Kasztany

I co, że kwitły tego roku
późno, zsypując śniegu płatki?
Pod nimi i tak nikt nie siedział
z nas. I drugiego nikt zagadki

badać nie pragnął. A kasztany
w alei; wiatr podniebny hasał.
kremowych płatków rozesłanych
zimny i obojętny asfalt

wydał na pastwę butów obcych
i je spotwarzał i beszcześcił.
Chodzili tędy ładni chłopcy
i tylko amarantu kropki

patrzyły, zanim ulic błoto
ich nie rozniosło. Późna wiosna
szeptali. Późne jest niemotą.
Niema jest skarga wiosną chłopca.

Zaszufladkowano do kategorii 2005 | Dodaj komentarz

Bzy

Bzy już w deszczowy dzień nareszcie
zakwitły. Pachną i wpływają.
Chmury liliowe w szarym mieście:
obłoki narkotycznych stanów.

Nie ma cię już i już nie będzie.
Nie byłeś nigdy w rytuale.
Bzy przekwitając kwitną wszędzie.
Ty byłeś wszędzie, – chociaż wcale.

Podążam tam, gdzie bez jest stanem
wyoglądanym w osobności.
A rozciągliwość – karnawałem.
A post – zyskiem nieśmiertelności.

Zaszufladkowano do kategorii 2005 | 6 komentarzy

Van Gogh

Dostaję listy z plenerów malarskich. Właśnie wraz z piękną pogodą pokrywają pejzaże.

Ale okazało się, że niejednokrotnie polscy artyści w starym ustroju mający zapewnione tą drogą zakupy prac – darmowe farby i pobyt w atrakcyjnych miejscach – teraz za karę nadmiernej produkcji obrazów, muszą płacić o wiele więcej, niż zwyczajny turysta.

L. pisze:

W tym roku kandydatów na plener spotkała niemiła niespodzianka – tuż przed terminem rozpoczęcia (pierwsza połowa maja), prezes otrzymał wiadomość, że organizatorzy, oprócz darowania im dwóch obrazów olejnych, życzą sobie opłaty w wysokości 40 zł za dzień! W przeliczeniu na 14 dni – tak długo ma trwać plener – to jest około 500 zł, niebagatelna suma. Wobec zmiany warunków w Związku zawrzało: większość osób zrezygnowała, a wszyscy byli oburzeni tym, że ta zmiana nastąpiła w ostatniej chwili! Wyglądało na to, że nikt nie pojedzie – prezes był niezadowolony, bo chciał jednak utrzymać dla Związku tę możliwość plenerów ( warunki rzeczywiście dobre, miejscowość atrakcyjna) – w końcu prawie siłą namówił kilka osób by jednak pojechali. Szczegółów nie znam, a w/w informacje uzyskałam od Zbyszka, którego przypadkowo spotkałam. Ciekawa jestem, jak wobec tych perturbacji przebiegł plener i jak to będzie wyglądało w następnych latach. Gdybym się wybierała na taki plener, to też pewnie bym zrezygnowała. Większość członków naszego związku jest w kiepskiej sytuacji finansowej – a to oczywiście nie obchodzi właścicieli hotelu, którzy chcą zarabiać. Myślę, że przy utrzymaniu tych warunków w latach następnych pomysł organizowania tam plenerów jednak upadnie.

W” Listach do brata”, arcydziele literatury światowej, tłumaczka Joanna Guze w pięknym wstępie tłumaczy też ich egzystencjalny wymiar:

O formę jednak van Gogh troszczył się gdzie indziej; tam też trzeba jej szukać przystając w listach na tę bezkształtną szczerość, tak niełatwą do przyjęcia. Trzeba, więc zgodzić się na atrakcyjność pomieszaną z nieatrakcyjnością, na myśli banalne obok wielkich, na opisy, przez które trudno przebrnąć, obok opisów, których mógłby pozazdrościć van Goghowi najambitniejszy pisarz; na to, że artysta, którego czytelnik pragnie ujrzeć od pierwszej chwili, kryje się długo za plecami kandydata na pastora, raczącego nas bez miary cytatami z Biblii i ich purytańską interpretacją; na zachwyty nad dziełami malarskimi, o których zapomniała historia; na to, że stylistyka tych listów jest daleka od poprawności, budowa zdań wadliwa, a składnia błędna. A jednak wszystko to jest konieczne dla całości obrazu, jeśli ten obraz nie ma być spreparowany w sposób budzący we wszystkich jednako mdły zachwyt. Nie na taki zachwyt zasłużył sobie artysta, który nie chciał, i człowiek, który nie mógł uznawać złotego środka. Jego listy są również tego dowodem.

Warto przeczytać listy poprzedzające samobójstwo holenderskiego malarza w ostatnią niedzielę lipca we wsi pod Paryżem na polu dojrzałych zbóż. Jest to druga, równie nieudana próba odebrania sobie życia, sfinalizowana jedynie odmową ratowania ciała, gdy kula ominęła serce. Poprzedziło ją wypicie terpentyny i zjedzenie farb w zakładzie psychiatrycznym w Prowansji, z czym lekarze poradzili sobie środkami wymiotnymi. Obszerne opisy pobytu w Saint Rémy wśród prawdziwych wariatów, których nic nie robienie irytuje go coraz bardziej, a pełen pokory artysta przyjmuje świadom więziennego charakteru pensjonariusza drugiej kategorii (wskutek ubóstwa nie należał mu się deser, a nie chcąc jeść grochu i soczewicy odżywiał sie tylko chlebem), przeplatane są gdzieniegdzie doniesieniami, jak powstają jego największe, najsławniejsze arcydzieła.

Czułe listy, łączące go poprzez brata ze światem, pisane sto lat temu, przetrwałe ku obaleniu jego późniejszej legendy, utrwalającej schematyczny, płytki, społeczny wizerunek malarza.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | 13 komentarzy

Armando

Objeżdżam na rowerze galerie mojego miasta by dać comiesięczne świadectwo wystawienniczej prawdzie na związkowej stronie internetowej artystów plastyków.
Drżę, by nie było video.
Jak jest video i artysta uczciwie napisze (zazwyczaj sprytnie nie piszą), ile trwa, to podsumowując czas, musiałabym potraktować jak Luwr i odwiedzać galerie codziennie, by zdążyć przed ich zamykaniem.

Nie ma uczciwości na tym padole łez dzisiejszej sztuki. Można zrozumieć krytyków literackich, że nie czytają książek, ale atak na oczy, uszy i dzisiejszy zwyczaj wypisywania na ścianach złotych myśli artystów łacińską antykwą jest pewnie karą za łóżko lub fotel krytyka literackiego, który bądź co bądź sobie książkę w intymności czyta.
Tutaj, w permanentnej pustce ogromnych wystawienniczych sal trudno poddać się wsobnej medytacji. Trzeba korzystać z pomocy pilnujących, odbierać ich znudzenie i przesadną, niezainteresowaną niczym usłużność. A mają też krzyż pański z zaleceniami wystawiającego, włączaniem mechanicznych urządzeń, wskazywaniem przycisków, uczulaniem na podpisy.

Armando w katowickim BWA, jedyna wystawa w Polsce! – głoszą wszystkie sieciowe i papierowe informatory. Spotkanie z Armando, który podobno powala, a siła przekazu w tym świecie nieustannego przekazywania jest nieunikniona.
Mijam więc kabinę z video, skąd dolatują odgłosy karabinów maszynowych (niestety, artysta jest artystą multimedialnym, zabrakło jedynie jego gry na skrzypcach). A tak jest i wszystko: wypisane na ścianach złote myśli (ślad kilkudziesięciu wydanych książek), co i rusz czarne rzeźby, niczym niedawne produkcje w węglu niepełnosprawnych górników.
Armando w swoim opasłym katalogu (30 zł) barwnie opisuje sprzeciw holenderskiej krytyki i oburzenie.
Armando nie pozostaje dłużny – pełno słów wobec „karierowiczów”, czyli ogólnie funkcjonujących nazwisk ubiegłowiecznych geniuszy sztuk wizualnych.

Jestem więc prostaczką i mieszczką nieznającą się na sztuce, gdy przechodzę porażona od jednego obiektu do drugiego, co i rusz żałując tony pasty do zębów, którą zapewne wysmarowane są w buncie przeciwko wojnom tego świata ogromne, kilkumetrowe płótna zmieszane z sadzą (a było jej w naszym mieście zawsze pod dostatkiem i jej mi nie żal).
Hymny pochwalne na cześć artysty podkreślają przede wszystkim ogromną energię, szał gestu malarskiego, który pastwiąc się na buncie i ekspresji, staje się jego kwintesencją.

Cóż mogę ja, nieważny widz w ogromnej sali wystawowej zakwestionować artyście, posiadaczowi za życia własnego państwowego muzeum (Museum Armando w Amersfood), prac zakupionych przez najbardziej prestiżowe muzea sztuki nowoczesnej w całej Europie?
Tylko się mogę bać, że na czas mojego oglądania świat stworzony i powołany przez Armando w ramach celebry pięknego zła, uwolni się z tych ram i podestów i jak manifesty futurystyczne, stanie się swoim zaprzeczeniem.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Księga Jukiela

Maurice Blanchot wspierając krótkim esejem poezję Edmonda Jabèsa zdaje się być bezradny. Winien jest jej bardziej milczenie, niż słowa.
Tę ascetyczną, pojemną w wielorakie znaczenia Księgę można jednak czytać poza bagażem problemu żydostwa i wbrew nawet autorowi, który sięga często po metaforę losu Żyda jako pisma i księgi.
Można czytać bardziej naturalnie i uniwersalnie.

Jukiel się truje, popełnia samobójstwo, kochanka Sara bezskutecznie czeka w bistro. Nikt nie wie, że Sara czeka, nie wiedzą tego kelnerzy ani ludzie siedzący przy stolikach. Sara czeka wbrew gazetom, murom, nadciągającemu piekłu:

– Czy to prawda, że wolność jest resztką muru, za którym naszą jedyną władzą jest zapomnienie?

(…)

Nasze żółte gwiazdy nad ulicami, dachami, oczami, były dwiema stokrotkami.

Edmound Jabès spędził okupację niemiecką w Egipcie. Przedwojenny poeta francuski porzuca pod wpływem wojny na trwale, nieodwracalnie surrealistyczny styl twórczości. Stawiany obok Celana, Jabès mówi podobnie: oszczędnie, waży słowa z niesłychaną odpowiedzialnością, przecząc twórczemu rozbuchaniu i niefrasobliwości. Powaga tej poezji poraża. Czujemy się za każdym razem na samym końcu poznania, u kresu wtajemniczenia jako naszego obowiązku, ale w dalszym ciągu nic nie jest proste, jedynie kojące i pełne otuchy.
Jabès wierzy bowiem w siłę poezji, w jej sprawczą moc, w niesienie dzielnie księgi ponad światem, która go uratuje. Wierzy w pisanie, w noc, jedyną kolebkę pisania – w cień pisma, w jego pojemność drgającego w nim światła.
Sakralizacja pisania jest sposobem docierania do jedyności, a nie kapłańską celebrą.
Jabès pisze w rożnej formie, która nie ma żadnego znaczenia. Ani dialogi proroków, ani Dziennik Sary, ani więdnące płatki róż nie mają wpływu na to, co ma być powiedziane, ujawnione, wydobyte. Bowiem Jabès wierzy, że pod wszystkim nieważnym i nieistotnym jest to, co pisarz ma wydobyć, nawet, jak kamienne księgi mojżeszowe zostały bezpowrotnie rozbite. Trud sięgania po niesprecyzowane dary boże, po złoża niewyczerpalnego dla człowieka bogactwa, to – proces twórczy, ani wielki, ani nagradzany.
Autor nicuje marynarkę, jest nędzarzem. Jukiel jest samobójcą, jest twórcą księgi, ale nic nie jest pewne i nic nie ma znaczenia oprócz słów, oprócz ich świętości, które nie służą nawet do komunikacji.

– Wszystkie krzyki duszy są do siebie podobne pisze Jukiel w swojej księdze i wpisuje tam słowa ratując je, bo poza ksiegą są

słowa bez dźwięku i znaczenia, podobne do pyłku ostatnich kwiatów, błądzą rozpraszane wiatrem.

Kiedy mówię do ciebie, jestem szczęśliwy” zapisuje Jukiel.
Bowiem w nich jedynie łaczy się z Sarą, gdyż miłość jest, mimo, że kochankowie są rozdzieleni:

Śmierć jest w miłości, a miłość przed i po życiu.
Pozostaje jedynie cierpienie, gdyż

Komety, wysłanniczki kochanków, spalają się, nim do nas dotrą.
Księga jest utkana z bezradności i pokory:

Współczujcie człowiekowi w jego zamotaniu, współczujcie pisarzowi, którego książki pełne są krzyków Sary; a których milczenie pomnaża marginesy, gdzie wraz ze słowami Jukiela pogrzebane są słowa innego życia.

(…)

Być może nadejdzie dzień, kiedy wyrazy utracą na zawsze swe głoski. Nadejdzie dzień, kiedy poezja umrze. Będzie to wiek robotów i uwięzionego słowa. Nieszczęście Żydów stanie się uniwersalne.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , , | 2 komentarze

Manuela Gretkowska “Kobieta i mężczyźni”

Nigdy bym nie przeczytała grubej powieści Manueli Gretkowskiej, gdyby nie entuzjastyczna recenzja w “Gazecie Wyborczej” Dariusza Nowackiego.
I jestem już po lekturze, a recenzji w sieci nie mogę odnaleźć i zacytować tu słów winnych mojego złego wyboru.

Z pewnością pisarze mają swoich wielbicieli. Wolność pisania i wydawania powinna być chroniona, jak i rzesze wielbiących czytelników.
Niestety, ja, która nigdy nie należałam do tego grona, oddałam część życia na przeczytanie książki.
Więc, by ją z siebie wyrzucić, muszę na swoim blogasku kilka słów napisać.

Obszerne recenzje sieciowe całkowicie nasycają informacyjnie tych, którzy nie czytali: o czym jest książka, jakie mają imiona tytułowi mężczyźni. Przypomnę, że kobieta ma na imię Klara, zawodowo jest perfekcyjną lekarką-chirurgiem. Przechodzi na leczenie akupunkturą, czyli kłuje.

Ten ostry aspekt, przy nudzie i beznadziei opisu tzw. zwykłych ludzi polskiej klasy średniej (czyli tych, których stać na Ikeę, a jak się nie podoba, to nawet małżeńskie łoże z drewna akacjowego), próbuje dopełnić ostrym seksem, którym jak zwykle, Gertkowska prozę bogato inkrustuje.
Niestety, nie ożywia to nic a nic ciężkiej, pisanej bez fantazji narracji, natomiast z pierwszych młodzieńczych książek – słynnych dwóch łechtaczek, czyli bądź co bądź, kreacji twórczych – zostały opisy medyczno–kosmetyczne i metodyczne.

Wiadomo, że bicie dzieci metodyczne jest najgorszą formą ich wychowywania. Podobnie miłość fizyczna, nawet pełna dobrej woli nie zniżania się do ordynarności, co w polskim języku jest jedynym wyjściem, opisywana rzetelnie, zamienia się zawsze w coś zepsutego.
Jeśli artyści polscy w kinie lub w książce sięgają po takie środki wyrazu, to wyrażają jedynie brudną stronę tych delikatnych przecież intymności.
Niestety, są to nieudolności niezamierzone i nie uświadamiają np. odbiorcy, że nasza obyczajowość jest już tak zdegenerowana, że męka licznych aktów płciowych i zdrad małżeńskich jest po prostu obrzydliwa. Pisarka pisze w dobrej wierze:

Usiadł na fotelu, rozpiął spodnie i zsunął jej spódnicę.
– Obejmij mnie – poprosił.
Wzięła w dłoń twardniejący członek. Zacisnęła na nim pięść. Kiedy pojawiły się pierwsze krople, wyciskała rytmicznie wzbierający od dawna ropień. Nasienie było żółtawe i grudkowate. Jacek syczał, zagryzał wargi.
Wepchnął się w nią, ocierając o suchą pochwę. Pokołysała go, obejmując za plecy.
– Przepraszam, jestem ci winny następny raz.
Poszła do sypialni po wilgotne chustki.

Niestety, podcierania mężczyzn w romantycznych chwilach nigdy dosyć:

Przyniosła z łazienki mokry ręcznik. Wytarła nim poklejone spermą podbrzusze Jacka. Robiła to tysiące razy. Erotyczna stewardesa po wspólnym odlocie. Ze skurczonym członkiem był chłopięcy. Wzbudzał w Klarze czułość, trochę matczyną. Kiedyś podejrzała Joannę podcierającą synka. Kupiła takie same nawilżające, jednorazowe ściereczki dla niemowląt, „sensitiv z rumiankiem”. Wygodne, zawsze pod ręką w sypialni.

I jeszcze raz:

Wycierając go sztywnym, hotelowym ręcznikiem, spełniała tym razem bezosobową posługę. Nie przestałam go kochać, nie jestem idiotką. Można nie mieć ochoty – analizowała swój chłód. Nie dopuszczała myśli, że jej miłość aż tak zależy od niego.

Oczywiście, jest obowiązkowe przedstawienie sceny sikania (zapewne z myślą juz o ekranizacji powieści, wiadomo, polski film nie może się bez takich scen obejść).
Ale mężczyzna nie sika po męsku:

Mogę? – Jacek wszedł do łazienki. Sikał, siedząc, nie lubił stać i wąchać swojego moczu.

I znowu w ruch idą chustki i podcieranie:

Jacek nie zdążył pobrudzić Klary. Wytarła się między nogami rumiankową, mokrą chustką. Nie musiała się okaleczać jak ta wariatka z dyżuru. Miała jedną i tę samą waginę niezauważalnie inną dla kochanka, inną dla męża. Podeszła do niego, wpółleżącego, podała mu chustki. Nie pozwoliła wytrysnąć w sobie. Zrobiła to ręką, na odległość, byle szybciej, bez porównywania z Julkiem. Bez porównywania siebie do uczciwej, cierpliwej Klary poświęcającej się dla chorego męża.

Jak w każdej szanującej się pornografii, nie może zabraknąć wątku religijnego. Dzisiejsza satyra na wszelkich działaczy religijnych, zarówno w łonie kościoła, jak i w polityce, jest łatwa, i tutaj też na całe szczęście posłużył pisarce, jako niestety jedyny, na tak obszerną prozę, dowcip:

W szafie powinien być pejcz. Trafiła na niego przypadkowo po Wielkanocy, szukając wiosennych bucików Maćka. Przysunęła drabinkę i wymacała dziwne pudełko.
– Marek, co to jest? – wypadł paragon z sex shopu.
– Och – zmieszał się. – Musiałaś wygrzebać…
– Do czego – rozwinęła ukręcony z czarnej skóry pejcz zwężający się do grubości rzemyka. – To…?
– No wiesz – wypróbowując, klepnął się nim po palcach.
– Aaa, kazali wam? – litowała się.
Od sąsiadki wiedziała o biczowaniu się mężczyzn z osiedla należących do Opus Dei. Dyskretnym umartwianiu wyrabiającym dyscyplinę i wytrzymałość. Pejcz wkrótce zniknął. Uwierzyłam mu, idiotka. Pokuta, akurat, on wtedy przeszedł na seks i buddyzm, zabawiał się z tą kurwą.

Reszta niestety śmieszna nie jest, a dialog zmarłego papieża z Markiem, podziwiany przez recenzentów, jako najlepszy fragment książki budzi grozę, znając polityczne aspiracje autorki.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 22 komentarze

Demon

aniol.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | Dodaj komentarz

Cioran III

Ireneusz Kania w eseju dodanym do wydania spolszczonego „Złego demiurga” przytacza kontr argument tym, którzy oskarżają Ciorana o wspieranie samobójstwa w postaci przykładu dziewczyny, która przypadkowo zauważyła go w witrynie księgarni i czytając całą noc, zrezygnowała z ostatecznego kroku.

Być może, Cioran działa według zasady, że samobójcę trzeba zachęcać do samobójstwa, a nie odwodzić i wtedy go nie popełni.

Słowa Ciorana są magnetyczne i paradoksalnie niosą ukojenie.
W odróżnieniu od „Zeszytów” trudne w odbiorze, skondensowane mentalnie wydane w Polsce inne utwory, będące głosem z najgłębszych pokładów łkań udręczonego ducha, nicują nie tylko możliwość wyjścia – jako rozwiązanie nie pułapki, ale wolności – z sytuacji, w jaką uwikłało nas przyjście na świat.
Analizie poddana jest też miłość.
Bardzo oględna, daleka od cienia chociażby sentymentalizmu czy romantycznego kompromisu.
Z całą bezwzględnością, umieszczona wśród odrazy do gatunku ludzkiego, do wszystkiego, czym człowiek zainfekował świat.
W hierarchii wartości życia na ziemi człowiek zajmuje zawstydzające miejsce ostatnie, najgorsze. Miłość, której efekt fizycznego zbliżenia, sięgający po bataille’owski lazur bliski jest nirwany i mistyce świętych, nie dana i niemożliwa, pełna jest rezygnacji i buddyjskiego spokoju.
W bezkompromisowości bliskiej Leopardiemu, na którego się co i rusz powołuje, w histerycznej nerwowości przejętej od Dostojewskiego, którego podziwia, u Ciorana nie ma jednak nic, oprócz konieczności ich wydobycia, wykrzyczenia i spełnienia artystycznego warunku konieczności.

Koniecznością jest bowiem zaświadczenie człowieczej godności w słowach obrazoburczych, odnajdowanych w obszarach zakazanych, niebezpiecznych, po które sięga w niebezpiecznym trudzie wewnętrznych wędrówek, mogących w każdej chwili okazać się bezpowrotnymi. Ale innej drogi nie ma.

„Zmierz myśli” to świadectwo śmiertelnie zakochanego człowieka beznadziejnie i osobno. Wspólnoty z obiektem niespełnienia tu już nie ma. To wycie udręczonego artysty, który po napisaniu odnajduje dopiero spokój i wyzwolenie.

Nieszczęściem ludzi, którzy szukali się przez całe życie, jest to, że nie odnajdą się nigdy, nawet w Bogu. Wielka, spokojna pokora jest jedynym sposobem, by zmienić zmęczenie byciem w cnotę.
Kto nie chce już więcej być, wyraża, choć odwrotnie, swoje dążenie do wszystkiego. Pragnienie nicości to skromny wyraz sekretnego, nieuświadomionego pożądania boskości. Znikamy w Bogu, by stać się Bogiem. Mistyczne wezwania przechodzą przez najboleśniejsze tajemnice ludzkiej dumy.
Dlaczego w nieodwracalnym błysku śmierci czuję się mniej samotny niż w środku życia? Świadomość, że zaraz umrzemy, jest katastrofą tak nieuniknioną, że przestaje doskwierać brak ludzi wokół i brak prawdy w sercu.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , | 2 komentarze