czerwiec 2026 P W Ś C P S N 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 -
Ostatnie wpisy
Najnowsze komentarze
- Rozalia - Sadyzm moralny
- Wika - Anna Franaszek „Od Bieruta do Herlinga-Grudzińskiego: wykaz lektur szkolnych w Polsce w latach 1946-1999”
- czytelnik - Osip Mandelsztam “Aleksander Giercowicz” tłumaczyła z rosyjskiego Ewa Bieńczycka
- EWA BIEŃCZYCKA - Lluís Llach – ” Pal ” spolszczyła Ewa Bieńczycka
- Filip Łobodziński - Lluís Llach – ” Pal ” spolszczyła Ewa Bieńczycka
Kategorie
Archiwa
- lipiec 2024
- luty 2023
- styczeń 2023
- sierpień 2022
- maj 2022
- kwiecień 2022
- marzec 2022
- styczeń 2022
- listopad 2021
- czerwiec 2021
- maj 2021
- kwiecień 2021
- marzec 2021
- luty 2021
- styczeń 2021
- grudzień 2020
- listopad 2020
- marzec 2020
- luty 2020
- styczeń 2020
- grudzień 2019
- listopad 2019
- październik 2019
- czerwiec 2019
- marzec 2019
- styczeń 2019
- grudzień 2018
- listopad 2018
- październik 2018
- wrzesień 2018
- lipiec 2018
- maj 2018
- kwiecień 2018
- marzec 2018
- luty 2018
- styczeń 2018
- grudzień 2017
- listopad 2017
- październik 2017
- wrzesień 2017
- sierpień 2017
- maj 2017
- kwiecień 2017
- marzec 2017
- luty 2017
- styczeń 2017
- grudzień 2016
- listopad 2016
- październik 2016
- wrzesień 2016
- sierpień 2016
- lipiec 2016
- czerwiec 2016
- maj 2016
- kwiecień 2016
- marzec 2016
- luty 2016
- styczeń 2016
- grudzień 2015
- listopad 2015
- październik 2015
- wrzesień 2015
- sierpień 2015
- lipiec 2015
- maj 2015
- kwiecień 2015
- marzec 2015
- luty 2015
- styczeń 2015
- grudzień 2014
- listopad 2014
- październik 2014
- wrzesień 2014
- sierpień 2014
- lipiec 2014
- czerwiec 2014
- maj 2014
- kwiecień 2014
- marzec 2014
- luty 2014
- styczeń 2014
- grudzień 2013
- listopad 2013
- październik 2013
- wrzesień 2013
- sierpień 2013
- lipiec 2013
- czerwiec 2013
- maj 2013
- kwiecień 2013
- marzec 2013
- luty 2013
- styczeń 2013
- grudzień 2012
- listopad 2012
- październik 2012
- wrzesień 2012
- sierpień 2012
- lipiec 2012
- czerwiec 2012
- maj 2012
- kwiecień 2012
- marzec 2012
- luty 2012
- styczeń 2012
- grudzień 2011
- listopad 2011
- październik 2011
- wrzesień 2011
- sierpień 2011
- lipiec 2011
- czerwiec 2011
- maj 2011
- kwiecień 2011
- marzec 2011
- luty 2011
- styczeń 2011
- grudzień 2010
- listopad 2010
- październik 2010
- wrzesień 2010
- sierpień 2010
- lipiec 2010
- czerwiec 2010
- maj 2010
- kwiecień 2010
- marzec 2010
- luty 2010
- styczeń 2010
- grudzień 2009
- listopad 2009
- październik 2009
- wrzesień 2009
- sierpień 2009
- lipiec 2009
- czerwiec 2009
- maj 2009
- kwiecień 2009
- marzec 2009
- luty 2009
- styczeń 2009
- grudzień 2008
- listopad 2008
- październik 2008
- wrzesień 2008
- sierpień 2008
- lipiec 2008
- czerwiec 2008
- maj 2008
- kwiecień 2008
- marzec 2008
- luty 2008
- styczeń 2008
- grudzień 2007
- listopad 2007
- październik 2007
- wrzesień 2007
- maj 2007
- kwiecień 2007
- marzec 2007
- luty 2007
- styczeń 2007
- grudzień 2006
- listopad 2006
- październik 2006
- wrzesień 2006
- sierpień 2006
- lipiec 2006
- czerwiec 2006
- maj 2006
- kwiecień 2006
- marzec 2006
- luty 2006
- styczeń 2006
- grudzień 2005
- listopad 2005
- październik 2005
- wrzesień 2005
linki
lato
Zaszufladkowano do kategorii obrzędy
Dodaj komentarz
Nikt na świecie nie wie, że się kocham w Ewie
Jest w pięknej prozie Leo Lipskiego taki fragment, gdy Ewa przechodzi przez miasto, idzie na przystań i się topi:
Poszła powoli wzdłuż przystani, jak ślepa, po omacku, instynktem miejsc nieznanych, znalazła jedną łódkę, która nie była przywiązana. Z daleka zawył holownik, a ona, leżąc pod wielkim niebem, dawała się unosić prądowi, pomału, bo rzeka przy ujściu zmęczona jest przebyciem dalekiej drogi, wyrzeźbione między ziemią a niebem, przesuwały się cienie kutrów rybackich i duchy żaglówek, skały nadbrzeżne schodziły do morza i kąpały się, strażnicy trąbili, trąbili na nią mało gorliwie, bo morze, rozedrgane lekko, jak pokryta łuskami skóra jaszczurki, było spokojne, morze ciemnogranatowe, po którym ciągnęły się i błyszczały, jak białe szosy w nocy, pasma zupełnego spokoju.
Patrzyła nic i wszystko widzącymi oczami na molo portowe i oświetlone okręty i chciała, by wyły i odjeżdżały, patrzyła na niebo, wstępujące po dra¬binie Jakubowej, na księżyc nierzeczywisty i gwiazdy fioletowo kryształowe, czerwonawe, i jeszcze raz poczuła, jak płynie przez nią prąd życia, podobny do wiatru między nadmorskimi krzakami, jak ją łamie, rozdziera, aż przestaje pomału istnieć, aż nic z niej nie pozostaje, tylko strzęp, unoszony i targany przez wiatr.
W górze i w dole słychać było szelest gwiazd.
Księżyc, czarodziejski, kamień, z którego powodu wyją psy, wrzeszczą koty, nawiedzeni wychodzą z pokojów, Murzyni tańczą, a na ludzi schodzi cisza lub dziwny niepokój — pływał po wodzie.
Czyjaś matka zasłaniała okno w dziecinnym pokoju, była dziewczyna, która suszyła sobie włosy, nieznani chorzy umierali po szpitalach, lampa naftowa, którą staruszek zapomniał zgasić, syczała i kopciła, i był pies, czarny i duży jak cielę, pozostawiony samotnie na brzegu.
Niesłychana tęsknota za księżycem, pragnienie, by go mieć… A już dawno wiedziała, że jest wszechmogąca.
Więc pochyliła się, wzięła go w ręce, i woda rozstąpiła się łagodnie pod ciężarem jej ciała i zamknęła się ponad nią. Święty Franciszek chodził po falach. Ona powinna móc leżeć na powierzchni wód.
Kilka baniek powietrza z płuc. Mięśnie wyczerpały się szybko. Trzy razy wypływała, nim zaczęła tonąć. Opadała powoli. Przechodziły przez nią jeszcze gwałtowne drgania: głowę odrzuciła do tyłu, prężyła się, kurczyła i wyprostowywała nogi. W końcu wszystko ustało.
Ryby o smutnych twarzach przepływały koło niej. Mijała, opadając, meduzy, które wyglądały jak kwiaty o mięsistych płatkach.
Zdenerwowane ruchem, świeciły fioletowo i zielono. Świecąca kropla oczu, zawieszony w wodzie przezroczysty Cestus Veneris, potem rybki latarnie, latające mięczaki koloru ciemnego złota, kręgo tuste ryby, kałamarnica o bladych światłach…
Wśród wodorostów, już na samym dnie, siedziała z podwiniętymi nogami, jak Budda, i ciążyły jej złote powieki.
A pod niebem był wielki wiatr i porywał gwiazdy, jak liście.
Leonard Cohen „Suzanne” przełożyła Ewa Bieńczycka
Suzanne ciebie wabi do siebie, nad rzekę
Słysząc łodzi szelest
Możesz przespać się w jej ciele
Wiedząc, że jest wpół szalona
Chcesz brać udział w wspólnym dziele
Herbata i pomarańcze
Są dla ciebie prosto z Chin
I gdy chcesz być dla niej nikim
I miłości nie chcesz dać jej
Bierze z fal odpowiedz inną
Rzeka wie od ciebie lepiej
Zawsze byłeś tylko dla niej
I z nią tylko podróż ma sens
Jako ślepiec idąc za nią
Wiesz, że jesteś już jej ciałem
Idealnym, które twój intelekt tknął.
I Jezus był żeglarzem
Na wodzie nie sięgnął dna
Oczekiwał długi czas
Samotnie w wieży z drewna
Wiedział i miał pewność
Topiący widzieli, jak każe:
„Wolni są wtedy żeglarze
Kiedy wolne oceany”
Ale sam był załamany
Długo przed otwarciem bramy
Niebios i sponiewierany
I jak człowiek nieświadomy, zatonął jak kamień
I z nim tylko podróż ma sens
Jako ślepiec idąc za nim
Wiesz, że jesteś jego ciałem
Idealnym, które twój intelekt tknął.
Suzanne bierze twoją dłoń
I do rzeki ciebie wiedzie
Ciuchy, pióra rozpromienia
Kupione w Armii Zbawienia
Spija miód słońca przystani
Nasza najjaśniejsza pani
Pokazuje splendor świata
W śmieciach, w kwiatach,
Bohaterów w wodorostach
Są i dzieci, gdy dzień wstaje
Oni omdlewają z miłości
Oni już na zawsze usną
Gdzie Suzanne wstawia lustro
I z nią tylko podróż ma sens
Jako ślepiec idąc za nią
Wie, że jesteś swoim ciałem
Idealnym, które jej intelekt tknął.
Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy
4 komentarze
Wiejski bankiet
*
Wystarczy przejść przez ulicę, otworzyć furtkę na trawnik i mały ogródek ze szkarłatną różą. Ale potem jest gorzej, mimo przestronności parterowego domu i nawet jasności kremowych ścian wyłożonych plastikowymi płytami. Jest gorzej, bo wszystko, co się tu dzieje i będzie działo zdominuje martwota wnętrza, a martwota kobiet jeszcze bardziej rzecz pogorszy.
Dom stojący obok otoczony jest materiałami budowlanymi sąsiedniej posesji i prace remontowe czasami pozwalają na zobaczenie właściciela. Po kilkunastoletniej emigracji powrócił, by ratować dom rodzinny po zmarłej matce.
Kobiety właśnie się schodzą, wyjmują małe prezenty ze sztywnych torebek, wymieniają uściski i życzenia w kuchni, by potem przejść do sąsiedniego, wielkiego pomieszczenia z pluszowymi kanapami, usiąść i już przez kilka godzin nie wstawać.
Jest pełnia lata, słońce świeci zza firanki właśnie omawianej – „w zęby”- które się podobno strzępią podczas prania, a środek żółknie po praniu i tylko nowa firanka jest piękna, a ta właśnie jest nowa, kupiona specjalnie na te imieniny.
A więc słońce, którego tu nikt nie widzi i nie dostrzega, miękko rysuje ich twarze, muska niepotrzebną otyłość zdeformowanych ciał, wygładza zawzięte usta i chytre spojrzenia. Połyskuje wśród doniczek paproci i sztucznych kwiatów, łagodnie tuszuje wszelką brzydotę tandety ubiorów i biżuterii, sypiąc iskry świetlnych refleksów czerwcowego wieczora.
Kobiety nie są już kobietami, ale ich ciała jeszcze są naprężone i nie zwiotczałe. Napięte są do granic możliwości skóry, na które nałożone luźne stroje mają zakryć wstyd wchłoniętych zwierząt.
– Zjadłam dzisiaj kotleta o trzeciej, jak wrócił Jasiek z pracy. A kapusta, powiedział – pierwsza klasa. Zawsze trzeba dodać łyżkę masła na koniec gotowania – Hela mówi to z dumą, by uwiarygodnić swoją wartość.
Nie wszystko się udaje. Tegoroczne truskawki, mimo pielęgnacji wytraciły sarny, a z Jaśkiem, synem zmarłego niedawno Maćka, którego „chyciła” się oficjalnie, nic nie ukrywając, gdy mąż wyjechał za granicę zostawiwszy ją z dwójką dzieci, nie zawsze się układa.
Wczoraj spotkała swojego męża na ulicy, jechał autem, ale minął, nie ukłonił się nawet. A teraz remontuje ten dom, nie wiadomo, w jakim celu, czy ma kobietę i czy będzie tu mieszkał. Hela wychyla głowę co jakiś czas, by sprawdzić, czy jej mąż nie wyszedł z sąsiadującego, remontowanego domu. Ciekawie zagląda przez okno, przez które widać cały sąsiedni dom, ale to zainteresowanie jest osobne, zewnętrzne. Ma poparcie moralne wszystkich zgromadzonych tu kobiet. Przystępuje już po śmierci Maćka z całą żarliwością do komunii świętej, wie, że wszystko, co mogła ze swoim życiem zrobić, wypełniła i trwa w jego równowadze.
– No pewnie, Hela, zostawił cię z dwojgiem małych dzieci, odjechał cię, coś miała zrobić? A teraz mówi, że nic ci się nie należy, że dom jest jego i ten, który wspólnie wybudowaliście i ten po matce? To się musisz rozmówić, do sądu dać – mówią koleżanki.
A jednak wszyscy wiedzą, że odejście było jedynie pragmatyczne i mimo niegdysiejszej urody Heli nie ma nic wspólnego z romantyzmem, ani z jakimkolwiek porywem serca czy chuci. Wdowiec z małym synkiem Jaśkiem potrzebował kobiety do prowadzenia domu i unormowania stosunków seksualnych, więc przeszła tylko z jednego domu do drugiego. Ten wybór jest dla mężczyzny niewybaczalny jedynie dla pozoru. Powraca do swojej Penelopy, a przecież tak wygodny dla wszystkich układ skutkuje jedynie wiejskim honorem, a nie rozsądkiem. Honor jest także oderwany i wyalienowany. Jednak jest jedynym powodem i pretensją łączącą teraz tych dwoje ludzi, złączonych przecież głównie małżeńską intymnością, o której nikt nie pamięta.
Przy stole zastawionym imieninowym tortem, plackami orzechowymi, szynką i pomidorami, krąży czarnobiałe zdjęcie solenizantki wielkości znaczka pocztowego, gdzie trzyma na ręce niemowlęta, ma dwadzieścia lat i czterdzieści kilo wagi. Krążące wraz z nim okulary wzajemnie wymieniane nie potrafią zidentyfikować obiektu, ani uruchomić wyobraźni porównawczej tych dwóch kobiet. Dzisiejszej dodano pięćdziesiąt lat i pięćdziesiąt kilogramów. Wszyscy więc z szacunkiem kiwają głowami, niejednokrotnie trzymając zdjęcie do góry nogami, uznają jednak w pełni wiarygodny dokument.
Dalsze rozmowy przy stole toczą się już wyłącznie wokół spraw kościoła. Kościół okazał się najbardziej pojemnym i najwdzięczniejszym tematem imieninowych konwersacji. Hela, której konkubinat szczęśliwie zakończył się śmiercią kochanka mogła z całą mocą wróconego kościołowi grzesznika komunikować się permanentnie, oświadczając chichotem, że co to za grzechy możemy mieć teraz? Koleżanka Krystyna powątpiewa, czy dzisiejszy zwyczaj odpuszczania grzechów, zalecany przez księdza jedynie w sercu, bez sakramentu spowiedzi ma sens. Wspiera ją Solenizantka. Druga Krystyna mówi, że no właśnie, co będą księdzu do ucha pluć. Przecież tam jest folia – oburza się Hania. Teraz następuje szczegółowe wyliczanie, kto jak długo się spowiada.
Jedna – tu pada jej nazwisko – spowiada się zawsze długo i okupuje konfesjonał w czasie niecierpliwiących się w kolejce parafian. Nikt nie wie, jakim sposobem potrafi zająć uwagę księdza na tak długo, gdy jego jedynym zawsze pytaniem jest sprawa uczestniczenia w mszy świętej.
– Zawsze mówię, że przecież powiedziałabym księdzu, gdybym nie uczestniczyła – tłumaczy Hela, dla której każda msza to przecież nadrabianie komunii świętej za lata życia w grzechu z Maćkiem, więc ich nigdy nie opuszcza.
Tu, jak w dzieciństwie, następuje wymiana grzechów i popełnień wobec kościoła ze starczą infantylną kokieterią niewinności. Amputacja całego obszaru codzienności następuje bez żadnych wątpliwości.
– Kurwa mać! – woła Solenizantka, gdy półtoralitrowa, właśnie otwarta woda mineralna popchnięta przez nią półmiskiem z nowo nakrojoną wędliną się przewraca.
– Będzie miała pani materię do spowiedzi – komentuje siedząca obok kobieta chlust wody na sukienkę.
– Ależ to w powietrze, nie liczy się! To jest skierowane do nikogo, więc grzechem nie jest! – oburza się Krysia.
– Tak, to w końcu podstawowe słowa języka polskiego – przyznaje kobieta ugodowo. – Ale pamiętam, że jednak przeklinanie było w katalogu grzechów spowiedzi świętej.
Kobiety prześcigają się w świadczeniach o własnej dobroci i zauważeniach jej wokół. Anna Dymna wraz z różnorodnymi bohaterami seriali wzbudza jednogłośne poparcie.
Na zakończenie wieczoru Solenizantka przynosi zakupiony w kościele„TotusTuus”- miesięcznik postulacji do spraw Beatyfikacji i Kanonizacji Sługi Bożego Jana Pawła II ( prenumerata indywidualna 10 numerów 60 PLN), który zostaje puszczony jak relikwia wokół stołu, by wrócić do Solenizantki dla odczytania z niego wiersza podpisanego przez Agnieszkę Warakomską i uhonorowanego drukiem na lakierowanej okładce:
Nie odszedłeś
Jak bardzo świat Cię potrzebuje!
Jak bardzo kocha i jak żałuje!
Byłeś pasterzem, my stadem Twoim!
Bez Ciebie każdy zła się boi.
Dla młodzieży – wzór wielkiej miłości,
i nie zmąconej niczym radości
Nigdy. Nigdy nikt Cię nie zastąpi,
chyba każdy w to nie wątpi.
Stojąc dziś nad Twoim grobem
uświadomiłam coś sobie –
że nie umarłeś, to tylko złudzenie,
bo ciągle żyjesz – jako wspomnienie.
To piękna nasza pamięć o Tobie,
a tego się nie da pochować w grobie.
Choć zawsze stojąc na placu św. Piotra
będę czekać, aż wyglądniesz z okna,
choć zawsze wydawać mi się będzie,
że to Ty wygłosisz do nas orędzie…
złudna nadzieja, ktoś obcy to robi.
Dalej stoję nad Twym grobem. Odpuszczona
Cichutko płaczę, w skrytości szlocham…
bo ja tak bardzo, tak mocno cię kocham!
Kobiety zadumały się nad tajemniczym podmiotem lirycznym autorki wiersza mogącym sobie cały czas stać w Rzymie na placu i płakać, podczas gdy one jedynie obserwują plac budowy sąsiedniego domu, niewiele domniemając o planach męża Heli. Właśnie przywieziono meble i jeśli mąż Heli rozmnożył się na emigracji, to wiadomo, że przeznaczy ten jej małżeński majątek na nową, zagraniczną rodzinę.
Hania nieśmiało zaoponowała, że papież Niemiec jest bardzo przyjemny i ona go lubi. Jednak nikt nie kontynuował tego wątku, raptem skręcono na dzisiejszą młodzież, o której też wiersz wspomina. Na Wiśniewskiego. Mnoży się jak królik i porzucił Mandarynę, mimo, że jest ładniejsza od tej, z którą się teraz mnoży. Stać go – skwitowała Krystyna, a Solenizantka nawiązując do idealnej młodzieży z wiersza, na którą Ojciec Święty wpłynął, zapewniała, że z pewnością, gdy wróci jej wnuk z nocnej zmiany, to naczynia po bankiecie pomyje.
**
Mężczyzna podpisał przewoźnikowi odbiór wniesionych do domu mebli i usiadł zasapany. Wśród licznych chorób nieleczonych od trzydziestu lat, gdy musiał uciekać z Polski za handel dewizami, była choroba serca. Już od dłuższego czasu obserwował, jak do sąsiedniego domu jego koleżanki z dzieciństwa, która ma dzisiaj imieniny, schodzą się kobiety. Wyjął więc czarnobiałe swoje ślubne zdjęcie robione pół wieku temu na tym placu przed tym domem. Niektóre z nich, w mundurkach szkolnych, z kołnierzami obszytymi tasiemką, klęczą w pierwszym rzędzie, by jego i Heli w białej sukni nie zasłaniać.
Lata minęły szybko. Wszystko minęło. I pieniądze ciężko zarabiane na budowach niemal wszystkich stolic Europy. Samochodem kupionym za jego pieniądze jeździł kochanek Heli, a dzieci mieszkające same zamieniały je na kupowane w Peweksie alkohole, papierosy i ubrania. I nikt mu o tym nie powiedzał.
Zaszufladkowano do kategorii 2007
2 komentarze
Mariusz Szczygieł „Gottland” (nominacja do Nike 2007)
Mariusz Szczygieł w wywiadzie „Gazety Wyborczej” zestawia celnie atuty czeskie:
1911 – w Pradze powstaje pierwszy na świecie dom kubistyczny. Zaprojektowany przez czeskiego architekta;
1918 – pierwszym prezydentem wolnej Czechosłowacji zostaje filozof;
1919 – wpada on na pomysł, że młode państwo musi mieć u siebie wielką sztukę i każe kupić w Paryżu impresjonistów do oglądania dla obywateli;
1920 – czeski malarz wymyśla najnowocześniejsze słowo pierwszej połowy XX wieku, a jego brat propaguje je w swojej sztuce, wystawianej na całym globie. To słowo brzmi: “robot”;
1929 – po raz pierwszy na świecie w filmie pojawia się naga kobieta. Gdzie? U czeskiego reżysera!
I „Gottland” rzeczywiście potrafi sprostać zachwytowi tym wytyczonym przez historię faktom, a zanurzając się w dzieje czeskich rodzin i światowej sławy Czechów i Czeszek, opowiada ich niedawne, przedwojenne i powojenne historie.
Mariusz Szczygieł stara się też zachować czeskiego ducha. Czym jest duch czeski? Krainą łagodności, wyborem wzorem Odyseusza – sprytu życiowego, przebiegłości bez rezygnacji z nadarzających się rozkoszy?
Czuje się wyraźne uwiedzenie kulturą, językiem i wszystkim, co czeskie i czemu dziennikarz Mariusz Szczygieł z radością czytelnikami się dzieli.
Ponieważ książek plotkarsko – przyczynkarskich jest niesłychanie dużo, a wskutek otwarcia archiwów państw Bloku Wschodniego i pozwolenia na ujawnianie rzeczy, których dawniej ujawniać było nie sposób, chwalebne jest w „Gottlandzie” miłosne przekonanie, że prezentowany przekaz jest wartościowy. Dlatego ten dokument, mimo, że pisany nie przez artystę, ale przez dziennikarza z dobrze opanowanym warsztatem, staje się momentami wiarą w utopię, co czytelnik chętnie chłonie.
Jeśli na świecie istnieje takie miejsce zaczarowane, taki land, gdzie absolutna kontrola nad młodzieżą robotniczą, sypianie z niemiecką generalicją faszystowską najpiękniejszych Czeszek, kolaboracja komunistyczna w kulturze i sztuce, a zarazem opozycja dławiona z całą bezwzględnością i okrucieństwem, jeśli te wszystkie sprzeczności w konsekwencji są niesłychanie ludzkie i nawet niepozbawione ironii i prześmiewczego uroku, to jest jakaś jeszcze dla gatunku ludzkiego nadzieja!
Nie brak w Gottlandzie napomknień o wielkich i największych.
Kafka w dzisiejszej Pradze to turystyczne nazwy knajp i nadruki na koszulkach i saszetkach z cukrem.
Przywołany Hraball, śmiertelnie przerażony, jeżdził siedemnastką, by czuć się bezpieczniej w tramwaju niż w domu ze względu na wizyty Urzędu Bezpieczeństwa.
Lída Baarová, aktorka Felliniego, heroicznie ratowała swoją urodę i talent.
Autor przytacza witalny, afirmujący życie apel swojej koleżanki po piórze z czasu dziejowego kataklizmu, przypominając takie cykliczne, historyczne nawiedzenia:
Reporterka Milena Jesenská pisała:
Gest, który mogliby uczynić czescy mężczyźni 15 marca 1939 roku, byłby jedynie gestem samobójczym. Być może pięknie jest przelać krew za swoją ojczyznę, czyniąc bohaterski gest. Myślę nawet, że nie jest to specjalnie trudne. My jednak musimy robić coś całkiem innego. My musimy żyć. Musimy oszczędzać każdego człowieka, którego mamy, każdą siłę. Nie ma nas wystarczająco dużo, byśmy mogli sobie pozwolić na gesty. Jest nas tu osiem milionów — zbyt mało, zbyt mało na samobójstwa. Ale wystarczająco dużo na życie.
Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem
8 komentarzy
Wiesław Myśliwski „ Traktat o łuskaniu fasoli” (nominacja „Nike 2007”)
Niestety, nie mamy polskiego Hrabala.
Może właśnie zazdrość o jego brak powoduje powstawanie utworów hrabalopodobnych, opartych na swobodnie toczącej się narracji literackiej. Bezradny czytelnik będzie przez 400 stron wyczekiwał z utęsknieniem ładu w obiecanej przez autora precyzji Narratora.
I się nie doczeka!
Narratorem powieści jest dozorca – osoba niezwykle skrupulatna w pełnieniu swoich obowiązków. Taki zawód – soczewka, przez którą filtruje się polską rzeczywistość – jedynie sprawdził się w filmie Stanisława Barei „Alternatywy 4”. W innych wypadkach perspektywa filozoficzna tej formacji intelektualnej („Ostatni cieć” Janusza Głowackiego to też literacka porażka) może obejmować jedynie autorski miazmat.
Właśnie te aspiracje filozoficzne, ten tytułowy gatunek literacki tak bardzo rozczarowują. Nie ma obiecanej paraboli życia, nie ma problemu czasu, nie ma tajemnicy.
W muzycznej edukacji robotnika na budowie jest jedynie mozół wydobywania się z tłumu. Nawet scena aresztowania ulubionego nauczyciela muzyki za bunt uczniów – moralnie wielka – umyka w powodzi nieważnych szczegółów.
Budowane sceny opowieści rozczłonkowują się w sposób niebywały, charakterystyczny dla starczej ględźby, a nie mędrca, który przeżywszy, wszystko wie i zaraz nam, którzy jeszcze nie przeżyliśmy – uświadomi – niemiłosiernie męczy.
Być może polski proletariat – a tym jest zbiorowy bohater „Traktatu o łuskaniu fasoli” – nie nadaje się na literaturę w całej rozciągłości.
Scena kupowania kapelusza, niczego nie wnosząca oprócz swojej monstrualnej długości – ani nie jest sentymentem za przedwojenną inteligencją, ani resentymentem. Wszelkie nawroty do przedwojnia – dom rodzinny ze służącą – z innym, niż powojenne stalinowskie siermiężne bytowanie – jest jedynie faktem biograficznym, a nie utratą.
Nowe, które wkracza po wyzwoleniu z okupacji hitlerowskiej jest młodością Narratora, którą przyjmuje jako oczywistość, rzecz historyczną wynikłą z kolei losu świata, a nie jednostkowego życia.
Dlatego też wszystko w powieści jest zewnętrzne i żadna analiza wewnętrzna, mimo kokieteryjnych usiłowań jest niemożliwa.
Pomysł łuskania fasoli, jako motywu przewodniego traktatu filozoficznego nie jest w stanie tej niesłychanie prostej czynności sakralizować, ani uszlachetnić. Trud doprowadzania roślin strączkowych do użyteczności pokarmowej dla systemu trawiennego gatunku ludzkiego nie jest aż tak skomplikowany. Wszelkie uwagi o uczeniu się tej prymitywnej czynności, czy o jej zapominaniu, a nawet wymaganiach treningowych i ćwiczeniach nadprogramowych, gdy śmierć głodowa już nie zagraża, byłyby nawet i dowcipem.
Niestety, nie są. Próżno tęsknić za czeską lekkością nawet, gdy dzieją się rzeczy straszne.
W powieści Myśliwskiego mało jest rzeczy strasznych, mało jest rzeczy ciekawych.
Romans i dramat Basi, kelnerki zakładowej stołówki, mającej warkocz poetycko „wyrastający” jest tylko opowieścią – wypełniaczem, a nie kontrapunktem w przywoływaniu minionych żywotów.
Dozorca domków letniskowych łuskający fasolę jest, jako Narrator, osobą wyjątkowo nieciekawą, pozbawioną osobowości, nie różniącą się niczym od tabunów podobnych mu samotnych starców czepiających się ludzi, poszukujących rozpaczliwie towarzysza dla ulżenia sobie w obcowaniu z własną wewnętrzną pustką.
Nic dziwnego więc, że nagabywanie Autora, człowieka poznanego przypadkowo, zadręczanie listami i naleganie na przyjaźń, jest nierówne. Autor stoi wyżej od materii swojej powieści – Narratora Roberta. Skutek ich gry wstępnej w korespondencji i telefonach poprzedzającej przyjazd do jego turystycznej siedziby, gdzie pilnuje domków letniskowych – dziwi autora. Gospodarz, łuskając fasolę, za chwilę znokautuje go porcją arcynieciekawych opowieści, ale na wstępie dąsa się jeszcze za nie odpisywanie na listy. Bowiem:
Wkrótce i kartki przestały przychodzić. Co jednak mnie zaniepokoiło, urwały się także telefony.
Zacząłem się zastanawiać, czy coś się u niego nie stało. Może powinienem chociaż zadzwonić? Nie miałem jednak odwagi. Za to kiedy u mnie zadzwonił telefon, brałem słuchawkę z nadzieją, że to może on.
Przedtem nie chciało mi się odpowiadać na jego listy, kartki, z trudem się do tego zabierałem, a teraz, gdy zadzwonił telefon, chciałem, żeby to był on. Próbowałem sobie na różne sposoby tłumaczyć, co może być przyczyną jego milczenia.
Skoro Autor nie odpisując na listy swojej powieściowej materii nieodmiennie dziwi się, dlaczego nie nadchodzą, to trudno też oczekiwać rezonansu u czytelnika. Korespondencja, komunikacja, to obustronne zobowiązanie. I trudno, by czytelnik jedynie adorował. Z jakiego powodu?
Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem
5 komentarzy
Jerzy Pilch “Moje pierwsze samobójstwo” (nominacja Nike 2007)
Pilch jest coraz lepszy, co potwierdza recenzją Dariusz Nowacki.
Nie powielając zachwytów, dla mnie jednak bardziej istotnych w stosunku do autora, a nie literatury, czytając, zwróciłam uwagę na wysiłek przedarcia się przez to wszystko, co krytyka Nowackiego zachwyca.
Jest w tej prozie, pozornie opartej na ględzeniu, a łagodniej, na gawędzie, egzystencjalny ładunek, który w konsekwencji przyciąga i nie daje czytelnikowi uczucia toksyczności, co pewne osobowości, a ja się do nich zaliczam, natychmiast odczuwają, czyniąc lekturę bolesną.
Właśnie stan twórczego napięcia, dążącego do powtórzenia przez Pilcha wspaniałości Płatonowa, czy Babla, rezonuje, nie wiem, czy na zasadzie naśladownictwa, czy, co byłoby najwspanialsze – pokrewieństwa – u Pilcha jest.
I wtedy nieważne, czy jest on lwem salonowym w Warszawie, czy sypia, czy nie sypia, czy się udziela jako medialny szmirus, czy nie.
Pilch nawiązuje z czytelnikiem tajny odarty z kokieterii i rozrywki podskórny dialog. Wtedy jest bez znaczenia, gdy Nowacki w recenzji nieśmiało pyta: kim jest właściwie ojciec bohaterów poszczególnych książek?
Metamorfozy rodzinki z Wisły przestają mieć znaczenie.
Przestają też erotomańskie tęsknoty, pełniące bardziej rolę, jak u Felliniego – pod maską kobiecości – uzupełnienie jedynie deficytu uczuć.
Kosmiczna jest samotność bohaterów Pilcha, ubrana w pozór codzienności i zwyczajności, jakby świat powstał tylko po to, by wszystko, co się na nim dzieje, toczyło się osobno i toczyło się dla toczenia.
A toczy się po literacku, po hrabalowsku, po swojsku, po rodzinnemu, po ludzku.
Może jak w baśni – żeby powiedzieć najgorsze, trzeba utulić i rozsypać trochę fałszywej biżuterii, pięknej, jak prawdziwa, by samobójstwa nie popełniać.
Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem
3 komentarze