Doris Lessing Nobel 2007

Na przykładzie nagrody Nobla można prześledzić łatwość manipulowania medialnego artystyczną twórczością.

Jeśli artysta jest tak stary, jak tegoroczna laureatka, jeśli przejdzie przez wszelkie fazy artystycznego rozwoju wraz z wpisanymi w życie różnorodnymi drogami poszukiwań, znajdą pożywkę niemal wszyscy, by się zgodnie z własnymi potrzebami ustosunkować.
A więc młodzi grymaszą że babcia; lewica – że wystąpiła z partii komunistycznej; prawica – że feministka; Marcel Reich-Ranicki – że nie Philip Roth.
Kogo tak naprawdę obchodzi twórczość artysty?

Tylko ja jestem zadowolona. Na zeszłoroczny Śnieg Pamuka w naszej jedynej fili bibliotecznej czekałam do ubiegłego tygodnia, aż jakiś zaprzyjaźniony z biblioteką czytelnik przez 10 miesięcy pokona 500 stron jedynej spolszczonej książki (w momencie ogłoszenia) ubiegłorocznego noblisty.
A dzisiaj? Dzięki marksistowskiemu epizodowi Doris Lessing, mogę sięgnąć do mojej szczupłej biblioteki domowej i wyjąć z półki zbiór opowiadań pokój nr 19 (polski wybór opowiadań pod tym tytułem wydanej w ambitnej serii „Jednorożca”), który gorliwa polityka kulturalna Gomułki dopuściła do spolszczenia.

Doris Lessin ma trzydzieści lat, gdy wydaje A Man and Two Women. W wywiadach wbrew deklaracjom innych artystów o heroicznym trudzie i męce tworzenia, Lessing przyznaje się do najwyższej przyjemności, jakiej pisanie jej dostarcza.
Wystarczy przeczytać piękne opowiadanie o psach Jocke i Billu, by próbkę tej błyszczącej prozy i wielki literacki talent dostrzec. Nie liczy się wtedy nic, owładnięci jego pięknem, wdzięczni, chłoniemy niedostępne nam inną drogą światy.
To na wskroś autobiograficzne studium o wolności, przypominające kafkowskie Dociekania psa.
Powiązane ze sobą uczuciem wyższym, krystaliczną przyjaźnią psy – jeden z nich pozyskany i wychowany przez autorkę w dzieciństwie – poddane są doświadczeniu absolutnej wolności w egzystencji rozdartej między afrykańskim buszem a podwórzem białych farmerów.
Obserwacje są podane zimno, pozbawione cienia sentymentalizmu (Virginia Woolf nie ustrzegła się tej pułapki pisząc o zwierzętach), a jednak, przy całej drastyczności – ciepło zespalają świat zwierzęcy z ludzkim. Zacierają się światy, pozostaje nieobcy żadnej ziemskiej istocie ból równocześny z hymnem na cześć przeżycia w radości i afirmacji. I o jego kosztach:

Położył pysk na mojej ręce i zaskomlał, a raczej zapłakał. A potem uniósł łeb i zawył…
– Och, Bill przestań, nie rob tego, proszę…
Ale on wył i wył, aż nagle skoczył jakby nie mogąc znieść nadmiaru bólu, potem obwąchał mnie niby chcąc powiedzieć: ”Ach, to ty, no dobrze, dowidzenia” – i pobiegł truchtem w busz.
Bardzo niedługo potem zastrzelono go, kiedy wychodził z kurzej zagrody z jajkiem w pysku.
( Przełożył Wacław Niepokólczycki)

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Perły

Kiedy Wietnamczyk śle teściowej prawdziwych pereł sznur z wakacji
za wychów córki, za wydatki mieszania krwi arystokracji
wietnamskiej z krwią slumsów Sosnowca –
sprawa jest prosta: sprawa chłopca
który zapładnia, bo żyć musi
w polskich biznesach, by móc zdusić
gwałt na młodości. Ale tobie?

Kiedy perłami druk ozdobisz
i winkrustujesz bez potrzeby
w tekst, który zawsze gości niebyt,
wtedy nicości wtórność głucha
nie wezwie z piekieł Króla Ducha.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

MŁODZI SOCJALIŚCI

Trudno przeżyć powtórzenie, nawet, jeśli jest kierkegaardowskie. Nawet, jeśli nie jest nietzscheańskie. Nasze powtórzenie zawsze będzie metalowe, Kosmiczne, zawsze negatywne i zawsze destrukcyjne.

Zmierzcha się, i kino dawniej zwane „Kosmosem”, które świeciło przeszklonymi ścianami najnowocześniejszego budynku w naszym mieście, gdzie pielgrzymowały tłumy, a bilety były tylko dla wybranych, teraz chłodno sączy krwiste światełko jedynie z uchylonych drzwi.
To tutaj odbędą się pokazy wyśmienitych filmów, wzorem perswazji Slavoja Žižka, odbędą się na ich podstawie próby uwiedzenia najmłodszych, co Agata Bielik-Robson porównała przy okazji wizyty wielkiego filozofa w Warszawie do wyprowadzającego dzieci na zatracenie przy dźwiękach fletu baśniowego oszusta.

Młodzi ludzie wpełzają niespiesznie, zazwyczaj parami.
Zazwyczaj mają dodatki cynobrowej czerwieni. A to korale, a to rękawiczki, a to koszulki kupione w internetowym portalu Młodzi Socjaliści( po 20 złotych) – czerwone T-shirty z napisami.
Przed nami siedzi chłopak oznakowany na plecach słowami: „Nie ma socjalizmu bez demokracji, nie ma demokracji bez socjalizmu”- Róża Luksemburg.
Więc jesteśmy z młodzieżą, która w ten Czerwony Październik przedwyborczy przyszła zobaczyć wysmakowane artystycznie filmy i dać się przekonać, zewnętrzności, co artysta filmu chciał powiedzieć.
Młodzi socjaliści przynoszą czerwony materiał z napisem „Młodzi Socjaliści”. Logo organizacji przypomina gwiazdę – ale nie całkiem.

Powtórzenie jest w migawce, jak w tym filmie Haneke, sceny nagle ostre i obce z twarzą z za uchylonych drzwi.

Jacyś młodzi ludzie przychodzili na sale wykładowe, przynosili deklaracje uczelniane. Byli milczący, bez agitacji i wahań, oschle podsuwali je do wypełnienia, milcząco je potem zabierali. Mieli tyle samo lat, co ci, co właśnie siadają na tych krzesłach, biorą bezprzewodowe mikrofony do ręki.

Ci mają punkowe fryzury, ten w czerwonych szlachetnie przecieranych, błyszczących, drogich, ekstrawaganckich butach zagaja, jest z Krakowa, jest z wydawnictwa, jest już doktorem, jest skończonym produktem edukacyjnym i teraz to on będzie edukował. Ten w środku prowadzi, też zagaja, jest nadzwyczaj miły, wszyscy są mili. I ten po prawej, pełen w ustach Lacana, Adorno, Žižka i Baudrillarda, a przecież film jest tylko o uczuciach.

Dławimy w sobie uczucia i zabieramy głos, dyskutujemy, nie zgadzamy się. Próżno się nie zgadzać, jak na sali jest 100 % młodych socjalistów, którzy wiedzą, że nie ma sztuki bez zaangażowania, że nie ma sztuki bez społecznych priorytetów, że byt określa świadomość. Młody, pulchny marksista, najwyraźniej zaprzyjaźniony z prowadzącymi, usiłuje nawet zinterpretować słynny esej „Przeciw interpretacji” Susan Sontag. Nie zgadzamy się i wtedy z boku pada Orzeszkowa, Dickens, Brecht, z pogróżką i drwiną, ze śmiechem, nie zgadzamy się, ale chichot w górze sali jest już tłumiony. Chłopak w punkowej fryzurze podchodzi i nas przeprasza.

Wychodzimy na czerń naszego miasta, lepkie ulice od wieczornego zmierzchu mają już poprzylepiane liście. Tak jak wtedy, gdy październik zaczynał rok akademicki przylepianiem się przyrody i politycznych etykietek.

W domu wchodzę na portal młodych socjalistów, na portal lewicy pl, na trybunę robotniczą, na lewą nogę, na recykling. Pełno tam ubiegłowiecznych zabawek i wizerunków, których wesoła czerwień nie ironizuje, nie dystansuje i nie czyni z tego śmiesznego figla. Brzmi złowrogo. Wszystko jest prawdziwe: i śpiewniki pieśni rewolucyjnych, i Che, i symbole sierpa i młota.

Sentyment młodości, tak bliski każdemu człowiekowi zamienia się w powtórzenie, które materializuje się na naszych oczach, jak niewiarygodny wybryk natury, jak brzydka zabawa niegrzecznych dzieci, które dręczą, niszczą i podpalają.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

W sieci

Sieć się podarła. Sieć jest krucha. Oddziela się od przeznaczenia.
Ledwo firanka, ledwo mucha oczka nie zmusi do istnienia
tajnego wejścia. Nie sforsuje krat i więzienia nawet przy tym
nie zaneguje. Jest gdzieś indziej. A próba wejścia z innym bytem
nie miesza się i nie ukrywa, że nie ma go, że nie ma prawa
być, i że lepsza jest myśl pierwsza: że może była to obawa
przed uwikłaniem w sieci sznurki?

Nie ma szans grzeczność i laurki !
Kiczu nie zmrożą malinowe
lody fantazji. Lód – to morze
po którym kra swobodnie brata
zimno Arktyki z resztą świata.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Moc

Niech moc będzie z Wami! Gwiazdy walczą przecież
co noc o ułudę filmowej nadziei. Zdobywamy oręż
najnowszy. Nam wcale nie potrzebne szkoły
fechtunku. Gwiazd zgasłych martwe oczodoły
niebo sine zasnuwa kataraktą znudzeń
jak fatamorganą. Bez marzeń i złudzeń
o fair play, o zwyczajne w drugim przebywanie…

Jak aktor, co na drugim planie
zgrał się jak gracz. I w niewolę
dłużnika popadł przy zielonym stole
hazardu. Trafił mimochodem:
stare gry nigdy nie są młode.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Mózg

Jej kłopoty z pamięcią zaczęły doskwierać otoczeniu i rodzinie. Sąsiadki dawniej chętnie zbierały się u niej, pokonując samotność i nudę. Siadywały w kuchni, by nie męczyła się, nosząc herbatę i ciastka do pokoju.
Zresztą, od kiedy weszła na niezamkniętą szafę tłukąc lustro i kalecząc się, wszyscy, którzy, ją odwiedzali, poprzestawali na kuchni. Latem siedziały przy stole, zamkniętym oknie, by nie wpadła mucha. Wielokrotnie pytała o coś, co już dawno uzyskało odpowiedź i było omówione. To ją demaskowało ją to. Kopały się pod stołem znacząco, pobłażliwie. Uśmiechały się i czekały.

Degradacja postępowała, a topnienie mózgu widoczne było z dnia na dzień. Bały się przebywać z nią sam na sam, zbierały się tylko, gdy wiedziały, że przyjdą inne, że uda się zagłuszyć przerażenie plotkami i wesołymi opowieściami, że tak jak dawniej znajdą przychylność dla swojej starości i samotności.

Zima i zakończone święta z rodziną pozostawiły ją samą. Rano pokonywała szybkim krokiem odległość do kościoła, po powrocie siadała przy telefonie. Wykręcała numery sąsiadek, ale te, przed telewizorami, wymawiały się wizytami krewnych. Wtedy włączała Radio Maryja i pozostawała przy nim aż do krótkiej drzemki nad ranem. Wstawała, doczekiwała do porannej mszy i w botkach na grubych podeszwach przemierzała ulice miasta, by wtulić się w kościelną ławkę.

W poniedziałki regularnie stawiała się u lekarza. Za umówione sto złotych rzetelnie odsiadywał z nią godzinę. Był młody i wiedział, że za nudę i utratę energii ma dobrze płacone. Rutynowo pytając o zdrowie i starając się, by szczegółowo opisywała swój stan, mógł myśleć o czymś innym. Potem długo wpisywał w komputer dzień po dniu lekarstwa, skanując etykietki fiolek witamin i preparatów przeciwko otępieniu. Drukował barwnie w siedmiu egzemplarzach, by po tygodniu lekko je zmodyfikować i drukować na następny tydzień. Wiedział, że jej doskonale funkcjonujący organizm jest niezniszczalny, a na postępującą degradację nie ma wpływu. Sugestie i zalecenia czytania czegokolwiek, oglądania seriali, wiadomości, filmów, spotkały się z gwałtownym oporem. Religijna radiostacja zabraniała swoim słuchaczom brania do ręki gazet, pilota telewizyjnego i komentowania zaleceń. Lekarz był bezradny. Nie było materii, by jej mózg miał powód funkcjonować. Robił to na zasadzie przyzwyczajenia.

Śnieg zniknął, osiedle przemieniło się w brudną jednostajność. Ulice, ze strzępami skamieniałego lodu, między którymi wciskały się niedopałki i śmiecie, były czarne. Trawniki przemieniły się w maź, a kolor zeszłorocznej trawy nie różnił się od psich odchodów.

Siedziała w oknie, w nadziei, że zobaczy kogoś lub coś. Nikt nie nadchodził. Ulica była pusta. Czekała na odczytującego liczniki, ale nie mogła sobie przypomnieć, czy już był, czy dopiero nadejdzie. Więc czekała, lecz nic się nie wydarzało.

Wzięła słuchawkę i zadzwoniła do Lusi licząc, że do niej przyjdzie. W słuchawce odezwał się zapłakany głos Kiki: właśnie przywiozło mamcię pogotowie po opatrunku… Kika płakała do słuchawki. Mamcia, taka krucha, a tatko taki zwalisty! Wśród płaczu usłyszała, że w czasie wymiany pampersa tatko zobaczył w żonie wroga. Rzucił mamcią o szafę… Łkała Kika. Rozcięła głowę… Zadzwoniła po nią, natychmiast przyjechali z mężem, wezwali pogotowie…
– Tak, szukamy dla tatka zakładu, nigdzie go nie chcą… Z Alzheimerem nie ma w mieście, a do zwykłego się nie nadaje… My pracujemy, jak mamy się tatkiem opiekować cały dzień?

Wykręciła numer Isi. Mama leży – burknął głos syna. W tle telewizor i mecz.
– Leży? – czemu?… Pytała nie z troską, a żalem, że pewnie do niej nie zejdzie.
– Nie wiem, pewnie chora – odezwał się zniecierpliwiony. Odłożyła słuchawkę.
– Bandyta – mruknęła do siebie. Wiedziała, że w czasie awantur z matką nazywa ją kościelną kurwą i trudno jej było go po chrześcijańsku lubić.
Wyrzucony z pracy za pijaństwo wyleczył się brakiem pieniędzy z choroby alkoholowej i nie odstępował już matki na krok. Wtedy, gdy jeszcze pracował miała Isię wyłącznie dla siebie. Czekały wspólnie, aż pijany wróci w środku nocy. Ona w oknie, Isia przy drzwiach. Gdy sylwetka słaniającego się syna pojawiała się, Isia zbiegała jak dziewczynka po schodach, otwierała drzwi, by domofonem nie budził sąsiadów i szczęśliwa zabierała go do domu. Wtedy budzili się wszyscy sąsiedzi, rozlegały się odgłosy tłuczonego szkła, przetaczanych mebli i mordowania matki. Wracała więc, czekały obie, aż dźwięki z jej mieszkania będą powoli cichły.

Były to lepsze czasy, niż teraz.
Cierpiała na bezsenność i o każdej porze nocy mogła grać w karty, opiekować się sąsiadką, przyjmować gości. Niestety, nikt nie chciał przyjść ani za dnia, ani w nocy, a na ulicy nic się nie działo.

Przysłuchiwała się im krzątając się po kuchni, robiąc herbatę, wykładając ciasteczka. Jej aparat słuchowy działał bezbłędnie, ale nie zawsze go wkładała. Ważny był tylko szum, ruch w kuchni, poruszające się usta, postacie podnoszące do ust filiżanki herbaty. A one mówiły, troskały się, oburzały, czasami wybuchały śmiechem. Czekały, aż coś powie. Zaczęła mówić to, co usłyszała w Radio Maryja, ale szybko zamilkła. Nie wiedziała o co chodzi, myślała, że mówi to, o czym mówią i myślą wszyscy. Było podobnie jak wtedy, gdy odwiedziła ją dawna przyjaciółka z pracy z jamnikiem. Uważała, że psy nic nie czują, nie mają rozumu, tylko węch. Tak mówiło się w domu i dlaczego miałoby być inaczej. Dlatego, że się ma psa? Więc tę znajomość też utraciła. Zadzwoni i wytłumaczy. Sąsiadki przecież wrócą. Gdzie mają iść?

Nie wróciły. Umawiały się wiosną na ławce, na skwerze i nie powiadamiały jej, jak wcześniej, że tam idą. Jeśli sama schodziła z herbatnikami i częstowała. Potrafiła wyrecytować po łacinie gimnazjalne wiersze, ale trudno jej było sobie przypomnieć najbliższe chwile. Siedzące prosiła, by się przeniosły do niej, ale wymawiały się. Widziała je z okna, jak idą na skwer. Szybko ubierała się i podążała za nimi. Ale one zaczęły okrążać dom i przemykać drugą stroną. Wtedy wychodziła na balkon i wołała stamtąd, że zaraz do nich dołączy.

Najlepiej jednak czuła się w domu i przestała wychodzić.

Zaszufladkowano do kategorii 2003 | Dodaj komentarz

BLOGI XIV (choroba woli)

Mitologia grecka pełna jest nieśmiertelnych przykładów przekroczenia, sięgania po to, czego nie wolno, co powoduje nieodwracalną karę.
Psy rozszarpują Akteona, Niobe zasypują śmiercionośne strzały, Pigmalion traci swoje doskonałe dzieło, które zamienia się w prawdziwą, pospolitą kobietę. W dobrej wierze śmiertelnicy sięgali po boskość, mając bądź, co bądź, duże szanse na wyjście ze zjadającej ich kawałek po kawałku wewnętrznej pustki, by wydobywając się na powierzchnię „złego” świata, który w ową pustkę ich wmanewrował, móc go na własną, szlachetną modłę kształtować.

I tak rodzi się bloger idealista, bloger misyjny, który zaopatrzony w stworzony przez siebie blog, zaczyna naprawiać świat.
Jest już po młodzieńczym buncie, po edukacji, po pozyskaniu odpowiednich narzędzi, niezbędnych w dziele naprawy.
Choroba go tocząca jest podobna do chorób wielu geniuszy, np. Nietzschego, której efektem była idea nadczłowieka.
Tak porażony bloger, sięgając w poczuciu dobrej sprawy i dobrze spełnionego obowiązku wobec siebie i świata, konstruuje myślowe przestrzenie, światy w zdawałoby się właściwej intencji przekształcenia swego jednostkowego życia w uniwersum.
Więc toczy blogowe boje na wielkich, intelektualnych forach sieciowych portali, skutecznie – mając niewątpliwe przewagi jakościowe – niszczy zło, zabija smoki i jako „Rycerz Prawdy”, odnosi zwycięstwa.

Nie ma to nic wspólnego z takimi rycerzami, których wykreowały wieki wcześniejsze: Kierkegaard i Dostojewski.
Współczesny bloger po pozornym zamieszaniu, który czyni wokół siebie – myląc niejednokrotnie niedoświadczonych, kibicujących blogerów z dowodem skuteczności – jakby w boskim odwecie, za zadufanie i pychę, otrzymuje zwrotnie zwielokrotnioną pustkę wokół siebie.
Tak dzieje się w wypadku blogów katolickich, gdzie 150 komentatorów dziennie pyta prowadzącego bloga, czy może się już kochać fizycznie z ukochaną, podczas gdy niespieszne urzędy nie udostępniły narzeczonym pozwalającego dokumentu. Wtedy bloger, w całym majestacie misji, odpowiada każdemu z osobna, powołując się na encykliki i Ojców Kościoła.
Nie wolni są od tej choroby guru portali poetyckich, namaszczeni ważnymi nagrodami literackimi. Pełni zaufania we własne siły są władni cierpliwie prowadzić dialog z niższością tego rzemiosła, podczas gdy zdrowy rozsądek nakazuje pominięcie takiej wzajemnej, obopólnej próżności.

Umieszczanie swojej energii w sprawy absurdalne i niewykonalne, nie jest jeszcze donkiszoterią.
Jak wiemy, Don Kichot walczył i ta walka budowała nowe przestrzenie, nowe elementy, niesłychanie twórcze w kosmosie Cervantesa.
Bloger, chorujący na przerost woli w stosunku do osiąganych za jej przyczyną efektów, zwrotnie otrzymuje jedynie jałowość i to nawet nie z powodu wydatkowanej tak energii. Tu nie zachodzi efekt rzucania pereł przed wieprze, zmarnowania talentu na rzeczy poniżej godności blogera.
Choroba duchowa polega na niedostatku w potencjale własnej duchowości. Bloger, rzucający się z motyką na słońce nie jest duchem tak wielkim i tak mocnym, by jego działalność mnożyła i napełniała dalsze dokonania. Toteż wycieńcza go każde, nawet zdawałoby się, pozytywne zakończenie sieciowego boju, nie napełniając go więcej.
Ruiny i pustkowia, pozostałe po cierpiącym blogerze, w konsekwencji zawsze ze zdumieniem oglądającym swoje dzieło, to tylko niewielki skrawek dostępny jego percepcji.
Wskrzeszając czasami zgliszcza pobojowisk, próbuje kontynuować zrujnowane dzieło, jeszcze bardziej się pogrążając.

Dopóki blogerzy nie będą zniewoleni chorobą złej Mocy, zwanej w okultyzmie Demonem, nie będzie chorował blog.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Michael Haneke „Ukryte”

Film zobaczyliśmy w ubiegłą sobotę w ramach Festiwalu Filmu Zaangażowanego – w dumie naszego miasta – największym w Polsce Centrum Sztuki Filmowej.
Film pokazali Młodzi Socjaliści.
Pokaz był darmowy i skupiał rzeczywiście młodych socjalistów, gdyż zajęta przez młodzież jedna piąta ekskluzywnej sali z pierwszorzędnym ekranem pozostała w komplecie na dyskusji po projekcji.
O tym opowiem w poście „Młodzi socjaliści” w dziale „Dziennik duszy”.

„Ukryte”, to bardzo piękny film.
W przeciwieństwie do piosenki kabaretowej, że „na działkach nic się nie dzieje”, podczas gdy następne zwrotki demaskują ten pozór spokoju mordem i bestialstwem – w filmie naprawdę nic się nie dzieje.
Oschłość i asceza narracji upodabniają kadry do przepływu czasu, do codzienności, czyli wszystkiego, co spaja rzeczy wyjątkowe, które nam się wydarzają i które dopiero wtedy zauważamy.

Reżyser wskazuje właśnie na to, czego nie zauważamy. Kilkuminutowe sekwencje widoków na dom, na posesję, na ulicę, są pojemne i nie służą do budowania nastroju, lecz do medytacji.
Artysta mówi: uwaga! Zastanówcie się, chociaż na czas projekcji!
I zastanawiamy się, medytujemy, domniemamy, co przydarza się bohaterowi w nic niewydarzaniu, w poszukiwaniu niepokoju, który go trapi i poraża jego rodzinę.

Życie bohatera ilustrowane aluzyjną kamerą – spełnionego życiowo pięćdziesięciolatka, jest marzeniem każdego z nas.
Mieszka w pięknej, spokojnej dzielnicy Paryża. Ma piękną żonę – intelektualistkę pracującą w wydawnictwie. Przyjaźnią się z szefem wydawnictwa, z szefem TV programu kulturalnego. Wszyscy ich znajomi to ludzie na poziomie, uczestnicy intelektualnego, wyrafinego życia towarzyskiego.
Główny bohater Georges jest społecznie ważną osobą, wyrocznią krytyczną: prowadzi sławny na całą Francję program w stylu naszych byłych telewizyjnych „Dobrych książek” Jego najnowsza publikacja już na dniach opuści drukarnię. Syn jest udanym, ślicznym nastolatkiem. Jest więc osobowością ukształtowaną, posiadającą jak nikt narzędzia do samopoznania i autoanalizy.

W ten bukoliczny obraz nagle wsączają się nieproszone, niezamawiane taśmy video, regularnie nadchodzące z zewnątrz, atakujące z dystansem, ale coraz częściej, coraz nachalniej.

Jest to film o uczuciach, których nie chcemy, które wypieramy, a które są i rozsadzają dywersyjnie człowieka od wewnątrz, mimo, że zrobił wszystko by je otamować i do głosu nie dopuścić.
Uwikłanie Georgesa wzrasta. Z początku opanowany, grzeczny mąż, ojciec i pracownik w miarę niespiesznej akcji coraz bardziej histerycznie próbuje bronić zdawałoby się, ugruntowanego raz na zawwsze terytorium społecznego spokoju.

Wątek algierski przewija się mimochodem w kilku przebitkach „taśm”, a raczej jaźni Georgesa, nawiązując do jego dzieciństwa, gdy wstydliwa historia Francji pokrywa się z jego wstydem: to masakra lat sześćdziesiątych dokonana na Algierczykach, między innymi rodzicach jego przyjaciela z dzieciństwa.
Georges, wówczas sześcioletni chłopiec, wskutek swoich dziecięcych manipulacji udaremnia jego adopcję przez swoich rodziców skłonnych do usynowienia sieroty. Motywem czynu był jedynie strach przed uszczupleniem sytej egzystencji chłopca z zamożnego domu. Tym samym powodem kieruje się po latach: nie wzruszy go los dorosłego, zniszczonego sierocińcem mężczyzny, ani przerażające świadkowanie aktowi jego samobójstwa.
Jałowe też będą wszelkie oczyszczające okazje spotkań z synem Algierczyka. Paniczny strach przed przyznaniem się do winy, jedyny sposób rekompensaty za brudne czyny – zblokuje sumienie na zawsze – metaforycznie zabije wszelkie życie duchowe.

Końcowa scena, w której Georges konsekwentnie udaje, że nic się nie dzieje, zapowiada dozgonną udrękę wyrzutów sumienia, czyli permanentny napływ tajemniczych taśm video.

Haneke wraca do pierwotnego, szekspirowskiego mniemania o człowieku. Sugeruje, że taśmy istnieją. Przychodzą pod drzwi, owinięte foliowym woreczkiem z hipermarketu.

Czasami myślę, że są to jedynie pobożne życzenia reżysera. Raczej byłabym skłonna do diagnozy Fitzgeralda („Wielki Gatsby”), który porównuje sumienie bohaterów do dziurawego sera szwajcarskiego.

Ale to naprawdę bardzo piękny film.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz