacj w „Domu Róży”, problem inicjacji seksualnej w „Raz. dwa. trzy”, problem rozbitych rodzin, problem onanizmu w seminarium. Wszystko się nadaje na dobrą sztukę, wszystko jest materią i najgorzej się dzieje, gdy materia sztuki z życia się alienuje.
Ale jest zawsze pytanie o artyzm, o coś, co przekracza doświadczenie potoczne, przekracza nas, czytających, coś, co góruje nad nami, czyni z nas podrzędnymi, powala wielkością spojrzenia. I tu to nie następuje.

Trzeba przyznać i oddać autorowi sprawiedliwość za uczciwy wgląd tam, gdzie nie byliśmy i nigdy nie będziemy. Precyzyjny, niemal instruktażowy przegląd funkcjonowania domu starców, zarówno dla niżej uposażonych, jak i nad nim ekskluzywnego „Państwa Dach”, gdzie mieszka arystokratyczna, pachnąca, tytułowa Róża – jest wysokiej próby realistycznym opisem kogoś, kto tam był, dokładnie opowiedział – i niczym więcej.
Tak jest i w „Raz. Dwa. Trzy”, gdzie wgląd w cynicznych mieszkańców seminarium duchownego ujawnia już bardzo zawężone i dane bardzo nielicznym doświadczenia młodych mężczyzn.

Czasami w wielkiej prozie opis taki sam się oddziela, staje się totalny, czyni ze zjawiska coś uniwersalnego i esencjonalnego.
Klimko – Dobrzaniecki na razie, a jak pisze Dariusz Nowacki w Gazecie Wyborczej po kolejnej właśnie wydanej powieści, – jako „stachanowiec”, niewielkie ma na to szanse, wchodząc na tory literackiej produkcji.

Wielkim atutem tej prozy jest osobiste doświadczenie, odczuwalne przez czytelnika: zalewający autora nadmiar przeżyć, od którego chce się procesem pisania uwolnić.
Zapewne bolesne są wizerunki toksycznych matek, ojców lekkoduchów skarmiających jedynie dżemem truskawkowym owoce żon, które porzucili, a które się do tej prokreacyjnej roboty jedynie „podłożyły”.
Wiele jest pikantnych opisów chłopięcych i męskich intymności, co może bardzo usatysfakcjonować niedoinformowane czytelniczki.

I można wierzyć, że nie jest to zabieg komercyjny, a jedynie powstały z bólu istnienia oczyszczający, konfesyjny proces.
Ale, jak to z wiarą: i w tej materii zdarzają się czytelniczy ateiści.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 22 komentarze

Olivier Dahan „Niczego nie żałuję – Edith Piaf” (La vie en rose)

Film jest w mrocznej tonacji francuskiego dziewiętnastowiecznego półświatka malarstwa Toulouse-Lautrec’a powieści Wiktora Hugo i legendy bohemy biednych dzielnic Paryża.
Mimo nowoczesnej pracy kamery, kadrowania i zbliżeń, udało się wysnuć katastroficzną atmosferę źródła, z którego fenomen francuskiej pieśniarki się począł. Właściwie cały film jest dowodem na istnienie niezależnego zupełnie talentu w przyrodzie i tym tropem reżyser słusznie podążył, jakby sam dziwiąc się tym nieznanym siłom, które samorodny talent małej Edith ocaliły i pozwoliły mu, wbrew losowi, zakwitnąć.

Niezwykła uczuciowość Edhit Piaf sygnalizowana płaczem dziewczynki podawanej sobie z rąk do rąk od zawsze złaknionych uczuć przygodnych opiekunów, ma coś zwierzęcego i psiego w pozytywnym sensie.
Opowieść o brzydkim kaczątku, nośniku przyszłej doskonałości odbywa się bowiem cały czas w atmosferze afirmacji miłości i uczuć wyższych.
Wszyscy się kochają na zabój: prostytutki kochają wnuczkę burdelmamy, jakby była spełnieniem nieosiągalnego macierzyństwa, śpiewającą nastolatkę angażują zakochani menadżerzy paryskich klubów. Miłość do boksera, Marcela Cerdan, który ginie w katastrofie samolotowej w drodze na spotkanie z ukochaną jest nieziemska i nieśmiertelna, determinuje artystkę do końca życia podkopując jej zdrowie i powodując narkotyczne uzależnienie.
I równolegle, jakby w wyniku tych ciągłych miłosnych deficytów, tych modłów do św. Teresy z Lisieux rozlega się co jakiś czas mocny, przenikliwy, a przede wszystkim oryginalny głos Edith Piaf. Jego bezgraniczna szczerość i dobyta z dna duszy kobiecej przejmująca skarga połączona z wielkim hymnem na cześć istnienia i kochania, możliwości wypowiedzenia się o tym poprzez śpiew, jest za każdym razem potwierdzeniem wiarygodności całego filmu.
Gdy się odzywa prawdziwa Edith Piaf, nieważny jest do znudzenia ukazujący się w filmach francuskich Gérard Depardieu, ani nieważna jest główna odtwórczyni postaci pieśniarki Marion Cotillard, upodobniona jedynie cieniutką warstewką ciała.

Trudno nakręcić wiarygodny film o fenomenie, który się Francuzom przydarzył.

Edith Piaf La Vie en Rose English subtitles

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 10 komentarzy

BLOGI XII

Blogi wyłoniły się już z lądów zajętych przez przeciętność ludzką i nie należy oceniać ich inaczej.
Blogi, to oddolne zawłaszczanie odwiecznych terenów wybrańców i namaszczonych. Nie można się więc dziwić ludyczności i populizmowi blogów. Tylko chyba w naszych czasach mogła zaistnieć rzecz odwrotna: doskonałe narzędzie znalazło się w rękach niedojrzałej, nudzącej się, bezczelnej młodzieży, co dawniej było strzeżone i wymagało terminowania.

Ekspansja mentalna nie ogranicza się do odwiecznych masowych potrzeb: życia życiem innych, bawienie się kosztem innego i łatwego, realizowaniem ambicji zaistnienia w świecie wymagającym trudu i wtajemniczenia.
I nie jest to kwestia cech ludzkich, tzw. przywar. Raczej zespołowych zachowań, inspirujących się wzajemnie.

Nigdy w kulturze nie było takiej mnogości dóbr dostępnych dawniej klasom wyższym, a niejednokrotnie przewyższającym luksus ich życia, o czym pisze Ortega y Gasset w „Buncie mas”, czy Sándor Márai w „Dziennikach”. I zdawałoby się, że ta niesłychanie łatwa możliwość korzystania z dobrodziejstw kultury spełni utopijne marzenia starożytnych mędrców. Zawężając problem jedynie do blogów, których właściciele aspirują do bycia artystami bądź odbiorcami dóbr kultury, – co niestety nie jest nigdy oddzielne i zazwyczaj adept, czyli właściciel bloga ulega przemożnej potrzebie produkcji artystycznej – obserwować można nieskończenie mnożące się i puchnące tzw. życie artystyczne.

Oczywiście, termin „życie” jest wielkim nadużyciem w znaczeniu tego słowa, ale nie można odmówić zjawisku niesłychanej witalności i aktywności. Podziwu godna jest obfitość portali poetyckich, szczególnie w krajach postkomunistycznych zdeterminowanych wcześniej urzędniczą kastą, większa, niż w państwach wolnych od komunistycznego systemu.
Nieledwie wychodząc z analfabetyzmu, profesja pisarza zdaje się być najłatwiejsza z mnogości zawodów oferowanych młodości przez społeczeństwo. Pisarzowi nic nie jest potrzebne, oprócz własnej, nieskrępowanej wypowiedzi. Toteż szczelnie, konsekwentnie i miarowo pokrywa swoimi wypowiedziami każdą nadającą się okazję w sieciowym potoku sobie podobnych.
Zadziwiająca jest ta potrzeba zasypania, zamydlenia i profanowania czegoś, co niejednokrotnie kiełkuje jeszcze i wbrew zdrowemu rozsądkowi, jeszcze istnieje.
Każdy, kto w sieci pisze i komentuje artystyczne blogi jest w stanie zniwelować, osłabić i sprofanować nawet najtrafniejszą i wartościową wypowiedź. Głupota i nieuctwo powiązane z permanentnym lenistwem, nieodrodne cechy człowieka masowego, który anektuje artystyczne blogowe przestrzenie – ma się niesłychanie dobrze i można podejrzewać, że blog jest najlepszą dla niego pożywką. Nawet klasa szkolna, która posiadając nadaktywnego dowcipnego chama rozkładającego swoją uwagą każdy wykład nauczyciela, nie może rywalizować z sieciowym zespołowym blogiem literackim. Tu proporcje są odwrotne – kilkudziesięciu chamów próbuje zakasować jeden, tlący się głos wykładowcy celowo hodowany, by aktywność blogowa mogła się toczyć. Wtedy już o jakiejkolwiek sensowności całego przedsięwzięcia marzyć nie można. Blog wchodzi w rutynę niemal małżeńskiego związku, gdzie role są już rozdane, nuda zaakceptowana, a bunt ujarzmiony.

Oczywiście, nie można odmówić indywidualizacji członkom blogowej wspólnoty. Każdy bowiem dba o własny wizerunek odmieńca, a kreacja, a raczej zboczenie, poparte licznymi publikacjami książkowymi, artykułami w realnym, publicznym druku, jest pielęgnowana, namaszczana i wspólnotowo czczona.
Wyhodowany w ten sposób enfante terrible blogostanu, mający w jego tylko wiadomej hierarchii niepodważalny już status i prestiż, nie różni się niczym od rozwydrzonego jedynaka, któremu w rodzinie wszystko wolno.
Na dodatek wpatrzeni jak w święty obrazek najbliżsi ugruntowują go w przekonaniu, że jest w stanie zająć miejsce najwyższe.
Opanowawszy do perfekcji sposoby imitowania prawdziwej sztuki, niejednokrotnie osiągając rzeczywiste wyżyny intelektualnej ekwilibrystyki, zaczyna mieć pewność, że jest wybitny.
Salony blogowe, które imitują bezbłędnie kawiarnie literackie i autentyczny ferment intelektualny dziewiętnastowiecznych dandysów, nie będą przecież kwestionować tak pieczołowicie budowanego wizerunku. Pozbywszy się przez wyeksploatowanie ewentualne talenty, zniszczenie ich w zarodku przez wyśmianie i wyszydzenie, blog ma szansę jeszcze długo jechać na symulowanej świetności, a nawet wmówić niezorientowanym państwowym urzędnikom swoją wartość i tak prosperować w nieskończoność.

Niestety, wspaniałe środki techniczne, jakie pozwalają mieszkańcom komputerów na nieograniczone kontakty duchowe i intelektualne – bez straty czasu, wzbogacając życie codzienne, nie uszczuplając go najbliższym, ani nie przeszkadzając procesowi zarabiania pieniędzy na życie rodziny – stają się powoli sprzymierzeńcami sił destrukcyjnych.
Swoboda zamiany osobowości, zacieranie własnej tożsamości, relatywizm czasu sieciowego ( gdy „pisarz blogowy” może bezkarne zakwestionować to co robił rok temu i o tym nie pamiętać, podczas gdy „pisarz przedblogowy”, taki powiedzmy Beckett zaklina się, że życie płodowe, czyli fakt odległy o sześćdziesiąt lat, znany mu jest dzień po dniu), powoduje, że literackie życie sieciowe uwięzione jest w masowym nuworyszu.

Na pocieszenie można doświadczyć jeszcze w sieci wiele blogów, które kochamy i te, które czekają na odkrycie. Każde nowe narzędzie, zanim nie osiągnie rafinacji w słusznej sprawie, jest skazane na beztroskie i niefrasobliwe używanie.
I dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 19 komentarzy

Pierwszy dzień jesieni 2007

Przyjechał jak diabeł, miał czarną farbą do włosów pofarbowane wąsy, długie włosy spadające z łysiejącego czoła i oczy. Wszystko było pofarbowane, gdyż przecież był starszy ode mnie, a bruneci siwieją szybciej. Też oczy płowieją szybciej, z upokorzeń i widoku permanentnej nijakości świata, więc oczy też pofarbował. Widział nimi wszystko tak jak chciał, co udzielało się otoczeniu, zrezygnowanemu i zmęczonemu, by dochodzić prawdy. Oczy węgielki, przeszywające, jak u diabła mniejszego sortu, pracującego na przyziemnych terenach, podobny raczej gryzoniom, niż nietoperzom. Brak skrzydeł był w zasadzie wygodny, bo dawał poczucie bezpieczeństwa, że pozostanie, że nie uleci i nie ucieknie zanim sprawa nie wypełni się do ostatka. Miękkość obejścia, ściszony głos i przymilność, szept – to wszystko wyłoniło się z podobnej nocy zaczynającej się jesieni, kiedy upalny dzień staje się równie aksamitny i ciemny. Przyjechał w swojej sprawie, w swoim interesie, i zadzwonił, że będzie tu nocował i kiedy wchodził, kiedy drzwi były dostatecznie otwarte, czułam jedynie przechodzącą pustkę.

Pił herbatę, jadł gorącą kolację, mówił i mówił, a pytania rozbijały się o te odpowiedzi, które nie nadchodziły nigdy. Nie nawykł do odpowiadania, gdyż zawsze było to niebezpieczne. Więc wypełnialiśmy sobą pokój, w którym ustawiłam na jego przyjazd kwiaty późnego lata – astry i chryzantemy. Wieczór przechodził w noc, słowa mijały się umiejętnie i konsekwentnie, aż poczuliśmy obopólne znużenie i senność. Wszystko bowiem, jak na rozgrzanej patelni natychmiast ulatniało się i znikało. A więc dawne spotkania grup malarskich – wyjmował wtedy plik nikomu niepotrzebnych kolorowych zdjęć. Wyjmował własne dowody na istnienie sztuki w postaci katalogów i niskonakładowych wydawnictw. Wyjmował czasy świetności, które równie parowały jak zmierzch, jak noc, to, co ulega jedynie erozji nie pozostawiając żadnych śladów zaistnienia. Wtedy, gdy wszystko można odpowiadać na wszystko, gdy relatywizm zdarzeń, osób, wartości jest tak relatywny, że znaki wartości znoszą się – prawda jest nieobliczalna i nie istnieje.

Obudził się wcześnie, rześki i wyspany, a woda w łazience szumiała długo wymywając do czysta ewentualne ślady wczorajszego dnia. Nawet gdyby były to plamy krwi Lady Makbet, wymyłaby i wypłukała do ostatniego dowodu zabójstwa. Wyjął kosmetyki dla mężczyzn i zlikwidował ślady zapachu, który mógł się w nim zagnieździć i ewentualnie zaświadczyć coś trwałego. Wypił kawę i nagle pośpiech stał się tak palący, że szybko wkładałam buty szminkując w pośpiechu usta. Chciałam pokazać mu moje miasto, jego najnowsze ulepszenia i przebudowy.
– Wygląda jak w Austrii, popatrz, tunel.
– A tu fontanna i ta przestrzeń. Miasto europejskie – jak Wrocław.

Ale on ledwo muskał wzrokiem otwierające się przed nami słoneczne miasto, potykał się o kasztany w kopalnianym parku, gdy opowiadałam, jak zbierały się tu żony górników w dzień wypłaty. Nie obchodziły go wtedy żony górników, próbował jeszcze poszukać w pamięci męsko damskich zaklęć, wspólnych sytuacji i okazji. Ale wszystko wypadało niezręcznie i nie trafiało. Gubił się wtedy w sobie, a ja próbowałam mu pomóc śmiechem i udaniem, że jest to wszystko, czego ewidentnie nie ma. Wtedy zrezygnowany wznawiał próby wskrzeszania trików, zwrotów i zachowań sprawdzonych, prestidigitatorskich i skutecznych. I, mimo, że nie utracił ani umiejętności, ani niczego, co mogło uskutecznić te zabiegi, magia i czary były już niemożliwe.
Dworzec pomniejszył jeszcze jego sylwetkę i kiedy wszedł w obszar zalanego słońcem peronu, jakby zwęglił się i omotany przyjaznym ciepłem wczesnej jesieni, nieodwracalnie zniknął.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 5 komentarzy