Być może fascynacja Historią, o której Radosław Wiśniewski szczerze opowiada w wywiadzie z Mariuszem Wabikiem na stronie literackie.pl zniszczyła w nim pragnienie bycia prawdziwym jurodiwym. Być może świętość w awatarze Jurodiwego otworzyłaby jego osobowość na prawdziwe szaleństwo, a umiłowana Historia, jako nauka, zamieniłaby się w jego osobistą historię i pozwoliła uprawiać poezję, która jest kategorią sztuki.
Tak się jednak nie stało. Poeta wydaje już swój piąty tomik poezji, w którym w dalszym ciągu poezji jest jak na lekarstwo.
Poeta Jurodiwiec jest sztandarowym przykładem rzetelnego spisywania wszystkiego, co poezją nie jest i to „między”, ta perfekcyjna sztuka produkcji poezjopodobnej, już w tej chwili chroniczna i ugruntowana definitywnie tomikiem zatytułowanym „NeoNoe” zastanawia fenomenem tego braku .
W tych około czterdziestu wierszach, rozpiętych tytułowo między bohaterem Matrixa a bohaterem Biblii, toczy się właśnie historia ludzkości opowiadana przez Wiśniewskiego z wysokości niebotycznej.
I wiadomo, jeśli na barki kogoś, kto poetą nie jest z urodzenia, a z wmówienia, spadnie taka przypadłość, nie wróży to niczego dobrego ani dla autora, ani dla jego utworów. Te śmiertelnie poważne strofy próbują wprawdzie się zdystansować do problemów, z którymi się mierzą, w czym wydatnie pomaga „furtka” hermetyzmu i eufemizmu usprawiedliwiające wszelką demagogię i hochsztaplerkę, to i tak nie da się przez nią uciec przed śmiesznością.
Radosław Wiśniewski w wierszach porusza sprawy, o których nie ma zielonego pojęcia, a jednak porusza je, bo są zewnętrznie ważne. Ta zewnętrzność właśnie stwarza cały czas kostyczny klimat oschłości i niepotrzebności, nie mająca nic wspólnego z poezją religijną miary T.S. Eliota.
Smutne to wszystko, bo czuje się w nich wielki wysiłek autora, tzw. cyzelerkę i jak pisał Tkaczyszyn-Dycki mozół pracy w słowie. I właściwie wszystko zawierają wiersze Radosława Wiśniewskiego, co zawierają zazwyczaj wiersze, ale nie ocalają nas z topieli, a tytułowy Noe arki zbudować nie potrafi.
„(…) to moja ziemia na której wznoszę statek
pachnący żywicą libanu. umiem czytać
wodę z kości. czuję, że coś nadchodzi
po mnie — chociażby i potop.(…)”
[Eremiasz przyjmuje imię Noe]
Eremiasz, czyli Jurodiwiec, czyli autor wznosi ten statek bardzo łatwo i mu on nawet ładnie pachnie. Umie czytać wodę z kości i potrafi wszelkie, prestidigitatorskie sztuczki wykonać, a czytelnik czyta i czyta i oczom nie wierzy.
Bo jak to, myśli sobie czytelnik, czyli ja, jak to jest, że ten biedny Noe, wykonał taką ciężką pracę dla swojej rodziny i zwierząt, a polski poeta sobie tę pracę przywłaszczy i potem ją wyszasta jak Ludwik XV i powie, „po mnie choćby potop”: polskiej poezji nie ma, zniknięta, bo przedstawiciel roczników siedemdziesiąt polskiej poezji, Radosław Wiśniewski kazał ją czytać wodą z kości.
Nie lepiej poczyna sobie drugie wcielenie Eremiasza, czyli Jurodiwca, matrixowy Neo:
„spokojna jest odra i płetwy wielorybów wchodzących
na mieliznę u wejścia cieśniny. tylko oczy bolą
od wypatrywania ziemi i szczekają wilkołaki. karmel
z islandii przesyła pozdrowienia i słowo dla eremiasza(…)”
[Neo-Aenima]
Oczywiście można poezję traktować jako wehikuł dla swojej manii wielkości, dla neurotycznych wcieleń w dawnych i współczesnych herosów. Nic nie staje na przeszkodzie, by wolny duch poety pływał po Odrze na wielorybie.
Ale wszelkie alegorie i metafory miały kiedyś zadanie opowiedzenia czegoś, czego się nie dawało opowiedzieć wprost. Albo groziła śmierć za opisanie np. stosunku analnego za Oscara Wilde’a, albo internat za pisanie obojętnie czego, ale bez pieczątki państwowego cenzora, jak za czasów walki solidarnościowców z reżimem, o którą poeta Wiśniewski, co mówi w wywiadach, mimo młodego wieku się otarł, a ta wymagała konspiracji i różnorakich wcieleń.
Być może ta dziecięca skaza wieku dorastania jest niezatartym ciężarem i jednocześnie piętnem Historii, która Jurodiwcowi+Eremiaszowi+Noemu+Neo, czyli Radosławowi Wiśniewskiemu ciąży od kilku już lat stanowiąc ciężar ponad jego siły.
