Scenarzysta Kuczok II („Senność” 2008)

Po nagrodzonych „Pręgach” Wojciech Kuczok uwierzył, że jest dobrym scenarzystą, bo przecież nie nagradza się złych scenarzystów.
Najprawdopodobniej duet Kuczok – Piekorz będzie już zgarniał wszystkie nagrody filmowe w Polsce do końca świata i trzeba się z tym pogodzić.

Mimo wszystko, solo Kuczoka jest zawsze o wiele ciekawsze i czytając „Senność” miałam na uwadze jednostkowy trud uczciwego budowania postaci i zmagania się z fikcyjną materią literacką, o czym trafnie napisał w recenzji w GW Dariusz Nowacki i nie chciałabym tego tutaj powtarzać. Natomiast coś, co niewspomagane kolejnymi osobowościami – reżysera i aktorów – toczy się na planie filmowym już oddzielonym od pisarza życiem, bezwstydnie obnaża słabość pierwowzoru i zamiast maskować – uwydatnia.

Film złożony jest z modnych stereotypów polskiej rzeczywistości medialnej i entuzjazm widzów, którzy czują się w swoim intelektualnym lenistwie swojsko, bo na ekranie pokazał się Kiepski (Andrzej Grabowski) trzymający w ręce za pompony sztrykowanego pudla owijającego wódkę, jest uzasadniony. Można ryć ze śmiechu z senatora, który w swoim przerysowaniu kibica sportowego siedzi przed telewizorem w dziwacznej czapce. Można ryć, gdy wizytujący syna rodzice natrafiają w otwartych drzwiach na nagiego kochanka syna, który wchodzi w kadr filmu w całej swojej męskiej okazałości. Ale kto ryje? Kto wierzy w te naciągane powody takich nieprawdopodobnych scen, kręconych przecież w konwencji realistycznej, mało, w aspirowaniu do moralitetu, w przesyłaniu widzowi przestrogi, by nie spał, nawet, jak jest chory na narkolepsję.
Świat się śmieje z niewybrednych dowcipów, bo taki jest świat i takiemu światu schlebia reżyserka Magdalena Piekorz, która już kolejnym filmem udowodniła absolutny brak słuchu filmowego, smaku, a przede wszystkim artyzmu.

Film, podobnie zresztą jak i książka, kręci się wokół tematów modnych i wziętych. Wziętych przede wszystkim z kina czeskiego, mimo, że konwencja altmanowskiego „Na skróty” jest cały czas obecna, ale myślę, że odgapienie konstrukcji filmu, jest właśnie czeskie. Wyszedł więc film jak czeska biżuteria z Jablonexu imitująca prawdziwą biżuterię, wykonany naprawdę perfekcyjne. Doskonały był casting, aktorzy zagrali świetnie, plenery wzięte z miejsc obok mojego mieszkania, jak i nasz przepiękny dworzec malowniczo sfilmowany wprowadza samoistnie w śląski klimat wszelkiej obrzydliwości, na której, jak na podkładzie pudrowym do makijażu uszminkowane są dopiero trzy wątki: lekarza, bankiera i pisarza. Sekundują im żony, teściowe i kochanki w całym bogactwie swojej cudaczności ludzkiej aberracji.

Katalog dziwaczności nie ma nic wspólnego z dowodem na to, że ludzkość się wykrzywia, parszywieje, czy niepokojąco zmienia swoje zachowania w kierunku samounicestwienia. Nic podobnego. Film kończy się happy endem. Wiejski „Kiepski” nie rzuca się z siekierą na przybyłych pod jego dach dwóch homoseksualistów, z których jeden jest jego synem. Słynną aktorkę Różę, wyjałowioną na wyuzdanych potrawach kulinarnych, na których przyrządzaniu wytraca czas, wysmakowana publiczność złakniona jej duchowości, jej nie wygwiżdże, gdy wróci na deski teatru.
No i te prochy dobrze zapowiadającego się pisarza, którego pożarł rak wskutek toksyczności teściów wyrzucane są w ilości tak wielkiej, że zasnuwają niebo. Widocznie obrócenie w proch wielkiego potencjału artystycznego metaforycznie daje do zrozumienia widzowi, że polski intelektualista, pisarz, który wydał drukiem swoją pierwszą książkę, jest w stanie świadomie wejść do rodziny pozbawionej wszelkich potrzeb intelektualnych i nawet z nią zamieszkać. Ale nie wszystkim pisarzom udaje się tak łatwo, jak filmowemu Robertowi (Krzysztof Zawadzki) ze swoich decyzji życiowych zrezygnować.
Najczęściej zięciowie takich senatorów (Marian Dziędziel) piszą, wydają i mają się zdrowo.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 21 komentarzy

“CUBA” str. 37

038

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Obrzydzenie (8) „Mała Moskwa” (2008)

Obrzydzenia jest aż nadto i jeśli ktoś może odczuwać jego niedosyt, to tylko od strony rzetelności historycznej i obyczajowej, ukazanej w filmie w Legnicy lat sześćdziesiątych, zwanej Małą Moskwą.
„Ostatni prom” Waldemara Krzystka oglądałam dwadzieścia lat temu z ulgą, że jest w Polsce ktoś, kto potrafił nakręcić coś prywatnego o zupełnie nieprywatnej sprawie, jakim było wprowadzenie stanu wojennego i związanego z tym obrzydliwym zachowaniem się rodaków. Obrzydliwości obywatelskiej doświadczałam ze strony pokoju nauczycielskiego we wrześniu 1981 roku, gdy rozpoczynałam pracę w szkole podstawowej, jako nauczyciel plastyki i te same osoby, które jesienią strajkowały z własnoręcznie uszytymi opaskami Solidarności, w grudniu witały stan wojenny z entuzjazmem. I Waldemar Krzystek w filmie moje obserwacje potwierdził.

Natomiast „Mała Moskwa” to przeddzień wejścia wojsk radzieckich do Czechosłowacji w 1968, a więc też wojna i moment historyczny najobrzydliwszy z możliwych, ponieważ czyniony polskimi rękami i wojskami stacjonującymi właśnie w Legnicy. Legnicę Krzystek opisuje w filmie niejednokrotnie z autopsji, której doświadczał oczami dziecka. Fascynacja chłopięca zamienionym na zonę militarną miasteczka zniewolonego obcą armią, gdzie twórca filmu dorasta, gdzie, jak mówi reżyser w wywiadzie – Ruscy bali się Polaków, a Polacy Ruskich nienawidząc się z jednakową pogardą – udziela się filmowi, co Tadeusz Sobolewski nazywa resentymentem. Jak zwał tak zwał, ale właśnie kicz i sentymentalizm tego filmu jest jedyną formą właściwą dla odmalowanie tych czasów, tak jak i każde militaria i każda wojna, każda scena batalistyczna w malarstwie.

Nie wierzę, by dało się o czymś podobnym opowiedzieć bez obrzydliwości szmiry i schematu związanego z takim tematem.
Mamy więc romans na tle historycznym tak obrzydliwym, że trudno o większy. Same koszary doprowadzają widza do mdłości jak i wodzenie kamerą po ozdóbkach propagandowych wykonanych przez wojskowych plastyków, portrecie Dzierżyńskiego, groteskowych mundurach radzieckich z charakterystycznymi, nieharmonijnymi czapkami, a przede wszystkim idealnie dobranymi aktorsko twarzami radzieckich oficerów.
I w tym wszystkim ufna Wiera, jakby wyskoczyła z poematu Puszkina, słowiańska dusza, delikatna, szlachetna i eteryczna, egzaltowanie śpiewająca pieśń Demarczyk i szlifująca ją z kochankiem na festiwal do Zielonej Góry. Ta kobieca postać jest dysonansem nie tyle obcym w tym zimnym piekle, co zdumiewającym, w jaki sposób tak czysta niewiasta przedostała się do tych kryminogennych środowisk, o których dokładnie opowiedział polskiemu czytelnikowi Michał Witkowski w „Lubiewie”.

Z drugiej strony, sądząc z zachwyconych komentarzy na forach internetowych, Krzystek trafił w samo sedno duszy słowiańskiej kobiety, nie tylko rosyjskiej, ale i polskiej. W jednym komentarzu przeczytałam, że Wiera ma wspaniałego, dobrego męża i internautka była na filmie osiem razy, płacząc za każdym razem dziękując twórcom filmu, że nareszcie nakręcono w Polsce zrozumiały film.

Obawiam się, jednak, że film nie jest rozumiany. Ja też go nie potrafię zrozumieć.

Dwudziestoletnia Wiera wychodzi za mąż za Jurę, kumpla Gagarina, niedoszłego kosmonautę, który w radzieckiej generalicji dosłużył się wysokiego stopnia i sprowadza żonę do Legnicy w charakterze takim, jakim od wieków sprowadzano kobiety tam, gdzie stacjonuje wojsko. Jeśli jego nudząca się kobieta zakochuje się w polskim kaowcu miłością nadprzyrodzoną nieziemską i tak wielką, że jej niepohamowana siła potrafi zniszczyć kochanków uśmiercając Wierę, to i ich nosiciele, kochankowie, są jej godni.
Zagniazdowanie się w tych krystalicznych osobowościach, obudzonych nagle dla wolności w hermetycznym zapuszkowaniu jednostki wojskowej, gdzie jest więcej politruków, tajniaków i donosicieli, niż mieszkańców Legnicy, zapowiada ich niezłomność, heroizm i bohaterstwo zakochanych.
I faktycznie. Potajemne akty płciowe owocujące córeczką nie podobają się całej koszarowej wspólnocie. Jura, który nie poleciał w kosmos z powodu bezpłodności, ponieważ Związek Radziecki nie mógł wysyłać w kosmos egzemplarzy uszkodzonych i zawstydzających jakość radzieckiego człowieka zostaje dzięki Polakowi ojcem. Zakazuje kategorycznie po rozpłodzie żony, jej kontaktów z kochankiem.
Jednak miłość nieśmiertelna i nadprzyrodzona nie opuszcza kochanków. Nie opuszcza ich greckie fatum i nie opuszczają ich czynne służby bezpieczeństwa, które demonicznie, nie mogąc zniszczyć miłości, zabijają, bądź okaleczają jej nosicieli.

Ominę silnie rozbudowany, bardziej zrozumiały wątek religijny, ponieważ niewiele wnosi do fabuły filmu oprócz zasygnalizowania potrzeby wolności bohaterów filmu.
Natomiast warto zwrócić uwagę na tezę, że prawdziwa miłość jest niemożliwa z powodu działających sił zewnętrznych. Samostanowienie zniewolonej jednostki, z kim ma się kochać jest więc z założenia niemożliwe u żon wojskowych i narodów poddanych. Ten pięknie zilustrowany w filmie przykaz funkcjonuje do dzisiaj i następne pokolenia zarówno Polaków, jak i Rusków, na wszelki wypadek nie powtarzają błędów swoich rodziców łącząc się ze sobą w pary jedynie z nienawiści. Ilustruje to w filmie wątek córki Wiery, dojrzałej już kobiety, permanentnie na planie filmu zirytowanej i wrednej.

Polskie kino ma tak bogate tradycje w ilustrowaniu powyższej tezy, począwszy od opowieści o Miłości Marusi do Janka poprzez Miłość Wiery do Michała, że wojna polsko ruska będzie służyła jako materiał dla eksponowania wszelkich obrzydliwości jeszcze długo i będzie zawsze wygodnym wytłumaczeniem na permanentne nieistnienie Miłości i Przyjaźni w naszym społeczeństwie, niezależne od naszej woli.
Szczególnie tej drugiej mamy już serdecznie dość.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | 13 komentarzy

“CUBA” str. 36

037

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

WIERSZE SMUTNE (c.d)***

Kiedy zamieniasz świat na niebyłe
zarzynasz pamięć, zamieniasz miłość
w łach niepotrzebny, zawsze w nim zimno,
w koncepcję życia nieludzko inną.
Od rozpoznania pierwotnych wstrząsów
w tym, co się dzieje bezwzględnie teraz
masz udział gracza, w którym się ściera
przestrach z zapatrywaniem szulera,
kiedy zamieniasz.

Kiedy śpisz, życie się nadal toczy,
oddzielą koszmar zamknięte oczy
to, że gdzie indziej jest twoje śnienie
nie zmieni trybu bycia na Ziemi.
Śpij niespokojnie, strzęp życia chociaż
przeniknie twoje opancerzenie
bo kiedy umrzesz, zostanie śnienie
które w laboratorium śni mysz
kiedy i ty śpisz.

kiedy istniejesz, bo istnieć warto
stwarzasz świat w świecie, kartka za kartką,
bez oglądania się na tych typów,
co wyrywają kartki z zeszytów,
jak nauczyciel, co się wciąż wścieka,
że z jego wiedzy uczeń nic nie wie,
bo go nie poznał, tak, jak świat ciebie
skutkiem odwrotnym jego nadzieje
kiedy istniejesz.

Kiedy płaczesz, pływać można rzeką w łzach,
jak mysz, co za Alicją płynie wpław,
by na bajkowym brzegu się suszyć,
otwarłszy oczy, przetkawszy uszy,
jesteś wciąż i tak tym obcym mokrym,
nawet, jak na wióry wyschniesz schludnie,
wiesz, że to ściek, że pływasz w gównie,
kiedy ty płaczesz.

Kiedy umrzesz, umierasz nie po to,
by kartki pisma zmienić na złoto,
niepotrzebne już tobie przyznanie
prawa do życia. Nie czekasz na nie.
Milczeli, gdy czekałeś na słowo.
Byli martwi tak samo, jak teraz.
To nieżywy zaczyna od zera,
i zakańcza takąż rozmową,
kiedy umierasz.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | 3 komentarze

“CUBA” str. 35

036

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Obrzydzenie (7) Ukryte. „Biała wstążka” (2009)

Jawność życia nie zawsze była możliwa w takiej dawce, jaka jest możliwa dzisiaj, gdy bez wychodzenia z domu codziennie mogę wchodzić na portale i blogi internetowe, i obserwować spsienie rozmów, a w nich największe obrzydliwości, poczynając od sutenerskich odzywek, a skończywszy na klasycznych insynuacjach i pomówieniach, gdzie pomiędzy znajduje sie obleśna i fałszywa grzeczność.

Ludzie nie byliby ludźmi, gdyby tygiel emocji nie przetapiał i nie odcedzał esencjonalnego zła, niefrasobliwie porażając nim losy ludzkie, co jest, jak wiadomo, niewyczerpalną materią twórczą wielkich artystów.
Dzisiejszy bezwstyd i jawność produkcji krystalicznego zła, które dzięki manipulacyjnym zabiegom środków masowego przekazu wyeliminowało wyrzuty sumienia, jest nadal dla artystów zaskoczeniem, toteż wstydliwie cofają się swoimi utworami czasów wcześniejszych, by nam, współczesnym aż tak druzgocącego rachunku nie wystawiać. Jest to teraz w światowej kinematografii najczęstszym  wybiegiem.

„Ukryte” Michaela Haneke cofało się akcją do francuskiego panowania w Algierze, gdzie rozgrywała się wstydliwa rzecz, którą główny bohater filmu chciał ukryć. „Biała wstążka”, to wędrówka jeszcze bardziej w głąb dziejów ludzkiego ukrywania, do momentu przed wybuchem pierwszej wojny światowej, w którym symbolicznie i historycznie twórca filmu poszukuje korzeni ukrywania.
W tych dwóch filmach dzieci pozornie są tylko wystawione na laboratoryjny ogląd przez powiększającą soczewkę badającego Hanekego, ponieważ umieszczone są zawsze w sytuacji ekstremalnej, podczas gdy decydują o niech przecież dorośli.

W „Białej wstążce” dzieci wybierają zło, jako antidotum na zło rodziców. Mechanicznie organizują się w grupę terrorystyczną, sprawnie funkcjonującą bandę małej wiejskiej wspólnoty, gdzie niemal wszystko wie się o wszystkich. Ten prosty, a jakże skuteczny pomysł niemal zaczerpnięty ze skautowskiego zdobywania sprawności, chwalony w naszym  reżimie pod postacią „Niewidzialnej ręki, w „Тимур  и его команда”, czy uwiecznionej w serialu nobliwej bandy „Tolka Banana” miała zawsze konotacje pozytywne, a więc zawsze dla nagrodzenia i wywyższenia, ujawnione.
W „Białej wstążce” działalność dzieci jedynej szkoły, relacjonowana z offu przez ich nauczyciela, który wspomagany okiem kamery przedziera się przez ukryte, jest do końca niewyjaśniona i schowana. To jest uchylenie zaledwie codzienności feudalnej wioski. Bogaty baron- pracodawca, despotyczny pastor rządzący żelazną ręką, zarządca majątku, stado bezwzględnie zdominowanych kobiet i reszty niewolniczo pracujących na polach robotników, w tym 80 przyjezdnych na roboty Polaków, to ponura rzeczywistość społeczna filmu.
Akcja filmu, niezwykle powoli i z niemal czułą pieczołowitością ogarnia ludzkie nieszczęście starając się wszystko przedstawić uczciwie i rzetelnie.

I nawet jak w wywiadzie Haneke mówi o tym, że wiek dzieci wskazuje na przyszłych sadystycznych hitlerowców, których dziecięcy trening tortur i sadyzmu ich i ich rodziców wykorzystają z powodzeniem w dorosłej już pracy zawodowej, to jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że to wszystko cały czas trwa wokół nas i że jest tylko ukryte.

Ale, pomijając kilka scen, jak uśmiercanie kanarka nożyczkami czy topienie w jeziorze cherlawego synka barona, pozór czyni dzieci dziecięco niewinnymi. Widzimy dopiero efekty ich tajnych morderstw, gdy robaczywa wieś ich doświadcza i przyjmuje z nadmiarowym oburzeniem. Sami dorośli równocześnie nieźle się łajdaczą, ale już w majestacie wspólnotowego przyzwolenia. Scena lżenia dobiegającej pięćdziesiątki służącej, która właśnie ukończyła usługę seksu oralnego (wspaniała Susanne Lothar, grała w „Funny Games”) jest kwintesencją męskiej obłudy i okrucieństwa, zapowiedzią też upadku etosu lekarskiego zwodu, który za dwadzieścia lat w obozach koncentracyjnych nie będzie już leczył, lecz zabijał.
W tej precyzyjne wypunktowanej scenie gzie lekarz, psychicznie uśmierca oddaną  mu kobietę (akuszerka), jest nie tyko egoizm mężczyzny, który w swoim nieszczęsnym losie niemożności zaspokojenia seksualnego przez starzejącą sie kobietę porzuca ją, by rozpocząć życie płciowe z czternastoletnią córką, jest echem „Salo, czyli 120 dni Sodomy” Pasoliniego, filmu którego odbiór, jak mówi reżyser w wywiadzie, bardzo przeżył.

Haneke poszukując źródeł zła przede wszystkim w restrykcyjnej religii protestanckiej, (scena przywiązanych na noc  do poręczy łóżka rąk chłopca, by uniemożliwić onanizm) i w braku możliwości jego przezwyciężenia, ponieważ każde dobro, jak obcy element, jeśli nie zamieni sie pod wpływem zła, natychmiast jest usuwane ze wspólnoty. Tak dzieje się z przybyłą guwernantka i tak kończy się praca nauczyciela. Natomiast końcowa scena zapowiada definitywny triumf zła i jakąś też, mimo wzajemnego wyniszczania, symbiozę pastora i dzieci. Podsumowuje film właśnie pastor, który orientuje się doskonale w zawiłości nieczystych dusz swoich dzieci, co skrzętnie maskuje przed sobą, dziećmi i całym zborem, nie udaremniając i nie hamując nadchodzących nieszczęść.

Polska produkcja filmowa nigdy nie osiągnie takiej czystości etycznego i moralnego przesłania . Może, dlatego, że, jak sugeruje akcja filmu, jako narodowość mogliśmy liczyć jedynie na niewolniczą pracę najemną, gdzie zło skrępowane w ciasnych wiejskich czworakach nie miało możliwości rozwinąć skrzydeł.
I może dlatego dzisiejsze fora polskich poetów nadrabiają zaległości, pracując już na swoim?

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

WIERSZE SMUTNE (c.d.) ***

Wiersz jest telegraficzną falą
linią z ust do ust, zawsze prostą
ginie w koronie drzew, gdy rosną
powyżej drutów. Nim oddalą

porozumienie na poziomie
właśnie tej linii i pomiędzy
pętają wersy w słownej nędzy
nic niemówienia – się nie dowiesz,

czy już ogarnął winem świętym
pustosłowia poezji dzban
i nie pozwolił ze złotych ram
pożarem rozpoczętym

obrazom ze ścian spaść w płomienie
na stos, jak się paliło czarownice…
Zmiatane z wierszy są ulice
jak z liści drzew. Co kryły, nie wiem.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz