Las

Ta kobieta poszła do lasu
i zniknęła.
Szukał. Wołał. Las ciemniał. Noc.
Policjanci, strażacy, psy, latarki. Hop! hop!

Leżała wtulona w kąt myśliwskiej ambony.
Przymarznięta, przestraszona, zaszczuta.
Wokół węże, dziki, bizony.
Wiejska kobieta w butach.

Zaszufladkowano do kategorii 2000 | Dodaj komentarz

BLOGI XIX ( choroba urzędników)

Przepełnione zdobyczami techniki, filmikami z YouTube, złożone ze zdjęć, sieciowe blogi cierpią na brak witaminy autora, jego osobowości i zamieniają go w cywilizacyjną maszynę.
Bloger oddziela się nie tylko od własnego świata kreowanego na blogu – stwarza coś, co tak na prawdę nie istnieje.

Nadmiar powstały z łatwości kompilacji przeróżnych zdobyczy technicznych, jego niekonieczność, nie wnoszenie niczego w człowieczym wzrastaniu, niejednokrotnie prowadzi do olśniewających wyników.
Pedantyczność tej roboty zaspokaja pozornie ludzką, plotkarską ciekawość: jak i gdzie artystyczne koterie się bawią, bądź jak bawi się rodzina blogera. Ten administracyjny, systematyczny ton pełen jest zazwyczaj poczucia godności w sprawności żmudnego zagospodarowywania blogowej przestrzeni, gdzie nie ma miejsca już na żadną ideę i żadne uczucie. Konsekwentna myśl sprawnego architekta mnoży sieciowe światy bez możliwości zaistnienia człowieka. Zamieniony w ten sposób w maszynę bloger, niemający nic wspólnego z szeroko pojętą kulturą, mimo, że niejednokrotnie w tej kategorii blog funkcjonuje, ma zazwyczaj sieciowe powodzenie w wodach podobnych sobie instytucji, których spotkania polegają na oddawaniu sobie szacunku i formalnych komunikatach.
Przypisać można do tej kategorii niezliczoną liczbę blogów politycznych, sztywnych i zimnych, tkwiących po uszy w nierealnym, doraźnym świecie ujawnionym hiperrealistycznie dzięki cudownej sprawności środków przekazu.

Ten typ choroby najbardziej chyba zagrażający sieciowym twórcom blogów, dzięki dostępności, pospolitości tego typu sieciowego przebywania, otwiera się na pokusę bycia kimś innym, niż można być.
Z szarego, nieświadomego swoich niewielkich wrodzonych darów wyrasta bloger całą gębą, próbujący tym sposobem wymknąć się czasowi i pospolitości.

Do tej kategorii należą też porażeni manią pisania sieciowicze, którzy w miarę uzależnienia popadają w ten najtwardszy narkotyk.
Żadna epoka nie oferowała takiej cywilizacyjnej łatwości zaświadczania pismem swojego życia w sposób tak niesłychanie dostępny.
Blogerzy, zaniedbując swoje rodziny i obowiązki dnia, oddają się bez pamięci sztywnemu nakazowi wewnętrznemu, obsługują niezliczoną liczbę sieciowych forów swoich i cudzych blogów.

Choroba raczej nieuleczalna, nierokująca wyzdrowienia. Technika oferując coraz doskonalsze formy bywania w wirtualnym świecie nie jest już władna uniemożliwić pozostania w nim na zawsze.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 4 komentarze

Orhan Pamuk „Śnieg”

Może czytałam Doktora Żywago Borysa Pasternaka też w zimie i też w wieku tego internauty, którego recenzję znalazłam w sieci.
Napisał ją po lekturze Śniegu Orhana Pamuka w czasie siedmiogodzinnej jazdy pociągiem.
Ja też pewnie musiałam się spieszyć, książki oficyn opozycyjnych były pożyczane przez znajomych na dzień, góra dwa dni. A Pasternak był równie opasły, jak Pamuk.
Sieciowy chłopak Błażej jedzie na Nowy Rok do rodziców do Przemyśla.
W Sylwestra schodzi do rodziców wznieść toast o północy i słucha jak przez mgłę pytań matki o ostatnie przystępowanie do sakramentów świętych.
Kończy powieść i recenzję. Wkleia ją na swój blog sieciowy nad ranem i ojciec odprowadza go do pociągu do Warszawy, gdzie, jako wybitny student, rozpoczął już polityczną karierę w ateistycznych strukturach lewicowych.
Z okien pociągu patrzy na zatroskanego ojca, na padający na niego śnieg i myśli z żalem o bezradności każdej rodziny.

Nie miałam jeszcze trzydziestu lat, jak przeczytałam zakazanego w Polsce komunistycznej Pasternaka i smak tej książki odezwał się w smaku recenzji sieciowego studenta, a potem w samym Pamuku.

Orhan Pamuk ma pięćdziesiąt lat, gdy pisze Śnieg i jest moim rówieśnikiem.
Powieść jest złożona z wielu warstw i z pewnością te śnieżne warstwy, tak jak mini traktat na cześć budowy płatka śniegu zasługują na analizy i uwagę.
Ale moje sieciowe zapiski nie mają na celu takich ambitnych zamierzeń, więc ograniczę się do kilku nasuwających się po lekturze refleksji.

Pamuk to konwencjonalna, tradycyjna powieść, pozbawiona wszelkich pretensji do jakichkolwiek nowoczesnych, czy ponowoczesnych struktur.
Klarowność, niezwykła komunikatywność i prostota fabuły zdają się jedynie skupić, jak w Doktorze Żywago, na miłości poety do kobiety.
Za oknem szaleje Rewolucja przysypywana coraz to wspanialszym i iskrzącymi się lodowatym pięknem śniegiem, a poeta Ka (skrót zbyt skomplikowanego imienia, nie ma nic wspólnego z Kafką), chce jedynie połączyć swój los z ukochaną i prowadzić wspólne, szczęśliwe życie.

Podobnie jak Jurij Żywago, Ka pisze jak wściekły wiersze gdzie się tylko da i jak się da, korzystając z fali natchnienia dopadającego go w najmniej wygodnych miejscach.
Niestety, problem islamskiej chusty i skrywanych pod nią burzą zachwycających włosów niespotykanej w żadnej nacji kobiecej urody zdaje się o wiele bardziej piekielnym zamysłem diabła, niż jadący przez powieść Pasternaka w sybirskiej lokomotywie sam komisarz Dzierżyński.
Mamy więc upiorne miasteczko Kars porażone islamskim fanatyzmem religijnym, do którego Ka, dobrze już dający sobie radę na literackim rynku niemieckim niepotrzebnie wraca.
Wraca po młodzieńczą miłość – piękną Ipek, która oddaje i tak serce terroryście Granatowemu, czyli tureckiemu odpowiednikowi Dzierżyńskiego.

Cóż, rosyjskie kobiety w wirze Rewolucji okazują się jednak bardziej lojalne doktorowi Żywago niż tureckie fanatyczki Ka.
Ka wraca do Frankfurtu oszalały z bólu sam, by w ogromnej ofercie filmów pornograficznych móc wybrać i kochać się wirtualnie z identycznym Ipek wizerunkiem, a i tego karząca ręka religijna nie będzie tolerować.
Zginie zabity na niemieckiej ulicy serią z karabinu rodaków, a wiersze, powstałe ze śniegu tureckiej prowincji i zachwytu urodą tureckich dziewcząt na zawsze znikną.

Egzystencjalny ton Pamuka, gdzie schemat religijno – politycznej opresji ma konsystencję bardziej śniegu niż krwi, a która leje się, jak na Rewolucję przystało, bardzo często, jest stonowany i dokładny, wręcz beznamiętny, ograniczający się do suchych komunikatów bez oceny i komentarza. Tak, jakby wszystko toczyło się planem wyroczni, a uwikłani w los bohaterowie nie mieli szans go zmienić. I czyny bohaterów zdają się nie mieć mocy oczyszczającej, ani też powodować nieszczęścia.
Kataklizmy, przez które przechodzą mieszkancy miasteczka najchętniej pogrążone w serialu telewizyjnym, gdzie losy Marianny, naczelnej bohaterki kilkuletniej już odcinkowej historii śledzą absolutnie wszyscy – od najmniej wyedukowanych, po filozofów i intelektualistów – rodzą się z ich amoku i zaczarowania.
Miasteczko jest spójne, dopiero przyjazd witanego nieufnie sławnego rodaka, poety z Niemiec, miesza szyki ciemnym siłom usiłującym utrzymać stare, wbrew cywilizacji, konserwatywne porządki.
Wielka przegrana pisarza i jego twórczości odradza się jedynie w literaturze, w powieści Śnieg, którą przyjaciel Ka powoła do istnienia.
Śnieg więc jest nie tyle afirmacją, jak u Borysa Pasternaka Człowieka Żywego, co afirmacją Żywej Literatury, efemerycznie i nieskazitelnie spajającej śniegiem bezradność ludzkich usiłowań.

(…) Opętani przez szatana ateiści, jak dyrektor z naszej opowieści, żyją wśród nas, szukając szczęścia i spokoju — powiedział Mesut. — Czy pan się z tym zgadza?
— Nie wiem.
— Jak to pan nie wie? — zapytał gniewnie Mesut. — Czy pan nie jest ateistą?
— Nie wiem — powtórzył Ka.
— To proszę mi powiedzieć w takim razie, czy wierzy pan, że to Bóg Wszechmogący stworzył cały świat i wszystko na nim, nawet te wielkie płatki śniegu? Wierzy pan czy nie?
— Śnieg przypomina mi o Bogu — powiedział Ka.
— Tak, ale czy wierzy pan, że to Bóg stworzył ten śnieg? — upierał się Mesut. (…)

(…) Patrzył na sypiące się z nieba płatki śniegu, bajecznie lśniące w świetle neonu, i wyobrażał sobie, jak wracają razem z Ipek do Frankfurtu. Jak robią zakupy w butiku z damskim obuwiem na drugim piętrze Kaufhofu, w którym kupił otulające go teraz popielate palto. (…)

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 6 komentarzy

Gwiazdy

Gwiazdy w uśmiechu. Gwiazdy w oczach. I nic, że niebo zachmurzone
na zatracenie. Na utratę sezonu. Na tę, a nie na inną żonę
co się dostała w grze uśmiechów czasu pogody. Nie odpadnie.
A deszcz rozmaże resztki błota lepionych warstwą liści spadłych
w ścieżek parkowych ornamencie
których nie było i nie będzie!
Nigdy z mielenia życia ściółki

nie ma kochanki. Przyjaciółki
nawet gwiazd odprysk nie porazi
w dymku komiksu gęstej mazi
imaginacji. Tylko dzieci
łowią w kałużach gwiazdy w sieci.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

BLOGI XVIII (choroba ogólności)

Zniewolenie osobowości blogera na rzecz wspólnoty blogowej, to częsta choroba trawiąca blogi zespołowe.

Jednak nie zachodzi zjawisko tyranii i całkowitego podporządkowania się charakterowi bloga, który to, czerpiąc energię z kultury, a więc właściwie dążąc do uniwersum, czyli do ogólności pozytywnej, posiada wielki, twórczy potencjał.
Przeciwnie. Poszczególni blogerzy, z których składa się ich wspólnota blogowa mają tak dużo wolności i okazji do pokazania swojego indywidualizmu, że automatycznie negują go, wchłaniani przez sztywne ramy swojej placówki.
Blog taki mógłby być najbardziej twórczy ze wszystkich wymienionych blogów, gdyż dąży do najszlachetniejszego jego aspektu – zespolenia się z zewnętrznością poprzez jednostkę , wyrażania i diagnozowania syntetycznie rzeczywistości.
Jednak roztapia się w niej, ponieważ nie zachodzi transfer pierwiastków indywidualnych stłamszony schematyzmem wspólnej idei i wizerunku.
Są to zazwyczaj portale filozofujące, złożone z pracowników naukowych, profesjonalnie wykształconych i społecznie uznanych, ale też blogi artystyczne, podlegające jakiemuś jednemu stylowi czy doktrynie.
Wtedy blogerzy automatycznie rezygnują z własnych upodobań podporządkowując się bezwiednie ogółowi, co spłyca i pozbawia elastyczności życie blogowe. Traci on wolność mimo, że miał szansę na uzyskanie jej w zewnętrzności.

Podobnie rzecz się ma, gdy blogi wybierają żmudne prace monograficzne o sławnej osobie celowo nie eksponując swojej osobowości na rzecz idola.
Podmiana ta, mająca na celu w akcie wyboru dać jedynie wyraz i informację o jakości gustu autora lub autorów bloga, uświęca i gloryfikuje przedmiot swojej uwagi niejednokrotnie sakralizując go i podnosząc do rangi kapłana, czy guru.
Wprzęgają się w służbę abstrakcji i ogólności wycieńczając nawet najbardziej pojemną duchowo materię sieciowego żerowania.

Wszystkie inicjatywy o zabarwieniu politycznym bądź zespoły powołane dla silniejszego wspólnego głosu w sieci z czasem tracą swoją moc mimo niesłychanych starań i pielęgnacji.
Alienacja idei następuje bowiem o wiele szybciej, niż jednostkowy potencjał, szlachetnie i z poświęceniem rugowany.

(Toteż słuszne ataki Kierkegaarda na Hegla w obronie indywidualizmu, a zarazem skrzywdzenie narzeczonej Reginy odmową zawarcia małżeństwa, czyli roztopienia się w ogólności, ochroniła filozofa od tej przypadłości i pozwoliła mu pogrążyć się w zupełnie innej chorobie duchowej).

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze. Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Andrzej Wajda “Katyń”

Najlepsze są sceny końcowe, zamykające film.
Metodyczne zimno mocno akcentuje sposób prowadzenia na rzeź polskich oficerów, ich wiązania, strzelania w tył głowy, wrzucania do dołu i zasypywania budowlanym spychaczem.

Tej ascezy i powagi nie dało się utrzymać w całej rozciągłości filmu.
Poszczególne symboliczne sceny oparte na kobiecej tragedii utraty i cierpieniu kilkuletniej niepewności, niepokoju, nigdy niezabliźnionego bólu po bliskich, nie wytrzymują ani przesłania filmu, ani nie są jego nośnikiem.

Jeśli film, jak zapewniają twórcy, miał być krzykiem i rekompensatą dla polskiego społeczeństwa zmuszonego przez pół wieku do milczenia, to spełnił jedynie informacyjną rolę podaną w przystępny sposób dla pokoleń, które łatwiej zrozumieją katyński problem w ogromie zbrodni II wojny światowej.

Najprawdopodobniej zawiódł scenariusz złożony z kompilacji zbyt wielu losów i doświadczeń.
Film zdaje się cierpieć na chaotyczność i przegadanie, na histeryczny nadmiar związanych z Katyniem problemów.
Próba uniwersalizacji – odwoływanie się do tragedii greckiej ( Agnieszka = Antygona), konfliktu chrześcijańskiego sumienia (samobójstwo komunistycznego oficera Jerzego), ukłon w kierunku duszy rosyjskiej (pomoc sowieckiego oficera polskiej wdowie) – jest jedynie zbiorem symbolicznych scen, które w tak realistycznej konwencji są alienującymi się wzajemnie, nieciągłymi skargami i ilustracją.
Widz nie ma szansy sam dokonywać oceny moralnej – wszystko do cna zostaje mu pokazane i ujawnione. Idziemy tropem uczucia, wczuwamy się w wielką niewiadomą, czyli w nadzieję żon, córek, matek, sióstr i bardzo chcemy, by, jak ten kot z amerykańskich filmów katastroficznych – ktoś się uratował.
Ale nawet ten uratowany, to nie ten, który powinien, wszystko, jak minorowy, ciemny polski los historyczny, lgnie do zatraty i niezabliźnienia.

Koniec wojny to początek kolejnej niewoli, nie ma ratunku i nie ma zadośćuczynienia.
Jeśli film miał nadzieję udowodnić, że nie wszystko utracone na podstawie świadectwa w mizernej, jednak namacalnej postaci sceny odczytywania skąpych zapisków Andrzeja, rotmistrza 8-go Pułku Ułanów w Krakowie przez wdowę po nim, Annę, to sam dał świadectwo niewiele przerastające ten smutny, ubogi dokument, mimo wspaniałych filmowych środków wyrazu.

Ale wyzwanie podjęte przez twórców było najprawdopodobniej niewykonalne.
Możliwe jedynie w oparciu o arcydzieło literackie, którego nikt nie napisał.

[Imagine (John Lennon’s Blueprint for Communism)

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 9 komentarzy

BLOGI XVII (choroba kosmitów)

Typ blogów – nazwałabym kosmicznymi, o pejzażu wyobcowanym i pozbawionym rozpoznawalnych, ziemskich, międzyludzkich elementów.

Prowadzone zazwyczaj przez jedną osobę charakteryzują się tym, że ich właściciele najlepiej czuliby się ze swoim blogiem w kosmosie (którym też byliby zdegustowani).

Nic ich nie interesuje z otaczającego świata, patrzą na niego z odrazą.
To oddzielenie nie ma nic wspólnego ze społeczną alienacją. Ta choroba ducha blogera, pełna ascezy w jezuickim wymiarze, jest jak najbardziej skierowana na ludzi.
Ale bloger istnieje przez zasiedzenie, przez izolację i takie blogowe więzienie bardzo sobie chwali. Przyjmując postać skrzywdzonego, kocha się bez pamięci w coraz to nowej idei, którą w swym wygodnym zalogowaniu i izolacji od świata odkrywa.
Może więc do późnej starości wychwalając pod niebiosa postawę negacji i nie uczestniczenia, spędzić w miłym pozorze szlachetnie spełnionego życia.

Niebycie i nieistnienie nie jest też skrajnym indywidualizmem. Bloger po prostu tworzy fikcyjną wartość w odrzuceniu i w stagnacji, w braku ruszania się z miejsca.
Nie ma znaczenia materia uprawy tej przypadłości – czy będzie to matematyka, czy poezja, wszystko w rękach blogera zamienia się w podobny styl gloryfikacji czegoś, co oderwało się od swojej istoty, pływając bez przeznaczenia i połączenia z czymkolwiek po wirtualnej sieci.
Nigdy nie połączy się w żadne sieciowe grupy, pielęgnuje postawę nie zakochiwania się w drugim człowieku, a nawet potrafi realizować z powodzeniem antyuwodzenie.
Dopełnia swoją jałową egzystencję całą światową kulturą, toteż takie blogi to istne walizki duchowych iluminacji.
Obca mu jest wszelka rozrywka, jako złamanie konsekwencji braku, który permanentnie pielęgnuje. Zewnętrzny świat, od którego się odgrodził nie jest zły i zagrażający, ale zachwycający elementami zaprzeczeń i niespełnienia.

Ten wybór pozwala mu do końca życia blogowego cieszyć się posiadaniem bloga wiedząc, że wybrał właściwie, gdyż wszystkie jego przewidywania się zawsze spełnią.

Dopóki wolność blogowa będzie utrzymana, dopóty blog nie będzie chorował i nie umrze.
Nie umrze chorobą na śmierć.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 8 komentarzy

Kryterium ciała

Zawsze bałam się ludzi grubych i z tym strachem przyszłam na świat.
Gruba była moja mama, jej przyjaciółka Zosia, moja babcia Wandzia i siostra babci, Lesia. Tylko matce, jej cierpliwości, zawdzięczam życie.
Odmówiłam jedzenia natychmiast po zorientowaniu się co się święci, od momentu, gdy ludzi zaczęłam rozpoznawać. W szkole pani Tomsia była młodą, bardzo otyłą wychowawczynią i z roku na rok wpadałam w coraz częstszą anemię.

Toteż po śmierci brata zmuszona byłam pisać wiersze, by przeżyć. Uprawiał właśnie przyswojony przez polskich alpinistów tani sposób wspinaczki bez kosztownych lin i haków i był tak szczupły, że wspiął się na jeden ze szczytów Himalajów i osiągnąwszy cielesną nirwanę, tam pozostał.

Chciałam komuś moje wiersze pokazać. Chciałam je pokazać, by pozyskać społeczne przyzwolenie otyłych. Do pisania wierszy potrzebne mi było robienie też innych rzeczy, niż jedynie przesiewanie gliny przez sito i uzupełnianie rynku pamiątkarskiego w niezbędne społeczeństwu przedmioty.
By pisać wiersze, potrzebowałam przeczytać to, co system bez zniekształceń, wydał. A więc, między innymi: Homera, Hezjoda, Safonę, Ezopa, Ajschylosa, Eurypidesa, Sofoklesa, Arystofanesa, Teokryta, Terencjusza, Cezara, Wergiliusza, Horacego, Petroniusza, Owidiusza, Plutarcha, Tacyta, Juwenalisa, Apulejusza, Lukiana, Longosa z Lesbos i Św. Augustyna.

Były do dyspozycji tylko dwie Damy Polskiej Poezji, którym mogłam powierzyć wiersze. Nie, nie był to przerost ambicji, jedynie konieczność. Działał wprawdzie już gliwicki klub „Perełka”, a w nim poeta, który, jak mi powiedział, musi drukować w lokalnej gazecie, gdyż miastu jest coś winien, ale mnie nie interesowała prasa lokalna. Byłam winna tylko owczemu pędowi pokrywania masy papieru drobnym pismem i chciałam, by to ktoś właściwy przeczytał. Nie, ten poeta nie był właściwy.
Właściwe były tylko Damy Polskiej Poezji.

Wspinając się więc na szczyty polskiej poezji z kilogramem wierszy, miałam do dyspozycji tylko te dwie damy, które nagle, dzięki czasowi krypt i tajności, stały się dla mnie dostępne.

Nie, nie pokazałam wierszy Annie Kamieńskiej. Właśnie dlatego, że na spotkaniu w Klubie Inteligencji Katolickiej w Krakowie zobaczyłam kobietę otyłą.

Kryterium ciała, czego mogę się jedynie wstydzić, tak niestosowne w wypadku duchowego charakteru poezji, obowiązywało mnie jednak bezwzględnie.
Toteż, kiedy Buczkowski przyniósł „Tygodnik Powszechny”, jak zwykle z opóźnieniem tygodniowym, miałam tylko czas na zabranie na chybił trafił przepisanych wierszy na maszynie i pojechanie do Krakowa, gdyż spotkanie odbywało się właśnie tego dnia.

Nawet na studiach we Wrocławiu, na turnieju jednego wiersza – imprezie jednorazowej i nigdy już nie powtórzonej – z powodu mojego drżenia, organizatorzy zgodzili się, by mój wiersz przeczytał ktoś bardziej zrównoważony. I ktoś przypadkowy z sali to wykonał.

W klubie Inteligencji Katolickiej w Krakowie były tłumy, wylewały się na korytarz i schody starej kamienicy.
Drzwi w drzwi mieściła się redakcja „Tygodnika Powszechnego”. Redaktor Turowicz zaglądał w filcowych kapciach. Było swojsko, patriotycznie i euforycznie.
Marta Wyka, siedząca obok Poetki, wykonywała całą za nią brudną robotę analizy i chwalenia, pozostawiając Poetce sam miód zbierania aplauzu i aprobaty za każde rzucone słowo.
A słowa Szymborskiej były dowcipne, z dystansem i na wysoce kulturalnym luzie, toteż zgromadzony tłum okazywał niezmiennie wdzięczność. Po odczytaniu kilku wierszy w śmiertelnej ciszy, otworzyła się tamowana na ten czas przez publiczność ogromna aprobata.
Gdy tłum się rzucił do podpisywania tomików Poetki, ja jeszcze stałam z tyłu drżąc i powtarzając w myślach dwa zdania ułożone w pociągu.
Poetka miała tyle lat co moja mama, była szczupłą, pięćdziesięcioczteroletnią kobietą, zadbaną i elegancką.
Ludzie podchodzili z bardzo różnymi przedmiotami, na których Poetka, zawsze uśmiechnięta, dostępna i przychylna, zostawiała podpis. Szybko się zorientowałam, że jedynie ja mam szansę, by przyjęła moją szarą kopertę, gdyż rzecz odbywała się cały czas w geście zwracania.
I rzeczywiście, gdy drżąc podeszłam i wystękałam wyuczone w pociągu zdania, Poetka kopertę przyjęła i obiecała nawet przeczytać.

Gdy po kilku miesiącach dostałam moją kopertę do domu listem poleconym z Krakowa, z krótką dezaprobatą napisaną na słynnym collage, wykonywanych własnoręcznie przez Poetkę, byłam i tak dowartościowana samym aktem zwrotu.
Wiem przecież, że ani sławni ludzie, ani sławne wydawnictwa tego nie robią.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz