Tomasz Konecki, Andrzej Saramonowicz „Testosteron”

Czytam w Gazecie Wyborczej, że bałwochwalcze recenzje z filmów polskich pisane są anonimowo i rozsyłane w sieciową przestrzeń, co nie ma nic wspólnego z ich wysoką jakością, którą opiewają.
Całe szczęście „Testosteron” zobaczyłam z całkowitym usatysfakcjonowaniem i chętnie daję tu swoje nazwisko w pełnej aprobacie dla polskiego filmu.
Dawno nie przydarzyło mi się coś podobnego.

Reżyser nosił się nawet z zamiarem umieszczenia tematu filmu w gatunku poważnym, ale na całe szczęście zmienił zamiar i sala kinowa zarykuje się ze śmiechu.
Skrzyżowanie Woody Allana z Monty Pythonem czyli doskonałe literacko dialogi możliwe są zapewne dzięki sfilmowaniu pierwotnej sztuki teatralnej autorstwa scenarzysty.

Czytelnie skomplikowana chronologia wypadków miłosnych kilku bohaterów, bezbłędnie zagranych (jak jest dobry scenariusz to wszystko w filmie się dostosowuje) w trakcie ich przebiegu, otwiera nowe, łączące się epizody.
Ta szufladkowa kompozycja, przypominająca arcydzieło Jana Potockiego – „Rękopis znaleziony w Saragossie”, daje widzowi dodatkową satysfakcję zrozumienia fabuły, co jak wiadomo, w polskim filmie jest rzadkie. Oszczędzono mu też sceny sikania, natomiast bardzo śmieszna aluzja do takich scen (obowiązkowych w każdym polskim filmie) jest w bezskutecznym poszukiwaniu toalety lokalu – gdzie brat jego właściciela trzyma dzieła plastyczne, czyli instalacje – w tym wypadku labirynt hydraulicznych rurek.
Również brak scen miłości fizycznej, mimo podstawowego tematu filmu, podnosi jego jakość, a nieczytelne migawki seksualnej gimnastyki są dodatkowym źródłem śmiechu.

Aluzji do światowego kina jest bardzo dużo (np. taniec wokół jeziora – do Felliniego), wszystko z należytym dystansem i ironią najwyższej próby, łączone z ordynarnym językiem potocznym, z zachowaniem jego aktualności i jędrności.
Po masakrze przypadkowego sprawcy niesfinalizowanego ślubu kościelnego, którego zerwanie miało być marketingowym skandalem dla większej sprzedaży płyt piosenkarki, przenosi się do weselnego stołu, gdzie niczym w „Dekameronie”, rozważa się przyczyny i skutki erotycznych związków.
Wbrew konwencji i absurdom, debata jest nadzwyczaj poważna i stawia fundamentalne pytania rozpięte między zwierzęcą, a duchową naturą seksualności.

Ten pro męski film, jeszcze nikle opierający się dzisiejszym poglądom feministycznym, kwestionuje nie tylko wierność kobiecych partnerek, ale wręcz udawadnia, że ich poligamia powoduje nieustanne, męskie nienasycenie, powodujące nieszczęścia, czyli niefrasobliwe stwarzanie osobników opętanych zapładnianiem.

Smutna noc biesiadujących przy poronionym weselu, (znowu aluzja do Wesela Wyspiańskiego i Ślubu Gombrowicza) – jest filozoficzną rozprawką o naturze człowieka uwolnionej na czas dyskusji od społecznych i historycznych uwarunkowań.
Tak pokazany problem niemożności współistnienia płci, astronomicznych problemów człowieka od początku dziejów, możliwy jest jednak dzięki wyrazistym, z krwi i kości postaciom.
Osią rozmawiających jest pięćdziesięcioletni ojciec, sprawca wielu ciąż, wydziedziczony Grek, (czyli znowu aluzja i trop platoński), powielający w synach swój problem, który wraz z uczestnikami rozmów i opowiastkami biesiadników, próbuje pojąć zagadkę męskich hormonów.

I najcenniejszy jest ton wspólnej rozwagi, wspólnego problemu, bezradności, przynależności do człowieczego gatunku, pokory wobec okrucieństw natury bez obwiniania za to bliźniego.

Oczywiście, nikt niczego nie pojmie, nie opanuje i nie okiełza, a wszyscy spotkają się ponownie na kolejnym obrzędzie zaślubin.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 7 komentarzy

Strzeżcie się Muz chłopaki!

Simone Weil pisze do brata:

Mam nadzieję, że gdy przedstawiałeś Artinowi Twoje kryterium, które pozwala odróżnić to, co jest sztuką i to, co nią nie jest, żadna cykada nie znajdowała się w okolicy. Jeżeli bowiem jakaś cykada (aluzja do Fajdrosa Platona) doniosła Muzom o takim bluźnierstwie, zostaniesz przez nie ukarany. Nie są one pobłażliwe dla tego, kto ich nie szanuje.
Z siostrzanym pozdrowieniem
Simone

Już w średniowieczu nastąpiła degeneracja Muz, a Boecjusz tak pisał:

Muzy otaczające moje łoże i dyktujące memu płaczowi słowa(…) Kto tym ladacznicom sceny (rzekła ponuro) pozwolił się zbliżyć do chorego? Cierpieniom jego nie tylko nie przynoszą ulgi, ale, przeciwnie, słodkimi truciznami tylko je bardziej wzmagają.

Jeszce Francis Ponge woła, że należy odrzucić pamięć, wykształconą na konwencjach

/ Tylko kory, obierki on widzi,/ wstydliwe części powyginanych masek /i poronić pamięć postanawia, /matkę Muz./

Ale podświadomość artysty domaga się zapełnienia pustego miejsca. I od tej pory wypełnią je muzopodobne, czyli kobiety i zasiądą na nim okrakiem.

Dzisiejszy feminizm, skutecznie tropiący niesprawiedliwości obyczajowe w nierównym wyścigu płci po społeczny laur, nadmiernie gloryfikuje kobiecy heroizm, zrzekający się swojego geniuszu, by mógł zaistnieć męski.
Najczęściej podkładanie sobie nogi przez obie płcie wzajemnie, nie jest równe w sensie życiowego sprytu. Jeśli bogata rodzina hodowała posażną córkę, a uwiódł ją człowiek znikąd dla przetrwonienia majątku, na który pracowało kilka pokoleń, to kobiety w tzw sferach artystycznych działają podobnie. Jeśli na plus im można zapisać bezbłędne rozpoznanie geniusza, to z pewnością nie jest to wcale trudne.
Trudniejsze jest jego pozyskanie i usidlenie.

Telewizyjne „Kocham kino” pokazało „Muzę” Bruce Beresford, gdzie scenariusz oparto na autobiografii Almy Mahler-Gropius-Werfel
Tak, jak historie piszą zwycięscy, tak i biografie piszą ci, którzy opisywanych pokonali.

Zanim dwudziestoletnia kompozytorka Alma niemal zgwałci o dwadzieścia lat starszego Mahlera, zdezorientowanego w sprawach płci ortodoksyjnego Żyda mieszkającego w kawalerstwie z matronowatą siostrą, Alma będzie już po romansie z nauczycielem muzyki i przyjacielem domu, Gustavie Klimcie.
Leczenie psychiatryczne po sanatoryjnej zdradzie małżonki przez Freuda nie da chyba zbyt zadawalających rezultatów. Geniusz epoki niedługo umrze ledwo przekroczywszy 50 lat. Wspomina Freud:

Analizowałem Mahlera całe popołudnie w Lejdzie. Konsultacja wydawała się potrzebna, ponieważ jego żona zbuntowała się przeciwko cofnięciu się u niego libido.

Robert Powell w filmie Kena Russella „Mahler” odtworzy całe wariactwo kontrastu zaawansowanej wiedzy w sprawach płci i doprowadzaniu mężczyzny do fiksacji przez o połowę młodszą kobietę, poczytując jej energię za główny napęd swojej twórczości.
Geniusz muzyczny Almy, podobno stłamszony przez męża w zarodku (zatajono biograficznie jej głuchotę na jedno ucho), był i tak wielki w porównaniu z zupełnie niewykształconym tabunem kobiet.
Sanatoryjny romans z Walterem Gropiusem, który również oszalał po matczynym wydelikaceniu płciowym – a mężczyźni sukcesu pogrążeni w swoich pasjach są na zew natury zupełnie nieprzygotowani – kończy życie Mahlera, i rozpoczyna dozgonne, prestiżowe wdowieństwo po geniuszu.
Po latach powie Canettiemu:

Widział pan, kiedy Gropiusa? Piękny, wysoki mężczyzna. Prawdziwy aryjczyk. Jedyny mężczyzna, który pasował do mnie rasą. Poza tym zawsze kochali się we mnie mali Żydzi, tacy jak Mahler. Lubię oba rodzaje.

Toteż ostatnim mężem Almy będzie genialny przyjaciel Franza Kafki, kurdupel Franz Werfel, młodszy o 11 lat, którego poślubi po pięćdziesiątce i przeżyje go jeszcze dwadzieścia lat od jego śmierci.

W latach trzydziestych była nie tylko kochanką najsławniejszych artystów, ale wpływową decydencką przydziału dóbr dla młodych talentów.

Wspomina Klaus Mann:

Prowadziła salon, gdzie spotykał się cały Wiedeń: rząd, Kościół, dyplomacja, literatura, muzyka, teatr – nie brakowało niczego. Pani domu, wysoka, starannie umalowana, o ładnej jeszcze twarzy i sylwetce, chodziła triumfalnie od nuncjusza apostolskiego do Richarda Straussa czy Arnolda Schönberga, od ministra do bohaterskiego tenora, od starego elegancko zdziecinniałego arystokraty do obiecującego młodego poety. W kącie buduaru omawiano szeptem przyznanie ważnego stanowiska rządowego, podczas gdy w innej grupie ustalano rozdział ról w nowej komedii w Burgtheater.

W odróżnieniu od spontaniczności geniusza, jego przynależności do spraw boskich, Alma z urzędniczą sprawności dbała o swój ziemski wizerunek i profesję Muzy:

Ów odosobniony pokój, w którym mnie przyjęła – wspominał – był urządzony tak, by najważniejsze dowody jej kariery były pod ręką: niczego nie można było przeoczyć, ona sama służyła, jako przewodnik w tym prywatnym muzeum – pisze Elias Canetti.

A przecież to tylko jeden film, o Muzie, spośród tysięcy barwnych i pikantnych, które zostały nakręcone, właśnie się kręcą i będą kręcone.
O Gali Dali, Elsie Triolet, Peggy Guggenheim, niosących w świat przesłanie, że bez ich, jak nazywał to Michel de Montaigne, „działań genitalnych”, geniusze by niczego ludzkości nie dali.

Niektórzy mają duże zużycie psów rasowych, Muzy zazwyczaj duże zużycie geniuszy.
Strzeżcie się więc Muz, chłopaki.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , , | 5 komentarzy

Agnieszka Drotkiewicz ” Dla mnie to samo”

Produkcja literacka trwa nieprzerwanie, wszyscy debiutanci po sprawdzeniu swoich możliwości w druku nie zrażają się niczym, a drożność tego typu aktywności w otwartych ramionach wydawnictw utwierdza ich w życiowym powołaniu.

Z pewnością mnożenie koszmarów nie byłoby możliwe bez wspaniałości technicznych naszych czasów, a papka prądów artystycznych i duchowych niemożności nie dawałaby się tak łatwo pogodzić bez dzisiejszego stanu, w jakim znaleźliśmy się.
Kiedy Bogdan Baran w kompendium wiedzy o postmodernizmie diagnozuje Polskę jako brakujące ogniwo w pochodzie świata ku nowoczesności, ( (bo komunizm był najbardziej „post – ny”) Kazimiera Szczuka ogłasza pojawienie się gwiazd literatury, które właśnie tę nowoczesność nam oferują.
I nie są to nazwiska zwykłej produkcji humorystycznej i rozrywkowej – nurtu towarzyszącego literaturze wysokiej od czasów Gutenberga – ale zostają mianowane i namaszczone w niepojętym i niezrozumiałym ich wyznaczeniu.

Agnieszka Drotkiewicz, wykonująca śmiało dziennikarski zawód współtwórcy młodzieżowej „Lampy”, gdzie sprawnie z koleżanką przeprowadza różnorakie wywiady – a jako osoba wykształcona, robi to profesjonalnie – musi niestety zaistnieć też jako artystka.

I tym sposobem mamy to samo, co jej debiut sprzed trzech lat, a jak u każdego starzejącego się człowieka, szczeniackość bez dojrzałości może przerodzić się jedynie w bezwstyd.
Ponieważ młodzi ludzie nie mają czasu na pisanie bo muszą jeszcze równolegle sprostać społecznemu warunkowi zdobycia stopni naukowych na kilku uczelniach, ślady lektur są dobrym wypełniaczem książek, mających jakoby wprowadzać dystans, mówienie na stronie, czy komentować pośrednio zawartość merytoryczną.
Efekt przypomina posiadacza profesjonalnych farb, który nie potrafiąc zamienić ich na barwne płótno, pokazuje je jedynie w postaci tubek, nawet nie otworzywszy.
Eksperymenty słowne nie dążą więc do porozumienia się z czytelnikiem, a jedynie pozostają na poziomie popisu. Toteż wszystko brzmi niewiarygodnie nawet, jeśli prawdopodobieństwo postaci jest możliwe.
Rysunek psychologiczny bohaterów literackiego utworu pisarki – gatunkowo nigdzie nie przynależny zgodnie z postmodernistyczną receptą – jeśli ma odpowiedniki w żyjących ludziach, to zostali przez autorkę unicestwieni po obu stronach: na kartach książki i jednocześnie zniweczona została ich realna rzekomość.

I nie leży to niestety w twórczym przetworzeniu, co recenzenci nazywają kolażem. Główna inspiratorka twórczości Drotkiewicz, Elfride Jelinek, której lektura w nadmiarze polskiej pisarce wyraźnie zaszkodziła, pisze teraz rzeczywiście napastliwe społeczne parodie (fragmenty tegorocznych, spolszczonych „Pożądań” w sieciowej Czytelni Onetu), ale do tego potrzeba dojrzałości i przeżycia.
„Pianistka” była przecież autobiograficzna. Pisarka tak młoda nie powinna zabierać się za sprawy jej teraz mentalnie niedostępne, a fantazja i domniemanie, oczytanie, są niewiarygodne w sięganiu do spraw, po które nie ma żadnego powodu sięgać.
Pisarz najczęściej pisze by to, co doświadczył za życia, go nie zatruło.
Niepojęte jest więc, dlaczego panienka z dobrego domu, jaką jest Agnieszka Drotkiewicz, infekuje się i katuje szpitalną perwersją stosunków płciowych białego personelu czy wulgarnością konkubinatu kobiet dojrzałych.

Cokolwiek można napisać na obronę tego niepotrzebnego nikomu pisania, sprowadzi się jedynie do wprawek i przymiarek, więc można ewentualnie zalecić wszystkim, którzy dowiedziawszy się tym sposobem, jak pisać nie należy, zaoszczędzą sobie czasu i łez.

Można się jeszcze zastanowić nad zasadnością wszystkich środków formalnych, z których powieść postmodernistyczna jest złożona i które podręczniki z historii literatury w słupku wymieniają.
Wszelkie katalogi, porady, przysłowia, rymowanki (nawiązania do Masłowskiej), nużące najwytrwalszego czytelnika kalambury i przysłowia, wytarte słowne klisze każą wątpić, by pitraszenie w ten sposób literackiej potrawy dawały komukolwiek satysfakcję.
I, jeśli nawet pisarz nie znajduje w tym upodobania, to kto?

Postmodernizm, jak każdy prąd artystyczny, wydał i wyda arcydzieła, które nie powstały z powodu przynależności, ale wspólnoty duchowej pokolenia chwytającego z powietrza te same fluidy.
Szkoda, że pokusa młodych talentów wchodzących na wydawnicze rynki, by być nowoczesnym, alienuje i bezpowrotnie odcina się od własnego, niepowtarzalnego śladu twórczego istnienia czasów, w których przyszło im żyć.
Porzucając swoje obowiązki zamysłu nad zagadką życia na rzecz gotowych diagnoz – czyli opisów seriali telewizyjnych i nabijania się z nich, a więc spraw błahych i przemijających – artysta nie staje się oskarżycielem świata, co swoim zniesmaczeniem co krok sugeruje, ale jego chichrającą się częścią, bez której może byłby on lepszy.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

BLOGI X

Wiem, świat ma większe zmartwienia niż mój dzisiejszy dylemat: czy uaktywnić blogowe komentarze?
I to kusi, i to nęci.

Od czasu, gdy nikły pomysł reaktywacji (post) Liternackiej i na niej zbudowaniu (neo) Platformy – od początku podejrzany i nie rokujący – odchodzi w sieciowe zapomnienie – pora samemu się klonować, przekształcać, ewakuować i uspołeczniać, zapraszać się samemu do własnego literackiego wsobnego chowu zanim mój blog porośnie trawą.
A przecież na Zabudowę jej drukiem i tak nie mam pieniędzy.

Gdy sto lat temu z desek krakowskiego teatru Rachela zaprosiła niepozorne elementy przyrody ze skutkiem ubocznym:

/ Zaproście wszystkie duchy, /kwiaty, krzewy, pioruny, /brzęczenia, śpiewy(…)/ Już to pana zajęło/ słoma, zwiędła róża, noc, /ta nadprzyrodzona Moc/

wyniknęło chociaż tyle, że Niemen odśpiewał arię Chochoła.

Nigdy nie wiadomo, co z czego wynika, póki się czegoś nie doświadczy na własnej skórze.
I tak jest to bezpieczniejsze, niż wiara, że odczytanie w hipermarkecie fragmentów powieści (Hanna Bakuła) w towarzystwie wybornych sław dzisiejszego życia kulturalnego w Polsce, książkę ulepszy.
Agata Passent wspierająca słowem artystyczny wymiar przyjaciółki swojej matki, (czyli pokolenia trzymającego dzisiaj literacką władzę) skomentowała rzecz w telewizyjnym TVN – ni z gruszki, ni z pietruszki – że pisarka co jak co, ale jest osobą punktualną.
Pamiętam, że na plener w Bieszczadach Hania spóźniła się trzy dni, więc nawet chwalenie nie na temat ma jakąś tylko dla wtajemniczonych ukrytą intencję.

Ale nie łudźmy się, że koterie poza Siecią różnią się czymkolwiek.
Portale literackie korzystają jeszcze pełnymi garściami z aspiracji bycia w grupie szwędających się po Sieci bezprizornych, ale przecież do czasu.

Już ogłoszono „Zmierzch Kumpli”, a zgrabnie uformowana paczka Poetów Nieszyflady trzyma najczęściej nieotwarte nawet i nieprzeczytane, niezorientowanych maturzystów wiersze osobno i bawi się zupełnie w innej, prawdziwej Szufladzie.

A szkoda, że humanitarna idea internetowej wspólnoty ginie.

/Zaproś gości/ tych, którym gdzie złe wciórności/ dopiekają, którym źle -/ którym bieda, Piekło dręczy, /a do wyzwoleństwa się rwie(…) / I po cóż te z piekła duchy? / Niechaj przyjdą na podsłuchy…

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 3 komentarze

Rozdmuchane

Maj południowym wiatrem gnany postrącał ogrodowe sprzęty,
wazon rozprysnął się. Palce zakrwawił. Ornamenty
mówiły coś – już nic nie mówią. Twój głos, dotychczas wieloznaczny
zbuntował się w powinowactwie.
W nim mój kapitał był już znaczny,
by zakorzenić mnie w wariactwie.

Płatki niosą tylko czułość. Drzewa gołe, po kolana w bieli
płatki to gwiazdy. Wiatr wirem w cień zagna – błysk spopieli,
stłucze i wbije deszczem w trawy; zatraci moment sprawy wspólnej;
sprzeciw jest spoza. Nam podległym
już nigdy jeden i podwójny.
Nigdy już żywy i potrzebny.

Zanikła nam fuzja odwagi bycia. Strachu poziom typowy
w multiplikacji czasu rozpadu. Mnożą się doby
niepotrzebności. Delikatna nasza wspólnota dobywa dna.
Zagłusza wiatr niknące kody
ich szyfr zatarty jak obelga
na którą los odmienił słodycz.

Wiosna nie rodzi. Jej stawanie utratą szans popsuciem rychłym
błoto trucizną. Gniazd ptasich miazga jest tylko przykrym
konceptem wiatru. Porozrywa wszystko, co zechce wiatru siła
co zechce zmiecie i spotwarzy.
Pozgina twardych. Ot, przyczyna
żeś się domyśleć nie odważył.

Jest jakaś obca światu nuda, kiedy nazwane słabe mocnym
kaprysem słowa. Bo olśnienie tak kiedyś owocne
matrycą trwałą. Nie cuda więc lecz prestidigitatorski pokaz.
Chciał, to się bawił. Wiatr ocenia
stan powtórzenia i stan uraz
cieplnej obróbki. A więc ucichł.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Płatki

platki.jpg

Zaszufladkowano do kategorii uczucia | Dodaj komentarz

Cioran II

Jedynie nad brzegiem morza czuję się „u siebie”. Bo tylko z morskiej piany mógłbym mieć ojczyznę. Obserwując przypływy i odpływy moich myśli, wiem doskonale, że nie mam już nikogo; jestem bez kraju, bez kontynentu, bez świata. Zostałem z przenikliwym westchnieniem ulotnych miłości, w czas nocy, kiedy szczęście łączy się z obłędem.


Emie Cioran „Zmierzch myśli”

Trudno przeczytać czyjeś tysiąc stron dokumentacji piętnastu lat życia, kiedy nie ma się czasu do własnych notatek prowadzonych od 16 roku życia zaglądnąć.
Podzielałam więc “Zeszyty” Ciorana, czytając dziennie jeden rok.

Simone Boue, przyjaciółka Ciorana przygotowująca je do wydania, zmarła tragicznie nie doczekawszy ich druku. Sam Cioran zmarł 23 lata po zakończeniu tych notatek, zdominowanych śmiercią.
Ale to, co w nich zawarł, to właściwie studium samobójstwa, niespełnionego obowiązku samounicestwienia człowieka, który tylko do trzydziestki jest władny panować nad swoją twórczością.

Nastrój notatek jest cały czas taki sam, a ich molowa tonacja przerywana jest jedynie atakami wścieklizny.
Te wybuchy, erupcje gwałtowności skręcającego się z bólu rannego zwierza miarowo sączą się ze stron zapisków, przerywane gdzieniegdzie powrotem do rzeczywistości:

Niedawno na rue Médias widziałem przechodzącego Sartre’a, trzymanego pod ramię przez młodą blondynkę z dużą głową. Wyglądał nienaturalnie w swoim ubraniu i butach wedle mody włoskiej, o ostrych nosach i na podwyższonym obcasie, wysztafirowany. Widząc go w tej postaci wystrojonego fircyka poczułem się jakoś nieswojo.

Ale to łagodny opis. Cioran wypowiada (bliskie mi odczucia) o osobach związanych z nim branżowo.

Poszedłem wczoraj na koktajl, z którego wróciłem, wściekły jak pies. Już nie mogę uczestniczyć w takich maskaradach. Nieznośny jest dla mnie widok ludzi zgromadzonych bez potrzeby. W moim wieku oglądanie „wielkiego świata” nie ma już najmniejszego sensu. Postanowiłem, że w przyszłości będę odmawiał wszystkim, że zrobię pustkę wokół siebie i będę żył w Paryżu tak, jakby mnie w nim nie było.

Z drugiej strony przytacza anegdotę:

Żył przed wojną ów stary, chory poeta, całkowicie zapomniany, który — jak gdzieś wyczytałem — kazał był zapowiedzieć, że nie ma go dla nikogo. Z litości jego żona niekiedy dzwoniła do drzwi…

Pięćdziesięcioletni Cioran cierpiący na niemoc twórczą, cierpiący fizyczne choroby nie dające mu spać nocami, to człowiek ciągle walczący o godność. Wszystko go upokarza – okropne twarze tłumu paryskiego, te “śmiecie z całego świata”; niepotrzebnie mnożące się przedmioty – nadmiar naszej cywilizacji -; mizdrzący się do młodzieży pisarze jego pokolenia:

Mam największą pogardę dla pisarzy pragnących uchodzić za przeklętych, a jednocześnie znakomicie umiejących chodzić koło swoich spraw. Oto jegomość zgrywający się na samotnika, a pełno go w pismach, mizdrzy się do młodych i nie przepuści żadnej okazji, by robić szum koło siebie. “Wszystko z pozą udawanego dystansu, a w rzeczywistości z potężnym pragnieniem bycia wszechobecnym.

Jałowość tekstów niepotrzebnych książek urzędowych profesorów, awans artystycznych miernot.
Dokumentuje słowa, spojrzenia, urazy:

Wernisaż D.Th. Spotykam tam Leonor Fini, której nie widziałem od lat, — która patrzy na mnie złym okiem. Dlaczego? Nie warto bywać wśród ludzi, jeśli się nie potrafi maskować własnych uczuć.

I swoją samotność. Nicuje ją na wszystkie strony nie godząc się dumnie na pozór uczuć:

Nieszczery przyjaciel, sondujący nas tylko po to, by nas szpiegować, jest gorszy od oprawcy.
Reguła ogólna: każdy przyjaciel jest zawistny. Dobrze jeszcze, gdy nie zazdrości nam porażek.

Słowo nienawiść jest w tej opasłej książce najczęściej spotykanym określeniem permanentnego stanu zarówno Ciorana, jak i otaczającego go świata.

Na widok nienawiści najdosłowniej robię się chory. Gdy tylko wyczuwam ją w czyichś słowach lub twarzy, mam wrażenie, jakbym połknął truciznę, taki ból mi sprawia — obojętne, czy sam jej doznaję, czy na nią patrzę.

Jak wszystkich geniuszy choleryków (urodzonych pod gwiazdą Znaku Barana: Bethoween, Van Gogh), napady u Ciorana nie mają sobie równych. Mimo, że nienawidzi Hitlera najbardziej ze wszystkich ludzi, jego choleryczny zodiakalny rys charakteru odnajduje u siebie. Wulkan obrzydliwości, z zniesmaczenia, napadów na najsłabszych, czyli jego sąsiadów jest niewspółmierny do opisów tajnych jego erupcji na kartach dziennika. To tutaj, nie mogąc pozwolić sobie na obrażenie ludzi ważnych, sączy jad pastwiąc się nad ixem czy igrekiem, przyznając, jak każdy sadysta, że w rzeczywistości w życiu realnym potraktował ich z całym szacunkiem i obłudą.

Ale bohaterem zeszytów jest jednak samobójstwo, którego nie popełnia.
Pieczołowicie notuje wieści dochodzące o Paulu Celanie:

Wczoraj wieczorem spotkałem przypadkowo na ulicy P.C. Chodzi, zdaje się, o Paula Celana, o którym wiedziałem, że jest w Sainte Anne. Przestraszyłem się jak zjawy. (…) Wczoraj wieczorem, podczas obiadu, dowiedziałem się, że właśnie umieszczono P. Celana w domu wariatów, po tym, jak próbował poderżnąć gardło swojej żonie. (…) Wygląda na to, że Paul Celan popełnił samobójstwo. Ta wiadomość, jeszcze niepotwierdzona, porusza mnie ponad wszelki wyraz. Mnie także od miesięcy szarpie ten „problem”. Żeby nie musieć go rozwiązywać, próbuję rozszyfrować jego sens. (…) Paul Celan rzucił się do Sekwany. Jego zwłoki znaleziono w ubiegły poniedziałek. Ten człowiek, uroczy i niemożliwy, okrutny, lecz z napadami łagodności, którego bardzo lubiłem, choć i unikałem z obawy przed zranieniem, gdyż raniło go wszystko. Przy każdym spotkaniu zachowywałem czujność i pilnowałem się tak, że po pół godzinie byłem kompletnie wykończony. (…)
Okropna noc. Myślałem o mądrej decyzji Celana.(Celan poszedł aż do końca, wyczerpał swe możliwości stawiania oporu destrukcji — w pewnym sensie jego życie nie ma nic z niekompletności czy porażki; urzeczywistnił się w pełni.
Jako poeta nie mógł już posunąć się dalej; w swoich ostatnich wierszach ocierał się o Wortspielerei [gierki słowne]. Nie znam śmierci bardziej patetycznej, ani mniej smutnej(…)
Cmentarz w Thiais. Pogrzeb Paula Celana (…)
Niedawno, gdy wychodziłem z domu i przecinałem rue Racine, raptem przyszedł mi na myśl grób Celana. I dopiero wówczas zrozumiałem, że on nie żyje, tzn. że go już nigdy nie zobaczę.
(Tym właśnie jest „uprzytomnienie” sobie czyjejś śmierci. Albowiem to nie dowiadując się, że odszedł, i uczestnicząc w jego pogrzebie, pojmujemy, że umarł, lecz w chwili, gdy nagle o nim pomyślimy bez widocznego powodu, nieraz całe miesiące czy lata później. (…)
Niespecjalnie lubiłem Celana; skutkiem swej drażliwości bywał nieraz wstrętny, poza tym w pewnej sytuacji zachował się względem mnie skandalicznie, potrafił nawet być okrutny — ale w końcu miał ten swój uśmiech, jeden z najpiękniejszych, jakie znałem; a jeśli przed chwilą na myśl o nim odczułem coś na kształt emocji, to dlatego, że istniał dla mnie.) (…)
Okropna noc. O czwartej nad ranem byłem bardziej rozbudzony niż w pełni dnia. Myślałem o Celanie. Zapewne w noc taką jak ta postanowił raptem skończyć z sobą. (Ale decyzję musiał w sobie nosić już od dawna.)

Ukrywa dłoń, gdy zaniepokojeni przyjaciele proszą go, by pokazał, czy posiada linię samobójcy.
Kokieteria jest w ryzach i granicach. Ioneco mu współczuje, Eliade upija jedząc wykwintne ślimaki. Becket współczuje. Jednak scena w Talamance, którą próbuje rozwinąć artystycznie i pokonać, powtarza się mantrą w zeszytach:

Otóż na powrót przeżywałem w myśli całą ową noc w Talamance, gdy nagle zerwałem się o trzeciej czy czwartej nad ranem, by pójść na nadmorskie skaliste urwisko i wreszcie skończyć z tym wszystkim. W piżamie, z narzuconą na nią nieprzemakalną kurtką, stałem przez kilka godzin na tych skałach, póki światło dnia nie przepędziło moich czarnych myśli. Ale jeszcze przed wschodem słońca uroda krajobrazu, przydrożne agawy, huk fal, wreszcie niebo — wszystko to wydało mi się tak piękne, że mój projekt zdał mi się nie na miejscu, a w każdym razie uznałem go za pochopny.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , | 5 komentarzy

Stephen Frears „Królowa”

Rzeczywiście, nagrodzona Oskarami Helen Mirren jest postacią o wiele bardziej realną i bardziej podobną do Elżbiety II niż ona sama.
Gdyby ten film był o sobowtórze, z pewnością osiągnąłby większą wartość artystyczną, niż w konsekwencji produkcja soft paradokumentu, gdzie główną postacią nie jest tytułowa królowa, a jeleń.

Sześćdziesięcioletnia aktorka przegrywa więc pierwszeństwo tytułowej roli wbrew woli reżysera i scenarzysty.
Kiedy pojawia się to zwierzę w połowie filmu – nagle, ku zaskoczeniu wszystkich – gdyż jest to mentalny nokaut dla kogoś, kto śledzi na ekranie jedynie newsy gazetowe i telewizyjne – automatycznie wypiera cały misternie preparowany problem moralny królowej.
Jeleń pojawia się, gdy dzielna królowa uszkadza Land Rovera w jeziorze i czeka na pomoc drogową koniuszego z jej wiejskiej posiadłości. Mimo filmowych napomknień o naganianiu jelenia dla osieroconych dwóch małych królewiczów – by mogli swój stres rozproszyć strzelaniem do niego – to jednak dopiero tu, nad jeziorem, staje się realnością.
Jeleń niestety zawsze jest kiczem, nawet, jak jest tylko encyklopedycznym okazem.
I tak w tej scenie spotkania determinuje wszystko wokół.
Gdy zaszlachtowany zawiśnie na wiejskim haku, a królowa, związana na mur z nim emocjonalnie popędzi naprawionym Land Roverem, pogładzi uciętą jego głowę paluszkiem i wytrze dyskretnie spadającą łzę, to już wiadomo będzie, że film pokochają wszyscy : zwolennicy królowej, Szkoci w spódnicach, konserwatyści, prawicowcy, lewicowcy, kościół anglikański, politycy, Partia Zielonych, wielbiciele Diany, pederaści, artyści, milionerzy, Misjonarki Miłości zakonu Matki Teresy z Kalkuty i wszyscy czytelnicy internetowych portali.

Helen Mirren, którą pamięta się ze „Szczęśliwego człowieka” Lindsay’a Andersona i “Kaliguli” Tinto Brass’a porzuca ze względu na wiek ekranowe życie płciowe.
Mimo, że dzieli łoże z królem, to aseksualne jego wejście ze słowami „przesuń się ogóreczku”, jest ledwie wyobrażeniem, co tam tak naprawdę w słynnym Pałacu Buckingham się dzieje.
Odtwarzając angielską królową dochodzi do niebywałej perfekcji w pokazaniu kobiety dojrzałej, powściągliwej, a zarazem uczuciowej, która co krok udowadnia, że oddała swoje jednostkowe życie na mękę służby w Pałacu Buckingham i mękę życia po królewsku.
Gdy Gore Vidal napisał scenariusz do „Kaliguli”, sam nie chciał się do tego przyznać, usiłując usunąć swoje nazwisko, a skandal i tak trwa do dzisiaj. Peter Morgan po sukcesie scenariusza „Ostatniego króla Szkocji”, uwierzywszy we własne siły, przyrządził tym razem płytki i płaski konformistyczny banał o konflikcie dwóch światów: świata Diany i świata Elżbiety.
Według niego, oba światy mogą wspaniale koegzystować, jeśli mediatorem będzie polityk pokroju premiera Tony Blair’a.

Bajka o złej królowej i dobrej księżniczce w XXI wieku znalazła nareszcie swoje moralne wyzwolenie.
A jest nim ogromny plac upszczony kwiatami, balonami, laurkami, groźbami i paszkwilami, całym śmieciem popkultury, gdzie prosty człowiek może dać upust swojej woli i poczuć ludową władzę, stymulowany telewizją i prasą.
Mimo, że „Królowa” jest dozwolona od lat 12, a „Kaligula” od 21, to pornografia dworów królewskich w drugim wypadku i tak w konsekwencji przyciągnie więcej widzów. Nie tylko starzeją się aktorki, ale i widzowie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz