Po nagrodzonych „Pręgach” Wojciech Kuczok uwierzył, że jest dobrym scenarzystą, bo przecież nie nagradza się złych scenarzystów.
Najprawdopodobniej duet Kuczok – Piekorz będzie już zgarniał wszystkie nagrody filmowe w Polsce do końca świata i trzeba się z tym pogodzić.
Mimo wszystko, solo Kuczoka jest zawsze o wiele ciekawsze i czytając „Senność” miałam na uwadze jednostkowy trud uczciwego budowania postaci i zmagania się z fikcyjną materią literacką, o czym trafnie napisał w recenzji w GW Dariusz Nowacki i nie chciałabym tego tutaj powtarzać. Natomiast coś, co niewspomagane kolejnymi osobowościami – reżysera i aktorów – toczy się na planie filmowym już oddzielonym od pisarza życiem, bezwstydnie obnaża słabość pierwowzoru i zamiast maskować – uwydatnia.
Film złożony jest z modnych stereotypów polskiej rzeczywistości medialnej i entuzjazm widzów, którzy czują się w swoim intelektualnym lenistwie swojsko, bo na ekranie pokazał się Kiepski (Andrzej Grabowski) trzymający w ręce za pompony sztrykowanego pudla owijającego wódkę, jest uzasadniony. Można ryć ze śmiechu z senatora, który w swoim przerysowaniu kibica sportowego siedzi przed telewizorem w dziwacznej czapce. Można ryć, gdy wizytujący syna rodzice natrafiają w otwartych drzwiach na nagiego kochanka syna, który wchodzi w kadr filmu w całej swojej męskiej okazałości. Ale kto ryje? Kto wierzy w te naciągane powody takich nieprawdopodobnych scen, kręconych przecież w konwencji realistycznej, mało, w aspirowaniu do moralitetu, w przesyłaniu widzowi przestrogi, by nie spał, nawet, jak jest chory na narkolepsję.
Świat się śmieje z niewybrednych dowcipów, bo taki jest świat i takiemu światu schlebia reżyserka Magdalena Piekorz, która już kolejnym filmem udowodniła absolutny brak słuchu filmowego, smaku, a przede wszystkim artyzmu.
Film, podobnie zresztą jak i książka, kręci się wokół tematów modnych i wziętych. Wziętych przede wszystkim z kina czeskiego, mimo, że konwencja altmanowskiego „Na skróty” jest cały czas obecna, ale myślę, że odgapienie konstrukcji filmu, jest właśnie czeskie. Wyszedł więc film jak czeska biżuteria z Jablonexu imitująca prawdziwą biżuterię, wykonany naprawdę perfekcyjne. Doskonały był casting, aktorzy zagrali świetnie, plenery wzięte z miejsc obok mojego mieszkania, jak i nasz przepiękny dworzec malowniczo sfilmowany wprowadza samoistnie w śląski klimat wszelkiej obrzydliwości, na której, jak na podkładzie pudrowym do makijażu uszminkowane są dopiero trzy wątki: lekarza, bankiera i pisarza. Sekundują im żony, teściowe i kochanki w całym bogactwie swojej cudaczności ludzkiej aberracji.
Katalog dziwaczności nie ma nic wspólnego z dowodem na to, że ludzkość się wykrzywia, parszywieje, czy niepokojąco zmienia swoje zachowania w kierunku samounicestwienia. Nic podobnego. Film kończy się happy endem. Wiejski „Kiepski” nie rzuca się z siekierą na przybyłych pod jego dach dwóch homoseksualistów, z których jeden jest jego synem. Słynną aktorkę Różę, wyjałowioną na wyuzdanych potrawach kulinarnych, na których przyrządzaniu wytraca czas, wysmakowana publiczność złakniona jej duchowości, jej nie wygwiżdże, gdy wróci na deski teatru.
No i te prochy dobrze zapowiadającego się pisarza, którego pożarł rak wskutek toksyczności teściów wyrzucane są w ilości tak wielkiej, że zasnuwają niebo. Widocznie obrócenie w proch wielkiego potencjału artystycznego metaforycznie daje do zrozumienia widzowi, że polski intelektualista, pisarz, który wydał drukiem swoją pierwszą książkę, jest w stanie świadomie wejść do rodziny pozbawionej wszelkich potrzeb intelektualnych i nawet z nią zamieszkać. Ale nie wszystkim pisarzom udaje się tak łatwo, jak filmowemu Robertowi (Krzysztof Zawadzki) ze swoich decyzji życiowych zrezygnować.
Najczęściej zięciowie takich senatorów (Marian Dziędziel) piszą, wydają i mają się zdrowo.


