Magdalena Tulli “Skaza” (nominacja Nike 2007)

Wbrew entuzjastycznym recenzjom „Przekroju” i „Tygodnika Powszechnego” pisarstwo Magdaleny Tulli jest zaprzeczeniem literatury w sensie jej pierwotnego, człowieczego przesłania. Pisane przez martwego dla martwych, dla bardzo specjalistycznego odbiorcy, któremu smakowanie nikomu niepotrzebnych stylistycznych popisów jest jakoby niezbędne, stawia pod znakiem zapytania literackie przedsięwzięcie, przecież od wieków takie samo.
Nie wiem, czy spóźnione o pół wieku eksperymenty Barthesa straktujące tekst jako jedynie wyborną grę słowną, którą w analizie np. dzieł de Sade’a sprowadził do wyrugowania z nich przesłania amoralnego, zasadne jest dzisiaj. Metoda skrojonego ubrania dla anonimowego klienta, słowa bez wnikania w znaczenie pisanych kwestii została dobrze tutaj zrozumiana. Tulli rozkoszuje się niepotrzebnością opisów, a przerobione już doświadczenie „sztuki dla sztuki” złowieszczo powraca.
Oczywiście, artysta jest wolny i pisać może co chce i jak chce, natomiast nagradzanie pisania dla jedynie faktu dokonanego, czyli napisania książki, jak pisanina najlepszej uczennicy klasy nie dla siebie, nie dla nauczycielki, ale dla stopnia, to dzisiejsze echa publiczne tej prozy. Proza Magdaleny Tulli, w amoku pochwał i nagród zupełnie zatraciła miarę zdrowego rozsądku w wyborze tematu i jego rozwinięcia. Toteż niezrozumiale brzmią słowa recenzenta “Tygodnika Powszechnego” o jej schulzowskiej proweniencji. Autor recenzji chyba Schulza nie czytał – jego przeciwieństwa zimnych spekulacji słownych. Proza Schulza przecież kipi erotyką, surrealistycznym szaleństwem zindywidualizowanego do granic możliwości miasteczka (nigdzie na świecie nie ma Drohobycza, jest tylko w Drohobyczu). Równie sprzeczne są porównania z Nouveau Roman. Alain Robbe-Grillet jest błyszczący, zagadkowy, magiczny.
Oczywiście chwalebne są wszelkie próby wymknięcia się dziewiętnastowiecznemu realizmowi i wielki, eksperymentalny trud artystów dwudziestego wieku powinien być kontynuowany. Ale nie w sensie powielenia prometejskiego wyzwolenia w jego złym zrozumieniu.
Magdalena Tulli pisze z “lotu ptaka”. Jest tak oddalona od obiektu własnej kreacji, że uzyskuje efekt jedynie domniemania niedowidzącego narratora, który czasami pisze w pierwszej osobie, by fantazjowanie uwiarygodnić. Ale i tu wpada w kolejną pułapkę rezygnacji dla jedności kompozycji z ich zróżnicowania, na korzyść standardu. Śmiertelna powaga towarzyszy przeżyciu wpadnięcia w abstrakcję niemożliwą do pojęcia ani przez autorkę, ani czytelnika. Rozszczepienie jest tak wielkie, stworzone przez nią modelowe, sztuczne światy, złożone jedynie z wytartych stereotypów, są wątpliwe jakościowo nawet dla socjologii. Nie ratują faktu ani opisy dość niesmacznych gestów i procesów organizmu ludzkiego (danie ulgi sobie w wygódce, smród ciał uchodźców), nie uczłowieczają postaci, nie mówią nic o naturze człowieka. Służąca bierze po pysku, student się lampartuje, dozorca bije dzieci. Sztuczności i niepotrzebności nabiera jeszcze bardziej przeniesienie się do Ameryki, a wszelkie próby pokonania czasu, aluzji do historycznych faktów bez ich nazwania, stwarza rzecz niejasną, ogólną, odartą z pierwotnego sensu. Zimną i straszną.

Koleżanka malarka po oszałamiających sukcesach finansowych lat osiemdziesiątych, sfrustrowana dzisiejszą niemożnością sprzedaży obrazów, podzieliła się ze mną wątpliwością wyboru swojego zawodu. Uważa, zapewne nie bez racji, że byłaby równie świetna obierając inny zawód. Myślę, że Magdalena Tulli najlepiej wykonywałaby zawód krawcowej. Jak pisał Jan Lechoń: „w szyciu nie ma nic, prócz szycia”.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 10 komentarzy

Tomasz Różycki „Kolonie” (nominacja Nike 2007)

Przeczytałam tomik łamiąc zasady nie czytania żyjących poetów polskich.
Przeczytałam jednak wiedząc, że nie grozi mi przeczytanie moich wierszy przez Tomasza Różyckiego.
Przeczytałam i wiem, że jest to zabieg zawsze nie obojętny, którego cofnąć się nie da.

Na całe szczęście jad poezji, którym zainfekowane są niemal wszystkie dzisiejsze utwory (na portalu Nieszuflady czytam tylko komentarze) nie był w wysokiej dawce, a miejscami nawet odczuwałam z ulgą odczyn obojętny. Powtarzająca się fraza Kiedy zacząłem pisać i, jak widać, nie przestałem, zapowiada żelazną konsekwencję tego bardzo wygodnego wyślizgiwania się z pułapki życia.

Jest to, w identycznej formie 77 utworów opatrzonych tytułami mało symbolicznymi, natomiast ich przesada nie dopowiada, a alienuje. Siedemdziesiąt siedem ślizgań się po życiu, po czasie, po spotkaniach i uczuciach to zawsze tylko powierzchnia naruszona zaledwie, autor nie śmie, nie chce jej za bardzo niepokoić egzaltując się tym radosnym (czuje się przyjemność z aktu pisania u autora) sposobem istnienia. Bowiem znalazł się już po drugiej stronie, odkrył już swoją wyspę, swój azyl i cieplutko jej strzeże i pielęgnuje. Niestety, nie, jako Mały Książę, władca i opiekun, ale jako tylko jej użytkownik.
Padają tu niewątpliwi patroni i ulubieńcy Różyckiego: Schulz, Roth, Brodski, Mandelsztam, Leśmian. Ale czy są powinowactwa wewnętrzne?

Wiersz „Pora deszczowa” – doświadczenie odejścia pokrewnego ducha, wiadomości telefonicznej o śmierci Czesława Miłosza – czy narusza bezpieczeństwo wyspy autora?

Kierunki „Koloni” są szczęśliwie wielorakie.
Czas, przestrzeń, obszary osób towarzyszących, letnie kolonie dzieciństwa, wakacje, podróże turystyczne i duchowe, wszystko w jednym, tymczasowym kolorycie niespełnienia, niedopowiedzenia, mglistości i ledwo muśnięcia.
Zagadka, obrazowość, tajemniczość są doskonale wyważone i nie aspirują do żadnego filozoficznego przekazu. Chwalebna jest ta skromność i powściągliwość autora.

Tylko kobieta, śmiertelnie zakochana na wakacjach, które już z definicji obiecują jedynie uwodzicielską, bez przyszłości miłosną przygodę, jest zraniona. Jak i czytelnik, biorący do ręki tomik dzisiejszej, wybranej najlepszej z najlepszych, letniej poezji.
Liryka, to przecież miłość.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

Althamer

– Czy mogę dostać autograf? – pyta dojrzała blondynka, cały czas w skupieniu notująca coś w grubym notesie.
To chyba kalendarz – myślę znużona, przesuwając po niej wzrok, bowiem przerwała nagle mi w pół zdania i grzeczny Althamer obrócił się do niej.
– Nie…
Próbował jeszcze grzeczniej, ale kobieta szybko powiedziała: _ – Jestem z gazety – tu padła jakaś nazwa – i bardzo pana lubię.
Było to tak kategoryczne, że Althamer posłusznie spełnił jej życzenie, a ona natychmiast zniknęła.
Przerwa zabliźniła się, chociaż tłumek wyraźnie już się zdążył podzielić i teraz stali wszyscy spontanicznie oddzieleni od siebie. Młody marksista, pulchny chłopak siedział na murku obok kloszardów, ale ci, czerwoni wskutek wydanego im niedawno puszkowego piwa, trwali, jak to alkoholicy w otumanieniu, grzecznie się uśmiechając. Jednak ich obecność jedynie w pijackim amoku umożliwiała mówienie o nich przy nich bez żadnych konsekwencji.
Kuratorzy i pracownicy najważniejszych miejskich galerii stali w bezpiecznej odległości rozmawiając jedynie między sobą. Po pojawieniu się najsławniejszego kuratora, artysta wymienił niedźwiedzi, radosny uścisk. Ja też podałam rękę, ale najsłynniejszy kurator powściągliwie odwzajemnił tę odruchową grzeczność. Artysta obrócił się z powrotem do mnie.
Szukałam w nim jakiegoś zaczepiania mentalnego, gdyż po pierwotnym impulsie odwagi, otrzymanej dzięki nowej sytuacji i brakowi uświadomienia zagrożeń, zaczęłam się bać.
Był zrównoważonym mężczyzną w pełni panującym nad światem zewnętrznym i zewnętrznym. Jego sprężysty krok i zdecydowanie działały też kojąco na otoczenie. Cały w kolorze wypłowiałego indygo, w bawełnianym podkoszulku przeciętym od dołu do góry na dwie części połączonych czerwonym kordonkiem, miało może coś wspólnego z lalkami, które szył i sprzedawał. Wbijając wzrok w tę szkarłatną nitkę próbowałam wślizgnąć się w jego świadomość, osobowość, rozpaczliwie szukając jakiejkolwiek szczeliny w jego oczach. Ale wszystko było dokładnie zasznurowane i zaszyte, a on stał tu, w ten piątkowy wieczór przed rocznicą wybuchu II wojny światowej, na tle zachodzącego słońca za ogromnym pomnikiem Piłsudskiego na koniu.

Jednak nic nie było ważne, ani ten cały bałagan, jaki powstał z dysharmonii powszedniości śląskiego placu.
Ani zwabieniem ogłoszeniami kloszardzi, lud pracujący na osiedlowych śmietnikach, mrówczo zbierający puszki i metal, by je natychmiast zamienić na alkohol.
Ani my, grupa sytych, jak określił mnie ten z wąsikiem, ten wszystkowiedzący, łysawy mężczyzna, który wiedział, po co tu przyszedł.

– To, czemu pani nie poszła z nimi jeść, co?
Zaczepność tonu zniechęciła mnie do dialogu, interesował mnie tylko Althamer i wszelkie wątki poboczne, mnożące się jak piana, tylko nużyły.
– Pewnie, że jestem głodna, a nie syta. Jest pora kolacji. Ale przecież wszystkiego było bardzo mało, jak miałam jeszcze tam pójść ja?
Niska, zniszczona i otumaniona alkoholem kobieta podeszła i spytała Althamera, czy może o coś spytać. Ciepło zezwolił.
– Czy będzie coś jeszcze do jedzenia? – Wystękała cicho i wolno.
– Tak – zdecydowanie i grzecznie, z cała powagą i szacunkiem odpowiedział artysta. Będzie jeszcze pizza.
Kobieta odeszła i za chwilę rzeczywiście najprawdopodobniej pojawiła się na stoliku, ogołoconym z pierwotnego karmienia pizza, gdyż cały zgromadzony tu postproletariat śląski nagle ruszył w tamtą stronę.
– A pan, przyszedł tu dla rozrywki?
Nie była to złośliwość z mojej strony, jedynie próba dowiedzenia się czegokolwiek.

Wszystko w rozmowie z Althamerem zdawało się wyczerpywać. Marksista, który nagle wygłosił krótki, hermetyczny monolog prokomunistyczny, a którego nikt nie zrozumiał, mówił o jakimś wariancie i aspekcie zdarzenia.
– Mamy tu wiele kontekstów – zdiagnozowałam pojednawczo. Młoda dziewczyna z tłumu zaczęła z oburzeniem mówić o subiektywnej sytuacji w obiektywizmie.
– A pan? pytałam Althamera – co pan na to? Czy rzeczywiście: socjologia, polityka, etyka? Czy rzeczywiście?
– Ja? Zdawał się oburzony. Wszystko!
– Niech mówią oni! Oni są ważni! – Mężczyzna z wąsikiem z satysfakcją zatoczył koło po zgromadzonych, którzy po błyskawicznym wchłonięciu pizzy wrócili syci i zadowoleni. Czyhający na okazję zaistnienia czerwony alkoholik wygłosił szybko rymowany tekst, który właśnie wymyślił. Lekkie, nieśmiałe oklaski zatuszowały zażenowanie. To zachęciło go do opowiedzenia o powinowactwie ze sztuką wysoką jako byłego pracownika fizycznego w Operze Śląskiej. Reszta na całe szczęście nie była w stanie, wskutek całkowitego zamroczenia kontynuować bratania się. Nagle na trawnik obok wyskoczyła równie zniszczona, czerwona i pijana kobieta, krzycząc, że nie chce być w telewizji, gdyż to wstyd i ośmieszenie. Łagodny i cierpliwy głos Althamera, jak poskramiacza bestii kobietę wytracił z buntu niepodchwyconego przez jej koleżanki.
– Hela, chodź, idziemy stąd, będziesz w telewizji, to wstyd!.
Ale nikt z tłumu się nie odezwał, jedynie artysta wykonał coś, co sprawiło, że kobieta rozbrojona, cichła powoli skargą i bełkotem opowiadanych nieszczęść i usprawiedliwień, dlaczego znalazła się w takiej sytuacji.
Więc psychodrama? Psychoterapia? Althamer zdawał się nie wiedzieć, o czym mówię.
– Jak to, przecież to pan jest twórcą tego zdarzenia, pan jest demiurgiem, pan szefem!
– Ja? Zdziwienie Althamera nie miałom granic. Ja jestem w równym stopniu, jak każdy tutaj!
– A pani to chce tutaj wszystko oceniać! – wtrącił się pan z wąsikiem tonem, który wskazywał, że przestało mu się to wszystko podobać.
– To pani zdominowała wszystko!
– To ja się wycofam, ja… Chciałam się tylko dowiedzieć… Przecież ktoś musi… Oceniać, diagnozować, jak to…
Nie, bardzo dobrze – nagle Althamer staną przymilnie po mojej stronie. _ Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony całą tą tutaj sytuacją, rzeczami, których nie przewidywałem. Przecież lepiej, niż stać w milczeniu, dyskusja…
– To pan nie uważa, że człowiek powyżej, posiadający narzędzia poznawcze, dyplomowany artysta, nie ma prawa oceniać, nie ma prawa być krytykiem ktoś, wyuczony, powołany by to wszystko ogarnąć? A więc demokracja, relatywizm, pełne wymieszanie artysty z przedmiotem i podmiotem? Role wymienne, wszystko na żywioł, wszystko jest wszystkim i czym chce, pełna wolność? A przecież jesteśmy już uwikłani w ten dzień, w ten czas, w rzeczy obiektywne i niedające się relatywizować!

Ale moje słowa właśnie ulegały relatywizacji, a ich moc nie miała żadnego znaczenia, bo wszystko, co tutaj było, nie było ważne. Wokół pnia drzewa, gdzie umieszczono pochyłą, owalną płaszczyznę symbolizującą stół i aranżację obrazu “Krainy pieczonych gołąbków” Petera Bruegela. Otyli, wybrani spośród przybyłych bezrobotnych mężczyźni, po upojeniu piwem i zjedzeniu wszystkiego, co pierwotnie nad ich głową stało, czyli wianków kiełbasy, pochrapywało idyllicznie, a syty tłum z przyjemnością palił papierosy siedząc na murku usatysfakcjonowany przyjemnym, letnim wieczorem.

informacje

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 3 komentarze

Cisza

Chciałabym przerwać, sianą makiem –
– nie lecieć ptakiem w kluczu obcych;
odpocząć w cieniu i pod krzakiem
skryć dopełnienie strzelby głośnej.

Bowiem kres lata. Czas polowań
ciężkie wytacza argumenty.
Czas zabijania to też mowa
ilustrowana stadem gęsi.

W milczeniu lecieć. Ani „biada”
po trzykroć nie wykrzyczeć części.
Losowo każdy kiedyś spada –
milczeć nie musisz piórem gęsi.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Anna Burzyńska Michał Markowski „Teorie literatury XX wieku Podręcznik” Anna Burzyńska Michał Markowski „Teorie literatury XX wieku Antologia”

Po lekturze Zofii Mitosek „Teorie badań literackich” (1998) biorę do ręki niedawno wydane dwa obszerne tomy o wszystkim, czego chciałam się dowiedzieć, ale bałam się zapytać.

Pozornie wygląda na wydestylowaną esencję ogromnych problemów, kataklizmów i eksperymentów, których XX wiek literaturze nie żałował. Nie mam poczucia, że wiem więcej, niż przed lekturą.
Uwodzą graficzne ramki, gdzie rozszyfrowano pojęcia. (Warto zawsze sprawdzać znaczenie terminów, by nie ulegać złudzie wcześniejszych konotacji).
Uwodzą na marginesach spisane hasła, o czym rzecz się toczy, by wątku adept wtajemniczenia literackiego za wcześnie nie zagubił.
Obszerny temat marksizmu w literaturze – u Zofii Mitosek rozbuchany, (dla mnie to jedyna literatura XX wieku) – Markowski + Burzyńska zupełnie pomijają. Natomiast wiele anegdot w Chronologii – bardzo pomocnych po każdym rozdziale zestawieniach dat i zdarzeń, mających pośredni i bezpośredni wpływ na zjawisko. Np. tam znajduję, po rozdziale Formalizm rosyjski ślady emocjonalnego zaangażowania Lenina w literaturę. Po przeczytaniu Majakowskiego, Lenin: “Nonsens, głupota, jeszcze raz głupota i pretensjonalność. Według mnie tylko jedna na dziesięć z takich rzeczy powinna być drukowana i to nie więcej niż w 1500 egzemplarzy dla bibliotek i dziwaków. A Łunaczarskiego należałoby wychłostać za ten jego futuryzm”.

Ale jak się okazuje, nie tylko w ZSRR było, sądząc po liczbie, dużo bibliotek i dziwaków. „Śmierć autora” Barthesa przeczytało tak dużo ludzi, że tekst “przejdzie on do historii jako ten, który nawoływał do zabijania pisarzy – z tą kuriozalna brednią spotkać się można do dzisiaj”. Dalej Markowski przytacza analogiczny przykład niezrozumienia terminu „śmierci człowieka” Michela Foucaulta, która „przez krytyków poststrukturalizmu i ponowoczesności traktowana była ze „śmiertelną” dosłownością”.

Tak wsparta odwagą otrzymaną przez ośmieszenie fachowców, niepewnie poruszając na blogu sprawy literackie i mając niewielkie o nich pojęcie, przystąpiłam do rozgryzania Strukturalizmu I, Strukturalizmu II i Poststrukturalizmu. Dorzucając jeszcze rozdział Semiotyka naszpikowany nieprawdopodobną ilością nowych pojęć dla zrozumienia oczywistości i sztywny Pragmatyzm można by jeszcze ratować się Hermeneutyką, a najlepiej wcześniejszą Fenomenologią.
Skandaliczne – jak pisze Markowski – erotyczne wycofanie się Rolanda Barthesa z poprzednich teorii publikacją „Przyjemność tekstu” każe po frustracji wgryzania się w teorie literackie mieć nadzieję, że nie wszystko stracone na niwie miłosnego, literackiego poznania.
Ale Husserl jest taki naukowy, taki kategoryczny w negowaniu twórczości uwolnionej od jarzma rozumu, że strach paraliżuje każdą fenomenalną wypowiedź.

Niemniej dla mnie, chaotycznie i zachłannie – po wieloletniej izolacji – rzucającej się dzisiaj na sukcesywnie spolszczane najważniejsze teksty literackie ubiegłego wieku, ta ogromna, opasła praca, zaopatrzona jeszcze klarowną wklejką z kierunkami artystycznymi XX wiecznej literatury, stanowi cenne narzędzie porządkujące uciążliwą, zabałaganioną drogę.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 11 komentarzy

Zaproszenie

zaproszenie.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | Dodaj komentarz

Niezapominajki

Może ta drżąca przestrzeń w masie
niebieskich kwiatków, to symbole
ludzkich niespełnień? Wielkość w klasie
pożądań? W morzu tych pokoleń

samotnych, których osobności
głodne. Niebieskie falowanie
prośbą daremną o tych gości,
którzy nie przyszli na spotkanie

proszone. Uczta już wydana;
oni nie przyszli. Obcy przyszli
nie ci. Wzgardzili uczą Pana.
błękit jest smutny. Tak jak myśli.

Zaszufladkowano do kategorii 2005 | Dodaj komentarz

Janusz Andreman „Cały czas” (2006)

Doświadczenie literackie zależne jest od czasu, który autor zagospodarowuje i najwartościowsze, jeśli jego świadectwo jest trafne.

W obszernej twórczości o czasach historycznego eksperymentu socjologicznego na krajach bloku wschodniego, właściwie wszystko jest podobne: filmy, sztuki teatralne, powieści. Przesycone są tak bardzo Urzędem – czymś zupełnie sztuce obcym – że trudno przebywać w nich dłużej. Trudno je nawet smakować sentymentalnie, gdyż im bardziej odnajdujemy w nich prawdę, tym są boleśniejsze. A jednak przeczytałam powieść Janusza Andermana z satysfakcją osoby czerpiącej z niej zadośćuczynienie.

Bohaterem utworu jest czarny charakter w najmniej artystycznie wdzięcznej postaci miernoty i nijakości, z której nie da się wygenerować ani gnostyckich przeżyć Bułhakowa, ani mistycznego zła Dostojewskiego.
Nie jest mu dany nawet sformalizowany świat Kafki, gdyż Urząd w PRL-u był w wydaniu polskim z „Ludzką Twarzą”.
Ludzką, a więc ani zdehumanizowaną, ani zezwierzęconą.
Wszystko w tym świecie jest letnie, czyli zgodnie z ewangelicznym nakazem (Obj. 3, 15.16) dla Boga niestosowne.

Być może środowiska literackie pokolenia Andermana rozpoznają rysy portretowanych postaci tak, jak to uczynił Czesław Miłosz w „Umyśle zniewolonym”. Dla mnie, świadka tych czasów odległej środowiskom artystycznym i opozycyjnym pozostaje jedynie swojskość wina Gellala, czy „Nowy wyraz”, którego nie dawało się czytać lub opis ulic stanu wojennego.

Dzieje literata A.Z., ćmiące jak bolący ząb, mogłyby być stereotypem od pokolenia gierkowskiej dekady – aż po nasze czasy, karierowicza w dalszym ciągu dopuszczanego do publicznego uznania, dobrze funkcjonującego w kryptach, redakcjach i partiach politycznych, zamaskowanego i niezniszczalnego.
Ale na całe szczęście nie są. Powieść karkołomnie omija pokusy łatwego rysunku dziecka rodziców znikąd, ich spadkobiercę – człowieka znikąd, potencjalne zero i właściwie do niczego nie dążącego.
Mimo burzliwości wydarzeń społecznych i historycznych (literacka opozycja), dzięki którym A.Z. buduje swoją karierę i wygodne życie, ton szarości utrzymuje się beznadziejnie i konsekwentnie aż do jego przypadkowej śmierci (wypadek drogowy).
Wysoce niestosowne zdają się pytania o moralność tych czasów i tkwiącego w nich bohatera zgodnie z maksymą, że złe czasy uaktywniają najgorsze ludzkie instynkty. Ponieważ wszystko podporządkowane jest celowi, a więc strategii najbardziej konsekwentnego wyzyskiwania okoliczności życiowych dla siebie, co trudno nawet nazwać egoizmem – raczej bezwzględną wojowniczą agresją – autor jednoznacznie obwinia o tę możliwość ustrój.
Natomiast wydaje się bardziej zasadne pytanie o sztukę, która jest przyczyną główną zaistnienia w społecznych wyżynach hochsztaplera.

A.Z. bowiem zna się na sztuce i to bezbłędnie, a losowe pozyskanie arcydzieła literackiego po zmarłym śmiercią samobójczą pensjonariuszu szpitala psychiatrycznego i firmowanie go swoim nazwiskiem jest jego największym życiowym sukcesem. Czyn nie jest w kategoriach “poza dobrem i złem”, jest wartością dodatkową jak i inne równie obrzydliwe etycznie czyny – wewnętrznej dumy z perfekcji organizacji własnego życia.

Czyżby tezą powieści Andermana była nie tylko krytyka wszystkich dokonań artystycznych PRL–u, ale i podpowiedź, że jeśli już coś tu się narodziło, to jedynie z nieprawego łoża całej struktury kulturalnej państwa, mającego świetnie zorganizowane koła młodych, związki pisarzy, domy pracy twórczej, wydawnictwa i literacką prasę?
A więc jak jest dzisiaj, gdzie są ci ludzie?
Gdzie są te struktury?
Gdzie się to wszystko podziało?
I odpowiedź jest przerażająca w diagnozie, że ciągnąca się cały czas choroba, to nie ogólnoświatowe skutki zmian cywilizacji, nie groźba alienacji człowieka wskutek mechanizacji, zniszczeń ekologicznych, nie nieczytanie książek i upadek sztuk pięknych, ale w naszym polskim kulturalnym, prostackim, ordynarnym przyzwoleniu pseudointelektualnych, dyzmowatych elit, zepsutych redaktorek, szczelnej machiny produkującej i porażającej toksyną pokolenia artystów, które były, są i będą.
Cały czas.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 9 komentarzy