Fernando Pessoa (Alberto Caeiro) „Widzę wszystko świetliście, jak kwiat słonecznika” z portugalskiego i angielskiego przełożyła Ewa Bieńczycka

Widzę wszystko świetliście, jak kwiat słonecznika.
Zwyczajnie połączony swoją drogą z niebem
Wodzący ruchem słońca od lewa do prawa,
I od czasu do czasu zaglądam za siebie…
Mając do chwil minionych swoje prawa,
Widzę związek z rzeczami nie widząc ich wcześniej
Wiem bardzo dobrze, jak dodać do tego,
Doświadczenie, by poczuć ten sam cud…
Narodzonego dziecka, czującego poród
Wiedzy, z którą i niech bym się i zbratał,
Czuję, że się rodzę z każdym momentem
Do wiecznej nowości Świata…

Nie wierząc, jak z margerytki płatków wróżenie,
Bo go widzę. Ale nie jest do myślenia stworzony
Ponieważ nie rozumie myślenia myślenie
Nie po to jest Świat, by był myślony
(by mógł myśleć, ma mieć szaleństwo w oczach)
Lecz do oglądu i zachwytu powołany…

Nie znam filozofii: wystarczy, że zmysły mam…
Jeśli ja mówię o Naturze, nic to: znam jej byt zwyczajny,
Ale ponieważ kocham, tylko z tej przyczyny kocham,
Kochając nigdy nie wiesz, co to jest miłość…
Nie wiesz, dlaczego kochasz i nic o miłości…

Kochanie to wieczna niewinność,
A tylko niewinność niczego nie myśli…

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Cisza przedwyborcza: Fernando Pessoa: Deklaracja odmienności

CISZA PRZEDWYBORCZA: FERNANDO PESSOA: DEKLARACJA ODMIENNOŚCI

Sobota 20 października 2007, przez Ewa

DEKLARACJA ODMIENNOŚCI

Państwo i miasto nie mają nad nami władzy. Co nas obchodzi, że ministrowie i dworacy odprawiają swoją szopkę rządzenia narodem? To wszystko płynie gdzieś tam, na zewnątrz, jak błoto w deszczowe dni. Nie mamy z tym nic wspólnego, nawet jeśli nas to dotyczy.
Nie interesują nas też wielkie konwulsje, jak wojna i kryzysy polityczne. Dopóki nie wchodzą do naszego domu, nieważne, do jakich pukają drzwi. Takie podejście, zdające się opierać na głębokiej pogardzie wobec innych, w rzeczywistości wynika z naszej sceptycznej samooceny.
Nie jesteśmy ludźmi dobrotliwymi ani dobroczynnymi – nie dlatego, że jest to sprzeczne z naszą naturą, tylko dlatego, że ani jedno, ani drugie nie leży w naszej naturze. Dobrotliwość to delikatność, na jaką zdobywają się wulgarne dusze. Interesuje nas jako obca nam cecha, której towarzyszą obce formy myślenia. Obserwujemy – i ani nie aprobujemy, ani nie ganimy. Naszą rolą jest nie być niczym.
Gdybyśmy urodzili się jako członkowie jednej z grup, które określają się jako społecznie upośledzone, lub jakiejkolwiek innej grupy, z której można obsunąć się w dół lub odbić w górę, bylibyśmy anarchistami. Jednak prawda jest taka, że z reguły jesteśmy istotami zrodzonymi w szczelinach między klasami, między warstwami społecznymi; niemal zawsze w tej dekadenckiej przestrzeni między arystokracją i (wyższą) klasą średnią – w społecznej siedzibie geniuszy i szaleńców, z którymi można ewentualnie sympatyzować.
Wszelka aktywność wywołuje w nas popłoch – częściowo ze względu na fizyczną niekompetencję, ale głównie z powodu niesmaku, jaki budzi w naszej moralności. Działanie wydaje się nam nieetyczne. Każda myśl wyrażona słowami to dla nas degradacja, bo myśl staje się w ten sposób własnością innych, staje się zrozumiała dla wszystkich tych, którzy tylko są w stanie ją zrozumieć.
Mamy dużą słabość do okultyzmu i wszelkich sztuk tajemnych. Mimo to nie jesteśmy okultystami. Brak nam do tego pewnej wrodzonej woli, nie mówiąc o cierpliwości, potrzebnej do kształtowania tej woli, tak aby stała się doskonałym instrumentem magów i hipnotyzerów. Jednak sympatyzujemy z okultyzmem, przede wszystkim dlatego, że ma w zwyczaju przedstawiać swoje kwestie w taki sposób, że większość tych, którzy je zgłębiają, nic z nich nie rozumie – łącznie z tymi, którym się wydaje, że rozumieją. Zagadkową pozycję okultyzmu cechuje ostentacyjna wyższość. Poza tym stanowi obfite źródło tajemniczych i przeraźliwych doznań: astralne larwy, przedziwne istoty o najróżniejszych kształtach, które obrzędowa magia wywołuje w swoich świątyniach, bezcielesne obecności materii, krążące wokół naszych zasklepionych zmysłów w fizycznej ciszy wewnętrznego dźwięku -wszystko to pieści nas lepką, straszliwą ręką w mroku i osamotnieniu. Jednak odcinamy się od okultystów tam, gdzie są apostołami i miłośnikami człowieczeństwa – to odziera ich z tajemniczości. Funkcjonowanie okultysty w sferze astralnej jest uzasadnione tylko pod warunkiem, że kieruje się pewną wyższą estetyką, a nie jakimś złowieszczym celem polepszania czyjegoś losu.
Niemal bezwiednie zarażamy się prastarą sympatią do czarnej magii, do zakazanych form transcendentalnej nauki, do Władców Mocy, którzy zaprzedali się Potępieniu i zdegradowanej Reinkarnacji. Nasze oczy słabych i niepewnych gubią się, jak parząca się samica, w teorii odwróconych stopni, pośród opacznych rytów, na złowrogim łuku schyłkowej hierarchii.
Szatan wbrew naszej woli oddziałuje na nas jak samiec na samicę. Wąż Materialnej Inteligencji owinął się wokół naszych serc jak wokół symbolicznego kaduceusza Boga, który obwieszcza – Merkurego, pana Zrozumienia.
Ci z nas, którzy nie są pederastami, żałują, że nie mają odwagi nimi być. Każde wstrzymywanie się od działania nieuchronnie feminizuje. Sprzeniewierzyliśmy się naszemu prawdziwemu powołaniu gospodyń domowych i bezczynnych kasztelanek wskutek płciowego wypaczenia w obecnym wcieleniu. Mimo że absolutnie w to nie wierzymy, wszelkie próby zachowywania się tak, jakbyśmy wierzyli, smakują nam krwią ironii.
Wszystko to nie wynika z niegodziwości, tylko ze słabości. W skrytości wielbimy zło, ale nie dlatego, że jest złem, tylko dlatego, że jest silniejsze i bardziej intensywne niż Dobro, a wszystko, co jest intensywne i silne, pociąga te instynkty, które powinny należeć do kobiety. Pecca fortiter nie może być naszym udziałem, bo nie mamy dość siły -nawet siły inteligencji, czyli jedynej, na jaką nas stać. „Rozmyślaj o potężnym grzechu”: w naszym przypadku tylko do tego sprowadza się to wymagające wskazanie. Ale bywa, że nawet to jest dla nas niemożliwe – nasze życie wewnętrzne ma swoją rzeczywistość, która czasem boli nas przez sam fakt, że jest rzeczywistością. Istnienie zasad regulujących kojarzenie idei – i wszelkie inne duchowe funkcje – uwłacza naszemu wrodzonemu niezdyscyplinowaniu.

z “Księgi Niepokoju” tłum. Michał Lipszyc

pessoa

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 3 komentarze

Słowa

Słowa są proste. Słowa czyjeś, nieważne: w dniu, w kosmosie, w czasie;
nie znaczą nic. Nie mają przyczyn zaistnieć w innych słów hałasie.
Słowa są twoje. Ale czyżby? Nie są własnością niewiadomą?
Pra – słowa mielą ust miliony zmarłych już dawno, zamienionych
na ziemię, cmentarz i wygodne ramki nad łóżkiem jak modlitwa
błagalna! Muru lamentacja: żydowskich spotkań księga pytań,
gdzie świstki wkłada się w kamienie…

Słowa są twoje? To są cienie
twych słów odbitych w lustrach wielu
wyszeptywanych na weselu
i wyłudzonych przy rozwodzie,
słowa pochodne słowu odejdź.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 2 komentarze

BLOGI XVI (choroba indywidualistów)

Choroba uczuć, na jaką cierpi bloger dotycząca tych, którzy wybierają samotne sieciowe przebywanie – też jest, zdawałoby się – podyktowana intencją chwalebną i szlachetną.
Deficyt uniwersum, czyli nie łączenie się z powszechnym światem – nawet jak czyni to na płaszczyźnie szeroko pojętej kultury – powoduje następną, duchową pułapkę. Bloger bowiem, ufny w swe siły, zaczyna cały świat brać na swoje barki, usiłując nim się stać, wskutek czego harmonia duchowa zostaje zachwiana.

Tak dzieje się w egzystencjalizmie, w swej krańcowej, ateistycznej postaci, gdzie subiektywizm sieje jedynie pustkę.
Początki choroby są rozkoszne, szczególnie, gdy dotyczą bardzo młodych blogerów zachwyconych wolnością blogową.
Wyruszają więc na swoją przygodę, odważnie zrywając z konwencją.
Jednak bunt taki nie jest kontestacją i niezgodą na świat, ani próbą wyzwolenia się z jego przyciasnych ram.
Samowola polega na zerwaniu ze światem zewnętrznym i posiadaniem niczemu nie przyporządkowanej wolności, z którą nie ma co zrobić.
Panicznie więc bloger zapełnia swój blog wyalienowanymi, niczemu nie służącymi elementami.
Efektem takiej choroby, zapoczątkowanej egocentrycznym chomikowaniem blogowych skarbów, istnemu kolekcjonerstwu i hobbistycznym zapędom jest psucie się i kiszenie blogowych dóbr i ich dziwaczenie.

Uświadomienie sobie tej choroby powoduje okropne cierpienie, podobne do ogłoszenia przez Nietzschego śmierci Boga.
Bloger wie, że jałowienie jego bloga następuje wyraz w wzrostem dbania o niego, a jednoczesnie zawsze pojawia się nawet nie pustka, a nicość. Ta zdumiewająca entropia strwonionej energii blogera napawa go przerażeniem i jeśli nie zdobędzie się na wyraz opisu tego zjawiska, który twórczo literatura, szczególnie romantyczna, obficie dostarczyła, będzie chorował nadal.
Da wyraz, jak w epokach schyłkowych, rafinacji i niesłychanej wirtuozerii swoich blogowych rarytasów, a nihilistyczna nicość, jak rak, będzie trwała i rozrastała się bez opanowania.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze.
Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 2 komentarze

Dawid Kornaga „Rzęsy na opak”

Nie wiem w końcu, do czego doszedł tegoroczny Czerwony Październik, który gorącą, przedwyborczą falą przetoczył się przez ośrodki kulturalne polskich miast.
Panele, dyskusje, festiwale literatury zaangażowanej z udziałem najsławniejszych nazwisk wszelkich politycznych orientacji nie zmieniły odbioru ciągle wydawanych powieści o lewicowych przesłaniach.
Nawet wydana „Estetyka, jako polityka” Jacques’a Ranciere’a, która doczekała się nieprawdopodobnej liczby komentatorów na lewicowych portalach internetowych, ani na jotę nie skomentowała sytuacji młodej literatury.

Bezradność, jaką odczuwa czytelnik sięgając po następne utwory ubiegłorocznych debiutantów jest więc równie wyemancypowana, jak ta według Ranciere’a – Sztuka.

Jacques Rancier, nieznośnie w Polsce interpretowany, wyraźnie mówi:
W tym właśnie sensie twierdziłem pod koniec Les mots de lhistoire, że aby pomyśleć i napisać demokratyczną historię należy raczej zwrócić się w kierunku Virginii Woolf, a nie Emila Zoli. Nie oznacza to wcale, że Virginia Woolf pisała dobre powieści społeczne. Oznacza to, że jej sposób pracy nad zbieganiem się i rozciąganiem czasowości [temporalities], nad ich współwystępowaniem oraz dystansem, jej sposób umieszczania wydarzeń na najbardziej drobiazgowym poziomie, wszystko to tworzy siatkę, która umożliwia skuteczniejsze przemyślenie form sporu politycznego niż wszystkie formy “epiki społecznej”

Nie znaczy, że nie posiadając ogromnego talentu Virginii Woolf, nie można pisać.
Znaczy, że temat lewicowy, ludyczny – realistyczny opis losów „skrzywdzonych i poniżonych” jest dla artysty ogromnym wyzwaniem, szalenie trudnym i wymagającym niesłychanie dobrze opanowanego nie tyle rzemiosła artystycznego, co artyzmu, czyli perfekcyjnym operowaniem środków wyrazu.

Wołanie o sztukę nie jest ani wołaniem przesadzonym, ani roszczeniowym.
Nie da się po prostu czytać tekstów nadających się – jeśli są to rzeczy prawdopodobne dokumentalnie – na materiały metodyczne różnorakich ośrodków pomocy społecznej, wszelkich Mopsów i poradni AA.
Nie da się oglądać filmów opartych na schemacie proletariackiej krzywdy spowodowanej kapitalistycznym wyzyskiem.

Widz, czytelnik, kurczy się ze wstydu, że serwuje mu się tak tanie sentymentalne chwyty i się jego smaku nie docenia.
Nie może proletariat pisać dla proletariatu, ponieważ proletariat nie czyta i nie ogląda. Dla kogo więc są produkcje artystyczne pisane z pozycji nieprzetworzonego artystycznie proletariusza?

Stendhal pisząc o miłości, napisał taki aforyzm: Miłość, to coś, co przydarza się służącym, które potem trzeba wyrzucać z domu”.
Jeśli utwór literacki zostaje popełniony w ramach tak pojętych motywacji, trudno dbać o jego losy. Artystyczny bękart to utwór z nieprawego łoża artystycznej motywacji. Przy pewnej predyspozycji mentalnej, można płodzić co roku: „co rok to prorok”.

O czym jest kolejna książka Dawida Kornagi?
Jest to sprawnie napisana historia opowiedziana przez główną bohaterkę, dwunastoletnią Olę. Ola nie jest andersenowską dziewczynką z zapałkami, nie jest też dziewczynką posiadającą jakąkolwiek osobowość. Jest wyrojonym miejskim tworem głupich rodziców, którzy nie daliby sobie rady w żadnym ustroju i w żadnej państwowości ani wspólnocie. Jest owocem rodzinki, która pazernie robi piąte dziecko by pozyskać becikowe, a zapijaczona głowa rodziny zaprzedaje się mafii, by „zrobić dobrze” pazernemu księdzu, o nazwisku Sopel (urobionemu jak u Dostojewskiego z cech charakteru).

Przy tak mizernym materiale, jaki Kornaga zgromadził by się z czytelnikiem dzielić, mógł jedynie albo pójść w absolutne przyczernienie opowiedzianej sytuacji patologicznej, wydobywając kwintesencję piekła, w którym tkwią nieświadomi swojej absurdalnej sytuacji bohaterowie; albo zdystansować się tak daleko do tej miejskiej przeciętności, by ich odrealnienie stanowiło jakieś memento mori dla moralnego proroctwa.

Niestety, czytamy powieść nieprzeznaczoną dla młodzieży, a jednak niewykraczającą poza możliwość percepcji tego niedojrzałego wieku.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

Cham

Cham, to nie rewers jest Kordiana, ni opozycja. Ani nawet
sąsiedztwo ludzkie, wspólnotowe, któremu niepotrzebny krawat
przynależności w rozpoznaniu. To on pijaka w korytarzu
co śpiąc na progu niewpuszczony – kopnie, a potem dla kurażu
nasika jeszcze na twarz śmiesznie, by napił się śniadania.

Wreszcie – przekręci klucz i czyta zdania
i jest u siebie w komputerze
na forum mądrym głos zabierze.
Przyłączy do tych, co tej pani
wszystko, co pisze – mają za nic.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

BLOGI XV ( choroba idealizmu)

Poraża blogerów, którzy chcą mieć blog, ale jeszcze nie są zdecydowani, co do jego pojemności. Zachwyca ich każda wzniosła idea i kochają się w świecie zewnętrznym, w zbiorze wartości, które przeczuwają, że gdzieś są. Nie należy tego zjawiska mylić z staroświeckim uzdrawiaczem świata.

Dzisiejszy bloger żyjący w przestrzeni wirtualnej, więc niemającej nic wspólnego z utraconą już ludzką normą, ma o wiele większe możliwości realizacji tej niemożliwej do zrealizowania idei, bowiem w sieci wszystko da się przeprowadzić.

A więc będą to blogi o charakterze bardzo sformalizowanym, schematycznym i pedantycznym. Szaleńcy czystości języka i gramatyki, znający zagrożenia i zamachy na język polski, będą go ratować.
Blogerzy własną chorobą, czyli wewnętrznością próbują uzdrowić zewnętrzność, czyli np. Polskę mówiącą i piszącą źle po polsku, są w sytuacji niemożliwej, gdyż wszystko już zostało zakwestionowane i zrelatywizowane. Wirtualność jest już w zupełnie innej przestrzeni dziejowej, gdzie nic się właściwie nie liczy.
Dewaluacji uległy ubiegłowieczne idee, rozkładowi wszelkie tabu i porządkujące wierzenia. Bezbronność bez ogólnego wsparcia staje się samowolą i wiarą bez pokrycia.
Wtedy trzeba sobie radzić, stwarzając własną ogólność idealną, której już nie ma, która się zdegradowała i wierzyć niepokojąco w coś, co nie ma jeszcze konkretnego kształtu.

Wielką pokusą też zdają się wszelkie ideologie, w które młody bloger wpada w poszukiwaniu ładu swojego bloga i odnajdując go, z rozkoszą uprawia i z olśnieniem kultywuje, wspierając ciemne zazwyczaj siły polityczne, które nim inteligentnie manipulują.

Również blogi artystyczne, polegające na kolekcjonerstwie, np., jakiegoś koloru czy dewiacji erotycznej, w poszukiwaniu sensu bezsensu, potrafią latami tkwić z równym entuzjazmem przy tej robocie.
Porządkowanie, klasyfikowanie, zbieractwo, wreszcie strach przed utratą wypracowanego w ten sposób ładu, zabija wszelką spontaniczność i nieprzewidywalność – tak niezbędnych elementów w procesie twórczym.
Upadek mitów bądź potrzeba przeżycia w swojej zazwyczaj wyjałowionej, komputerowo – blogowej (też osiedlowej) egzystencji w sposób bohaterski, stwarza tęsknotę za przygodą, niespełnialnej w sztywnym gorsecie własnych założeń formalnych.

Choroba niebezpieczna, gdyż oparta niejednokrotnie na moralizatorstwie i ogólnie przyjętych szlachetnych normach daje złudzenie zdrowia.
A przecież w sieci nawet ewidentne wartości stają się natychmiast swoimi przeciwnościami.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 2 komentarze

Kochać. Jak to łatwo powiedzieć

„Faldros” Platona ani nie zapowiada dzisiejszej degradacji uczuć, ani jej nie neguje. Ziarno wątpliwości w tzw. boskie życzenia siane przez strasznych sofistów, to przecież nic, w porównaniu z sianiem afirmacji uczuć. Wszystko u Platona jest w czasie przyszłym, przewrotność naprowadzania Sokratesa na właściwą drogę porywa i zarazem wścieka.
Toteż Fajdros w dialogu z Sokratesem cierpliwie mu tłumaczy:

Oprócz tego ludzie się zawsze muszą dowiedzieć i zobaczyć, jeżeli się ktoś w kimś kocha i chodzi za nim, i robi z tego wielką rzecz, tak że jak ich tylko ktoś zobaczy rozmawiających, zaraz myśli, że albo właśnie coś między nimi było, albo zaraz będzie. A tym, którzy się nie kochają, nikt nawet nie myśli brać za złe schadzki, bo każdy wie, że trzeba się nieraz z drugim zobaczyć, czy to z przyjaźni, czy dla jakiejś innej przyjemności. I jeszcze jedno:, jeżeli się obawiasz, zbliżeń osobistych, bo uważasz, że trudno o przyjaźń trwałą, i niech tylko zajdzie jakieś nieporozumienie, to nieszczęście dla obu stron, a tyś dał, co masz najdroższego, więc i tracisz ogromnie wiele – w takim razie więcej się obawiać powinien byś tych, którzy kochają. Ich przecież każdy drobiazg w rozpacz wprawia i wszystko się dzieje, zdaniem ich, tylko na ich nieszczęście.
Więc też uniemożliwiają ukochanym osobom wszelkie stosunki z ludźmi, bo się boją ludzi zamożnych, aby ich nie przewyższyli majątkiem, a ludzi wykształconych także, aby nie przyćmili poziomem umysłowym.
Albo, jeśli kto jaką inną zaletę posiada, każdego pilnują, czy jakiego wpływu nie wywiera. I tak cię od wszelkich stosunków z ludźmi odwiodą, że będziesz sam wśród ludzi jak palec, a nie będziesz miał przyjaciela. A jeśli zechcesz swego dobra patrzeć i być mądrzejszym niż oni, nieporozumienie będziesz miał gotowe.
A jeśli ktoś wcale nie kochał, ale jako dzielny mąż tak postąpił, jak mu było potrzeba, ten nie będzie zazdrosny o towarzyskie zbliżenia; przeciwnie: niechętnie by patrzył na tych, którzy by cię unikali; uważałby, że się chyba krzywią na ciebie, a stosunki towarzyskie to rzecz pożyteczna. Toteż znacznie większe prawdopodobieństwo, że się stosunek z takim człowiekiem w przyjaźni rozwinie, niż w nienawiść.
A oprócz tego niejeden kocha dlatego, że mu się ciało jakieś podobało prędzej, nim charakter czyjś poznał i stosunki domowe, przeto bardzo niepewna to rzecz, czy taki zechce być przyjacielem jeszcze i wtedy, kiedy przestanie pragnąć. Ale jeśli się jacyś ludzie nie kochali nigdy, ale żyjąc z sobą od dawna w przyjaźni zbliżają się do siebie, to nie podobna, żeby ich przyjaźń umniejszyć miało to, co im przyjemność daje obopólną: nie – to będą dla nich trwałe pamiątki na przyszłość.
A oprócz tego, z pewnością lepszym się staniesz, jeżeli mnie posłuchasz raczej niż zakochanego w tobie. Bo taki najniesłuszniej w świecie będzie chwalił wszystko, co tylko powiesz czy zrobisz, bo z jednej strony boi się twojej niechęci, a potem sam gorzej widzi, tak go żądza zaślepia. Bo takie rzeczy miłość z ludźmi wyprawia: nieszczęśliwym każe się gryźć rzeczami, którymi by się nikt inny nie martwił, a szczęśliwym chwalić każe i takie rzeczy, którymi się cieszyć nie warto. Toteż raczej żałować należy ludzi kochanych, niżeli im zazdrościć. _ Ale jeśli mnie posłuchasz, będę z tobą obcował nie dla chwilowej rozkoszy, ale i na przyszłość będzie z tego pożytek, i nie miłość nade mną będzie panowała, ale ja sam nad sobą, ani o drobnostki między nami awantur nie będzie i nienawiści, tylko o wielkie rzeczy pomaleńku, po troszku się kiedyś pogniewamy, bo ci mimowolne uchybienia przebaczę, a umyślne będę się starał odsuwać. To jest jedyny probierz przyjaźni, która ma trwać długo.

A potem, jak pamiętamy, Sokrates w swoich argumentach na rzecz miłości nieziemskiej ulatuje tak daleko w niebo, że niedostępność tych obszarów przez wszystkie późniejsze wieki powoduje narodziny rzeszy artystów w losach twórczej tragedii.
Kultura ulega zepsuciu nie tylko dlatego, że ciepełko wzajemnego obcowania odgradza od wznoszenia – jedynej twórczej możliwości – ale z powodu zamiany. W miejsce dążności do integracji i zespolenia wchodzi imitacja uczuć ulegająca natychmiastowej zamianie w robaczywość lub szmirę, albo w drwinę.
Deklaracja miłosna staje się najbardziej nieprzyzwoitym i wstydliwym aktem wzajemnych zwierzeń.

Toteż fora internetowe ambitnych artystów “forsowane” są całkiem inną artykulacją tej, przecież niedającej się niestety do końca wyrugować, ludzkiej potrzeby.

Poeta do poety na portalu “Rynsztok”:

Ilionowski
Nie istnieje żaden poziom z tobą logicznej relacji, stan twój to jedna wielka projekcja na mój temat, przypisywanie swoich frustracji mojej osobie i to na jedno kopyto. Sorry, to ostatni mój post do twojego pustosłowia, więcej się nie odniosę bo szkoda mi czasu proponuje to samo tobie, bo szkoda byś się produkował tą słowną masturbacją, a i ja nie jestem wstanie kupić tobie jako rencista waginę – wibrator. Dobranoc
Arkadiusz Burda [2007-10-04 09:44:22]

Zwierzena na blogu “kumple”:

To ja chciałem za pieniądze spać ze straszymi paniami. W tym celu pojechałem do wyspecjalizowanej w tej usłudze agencj w poznaniu i wpłaciłem wpisowe 200zł(…) No i nie mogłem nigdzie znaleźć fajnego salonu masażu, jakich znałem 3 we wspaniałym wrocławiu. Ale o salonach masażu we wro, zwłaszcza tym na dworcu głównym już wypowiadałem się w innym wynurzeniu. Przypomnę, że wolałem szybkie i mocne obciąganie członka, chociaż moja ulubiona dziewczyna mówiła, że klienci wolą delikatne, spokojne i powolne obciąganie
tajna 2007-10-04 18:50:20

I dopowiedzenie:

(a propos wynurzenia J-23)
To się nazywa proste wiejskie życie! A u nas musimy robić starym babom minetę w power poincie, a dawać dupy starszym facetom w excelu — a nie na żywca, jak w poznańskiej agencji. Pieniądze może lepsze, upodlenie to samo. Tylko zamiast HIVa łapiemy syndrom wypalenia zawodowego.
K. Kreskowy 2007-10-05 14:16:00

AT LAST

KOCHAĆ

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 8 komentarzy