Przerwa świąteczna do 1 stycznia 2010 roku.
Sympatykom mojego bloga ślę Życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku.
Pozostałym nie.
Przerwa świąteczna do 1 stycznia 2010 roku.
Sympatykom mojego bloga ślę Życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku.
Pozostałym nie.
Nic się nie robi samo. Czekasz, a entropia wzrasta, pamięć wietrzeje.
Odchodzę z zaniedbania pamięci. Zawsze umieram do końca. Szczęśliwi nie umierają, bo nie mają takiej potrzeby.
Nie każdy jest szczęśliwy, nie każdego można zabić. Mnie można, jestem w zasięgu.
Dnieje.
Kosmos się nie relatywizuje jak kłamstwo po latach, kiedy nikt już nic nie pamięta. Daty, to uwierzytelniony niebyt.
Jestem tylko na czas zabijania. Potem już nikt nie usłyszy jęku.
Wyparcie, to zysk bezsprzeczny.
Kur pieje. To drób grillowany. To szepty.
Jeśli korektor debiutu prozatorskiego Edwarda Pasewicza, Marcin Świetlicki mówi, że „Edward Pasewicz robi rzeczy, których ja nie potrafię…”, to nie jest to powiedziane w sensie, jaki Peter Shaffer włożył w usta Mozarta, zmuszonego kurtuazyjnie powiedzieć Salieriemu, co o jego twórczości myśl.
Marcin Świetlicki w „Trzynaście” zastosował bezpieczną groteskę postmodernizmu, Pasewicz pisze na poważnie nawiązując do egzystencjalizmu. Przypomniała mi ta nostalgiczna, poetycka proza powieści o umieraniu Jeana Reverzego.
Energia powieści wraz z jej weltschmerzem wyczerpuje się w połowie, za to mnożą się opisy już wyeksploatowane. Jednak na tej płaszczyźnie zewnętrzności Edward Pasewicz jest świetny.
To zmysłowy, delikatny obserwator ogarniający z prawdziwym poruszeniem świat obyczajowego przełomu, gdzie Polska młodzież histerycznie zasypuje historyczną przerwę i wchodzi nieświadoma niebezpieczeństw w świat nie pozyskany ewolucyjnie, tylko dany z dnia na dzień gotowy. Dlatego świat ten, z pozoru tylko wolnościowy, z konieczności traktuje jako terapię, a nie jako przyjemnościowy libertynizm.
Jednak Pasewicz w roli pisarza jest równie jak ta młodzież, bezradny i rozpaczliwy.
Zadanie, jakie miał do wykonania na przestrzeni swojej powieści wykonał połowicznie, bo najprawdopodobniej nie miał kodów dostępu do drugiej jej, znaczeniowej części. I dlatego wyszła z tego tylko powierzchnia, czyli lukier, który odebrałam z dużą przyjemnością.
Opisy homoseksualnej młodzieży w klubie „Grzechu warte” mają na celu drążenie sprawy głębiej, by na pytanie, skąd Poznań, znany z milusiej „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz nagle literacko wypełnia się młodymi ludźmi zdeformowanymi złym wychowaniem rodzinnym i szkolnym, a najprawdopodobniej też lekturą Pani Musierowicz. Mamy tam, nie jak recenzenci chcą, kontynuację katalogu ciot polskich „Lubiewa” Michała Witkowskiego, którzy poprzez wolność seksualną szukali dróg wyjścia z komunistycznego reżimu, ale ofiary dzisiejsze, jednak nie historii, tylko polskiego zaniedbania rodzin i narodowej głupoty.
Wiwisekcję Pasewicz przeprowadza bardzo pomyślnie i skutecznie doprowadzając czytelnika do prawdziwego mordercy – delikatnego, utalentowanego, młodego człowieka, syna notariusza, który jest przyjacielem dawniej milicjanta, teraz policjanta – do rodziny polskiej, pasionej Radiem Maryja i policyjnymi kryminałami amerykańskimi, gdzie lisia podmiana milicjanta na policjanta nastąpiła błyskawicznie. Zapomniano, że policjant w krajach cywilizowanych to zawód, w reżimach państwowych to wyłącznie aparat opresji. Zapomniano, że katolicyzm natychmiast po upadku komunizmu przejął schedę po nim i zabrał urobionych w nim niewolników w swe posiadanie, jako dyspozycyjny, zdeformowany i spodlony naród.
Rysy masochistyczne popsutych chłopców, których seksualność uległa skwaśnieniu, wykrzywieniu i nieodwracanej autodestrukcji, o psich, niewolniczych zachowaniach, determinują cały mikroświat poznańskich homoseksualistów. To nie są, jak Guillermo Cabrera Infante opisuje w „Mea Kuba” rajskie ptaki Hawany, które Fidel po 1958 roku wtrącił do więzień i powysyłał tratwami do Miami, by obłocić i zeszmacić im skrzydła.
To ludzie od początku bez skrzydeł, skarleni, spsiali, a seksualność wyzwolona jest estetycznie, by nakarmić jedynie „dafnie” Eminencji.
Smutek bije z darkroomu, który nie jest żadnym wyzwoleńczym ciemnym pokojem, gdzie ma następować uwolnienie od traumy i zahamowań osobowościowych. Darkroom jest jeszcze większą pułapką, niż bezpieczne przebywanie na obrzeżach pokoju księdza-Eminencji, który przychodzi tu tylko po to, by grzać się w cieniu pokusy. A tam czeka tylko śmierć. I to nie spektakularna śmierć w Wenecji, jak chciałby autor, ale bardzo prowincjonalna śmierć w Poznaniu, gdzie w duchu tradycji wielkopolskiej pozytywistycznej pracy próbują kapitaliści zagospodarować ekonomicznie, a nie artystycznie, rodzimych gejów ubierając ich w firmowe bokserki.
Wielki wysiłek Edwarda Pasewicza by wejść do wnętrza powieści nie powiódł się, ponieważ najprawdopodobniej pisarz nie jest świadomy tego, co opisuje. Stąd być może tak doskonały materiał, jaki ma do dyspozycji marnuje na bezpieczne dreptanie wokół tematu, przypatrywanie się, smakowanie i bardziej jest tym powieściowym asekurantem Eminencją, niż Igorem, czy jego powtórzeniem, Marcinem Zielonym.
Jestem wdzięczna autorowi za udostępnienie światów, mam nadzieję, z pierwszej ręki. Są też zaakcentowane bardzo wartościowe tropy naprowadzające na pułapkę, w której tkwi młodzież skupiona wokół bywalców klubu „Grzechu Warte” na przykładzie ni to balangi, ni to orgii, gdzie u chłopaka o imieniu Łucja spotykają się niemal wszyscy poznani w książce poznaniacy.
Jednym z tych tropów jest sens wyzwoleńczej zabawy, mającej cechy obozu koncentracyjnego uczestników do niej gwałtem zmuszonych, gdzie darkroom rozciąga się na cały Poznań, jest seksualnym więzieniem, a homoseksualiści w nim zamknięci spałowani przykładnie na nielegalnym marszu równości w 2005 roku i przyuczeni, by w rytm policyjnej pałki posłusznie ssali i wkładali członki kakaowym chłopcom w swoim zamknięciu i nigdy nie wchodzili w linię ciosu fal Radia Maryja.
Pewnych rzeczy się nie robi, nawet jak się potrafi porządnie je wykonać.
Absolwent polonistyki, który ukończeniem Uczelni został zweryfikowany na okoliczność znajomości polskiego języka niekoniecznie automatycznie jest artystą, czyli kimś, kto z liter potrafi stworzyć nowe byty duchowe i mentalne.
Motywacja dorabiania do pensji pisaniem wieczorami kryminałów warta jest rozwikłania. Powód, dla którego Jarosław Klejnocki napisał i wydał trzecią swoją nieudaną książkę w kategorii literatury pięknej i na dodatek wyda już niedługo, jak czytam w Gazecie Wyborczej, następną, jest godny wszczęcia dochodzenia detektywistycznego.
Moją hipotezą jest przypuszczenie, że uznani pisarze polscy średniego pokolenia wydają, by nie mógł wydawać nikt inny. Podczas gdy cały świat wydaje mnóstwo książek tylko po to, by w tej masie znalazły się też arcydzieła, to polski rynek wydawniczy nastawiony jest właśnie na to, by zatkać kanał wydawniczy tak, by już żaden utalentowany pisarz nie mógł nic wydać, bo budżet państwowych dotacji zostaje zużyty na nich.
To, że nikt nie chce czytać nawet komercyjnych utworów tych pisarzy i że wydawnictwo nic nie zarabia, można zawsze zwalić na głupie społeczeństwo, które się na kryminałach nie zna.
Czytam tak o intencjach artystycznych Jarosława Klejnockiego przytoczonych przez Dariusza Nowackiego:
„(…) “Przylądek pozerów” nosił asekuracyjny podtytuł “powieść antykryminalna”. Podówczas Klejnocki szukał formuły dla swoich lekkich opowieści, wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że tradycyjny, pełnokrwisty kryminał to gatunek martwy. Można go ożywić tylko poprzez krzyżowanie konwencji(…)”.
Obserwujemy na całym świecie renesans powieści detektywistycznych. Postmodernizm wręcz sobie ten gatunek umiłował. Doskonale napisane, nowocześnie, powieści takie nie mają wprawdzie nic wspólnego ze sztuką, natomiast powodują w czytelniku, smakoszu tego gatunku, pożądane dreszcze.
W „Południku 21” niczego z tych światowych tendencji nie ma.
„Południk 21” to powieść wprawdzie oparta na schemacie „Kodu Leonarda da Vinci”, ale nie wiadomo, po co.
Jeśli Dan Brown napisał rzecz o znanej w całym świecie cywilizowanym historii domniemanej kochanki Pana Jezusa, która tajemniczo nie znalazła się w tej roli w żadnej z czterech ewangelii, by powstający Kościół mógł przejąć kontrolę nad ludzką seksualnością, to Klejnocki na polskim podwórku skromnie wysnuwa w swoim kryminale przypuszczenie, że Polak mógł być głównym bohaterem sławnej powieści francuskiej, a nie był.
Nie mam pojęcia, jak Klejnocki chciał zuniwersalizować ten fakt.
Juliusz Verne nagle wycofał się z pomysłu umieszczenia Polaka w swoim cyklu powieściowym o Kapitanie Nemo, była to z pewnością szybka decyzja pisarza, twórcy tak ogromnej spuścizny, bo każde wahanie było dla niego stratą czasu. To, że zamienił swojego bohatera z polskiego powstańca z pierwotnego pomysłu na Hindusa, wymaga, według Klejnockiego rozwinięcia tego powodu na kilkudziesięciu stronach. To, że Jarosław Klejnocki zmienia fakty historii literatury na rzecz wymyślonych sensacji, jest niepojęte.
Wiadomo z biografii Verne’a który był antysemitą i jak każdy sadysta, tchórzem, że wycofał się z pomysłu uczynienia Kapitana Nautiliusa Polakiem ze strachu przed wydawcą, który nie chciał psuć sobie dobrych stosunków z rządem francuskim zaprzyjaźnionym z Carem. Niewiele ten fakt mówi sympatykom Verne’a, których jest na świecie mnóstwo. Verne jest pisarzem modnym w dwudziestym pierwszym wieku, ale zupełnie z innych powodów.
Autor szydzi na końcu powieści z nadgorliwości dociekań win naszych przodków. Kolaboranci w polskim społeczeństwie, uważa autor, są napiętnowani nadmiarowo, jak Żydzi w nazistowskich Niemczech do kilku pokoleń wstecz.
Ciężki, nieprawdziwy powód morderstwa, do niczego nie wiodący, niczego nie uzmysławiający poza tym, że autor „Południka 21” jest najprawdopodobniej przeciwny lustracji i teczkom, ujawnieniu, kto na kogo donosił w PRLu i pokazany jest przy pomocy kolejnego wcielenia Borewicza.
Komisarz Ireneusz Nawrocki, niezdara zakochany po uszy w swojej żonie, pozlepiany, jak Frankenstein z różnych skrawków „mocnych policjantów”, jest przede wszystkim toksyczny.
Autor wierzy, że czytelnik jest po jego stronie, że też by sadystycznie zastrzelił kogoś, kto porwałby mu żonę i dziecko i trzymał w luksusowej willi przez kilkanaście godzin.
Autor też wierzy, że czytelnik będzie rył ze śmiechu, jak zobaczy imiennika autora powieści, doktora Klejnockiego w więzieniu, który przechytrza głupią jak zawsze, policję. Że czytelnik jaśniejszy zacierać będzie rączki, jak przeczyta o Łysku i zaraz w swoim niewielkim rozumku pojmie, że to chodzi o Waldemara Łysiaka. Ach, i ten ukłon w kierunku Sierakowskiego i Dunina-Wąsowicza.
„Południk 21”, to nie jest nawet ten „sposób”, jaki zastosował Niziurski w „Sposobie na Alcybiadesa”, gdzie mimo wszystko, uczniowie dzięki fortelowi coś zyskiwali.
Tu czytelnik nie dostaje w zamian za oddanie kilku godzin życia na lekturę, absolutnie nic. Cały elaborat o sekcie sztyletników, która, jak AK w czasie II wojny światowej była grupą terrorystyczną przeciwko okupantowi, jest tak nieciekawy i nieinteresujący, a zarazem tak szkalujący pamięć walk narodowowyzwoleńczych Polaków pod zaborami, ich szlachetnych rozpaczliwych działań, że nie mam pojęcia, dlaczego pedagog licealny niszczy nasz narodowy mit w tak nieprzyjemny sposób.
I ta Ukrainka Oksana Tatarczuk, ten kobiecy bohaterski policjant, który wyciąga kolegę z delirium przy pomocy nieformalnych, jak dr House, wybiegów. I ten cały czas ton policyjnego heroizmu, pracy źle opłacanej, ten niezdecydowany ton ni to czarnego kryminału w stylu egzystencjalnego Simenona, ni to produkcyjniaka w stylu soc, jak to ciężko harują służby, by obywatel czuł się bezpiecznie.
Miałam nadzieję chwilami, że chociaż, tak jak Tyrmand w „Złym”, pokaże Klejnocki kawał dzisiejszej Warszawy, coś zauważy. Ale opis zabawy kilkuletniego Jasia w kulkach w sklepie „Smyk” nie jest doświadczeniem epoki i jej przemian.
Jeśli Jarosław Klejnocki nie posiada krzty samokrytycyzmu, jak może trafnie wypowiadać się na łamach pism i na portalach literackich? Czy nie jest to mord na literaturze współczesnej?
Jak to możliwe, że jest na dzisiejszej scenie krytycznoliterackiej ważnym, opiniotwórczym głosem, od którego opinii zależy ocena pracy pisarzy, którzy nadchodzą?
I skoro Jarosław Klejnocki tak współczuje oficerom policji, że za marną pensję tak ciężko pracują, że nie mają nawet na przyzwoity alkohol, to może lepiej wpłynąć na Wydawnictwo, by drukowało ich kryminały pisane po pracy w ramach polepszenia budżetu domowego?
Robiliby to z pewnością lepiej, niż akademiccy profesorowie.
Nie szlachetniej byłoby ustąpić profesjonalistom pola polskiej literatury kryminalnej?
Zestawiam dzisiaj te dwa utwory w czasie, gdyż obrzydliwość męskiej części internautów wypowiadającej się publicznie na literackich forach osiągnęła swoje apogeum, a dzisiejsza nienawiść do kobiet jest pozornie tylko nowocześnie irracjonalna i pozornie wolna od wpływu czasów minionych.
„Utracona cześć…” to krótkie opowiadanie obyczajowe, a drugi utwór to sensacyjna, gruba książka.
Pierwsze powstało w ubiegłym wieku, drugie teraz. Zastanawiając się nad powinowactwami tych dwóch wypowiedzi literackich powstałych w różnych czasach można powiedzieć z całą pewnością, że dotyczą głębokiej nienawiści mężczyzn do kobiet na tle seksualnym.
Heinricha Bölla w komunistycznej Polsce spolszczono szybko, ponieważ był dla reżimu komunistycznego wygodny. Opowiadanie jest o służącej, która wskutek pomówień i kłamstw brukowca naruszającego jej intymność dopuszcza się zabójstwa na dziennikarzu, swoim dręczycielu. Mówi oprócz interpretacji politycznych i społecznych, że wszelkie aluzje do kobiecej sfery seksualnej są jej poniżeniem, a dla mężczyzny dumą z tego, że może ją poniżyć.
Opowiadanie kończy mowa pogrzebowa nad zabitym przez kobietę mężczyzną, pełna hipokryzji, czyniąca z niego bohatera walczącego o wolność prasy i uwięzieniem poniżonej Katarzyny.
Oczywiście w polskim, zdezorientowanym czytelniku, jak i widzu filmu Schlöndorffa o tym samym tytule, mógł w latach siedemdziesiątych budzić zdziwienie cały konflikt o jakąś cześć nieważnej kobiety.
Jednak nagłośniona wtedy „Utracona cześć Katarzyny Blum” wygrywała manipulacją jeszcze jeden cenny dla komunistycznej propagandy atut: mówiła o tym, że źle się dzieje w społeczeństwach demokratycznych, że nasz, kontrolowany model społeczny jest o niebo lepszy, ponieważ dzięki całkowitej utracie obywatelskiej wolności, coś podobnego, czyli zrobienie z dziewczyny ostatniej wywłoki dla podniesienia sprzedaży pisma brukowego nie może zaistnieć. Nie może, gdyż pisma są dotowane przez państwo, które wie lepiej, na co wydatkować swoją energię. Janusz Anderman w „Całym czasie” modelowo pokazuje, jak manipuluje się osobą ważną:
„(…)Otworzyła szufladę i z tekturowej teczki wyjęła wycinek.
— Niech pan posłucha, jak cenzura pokazuje tego Bukowskiego. Niech pan uważnie słucha, będzie pan mógł sobie ocenzurować cenzurę. To jest przedruk z ruskiej gazety, ukazało się u nas. Tutaj już się nie da tak pisać, bo ludzie mają znacznie lepszą orientację niż tam. Dzięki takim jak pan. Więc nawet się zdziwiłam, że kazali to u nas wydrukować. Niech pan posłucha fragmentów. To jest niesamowite, że można tak stworzyć człowieka na nowo, tak wykreować. Nikt nie zna właściwej odpowiedzi na to pytanie, które zaprzątało umysły uczonych już w czasach doktora Fausta. Rychło jednak zobaczymy homunkulusa. W politycznej probówce. Probówka owa ma właściwości szkła powiększającego i dlatego maleńki człowieczek znajdujący się w niej wydaje się większy niż w rzeczywistości. Ukończywszy szkołę, Bukowski, ku wielkiemu zdziwieniu swoich kolegów z klasy, przyjęty został na moskiewski uniwersytet. A było się czemu dziwić — wśród kolegów przysłowiowa stała się tępota tego, na pierwszy rzut oka, bystrego chłopca. Bukowski, osiągający bardzo złe wyniki w nauce, znacznie poniżej przeciętnej, usunięty został już w trakcie pierwszego roku. Z własnej winy postawiony poza nawiasem studenckiej społeczności, dzisiaj skreślenie z listy słuchaczy chciałby przypisać swoim poglądom politycznym. Tylko że o owym czasie Bukowski nie miał żadnych poglądów. Poszedł więc utartym szlakiem zawodowych wałkoniów: zaczął skupować papierosy, gumę do żucia i odzież od cudzoziemców, a następnie odsprzedawał je trzykrotnie drożej amatorom importowanych towarów. Znaleźli się jednak cudzoziemcy, którzy podpowiedzieli mu, że można dobrze zarabiać na „odmiennym myśleniu”. Pomogli mu nawiązać kontakty ze Związkiem Narodowo Pracowniczym, organizacją na Zachodzie, która w latach drugiej wojny światowej finansowana była przez nazistów Hitlera. Ludzie z NTS wyróżniali się szczególnym okrucieństwem w stosunku do ludności radzieckich terytoriów czasowo okupowanych przez faszystów i do dziś za główny cel swojej działalności uważają obalenie ustroju radzieckiego. Bukowski zaczął otrzymywać od NTS wywrotową literaturę i kolportował ją po kraju. Nie tyle „odmiennie myślał”, ile „odmiennie działał”, a to już było sprzeczne z radzieckim kodeksem karnym. Trzykrotnie stawał przed sądem i trzykrotnie sąd uznawał go winnym działań na rzecz przygotowań do obalenia władzy. Po raz pierwszy kiedy miał niewiele więcej niż dwadzieścia lat. Eksperci psychiatrzy uznali go wówczas za psychicznie anormalnego i w końcu został oddany pod kuratelę rodziców.
To jest bardzo dobre — pomyślał A.Z. — To daje czytelnikowi do myślenia. Gdyby u nas ktoś chciał napisać o mnie, daleko bym zaszedł. Jak to zrobić? Jak do tego doprowadzić?
— Po raz drugi sąd moskiewski skazał go za zorganizowanie zbiegowiska awanturników na placu Puszkina — ciągnęła lekarka. — W 1972 roku był sądzony po raz trzeci. Do tego czasu jego działalność w organizowaniu terroru nabrała bardziej ostrego charakteru. Jest podły w myślach i postępkach, chciwy, za pieniądze gotów na wszystko — tak charakteryzują go ci, którzy dobrze go znają. Wywarł przykre wrażenie nawet na administracji obozu na Uralu, na ludziach, zdawałoby się, przyzwyczajonych do najtrudniejszych przypadków. Odbywał tam karę wraz z innymi skazanymi, z których wielu sądzonych było za pospolity bandytyzm. Administracja obozu miała wiele powodów do skarg na zachowanie się Bukowskiego, tym bardziej że system odbywania kary był tu łagodny. Więźniowie mieszkali w dobrych warunkach, w budynkach hotelowych. Poruszali się bez opieki strażników, dysponowali swoją biblioteką, klubem, sklepem, łaźnią i zakładem fryzjerskim. Bukowski podburzał bandytów do organizowania zamieszek i ucieczek. W końcu administracja obozu została zmuszona do postawienia go przed sądem, który postanowił zmienić system odbywania kary przez Bukowskiego z obozowego na więzienny. Bukowski wiedział, że im bardziej aktywnie będzie się zajmował działalnością wywrotową, tym więcej pieniędzy będzie płynąć do niego zza granicy. Na zagranicznych mocodawcach wywarł wielkie wrażenie swoim hałaśliwym oświadczeniem, które zaczęto nazywać „Credo Bukowskiego”: „Walczyć z władzami drogą terroru. Metoda pierwsza — fizyczne unicestwianie: wieszać na latarniach, rozstrzeliwać, dusić”. W latach sześćdziesiątych utworzył specjalną grupę. Zagranicę poinformował, iż utworzył „jednolity front” mający na celu dokonanie przewrotu państwowego. Przyjaciele Bukowskiego regularnie wyjeżdżali do lasu na treningi strzeleckie, uczyli się zabijać. W działalności Bukowskiego nie tylko nie było krzty ideowości, lecz od prymitywnych występków kryminalnych ewoluował on aż do jawnego bandytyzmu — czytała lekarka, chodząc.
— To musi być wyjątkowy człowiek, ten Bukowski, ale dalej wynika z tego tekstu, że znalazł się na Zachodzie. Domyślam się, że go wydalili z kraju. Zastanawiam się, w jakim stopniu władza radziecka wytresowała swoich obywateli. Czy oni wierzą w słowo pisane, czy śmieją się, kiedy czytają, że groźny terrorysta i bandyta ćwiczący swoje oddziały w sztuce zabijania komunistów znalazł się nagle tam, po drugiej stronie? Po tym, jak piszą, z każdym dniem coraz trudniej będzie bronić tej „drugiej twarzy” Bukowskiego, który uważa się niemal za poetę. Już pierwsze jego występy przed zachodnim audytorium obnażyły półanalfabetę i nieuka, mówiono, że złośliwość usiłuje się nam przedstawić jako temperament bojownika.
A.Z. słuchał bardzo uważnie.
— Parę razy to czytałam — powiedziała lekarka.
— Wyobraża pan sobie? Bo ja nie mogę. Poza wszystkim to interesujące z punktu widzenia psychiatrii. Jeśli nie kontroluje się władzy i cenzury i one kreują takie samodzielne byty, to mnie ciekawi, czy tak stworzone postaci przejmują jakieś cechy, które im się przypisuje. I czy ludzie z ich najbliższego otoczenia mogą ulegać sugestiom takiej propagandy. A jeśli, to w jakim stopniu? To mnie frapuje. Żyję tym, marzy mi się przewód doktorski na ten temat. Ale gdzie ja mam czas na takie fanaberie. A ten Bukowski? Słyszał pan o nim, kto to jest?
— Dysydent. Poeta — powiedział A.Z., bo tyle mógł wywnioskować z tego, co przeczytała. — Cóż, wydalili go za działalność opozycyjną, żeby mieć święty spokój. On na Zachodzie jest mniej groźny niż u siebie, na miejscu. Ruska władza trzęsie się ze strachu przed słowem drukowanym, nawet na maszynie do pisania.
— Czytał pan jego wiersze? Trafił pan może gdzie na nie? Ciekawa jestem, jakie są, że Związek Radziecki aż tak się go boi.(…)”
Takie mniej więcej problemy, jak ten przytoczony przez Janusza Andermana o Władimirze Bukowskim frapowały dziennikarstwo PRLu lat siedemdziesiątych natomiast cześć jakiej Katarzyny, była nieistotna.
Mija niemal pół wieku i Polska odrabia, jak zimujący uczeń obyczajowe zaległości. W sieci literackiej odzywa się czkawką zapóźniony sposób wytracania kobiecej czci, z powodów różnorakich, równie podłych i niskich, o wiele trudniejszych dla wszelakich Katarzyn, które w dalszym ciągu nie mają możliwości obronienia swojej czci, ponieważ stają się pastwą różnych sieciowych anonimów. Dzisiejsze nicki internetowe, w starej epoce ubogo obsługiwane jednym nickiem „Życzliwy”, otrzymały szlachetną nazwę „maski”, „awatara”, „wielości tożsamości”. Jak zwał, tak zwał, dla mnie internetowy nick zawsze będzie obrzydliwym typem spod dziesiątki, który lubieżnie z gazet wycina litery i wysyła z podpisem „życzliwy”.
Natomiast dlaczego jest możliwe skrzywdzenie tak dotkliwe kobiety, jeśli już energia obywatelska nie musi iść w stwarzanie całkiem nowych tożsamości dla opozycjonistów, by ich skompromitować, mówi szwedzki pisarz Stieg Larsson w swojej powieści i w sfilmowanym na jej podstawie obrazie „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”.
Na to pytanie próbuje odpowiedzieć na przykładzie dziejów dorosłej już Pippi Långstrump.
Pipi jest samodzielna, inteligentna i utalentowana, jest genialną hakerką z rozpoznanym autyzmem i zdiagnozowanym matołectwem. Alienacja społeczna jej życia indywidualnego nastąpiła już właściwie na stronach książki Astrid Lindgren, teraz Pipi ukrywa swoją prawdziwą naturę z różnym skutkiem, ponieważ świat męski jest o wiele silniejszy od tej rachitycznej dziewczyny. W dwudziestym pierwszym wieku Pipi zamienia konia na motocykl, zabawki na komputer, opowiadanie na absolutne milczenie. I dzięki takiej strategii wykrywa nie wykryte przez policję męskie złe czyny, przerywa ich trwanie, mało, unicestwia mordercę torturującego i zabijającego kilka kobiet rocznie w swojej willi i na dodatek wykrywa, dlaczego mężczyźni nienawidzą kobiet.
Rozszyfrowanie zagadki powoduje zdemaskowanie całej rodziny mordercy, w której ojcowie uczyli synów zabijania i gwałcenia.
Odpowiedzią na tytułowe filmowe pytanie byłoby więc jedno słowo: tradycja.
Tradycja komunistyczna i faszystowska żyje wśród nas, poprzez przekazywanie sobie z ojca na syna nienawiści i umiejętności zabijania.
Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet w polskiej Sieci internetowej są więc po prostu tradycjonalistami.