BLOGI IX

Każdy blogowicz ulega z pewnością co jakiś czas frustracji, kiedy orientuje się, że jego wysiłki są utopijne i idą na marne.
Nie wiadomo, bowiem, czy – jak półwieku temu pisał Ivan Illch, cudowny wynalazek Internetu nie sprawdza się w komunikacji międzyludzkiej z powodu trawionego nas uszkolnienia – czy natura ludzka jest do niego absolutnie nieprzystosowana.
Duże fora literackie polskiej sieci już gonią resztkami, młodzież wykształcona i potrafiąca swobodnie posługiwać się słowem jest do pełnego jej wykorzystania absolutnie niezdolna.
Indywidualne blogi budzą niechęć, gdyż nigdy nie wiadomo, o co naprawdę właścicielom chodzi.
Nawet, jak pytam w prywatnym liście właściciela bloga, doskonale orientującego się np. w szalenie trudnych pismach Blaise Pascala (a nawet mistyczne teksty Świętej Teresy z Avili, zna niemal na pamięć i wie dokładnie o co w nich jej chodziło), na moje proste pytanie: dlaczego mnie nienawidzi, nie potrafił dać żadnej konkretnej odpowiedzi.

Myli się jednak ten, kto przypuszcza, że zagadka blogowicza – sieciowego wytwarzacza bezinteresownych tekstów pisanych – jest tajemnicza i bulwersująca. Nic podobnego. Są to tacy sami nudziarze, jak w życiu poza siecią, z tą tylko różnicą, że mają na podorędziu masę ściąg, których użycie nie byłoby w rozmowie możliwe.

Dlatego czytając dzisiaj bardzo modne w czasach mojej młodości teksty Ivana Illicha ulegam podobnej frustracji.
Nam, rozmarzonym uzmysławiał, że może istnieć nie tylko świat bez pochodów pierwszomajowych, ale nawet bez szkoły.
Czterdzieści lat temu roztoczył w książce „Społeczeństwo bez szkoły” taką oto wizję:

Niech mi będzie wolno dla zobrazowania tego, co mam na myśli, opisać, jak mógłby działać intelektualny zespół w Nowym Jorku. Każdy człowiek, w każdym dowolnie wybranym momencie i za minimalną opłatą, mógłby podać komputerowi swój adres i numer telefonu zaznaczając, o jakiej książce, artykule, filmie czy nagraniu chciałby podyskutować z odpowiednim partnerem. W ciągu paru dni mógłby otrzymać pocztą listę osób występujących w ostatnim czasie z tą samą inicjatywą. Spis pozwoliłby mu umówić się przez telefon na spotkanie z ludźmi, o których początkowo wiadomo byłoby tylko tyle, że chcą porozmawiać na ten sam temat.
Zaletą tego pomysłu jest jego ogromna prostota: pozostawia on partnerom inicjatywę, co do czasu, miejsca i przebiegu spotkania, pozwala na wzajemne poznanie na podstawie wspólnej chęci jakiegoś konkretnego odkrycia czy dyskusji nad czyjąś wypowiedzią. (…) Dajmy na to podczas pierwszego spotkania w kawiarni partnerzy mogliby dać się rozpoznać kładąc omawianą książkę obok filiżanki. Inicjatorzy takich zebrań szybko by się zorientowali, jakie punkty programu przyciągną pożądanych ludzi. Ryzyko, że dyskusja na dowolnie obrany temat, prowadzona z jednym czy kilkoma obcymi, może się okazać stratą czasu, sprawić zawód czy nawet przykrość, jest z pewnością mniejsze niż analogiczne ryzyko podjęte przez kandydata do college’u. Spotkanie połączone z dyskusją na temat artykułu, który ukazał się w jakimś krajowym czasopiśmie, zaaranżowane przez komputer i odbywające się w kawiarni w pobliżu Czwartej Alei, nie będzie zobowiązywało żadnego z uczestników do pozostania w towarzystwie nowych znajomych dłużej, niż tego potrzeba na wypicie filiżanki kawy, nigdy więcej nie będzie się też musiał z żadnym z nich spotykać. Istnieje duża szansa, że pomoże ono przeniknąć mroki życia we współczesnym mieście i kontynuować nową przyjaźń, dowolnie obraną pracę i krytyczną postawę podczas czytania.

Zaszufladkowano do kategorii 2007, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Emily Dickinson “1333” przełożyła Ewa Bieńczycka

1333

Obłędu Wiosny szczypta
I Króla zachwyca,
Lecz Boże Błazna chroń –

Ktoś straszny akt przemyśla –
W Eksperymencie Roślin –
Całkiem jak na swoim!

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Jakub Żulczyk „Zrób mi jakąś krzywdę”

Trzeba się spieszyć.
Trzeba się bardzo spieszyć, gdyż aneksja literackich terenów nie potrwa pewnie długo, a moje czytanie stanie się démodé.

Wprawdzie dokumentując na bieżąco śląskie galerie sztuk wizualnych natrafiam w Bytomiu w awangardowej galerii„Kronika” na nie wizualną dyskusję o książce „Tekstylia bis” – czyli panegiryku pokolenia młodych tworzących, efemerydzie niespotykanej wcześniej, gdyż zawsze przenikanie następowało nie rocznikami, a intencjami – to przecież i tak tworzy się samotnie, a nie zespołowo.
Toteż nim pisarz, Jakub Żulczyk, spełni ogłoszoną na swoim blogu groźbę wydania po wakacjach letnich drugiej powieści, w której – jak przyrzeka, słowa o pedofilii już nie będzie – udokumentuję przeczytanie jego debiutu.

Mimo, że Jakub Żulczyk znany jest z portalu kumple z wypowiedzi agresywnych i ordynarnych, w książce jest liryczny i smukwijny.
Z przyjemnością więc brnęłam w głąb obszernej powieści młodzieżowej, gdyż wbrew napuszonym recenzjom, używającym niesłychanie skomplikowanych polonistycznych określeń (Tomasz Charnas), do tego gatunku należy rzecz zaliczyć.

Wychowanym na Tolku Bananie, bohaterach Niziurskiego, Bahdaja i Nienackiego starcom – gdzie dzieciom zalecano penetrację społeczeństwa w celu jedynie jego inwigilacji – warto powitać nareszcie dzieło ociekające seksualnością, czyli trafnie zauważoną obsesją wieku dorastania.

Książka jest młodzieżowym romansem dokopującym jak się tylko da kobietom, które młodzieżą nie są:

Gdzieniegdzie, niczym boje, siedzą w wodzie wbite grubymi dupami w piach stukilogramowe, podstarzałe kobiety, pilnujące wrzeszczących dzieci, krążących wokół nich jak orbitalne pierścienie z kolorowych cukierków.

A nie są już przekroczywszy trzydziestkę, czyli wiek emerytalny niemal, choć sam bohater – narrator, 25 letni Dawid, niesfinalizowany prawnik, z trudem mieści się w rygorystycznej granicy wieku.
Przeżywa moralną satysfakcję i zwolnienie z odpowiedzialności, gdy ze swoją nieletnią towarzyszką okrada hotel:

Przecież minie około godziny, zanim taka stara rura zdąży wezwać obsługę hotelową.

Pozwala sobie nawet na ojcowską ekstazę, obserwując dziecięcą zabawę jego wybranki serca:

Dał ją nam facet jeżdżący na rykszach, woził Kaśkę przez dwie godziny za darmo po całym Sopocie, a ona piszczała z radości, targała go za ciemne włosy i krzyczała – szybciej, szybciej, przejedź wszystkich, wszystkie stare baby i wszystkich policjantów, wszystkich Niemców, Rusków i Polaków, przejedź ich, żeby nikt nie przeszkadzał ci w jechaniu jak najszybciej.

Z pogardą i zażenowaniem słucha:

Stary, ty nawet nie wiesz, jaką niszą są dojrzałe. To coś niesamowitego, to jest taki wrodzony edypalizm, który jest u każdego faceta. Wiesz, to się nie projektuje z reguły bezpośrednio na matkę, ale czasami na ciotki, na opiekunki, kuzynki. Ty się nie śmiej, stary, to jest prawda, ty nawet nie wiesz, ilu kolesi w naszym wieku chce rżnąć starsze babki. To jest silniejsza wygrzewka niż na takie, wiesz, modelki, wygolone cipunie. A do tego to są Polki, to jest czysta prawda, to są takie kobity, że możesz je spotkać dosłownie wszędzie, wiesz a nie jakieś tam fantazmy z cyckami rozdętymi na komputerze.

Opowieść o uwiedzeniu chłopca musi być w tym kontekście odrażająca:

Kobieta zajebała facetowi wszystkie jego oszczędności, rozumiesz, i spieprzyła z jego synem z poprzedniego małżeństwa. Nie wiadomo gdzie. Problem w tym, że ten chłopak był jakimś, rozumiesz, laureatem Konkursu Chopinowskiego, czy coś w tym stylu. Rozumiesz? Osiemnaście lat, a chłopaczek na żadną dyskotekę nie pójdzie, z kumplami nic, siedzi tylko, ojciec nad nim stoi z batem a on musi napierdalać na tym klawikordzie. No, a ta mu pokazała pieroga i on po prostu zwariował. Rozumiesz. Niezły był z niej kapsztyl, swoją drogą, morda dosłownie jak dupa po biegunce, – uzupełnia obrazowo autor.

Zarówno pisarz, jak i jego główny bohater snujący opowieść o szesnastoletnim smakowitym seksualnym kąsku, zdają się nie wiedzieć, że dzieciństwo to wymysł kultury dziewiętnastowiecznej, wymysł sztuczny i wygodny kulturowo, niemający żadnych podstaw, by ten przedział wieku traktować ulgowo.
Mimo to, pisarze pokolenia autora powieści, dzieciństwo artystyczne ubierają w feromony szczeniacko podobne, mające wyprodukowaną rzecz sygnalizować w kategorii podziwu dla wieku, a nie artyzmu.
Taki mały, a już pali!
Taki mały, a już pisze!
Taki mały, a już wsadza!

Do strefy ochronnej należy w powieści zabieg nazywania rozdziałów, levelami, co podobno ma oznaczać, według recenzentów jego pokolenia, nawiązanie do gry komputerowej. Dla kogoś, kto nie gra, oznacza to po prostu poziom obligujący do konstrukcji formy powieści. Logicznie, im wyższy level, tym wyższy poziom jakiegoś aspektu książkowej prozy.
Jedyne, co wzrasta, to chyba proces wsadzania, gdyż rzeczywiście, powieść kończy się happy endem. Części męskiego ciała – „niesforne” – jak nazwano je w “Monty Pythonie” – wchodzą w szesnastolatkę po wspięciu się powieści na 8 Level.

Fabuła bowiem oparta jest na falstarcie wkładania. Prawnik Dawid nafaszerowany przepisami i paragrafami, spędzając noc w namiocie z nieletnią córką bogatej biznesmenki, marzy o rozdziewiczaniu jej w wannie piany w scenerii pism kolorowych.
Kaśka – przeciwnie.
Brak wspólnoty marzeń i zemsta na męskiej wzgardzie powoduje jej ucieczkę do komuny biednych bębniarzy i hodowców dwóch wątłych krzaczków marihuany. Tu następuje celny opis strategii przyszłego prawnika, czyli zbijaniu kapitału moralnego w obecności funkcjonariusza policji, matki Kaśki i jej brata. To, że powoduje zadenuncjowanie swojej wspólnoty przez jej członka, spektakularne pobicie bębniarzy, którzy zaopiekowali się rozwydrzoną gówniarą dając jej jeść i dach nad głową, bohater powieści Dawid, jak i autor, zapewnia czytelnika, że:

teraz mam to w dupie. Widzę ludzi wyprowadzanych w kajdankach. Jednego z gliniarzy, który z nieukrywanym obrzydzeniem szuka w zarzyganych zinach mikrośladów nielegalnych substancji. Zapłakaną Julitę Fasolę. Ciekawe, który prokurator nagle zainteresował się bandą hodujących trawę i fasolę oraz grających na bębnach dzieciaków. Pewnie prokurator – kolega Sądeckiej. Prokurator – kumpel – z – wojska – Czopa.
Mam to wszystko w dupie.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Skakanie

skakanie.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | Dodaj komentarz

Dorota Masłowska „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”

Czytając sztuki teatralne wielkich, np. Harolda Pintera trudno po ich wielości pochylić się z podziwem nad jedyną pozycją tego gatunku Doroty Masłowskiej.
Polska megalomania wprawdzie usiłuje medialnie taki wysiłek twórczy rozdmuchać, ile się tylko da, a ten króciutki utwór może wchłonąć każdy bez utraty czasu i energii, a nawet nic nie czytający krytycy literaccy uczciwie rzecz przeczytać i skrytykować, to go przecież nie ulepszy.
Próba zrozumienia nihilizmu Masłowskiej nie powiedzie się, gdy przeczyta się jej wywiady np. z Sławomirem Sierakowskim z „Krytyki Politycznej”, czy Piotra Gruszczyńskiego z „Tygodnika Powszechnego”. Zapewnia w nich, że pisanie jest dla niej najwyższą życiową potrzebą i trzeba w to wierzyć.
Nie wiadomo natomiast, gdzie chce nią docierać, gdyż wszystko, co do tej pory napisała, jest bardzo podobnym dreptaniem wokół spraw jej obcych i jedynie zasłyszanych.
Jej ekshibicjonizm z drugiej ręki – a fałsz powołanych postaci – zawsze jest taki sam. Bohaterami Masłowskiej są młodzi gniewni, a raczej permanentnie wściekli młodzi ludzie, słusznie przez autorkę wyszydzani.

Ale, jak się przypatrzymy parze udających Rumunów, czyli kogoś o niższej pozycji społecznej w Polsce niż Polak, którzy idąc w Polskę, idąc w tango, będąc na gigancie, czy jakkolwiek nazwać ich wolność w stylu niemal filmu Davida Lynch’a „Dzikość serca” – nie sposób autorce ufać.
Konstrukcja jest prosta: terror na przygodnym kierowcy, nieudane wyłudzenie osiemdziesięciu groszy u barmanki, przyłapanie czterdziestokilkuletniej kobiety na posiadaniu środków antykoncepcyjnych (…) a bestia ciągle się parzy, no no. To obrzydliwe.(…), hołd prowincjonalnego oglądacza telewizji dla serialu „Plebania”.

Wszystko więc toczy się w przestrzeni telewizyjno gazetowej, jakby nasze czasy nie przynosiły – oprócz medialnego doświadczenia – absolutnie żadnego, z którego artysta mógłby czerpać. Efektem jest zupełnie nie zamierzona erozja buntu i negacji rzeczywistości polskiej, za którym pisarka szczerze wypowiedziała się w czasie odbierania Nagrody Nike.

Głębokie nieporozumienie jakościowe polskiej krytyki w rozpoznaniu pisarskim Doroty Masłowskiej literatury wysokiej – podczas gdy jest bardzo dobą producentką tekstów kabaretowych – prowadzi do demoralizacji piszącej młodzieży. Zdaje się jej, że identyfikując się z pisarką, są lepsi od Rumunów.
A przecież w każdym narodzie role społeczne są zróżnicowane.
Jak i w literaturze.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Dzieci w samolocie

Nareszcie lecę z kimś miłym i dojrzałym.
Szwed, koło sześćdziesiątki, jest opiekuńczy i grzeczny. Opowiada, że w Polsce był w Szczecinie w latach siedemdziesiątych oprócz jeszcze kilku państw na wszystkich kontynentach, które wylicza. Jego szlachetna twarz jest żywa i ruchliwa. Przypomina bergmanowskich aktorów i zdaje się być jakimś solidnym zaczepieniem w tej nic nie dającej gwarancji podniebnej sytuacji. Zarzeka się, że żony nie ma, ale jego dwaj synowie mimo zajmowania się wyłącznie grą muzyki rockowej, wyrośli na wyjątkowo udanych. Zanim dotrze do swej szwedzkiej rodziny, wypije wszystkie gatunki pokładowego alkoholu, ale wiadomo, że to, co się dzieje w tych dwunastu godzinach lotu, jest jedynie oczekiwaniem.
Zobaczę go w Frankfurcie, jak dotarłszy do celu podróży, czyli do miejsca dla palących, by z ulgą zapalić papierosa, zobaczymy razem amerykańskie, ubiegłoroczne „Małe dzieci” – film Todda Fielda na podstawie powieści Toma Perrotta o tym samym tytule.
Film donosi w czyjich rękach jest tak poważna sprawa, jak egzemplarz naszego gatunku. Kto ma dzieci i kto je wychowuje.
Ten obyczajowy dramat, rozpięty pomiędzy grasującym pedofilem, a dwoma urodziwymi parami małżeńskimi z kilkuletnim przychówkiem, to współczesne zagmatwanie i zawęźlenie człowieka dnia dzisiejszego, próbującego wyjść na swoje.
Samo dowiadywanie się, czego brakuje młodemu człowiekowi po uwiciu gniazda rodzinnego, jest tematem pierwszej części.
Z dialogów młodych matek dozorujących dzieci na placu zabaw można wyczuć, że nie są w stanie przerobić wartościowo czasu pozyskanego z odciążenia ich cywilizacyjnie od uciążliwości gotowania i prania.
Jedynie Sara, absolwentka anglistyki, przypominająca sobie mgliście Panią Bovary z pierwszych lat studiów na hobbistycznych spotkaniach literackich odkrywa, że jeszcze jest jakaś wartość dodatkowa.
Mylnie jednak odczytuje przesłanie Flauberta, dla którego napisanie powieści było wyłącznie ćwiczeniem stylistycznym.
Dla Sary, mimo kilkuletnich nauk o literaturze, staje się ćwiczeniem seksualnym, a romans z równie niezorientowanym w sobie osobnikiem płci przeciwnej, będącym w takiej samej pułapce niańczenia potomka, próbą literackiego zrozumienia.
Wsparcie sonetami Szekspira – które z podkreśleniami Sary swoim zdjęciem w żółtych slipkach i zasuszoną różą znajduje mężczyzna na stole, przyspiesza akcję filmu. W czasie suszenia garderoby po romantycznym deszczu naprowadza na pomysł odbycia szybkiego stosunku płciowego w suszarni domu Sary. Ta przyjemna zabawa to kolejne romantyczne kroki w kierunku eskalacji czasu dla obojga z podniecającą grą ukrywań, kłamstw, by przeżyć coś wyjątkowego.
Pedofil w momentach newralgicznych dla dramaturgii filmu wchodzi ze swoją opowieścią, budzi współczucie widza i woła o pomstę do nieba, a samo kastracja wręcz podziw dla jego heroizmu.
Społeczne zaszczucie, zarówno pedofila, jak i miłosno podobnej aktywności kochanków, mieszających wolność wewnętrzną z zewnętrzną, to może i jakiś dydaktyczny głos dla pasażerów samolotu.
Niestety – kilka matek, które powinny film obejrzeć, było zajętych rozdartymi do nieprzytomności niemowlętami, umieszczonymi na czas lotu w przypiętych maleńkich łóżeczkach. Nie wiadomo, dlaczego, przy tak luksusowych warunkach, jakie Lufthansa zapewniła dzieciom, histeryczny płacz rozlegał się w czasie całego lotu. Ilość dzieci dyżurujących zdawało się i skrupulatnie przestrzegających kolejności rozdarcia – gdy kolejne milkły by nabrać siły na głosowy występ – zdawał się inteligentniejszy od matek. One jedynie terroryzowały macierzyństwem w całym majestacie celebry pielęgnacyjnej, blokując wszelkie drogi komunikacji do toalety, przewozu posiłków jak tylko mogły. Ale brak ich koordynacji pozwolił na realizacje potrzeb konsumpcyjno – wydalniczych pasażerów w miarę regularnie.

Dopiero we Frankfurcie rodziny ludzkie nabrały rumieńców.
Pochód młodych mężczyzn, ubranych identycznie w białe koszule i czarne ubrania – jedynie niuanse kapeluszy i jarmułek różnicowały ich religijną jakość – prowadziło urodziwe kobiety w podobnej tonacji kolorystycznej. Te niosły lub wiozły w wózkach niemowlęta, lub prowadziły za rączkę ubrane po dorosłemu maleńkie dzieci.
W oczekiwaniu na odlot do Tel Awiwu, po uczczeniu ofiary Holocaustu w byłym obozie zagłady Auschwitz-Birkenau w Marszu Żywych, niemowlęta rozpełzły się po posadce lotniska w różne kierunki.
Niektóre dzieci spały na rękach w pozycjach niewiarygodnych, zastygłe w sennym amoku, w czasie, gdy ich ojcowie zwróceni do ściany, zarzuciwszy tałesy i założywszy na głowę szescienny przedmiot uwiązany do ramienia rzemieniami, modlili się pospiesznie.
Tym razem ani jedno dziecko, w czasie dwóch godzin oczekiwania na odlot nie wydało żadnego dźwięku, śpiąc, raczkując lub ciekawie się rozglądając.

Aż ten ogromny tłum zniknął nagle – wchłonięty przez kolejny samolot.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

portrety: Ja

Żeby najeść się zapas – a przynajmniej nie zmarnować okazji najedzenia – zbieram foldery.
Każdy dzień mija tak szybko, a ja zasypiam błyskawicznie. Nawet nie zdążę zanotować, gdzie byłam. Więc pozostaje metoda magazynowania, a zapasy można przecież powoli potem zużywać.
Jedną z metod są foldery.

Miejsca dokumentowane są folderami bez ich rankingu ważności.
Po prostu znane na całym świecie miejsce wprowadza w obieg taką samą ilość folderów, jak marginalne, posiadające jedyną regionalną ciekawostkę, o której da się opowiedzieć tak samo dużo.
Dzisiejsze foldery turystyczne, mające grubość książek, jakość najlepszych magazynów mody, zawierają absolutnie wszystko, co jest potrzebne do magazynowania wspomnień.

Pacyfik ze stalową, egzystencjalną plażą uwieczniony w każdym niuansie, otwiera najbardziej oporne i pozatykane receptory mózgowe na Romantyzm.

Stolica stanu Washington z kompleksem neoklasycystycznych budowli, na Państwo. (Budzi postrach, gdy się patrzy na rzymską świątynię sprawiedliwości. Pomnik wykonany ze złota rosłego, męskiego anioła przebranego za kobietę, wiodącego trzech młodzieńców w krótkich spodenkach, ale innych kapeluszach, symbolizujących różne przynależności stanowe, na śmierć – w rzeczywistości swoimi rozmiarami budzi równą grozę, jak jego żaba perspektywa na folderze.)
Podobnie się ma z wulkanami, wodospadami, ogrodami.
Foldery dokumentują biologicznie portrety kamelii, magnolii i wiosennych teraz kwiatów z całą ich bezwstydną nagością.

Czy mieszkańców morza w ogromnym miejskim akwarium.
Scena karmienia monstrualnej ośmiornicy przebiega na obrazkach z całą, należną jej dramaturgią.

Nie inaczej jest z każdym wieżowcem w Seattle, każdą galerią i muzeum.

Toteż wszystko, co zgromadziłam wciągu miesiąca, poszatkowałam przecinarką do papieru tak, by ominąć reklamy i zbędne napisy, a wyfiletowany obrazek zawieźć do Polski, bym w betonie osiedla mogła go dotykać i gładzić.
Wydłubane w ten sposób moje dokumenty przeżytego czasu niestety wciąż stanowią pokaźny, nigdzie nie mieszczący się, potencjał energetyzujący wspomnienia.
By go odchudzić i sprowadzić do rozmiarów dozwolonej do wywozu liczby kilogramów, rozpoczęłam selekcję z bólem i stwierdziłam, że wszystko kocham jednakowo i że rozstać się nie sposób.

Zaczęłam więc obcinać obrazki i kadrować tak, by ich jądro, ich esencja, pozostała.
Do kosza poszły więc cenne fragmenty architektury, obrazów, przyrody, roślin, zwierząt i ludzi.
Tak napełniwszy dwie walizki, udaliśmy się na lotnisko, z których wskutek wysokiej jakości kredowego papieru, dozwolony ciężar przekroczyłam.
Toteż musiałam zaczerpnąć garściami po pięć kilogramów z każdej walizki na chybił trafił, gdyż selekcja, wskutek zbliżającego się odlotu samolotu, była niemożliwa.

Jestem bardzo zadowolona z takiego obrotu sprawy, gdyż jedynie przypadek może hierarchizować wspomnienia, których nie da się przecież wycenić.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Nie palę, nie piję, nie tyję, nie onanizuję się, a i tak nikt mnie nie lubi

Mimo najnowszych technik rejestracji codziennego życia, wczorajsze niefrasobliwe zastrzelenie 32 studentów politechniki Virginia Tech w miejscowości Blacksburg w pobliżu granicy stanów Wirginia i Karolina Południowej, zarejestrowane przez telefony komórkowe i publikowane natychmiast w Internecie i Telewizji, nie przybliżyły ani na krok zrozumienia mordercy.

Podobnie z pszczołami w Kalifornii. Masową śmierć tłumaczy się wprowadzeniem w ich powietrzną przestrzeń ludzkich rozmów przez aparaty komórkowe. Nie wiadomo, czy znaczeniowa zawartość poraziła owady.

Charakterystyczny gest przytrzymywania komórki przy uchu, umożliwiający wprawdzie ludziom izolację zewnętrzną, ale prowadzący do trwałego paraliżu ręki, leczy się w siłowniach. Tam też znika międzyludzkie nawiązywanie, na rzecz całkowitego pogrążenia się w sobie. Oprócz hali urządzeń umożliwiających regenerację, jest jeszcze basen i sauna.

Sauna jest miejscem, gdzie trafiają najczęściej grubasy. Mimo społecznych nazw, próbujących otyłość oswoić i umilić, monstrualność zjawiska jest na tyle wyraźna, że porażenni próbują coś z tym zrobić.
Serial telewizyjny ”Scrubs”(szpitalne ubranie), mający na celu jedynie dowcip, przedstawia właśnie w szpitalnej codzienności otyłą, dobiegającą dwudziestki pacjentkę, która obrażona, domaga się operacji na żołądku. Lekarze dydaktycznie odmawiają, przepisując odchudzanie.

I ten charakterystyczny moment życia można zaobserwować w saunie.
Katarzyna Kozyra kręcąc video ukrytą kamerą w węgierskiej męskiej łaźni, pracowicie przyklejała genitalia, malując i retuszując w obawie przed zdemaskowaniem, łączenia ciała z sylikonem.
Tutaj niczego by nie musiała. Obie płcie siedzą na ławkach w piekielnej temperaturze, ubrani w swetry i spodnie.
Popijając wodę z butelki pogrążeni są w muzyce płynącej ze słuchawek. Tylko przy wejściu miłe słowo powitania, rozjaśnione uśmiechem świadczącym, że nic na świecie nie jest tak miłe, jak to spotkanie, więdnie we wzajemnej odrębności i niezależnej pracy nad własnym losem.
Mimo rozpostartego za szybą sauny basenu, niewiele osób z niego korzysta, poprzestając na odchudzaniu nieruchomym.
Nie wiadomo, co dzieje się w ludziach i ich słuchawkach.
Indyferentność twarzy nie wysyła otoczeniu nic.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz