Kurt Vonnegut “Kocia kołyska”

Wieloletnie małżeństwo Voneguta ( związek ze szkolną miłością), rozpadł się podobno wskutek pesymizmu pisarza.
A jednak „Kocia kołyska” jest permanentnym dowcipem, przepełniona jak gąbka pierwszorzędnym humorem.
Są tam echa wolterowskiego “Kandyda” i wpływy najlepszych elementów przypowiastki filozoficznej, pisane bezpośrednim, dziwiącym się ciągle wszystkiemu, amerykańskim głosem artysty, który wie więcej, niż chciałby wiedzieć.

Dwa światy – o których Simone Weil pisała, że wybór ateizmu jest czystszym duchowym stanem człowieka, niż bałwochwalstwo w nauce i religii – Vonnegut przedstawia z całym druzgocącym absurdem.
Już sam tytuł książki obrazuje czynność zabawy palcami i nicią, zwiastuje rzecz nic nie znaczącą i do niczego, oprócz próżnego gestu zabawy, nie prowadzącą.

Tak i przedstawiona jest aktywność liderów życia społecznego, którym ludzkość powierzyła bezkrytycznie swój los.
Naukowiec, laureat nagrody Nobla nie różni się wiele od władcy duchowego karaibskiej wyspy, na którą akcja powieści przenosi się, by wynalazek naukowca znalazł swój finał w zagładzie świata.
Portrety przewijających się przez utwór osób, zarówno naukowca, jego rodziny, twórcy nowej religii – karykatury chrześcijaństwa, nie mają sobie równych.
Przypomina się gubernator z Biesów Dostojewskiego, oficjalnie na salonach dostojnik i przedstawiciel władzy, prywatnie klejący potajemnie kirchy.
Ten infantylny rys niedojrzałej osobowości u naukowca, odkrywającego substancję niszczącą planetę Ziemię – doktora Feliksa Hoenikera, jest nie tylko śmieszny:

Hoenikker pozostawił w pracowni niezły bałagan. Moją uwagę zwróciła natychmiast duża ilość różnych tanich zabawek. Był tu papierowy latawiec ze złamaną listewką, bąk ze sznurkiem, gotów w każdej chwili zakręcić się i utrzymywać równowagę. Był też drugi bąk, nakręcany. Był aparat do puszczania baniek mydlanych i akwarium z zamkiem i dwoma żółwiami.
– Doktor lubił odwiedzać sklepy z tanimi zabawkami – wyjaśniła panna Faust.
– Właśnie widzę.
– Niektóre z jego najsłynniejszych eksperymentów zostały przeprowadzone przy pomocy sprzętu, który kosztował mniej niż dolara.

Nie inne zainteresowania miał jego syn, Frank, który został generałem i prawą ręką władcy wyspy San Lorenzo na Karaibach. Tak terminował w sklepie Jacka, wyklejając makietę dla kolejki elektrycznej;

Wszedłem do środka i zobaczyłem samego Jacka, królującego wśród wszystkich tych miniaturowych samochodów strażackich, kolejek, samolotów, okrętów, domów, latarń, drzew, czołgów, rakiet, ciężarówek, tragarzy, policjantów, konduktorów, strażaków, mamuś, tatusiów, kotów, psów, kur, żołnierzy, kaczek i krów. (…)Podeszliśmy do lampy, która świeciła niczym słońce nad fantastyczną małą krainą, zbudowaną na dykcie wyspą tak doskonale prostokątną jak miasta w stanie Kansas. Niespokojny duch, który chciałby sprawdzić, co znajduje się poza zielonymi granicami, narażał się na wypadnięcie poza krawędź tego świata.

Mimo zabawy i fikcji, która jest łatwiejszą i skuteczniejszą doktryną społeczną od innych pomysłów na Państwo, mieszkańcy wyspy San Lorenzo są prawdziwi:

Ich skóra miała kolor płatków owsianych. Byli chudzi. Nie było wśród nich ani jednego grubasa. Wszystkim brakowało zębów. Wielu miało krzywe albo spuchnięte nogi.
Wszyscy mieli kaprawe oczy.
Nagie piersi kobiet były wyschnięte. Jedyne odzienie mężczyzn stanowiły luźne przepaski biodrowe, które ledwie okrywały ich penisy, dyndające jak wahadła starego zegara.
Było wiele psów, ale żaden nie szczekał. Było wiele niemowląt, ale żadne nie płakało. Tylko tu i ówdzie rozlegał się kaszel – i to wszystko. Przed tym tłumem stała na baczność wojskowa orkiestra. Stała w milczeniu.

Nie lepiej wyglądali przed przewrotem i przekształceniem ich wyspy w krainę szczęśliwości:

Działalność Castle Sugar na San Lorenzo – pisał młody Castle – nigdy nie przynosiła dochodu. Jednak, nie płacąc robotnikom za ich pracę, firma potrafiła jakoś z roku na rok wychodzić na swoje i zarabiać tyle pieniędzy, że wystarczało na opłacenie poganiaczy robotników.
Panującą formą rządów była anarchia, z wyjątkiem określonych sytuacji, kiedy firma Castle Sugar chciała coś zdobyć albo zrobić. W tych sprawach panował feudalizm. Arystokracja składała się z zarządców plantacji Castle Sugar – byli to uzbrojeni po zęby biali przybysze. Szlachtę stanowili krajowcy, którzy za niewielkie datki i śmieszne przywileje gotowi byli na każde skinienie zabijać, ranić i torturować. O potrzeby duchowe ludu, który znalazł się w trybach tej piekielnej machiny, troszczyła się garstka spasionych księżulków.

I tak sposobem żartu, wykpiwania i szyderstwa Vonnegut, stosując obficie dialog, przechadza się lekko po świecie pełnym analogii nie tylko do toczącego się w czasie pisania książki konfliktu kubańskiego, ale uniwersalizując i demaskując sposoby totalitaryzmów i sekt religijnych, jest ciągle aktualny dzisiaj.
Głos Voneguta, kwestionujący na pozór wszystko: świętości, autorytety, dobroczyńców ludzkości i ich wielbicieli, nigdy nie sprzeciwił się obowiązkowi czujności mieszkańców naszej planety. W wywiadzie prasowym powiedział:

Każdy powinien zajmować się sztuką, pisać wiersze albo malować obrazy. Nie dla pieniędzy; lecz dla uskrzydlenia duszy.

Co na moim blogasku czynię.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Fernando Pessoa (Alberto Caeiro) „Nao me importa com as rimas” przeżłożyła Ewa Bieńczycka

Rymy znaczą dla mnie tyle, co nic. Tylko rzadko
Dane dwóm identycznym drzewom stać obok siebie.
Myślenie i pisanie przychodzi do mnie jak kwiatów kolor
Lecz mniej doskonałe me plony
Ponieważ brakuje mi boskiej prostoty
Byciem jedynie tym, czym jest pozór.

Patrzę, jestem poruszony,
Jestem poruszony, jestem, jak ta woda, która spływa w dół strumieniem,
I moja poezja jest tak naturalna jak wiatru wznoszenie…

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Bent Hamer „Factotum”

Charles Bukowski, to rocznik właśnie zmarłego Kurta Vonneguta, również emigranta pochodzenia niemieckiego.
Kurt Vonnegut, mimo marzeń o wcześniejszej śmierci, przeżył Bukowskiego o więcej niż dekadę.
Czytając dwa lata temu wiersze pośmiertnie „Z obłędu odsiać Słowo”, łatwo czytelniczo wtórować staremu pisarzowi, zniesmaczonemu w najwyższym stopniu życiem i wszystkim, co je obrazuje (np. pisze o byłych kochankach, dopominających przyznania się poety do nich, czy o telefonie, narzędziu opresji i przeszkadzania).

Natomiast piękny, norweski film, powstały w oparciu o powieść Charlesa Bukowskiego o tym samym tytule, to dzieje Henry’ego Chinaski, (imię i nazwisko Bukowskiego przed wybraniem amerykańskiego pseudonimu), czyli pełna retuszu droga pisarza do debiutu.

Młody outsider jakby celowo zachowuje się nielojalnie wobec pracodawców, by z niego zrezygnowali.
Motyw obcości i nieprzystosowania ma jednak bardzo wiarygodne i mocne oparcie w silnym wewnętrznym imperatywie przyszłego pisarza i film doskonale to oddaje.
Chinaski, mając niewielkie szanse na zaistnienie, wybiera drogę nie tyle buntu i roszczenia wobec społeczeństwa, co wyrywania mu, ile się da, przestrzeni życiowej, by móc pisać.
Tak się dzieje z pozyskaniem partnerki seksualnej, barami nocnymi, zdobywaniem pieniędzy na wyścigach konnych. Wszystko jednak jest podporządkowane ciągle trzymanemu ołówkowi i zeszytowi, w którym bezustannie, gdzie się tylko da, notuje swoje opowiadania.

Lecz to uzależnia i wciąga, czyniąc z pierwotnej, pragmatycznej potrzeby: nałóg. Skutkiem spotkania kobiety, którą najtrudniej spotkać, czyli chętnej do seksu i jeszcze stawiającej alkohol, jest uwikłanie miłosne. Sam alkohol, umożliwiający zniesienie upokorzeń najniższego społecznego statusu „faktora”, czyli kogoś do wszystkiego i dyspozycyjnego bez wolności wyboru zajęcia, przeradza się w alkoholizm. Wyścigi konne, z początku obiecujące szybkie pieniądze, uzależniają hazardem. Jedynie twórczość pisarska stanowi czystą ludzką intencję oczyszczającą moralnie piszącego, a droga do niej „po trupach” czyli bezkompromisowe wymuszanie na otoczeniu jej uprawiania, daje nagrodę i wolność.

Zestawiając zekranizowaną powieść z jednostkowym życiem, trudno oczywiście uwierzyć w legendę.
Spłycanie życiorysów dla propagandowych haseł, że talent się zawsze przebije, a geniusz odnajdzie – wspomaganie różnymi van goghami, mitem o głodującym, zapitym artyście, który w twórczości pięknieje jak feniks z popiołów – to na całe szczęście nie jest przesłaniem filmu.

Film mówi o konsekwencji, o dzielności człowieka, rozwijając przesłanie z wiersza Bukowskiego:
Jeśli próbujesz, to do końca
przeciwnie w ogóle nie zaczynaj

Film pokazuje koszty tych konsekwencji – bardzo wysokie.
I nie odpowiada na pytanie, czy gotowość ich poniesienia da taki rezultat jak sława i kult Charlesa Bukowskiego na świecie.
Takie słowa może wypowiedzieć tylko ten, komu się udało.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Fernando Pessoa (Ricardo Reis) Oda: „Proszę tylko bogów, by mi dali” przełożyła Ewa Bieńczycka

Ja proszę tylko bogów, by mi dali
Możliwość ich nie proszenia. Szczęście to brzemię
Dobra fortuna jest jarzmem
obie chronią stan rzeczy.
Niecały, ani cały, bym żył spokojnie
Chcę być oddalony od uwikłań człowieczych skutków
radości i smutków.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Vonnegut

Umarł wczoraj w Nowym Jorku Kurt Vonnegut i Internet napełnił się tekstami o pisarzu, czego nie muszę tutaj powtarzać.

Właśnie przeczytałam Kocią kołyskę(Cat’s Cradle, 1963), która w 2009 roku ukarze się na ekranach kinowych w reżyserii Jamesa V. Harta.
Powstała zaraz po kryzysie kubańskim – czyni tam bardzo aktualne aluzje polityczne – kończy powieść tym, co mogłoby się stać.
Zdobyła wielką w Ameryce popularność.
Jednak nie z powodu doraźnego tematu uznano ją za arcydzieło literatury XX wieku i najlepszą powieść pisarza.
Zawiera pytania fundamentalne, ilustrowane absurdem i ironią wspartymi wieloma szczegółami własnej biografii, czyniąc powieść bardzo żywą i ludzką, mimo tworzenia nowych, fantastycznych światów i struktur.
Oczywiście jest też pytanie o Miłość.

Przytaczam fragment o alienacji miłości w jej formie wynaturzenia, dotyczącej komunikacji międzyludzkiej, w moim odczuciu bardzo aktualnej i często spotykanej.
Powieściowe małżeństwo jest przykładem doskonale współistniejących ze sobą dwojga istnień przeciwnej płci, które łączy miłość, czyli coś, co kołacze się między dwoma przeciwstawnymi sobie intencjami ludzkości – nauką i religią. Wątpliwość jej istnienia zaprzeczona została taką oto jej formą:

W samolocie lecącym z Miami do San Lorenzo fotele były umocowane po trzy w rzędzie. Tak się złożyło – tak się musiało złożyć – że moimi sąsiadami byli Horlick Minton, nowy ambasador amerykański w Republice San Lorenzo, i jego żona Claire. Oboje byli siwi, szczupli i uprzejmi. Minton powiedział mi, że jest zawodowym dyplomatą i że po raz pierwszy występuje w randze ambasadora. On i jego żona byli już na placówkach w Boliwii, Chile, Japonii, Francji, Jugosławii, Egipcie, Związku Południowej Afryki, Liberii i Pakistanie.
Byli w sobie zakochani. Bez przerwy wymieniali małe prezenty: ciekawe widoki za oknem, zabawne albo pouczające fragmenty lektury, przypadkowe wspomnienia.(…)
– Musi pan być bardzo zadowolony – powiedziałem do Mintona.
– Z czego muszę być bardzo zadowolony?
– Z nominacji na ambasadora.
Z pełnego politowania spojrzenia, jakie wymienili Minton i jego żona, wywnioskowałem, że palnąłem jakieś głupstwo. Zaraz jednak postarali się być dla mnie uprzejmi.
– Tak – zareagował Minton. – Jestem bardzo zadowolony. To dla mnie wielki zaszczyt – powiedział z wymuszonym uśmiechem.
I tak było prawie z każdym tematem, jaki poruszyłem. W żaden sposób nie mogłem ich rozruszać.
Na przykład:
– Państwo pewnie znacie wiele języków?
– Och, sześć czy siedem, do spółki – odpowiedział Minton.
– To musi być bardzo przyjemne.
– Co takiego?
– Móc rozmawiać z przedstawicielami tylu różnych narodów.
– Bardzo przyjemne – zgodził się Minton bez entuzjazmu.
– Bardzo przyjemne – przytaknęła jego żona. I wrócili do lektury grubego maszynopisu, leżącego na poręczy między ich fotelami.
– Proszę mi powiedzieć – spytałem po chwili – czy podróżując tyle po świecie stwierdzili państwo, że w gruncie rzeczy ludzie wszędzie są tacy sami?
– Słucham? – spytał Minton.
– Czy uważa pan, że w gruncie rzeczy ludzie są wszędzie tacy sami?
Spojrzał na żonę, aby się upewnić, czy słyszała pytanie, a potem zwrócił się do mnie.
– Mniej więcej tacy sami – zgodził się.
– Uhum – powiedziałem.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Kto był za młodu świnią, ten będzie na starość punkiem

Oboje dobiegali czterdziestki, mieli zdaje się za sobą jakieś inne związki, ale kto ich tam wie.
W każdym razie byli standardowi, wzorcowi i badając ich np. ankietą Kinseya, z pewnością powielili by swój byt w bycie wielu podobnych par amerykańskich.
Nie mieli dzieci, proces adopcyjny dużego dziecka, bo małe trudno zaadoptować, był na dniach. Nie wiadomo, dlaczego nie spłodzili własnego, kto ich tam wie. Byli urzędnikami, dom spłacali z pensji i zaczynali się coraz bardziej zaokrąglać.

Na wieczór tej niedzieli zaprosili parę młodych ludzi.
Przyjechali tu po raz pierwszy w deszczu, postawili samochód między ich dwa ogromne samochody stojące przed domem, nieschowane jeszcze do garażu po przyjeździe z kościoła i innych przedpołudniowych wypadów. A może i zostawione jako wizytówki ich zamożności.

Dom był bez schodów i piętra, za to wewnątrz ogromny. Nie podzielony pokojami, plan domu przy niskim stropie sprawiał wrażenie wielkiego hallu, gdzie poustawiano sprzęty mieszkania dla postawienia, a nie używania.

Wszyscy czworo, po wylewnych uściskach, przystąpili do używania stojącego niemal na środku blatu marmurowego, należącego chyba do części kuchennej. Rozlali przyniesione czerwone wino do kieliszków.
Duże, pękate półkule szklane na wysokich nóżkach zdobione barwnymi kiściami winogron powtarzały ornament we wszystkich podawanych tego dnia naczyniach.

Męzczyzna przyniósł właśnie zakupiony laptop przystosowany do kosmicznych gier komputerowych i szczegółowo objaśniał chłopakowi jego najnowsze udogodnienia.
Kobieta rozmawiała z dziewczyną o sprawach kuchni, która okazale z ledwo mieszczącą się na wysokość domu ogromną, stalową lodówką, dawała nadzieję na jedzenie domowe.
Nic podobnego. Kobieta wyjęła wprawdzie z przepastnej lodówki niklowaną tacę uprzednio przygotowanych przekąsek, ale były to wszystko produkty gotowe. Wokół małego kawałka wędzonego łososia i kilku plasterków salami, rzucono małe, surowe marchewki, surowe kawałki kalafiora, małe listki sałaty i nie pokrojoną cebulkę z zieloną częścią.

Rozmowa toczyła się już dalej przy stole z czterema nakryciami, harmonijnie dostosowanymi do wystroju całego wnętrza domu.

A był on zbieraniną różnych bibelotów i sprzętów, mających blisko do proletariacko – chłopskiego gustu, by w ostatniej chwili jakimś szczegółem jednak temu zaprzeczyć. To niezdecydowanie w odbiorze amerykańskiego stylu domu mieszkalnego ludzi zamożnych, a do nich się oni zaliczali, było w samych jego mieszkańcach: biały fortepian salonu, zastawiony fotografiami, na którym nikt grać nie potrafił – gdyż kupili dom razem z fortepianem – początkował ten ciąg przedmiotów zaczynających się i nie mających żadnych dalszych konsekwencji.
Podobnie, wiszący na ścianie głównej, chyba metrowej średnicy wachlarz chiński, rozłożony, bogato malowany. Chińszczyzna odbiła się jeszcze w terakotowych figurkach na etażerce i rzeźbionym parawanie, który niczego nie odgradzał, ani też nikt się za nim nie przebierał.
Kanapa, również ogromna, delikatna i miękuchna, stała naprzeciw ukrytego między dwoma oknami trzeciego okna, teraz zamkniętego drewnianymi żaluzjami. To stamtąd dolatywała muzyka ostrego rock’a lat osiemdziesiątych, lat młodości gospodarzy domu, nagrana na video i po uchyleniu dopiero można było się zorientować, że tajemnicze okno kryje telewizyjny ekran.

Na kanapie leżał czarny, duży i tłusty kot.
Niebawem z ogrodu, poprzez klapę w ścianie, przydreptały – niczym nie zainteresowane – dwa pozostałe koty, niesłychanie wielkie, ociężałe, którym gospodarz domu po wprowadzeniu do łazienki wycierał łapki i sierść włochatym ręcznikiem.
W trakcie, jak zza zamkniętego żaluzją telewizora dobiegał głos Debbie Harry, a zespoł Blondie wpadał w orgiastyczne górne rejestry gitar elektrycznych, gospodarz po dokonanej ablucji kotów, powrócił do stołu i opowiedział swoje kłopoty z szopami.
Raccon, który od dłuższego czasu niszczył okoliczne śmietniki, wdał się w walkę z kotami i mimo ich ogromnych rozmiarów tylko wiatrówka mężczyzny mogła dać mu i jego rodzinie nauczkę.
Tu nastąpił barwny opis konającego szopa, który wskutek nie przeznaczonej do tego celu wiatrówki, wykrwawiał się długo.

Łazienki były dwie, w każdej paliły się świeczki pochłaniające być może zabłąkany tam ludzki zapach, co z góry było i tak niemożliwe, gdyż wszystko naperfumowane – od papieru toaletowego po kosmetyki łazienkowe – wydzielało ostrą woń perfumeryjnego sklepu.
Wanna, która pomieściłaby niezłą orgię na kilkanaście osób, błyszczała w całej okazałości smutna i i pusta, a widoczne liczne otwory rurek sauny, robiły z jej przyjemnościowego charakteru raczej narzędzie medyczne czy wręcz ginekologiczne.

Oszklona ściana, wychodząca na werandę i potem ogród, wraz z sąsiadującymi oknami, wpuszczającymi w ten pochmurny deszczowy dzień i tak masę światła, dawała wgląd na zadbany ogród, budzący się właśnie wiosennie.
Irysy nad sztucznym wodospadem, pompującym z domu w obiegu zamkniętym wodę, były już w pąkach.

Poprzedni właściciel domu umiłował klasycyzm.
Kolumny, podpierały co jakiś czas drewniany strop, wraz z bogatym ornamentem sufitu greckimi liśćmi akantu.
Gospodarz – jak objaśnił – zamalował wszystko białą emalią,. Ten teatralny teraz efekt jedynie dekoracji, a nie egzystencji, nie przełamywało nic, gdyż w mieszkaniu nie było śladu życia.

Podobno sypialnia i jakieś pokoje mieszkalne były w innym skrzydle, ale kto był tego pewien? Czy mieszkańcy wiedzieli o nich? Czy zdawali sobie sprawę z ich istnienia?

Regał książkowy, mimo ich chrześcijańskiej religijnej przynależności, mieścił kilkanaście pozycji w miękkich, kolorowych okładkach amerykańskiej fiction z Dan Brownem na czele.

Muzyka dobiegała nieprzerwanie w kolekcji najbardziej reprezentatywnych utworów zespołów R.E.M, a-ha, The Bangles, Culture Club.

Kolacja, która po zakąskach kontynuowała się tokiem podawanych dań w których znalazły się nawet osobiście zrobione przez gospodynię kule ryżowe zapiekane z żółtym serem, jaśniała w rozlicznych, zapalonych po całym domu świecach w miarę, jak zmierzch ciemniał.

Wtedy wyjęto, po kupionym kremowym torcie na likierze Kahlua i kawie, trzykrotnie fermentowane piwo, zakazane tutaj z powodu przekroczonej ilości alkoholu, jedynie pite w Kalifornii i podano z pływającym lodem.

Za zamkniętymi żaluzjami telewizora miarowo dobiegały dramatyczne głosy rozhisteryzowanych śpiewaków undergroundowych. Muzyka nasilała się w miarę zbliżającej się nocy, a rwane refleksy szczelin drewnianych desek rzucały cień na uważających, aby nie poruszać żadnego istotnego tematu, biesiadujących.
Po piosence REM – „Radio Free Europe” nastąpiła egzystencjalna, późniejsza „Everybody Hurts”.

Wtedy podirytowany nagle muzyką gospodarz domu wstał i ją wyłączył.
Kobieta podeszła do półki i wyjęła domino. Ich ciężkie, białe kostki wszyscy pieczołowicie wyjmowali z pudełka, mieszali i stawiali na dłuższym boku tak, by sąsiadująca osoba nie mogła ich odczytać.
Gospodarz każdemu z uczestników położył na początkowe kostki składane do banku jednocentówki.
Zaczęła się pasjonująca gra w absolutnym skupieniu i ciszy, przerywanej od czasu do czasu okrzykami wzajemnych ponagleń, żalów z powodu braku szczęścia w grze, lub braku zrozumienia jej reguł

Powoli robiło się późno. Jutro musieli jechać do pracy i z żalem kończyli przyjemny wieczór.
Pożegnanie sklamrowali podobnymi uściskami, jakimi rozpoczęli to niedzielne spotkanie.
Gospodarze zdawali się promieniować z zadowolenia, co wyrazili licznymi podziękowaniami i nadziejami na powtórzenie.
Ale czy naprawdę tak było? Kto ich tam wie.

Młodzi wracali w milczeniu w noc. Deszcz przestał padać. Na niebo nagle wyszedł księżyc w pełni i odbił się w wodzie, a wraz z nim całe miasto z nieprzeliczoną ilością kolorowych świateł.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Fernando Pessoa “English Poems, from 36 Sonnetes (1918)” IV przełożyła Ewa Bieńczycka

IV

Ma miłość, a nie ja, jest egoistą.
Moja miłość więcej obiecuje
Niż cię kochać; w twych oczach jestem czystą
Nieskończonością, przyczyną, że żyję.
W kraju mostów, gdzie most to początek
Prawdy wybrzeża, bo czyni spajanie,
Tak też i w całym Świecie każdy związek
jest prawdą, że Miłość, to każdy kochanek.
Ta możliwość otwiera drzwi subtelnie –
Na dowód świata poznania wyraźniej.
Nie my Brakiem Boga, niczym więcej,
Nie Interwałem Możliwości Jaźni.

Jeśli Możliwość stwarza owoc taki,
To nie przypadkiem Prawdy znaki?

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

portrety: Ty

Ty, czyli Taj, jest synem Chińczyka i czarnej Portorykanki.

To mieszanka szczególnie trafna. Jego twarz efeba wyjątkowej urody ma zdobić okładkę numeru poświęconego problemowi AIDS.
Po sesji zdjęciowej przyjechał na kawę. Padał deszcz i było pochmurno, a on wszedł lekko i radośnie po raz pierwszy do domu, jakby się w nim urodził.

Ma dwadzieścia lat, ale wygląda na piętnaście. Blada twarz usiana piegami, odwołuje się jednoznacznie do dziecięctwa i z radosnym, ciągle roześmianym nastrojem powoduje, że jest na zawsze uwikłany w nieruchomym czasie.
Jest jednym z najlepszych tancerzy. Mimo, że Teatr posiada własną szkołę i kształci adeptów, to ten samouk, który uciekł z rodzinnego domu od ojca i braci jako kilkunastoletni chłopiec, przedarł się szybko do czołówki tancerzy.

Ty tańczy jak stoi i tańczy jak idzie. Lekka, mała sylwetka pełna wdzięku w spodniach w panterkę i krzykliwy, haftowany podkoszulek, jest niedbała i wolna od wszelkiej konwencji. Czarne dredy wokół twarzy w kształcie serca jeszcze bardziej dystansują go od konwencji, a pełne usta wprowadzają nieznaczną nutę ordynarności, co powtarza się w wielkich brązowych oczach.

Rozgadał się, porozśmiewał, ponarzekał na swoją dziewczynę, która mieszka w Nowym Jorku. Wszystko go interesuje i bawi.
Odwieźliśmy go w deszcz na drugi koniec miasta, gdzie wynajmuje mieszkanie z dwoma tancerzami.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz