Dylan Thomas “And death shall have no dominion” przełożyła Ewa Bieńczycka

I śmierć już będzie bez znaczenia

I śmierć już będzie bez znaczenia.
Nagich wspólnota łączy grobu
Z tym, co w wiatr księżyc gna z zachodu;
Kościom czas czyści pierwsze tchnienia,
Dadzą przy łokciu i przy stopie gwiazdy;
Szaleństwo będzie wtedy kluczem,
Choć potonęli w morzach, wrócą;
Miłość trwa, kochający zmarli;
I śmierć już będzie bez znaczenia.

I śmierć już będzie bez znaczenia.
Topielcom, którym życie wiry
Pozorne wiatrem ocaliły;
Łamani kołem, umknęli rzemienia,
Mięśniom i tak już nic sprosta
Mimo, że kaźń porozrywa ścięgna;
Wiara w dłoniach nie będzie podwójna,
Zło przemknie śladem jednorożca;
I śmierć już będzie bez znaczenia.

I śmierć już będzie bez znaczenia.
Zamilkną w uszach krzyki mewy
Przełamią fale huk nadbrzeży;
W kwiaty niebytu, w ich kwitnienia
Daremnie tłuką krople deszczu;
Mimo szału martwoty młotka
Litery wbija w mózg stokrotka;
Zniewoli słońca blasku przestrzeń
I śmierć już będzie bez znaczenia.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | 9 komentarzy

Dylan Thomas ” The force that through the green fuse drives the flower” przełożyła Ewa Bieńczycka

Moc, która budzi zielenią pąki

Moc, która budzi zielenią pąki
Moją jest; rozsadzi me korzenie
Niszczący żywioł.
Wijącej róży nic nie powiem
Mą młodość zamroził ziąb gorączki.

Moc, która wodę tryska w skały
Moją jest krwią; zamienia górskie stopnie
W wosku stan stały.
Nie powiem żyłom górnolotnie,
Górskiemu wspięciu ust, by ssały.

Ręka, co drżeniem wody w basen
Podnosi tuman piasku na wiatr pylonemu
Żaglowy całun.
Nie powie nic powieszonemu
Bo glinę ciała mojego kat uczynił wapnem.

Pijawką wargi czasu aż po źródła głowy
Miłość kapie, faluje, krew opada,
Rany zagoi.
Nic nie powiem wiatrowi, bo aura
Czasu gwiazd rządzi niebem nie swoim.

Milczę miły na twój sarkofag
Gdy po mej kartce wije się robak.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | 4 komentarze

Matura

W liceum Saint-Etienne z trzydziestu uczniów Simone Weil tylko dwóch dopuszczono do matury.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Agnieszka Holland “Kopia mistrza”

Film Agnieszki Holland utrzymany jest konsekwentnie w kadrach pięknie wystylizowanych na malarskie kompozycje, czyniąc przedsięwzięcie archaicznym i zamierzchłym problemem.

Pięćdziesięcioczteroletniemu Beethovenowi zostaje podesłana ( jak i w następnym wieku – Dostojewskiemu) – Anna.
Podesłanie młodości starości to wdzięczny temat nie tylko na dzieło artystyczne, ale jeśli posyła się geniuszom epoki, to zaraz ten zwyczajny człowieczy zabieg higieniczny, stosowany już w Biblii u króla Salomona, staje się niesłychanej wagi.
Z podesłania – a kto podsyła, to nigdy nie wiadomo – nad tym w karczmie zastanawia się głośno Beethoven odbierający jedynie Boga rozkazy lub z nim się mocujący – pyta, czy przypadkiem Anny nie podesłał ten Drugi.
W konsekwencji jednak takie zesłane z nieba smaczne kąski dla starzejących się artystów owocują arcydziełami. Jeśli owocem Anny Dostojewskiej były dzieci z pisarzem, to tylko po to, by zdesperowana, zmusiła go do napisania „Biesów”, by móc je wyżywić.
Ponieważ film o Beethovenie dozwolony jest od lat 15, opiewa jedynie idee, jakie dzieli studentka wiedeńskiego konserwatorium z muzycznym geniuszem. Ale i tak inkubacja dzisiejszego hymnu Unii Europejskiej dokona się jedynie dzięki jej radości.

Oczywiście, scenarzyści karkołomnego zamierzenia w obliczu naszych czasów, gdzie trwa nieprzerwanie kult młodości, a sztuczne wprowadzanie fikcyjnych postaci w wyjątkowo prawdziwe życiorysy ma pożenić te dwa zwalczające się obozy – chcą najprawdopodobniej przemycić przesłanie, że starcy są potrzebni młodym i na odwrót.
Piotr Łazarkiewicz, dwudziestosześcioletni absolwent krakowskiego konserwatorium pisze nawet za filmową Annę utwór muzyczny, pochwalony przez Beethovena, zdający się nawet kopią jego twórczości.
Początkowo wyśmiawszy i wyszydziwszy za popełnione dzieło, Beethoven klęczy przed Anną i błaga ją, by przyjęła jego poprawki i nauki.
Relacja mistrza do ucznia jest więc w stylu bardzo nowoczesnym, bardzo trudno uwierzyć scenarzystom, że o muzykę tam chodzi.
Dwudziestotrzyletnia, genialnie utalentowana Anna schedę po zmarłym Beethovenie podejmie z całym zaangażowaniem, szczególnie, że laską choleryk Beethoven zniszczył aspiracje twórcze jej narzeczonego, odcinając tym ją od przyszłości kury domowej i skazując bezpowrotnie na sztukę. Toteż scena kończąca film obróconej tyłem do widza Anny idącej łąką w głąb ekranu obiecuje niechybny rezultat.

Agnieszka Holland w wywiadach wyjaśnia, że postać Anny jest jednak kompilacją życiorysu osoby realnej – skutecznej kompozytorki francuskiej, modnej za czasów jej istnienia, kontynuującej wątki Beethovenowskie, to przecież w konsekwencji jej wyczyn jest historycznie marginalny.

Ale, jak mówi tytuł filmu, Anna to tylko kopia. Można więc film odczytać jako pokoleniową zemstę na młodym. Zemstę starzejącej się Agnieszki Holland i Eda Harrisa na młodych, którzy według filmu mogą być jedynie kopiami.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Emily Dickinson “903” przełożyła Ewa Bieńczycka

W postaci kwiatu mam schronienie,
Już mdleję w twojej wazie,
Ulży twój żal nieświadom mnie –
Samotnej w każdym razie.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Arboretum

A oni przeszli z zapytaniem i drwiną, by wykluczyć spory,
a oni przeszli pewni swego, bez cienia wstydu i pokory
minęli już. Las nie jest chory,
jedynie w płatach cienkiej kory
skóra platanów rozdzierana,
by kolor ciała dała rana.

No jak tam było w Ameryce? A wiedzą jak – przelotem kawki.
Bawią się słowem. Retoryce zabrać narzędzia i zabawki?
Minęli już. Kamelie płoną
nie wstydem, lecz czerwienią młodą,
która z nabrzmiałych pąków krzewów
aorty pnie w słoneczne niebo.

Znamy też wielkość i pragnienia! Zasoby w głowach? W bibliotekach.
Nawet od lat się już nie zmieniam. Starzeć się – to na siebie czekać.
Magnolii płatki rozrzucone
jak Dłonie Białe poślubione,
tu ścielą żyzne parku darnie:
Izoldy cząstka nie przepadnie.

Sprawiedliwości więc formułki, zbędne przeżytki i rupiecie
wiatr drukowanych opakowań rozdmucha w świecie każde śmiecie
nieśmiertelnych kolumn sekwoi
starych jak Nowy Świat. Nie boi
się czas osobny. Czas – bez miary.
Jestem już w nim. Na zewnątrz – martwy.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Cioran I

W maju najlepiej zabrać się za „Zeszyty” Emila Ciorana.
Około tysiąca stron permanentnego niezadowolenia przywraca nadzieję.

Cioran nie znosi wiosny, bezchmurnego nieba, Paryża i Francuzów, nie znosi pism młodzieżowych, a w nich ględzenia na okrągło na tematy napuszone:

Przekartkowałem pewne młodzieżowe pismo. Mówi się w nim tylko o literaturze; ani śladu czegoś, co by wypływało z bezpośredniego doświadczenia, zobaczenia, z osobistego dramatu. Wszystko obraca się wokół pewnych autorów, zawsze tych samych — Blanchota, Bataille’a — bełkoczących rzeczy „głębokie”, umysłów mętnych i rozgadanych, pozbawionych błyskotliwości i ironii.

Cioran jest absolutnie sam, jedyną obecność, którą bezkrytycznie toleruje to ewentualnie Emily Dickinson i Świętą Teresę.
A jednak nie sposób się oderwać od Ciorana, mimo, że przepędza czytelnika od czytania, tak, jakby jeszcze zza grobu potrzebował tej niezbędnej mu samotności:

Pisanie jest ćwiczeniem, lektura — nie. (…) Napisanie pocztówki jest bliższe aktywności twórczej niż przeczytanie Fenomenologii ducha.

(Czytając Corana, zaglądam właśnie do internetowego wydania GW i czytam dwie recenzje z warszawskiej premiery opartej na biografii Florence mojej rówieśniczki, Krystyny Jandy.
Dwie kobiety: amerykańska śpiewaczka Florence, skutecznie gwałcąca najbardziej prestiżowe sale koncertowe lat trzydziestych ubiegłego wieku swoim śpiewem i Polska Kobieta, Krystyna Janda, odtwarzająca ją na własnej scenie warszawskiego teatru we własnej reżyserii.)

Rozważając te wszystkie aktywności twórcze, łącznie z moją blogową – w maju – najpiękniejszym miesiącu roku – wracam do mojego rówieśnika Ciorana:

Myślałem o tym, że roślina nie cuchnie, że jej rozkład nie ma w sobie nic okropnego. Ale ciało to zwyczajna, najzwyczajniejsza zgnilizna. Życie nie powinno było się wysilać na przekraczanie stanu roślinnego. Wszystko, co przyszło potem, jest właściwie ohydne, przerażające. Definicja żywego: to, co jeszcze nie cuchnie. Czuję grozę, patrząc na wszystkie te otaczające mnie trupy, nie wyłączając mojego. Wszystko, co się rusza, od insekta do człowieka, przyprawia mnie o drżenie i pogrąża w takim obrzydzeniu, że aż się trzęsę. Królestwo zwierzęce jest zdradą wobec roślinnego, tak jak roślinne — wobec mineralnego.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

David Herbert Lawrence “Robot Feelings” przełożyła Ewa Bieńczycka

Uczucia Robota

Zdumiewa, że modern man z ulicy, pierwszy lepszy
to robot, do miłości niezdolny
nihilizmem buzuje: w nienawiści jest pierwszy
ładunek tych złych uczuć w nim jest przeogromny:
jest potężnym zagrożeniem demokratycznego robota, co wszędzie
nieustanie, powoli, sprawnie sączy jad bezbłędnie.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz