“CUBA” str. 34

035

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Obrzydzenie (6) „Gummo” kontra „Viva Cuba”

Są różne obrzydzenia i ich skutki są różne.
Brat, asystent na naszym uniwersytecie opowiadał mi, gdy przyjeżdżałam z wrocławskiego akademika do domu, że gdy siedzą w stołówce i wesoło rozmawiają  z kolegami, ściszają głos, gdy nadchodził mąż mojej szkolnej koleżanki, bo wiedzą, że nadchodzi kapuś.
Obwiniałam za śmierć mojego brata właśnie kapusiów, ponieważ nie dawali mu paszportu, a nie dawali wtedy za byle co, nawet za dowcipy polityczne. Nie dawali nie za karę, ale w ramach społecznej tresury, by było wiadomo, że mogą nie dać.
A jak już brat dostał paszport, to poszedł w góry i zginął. Zginął, ponieważ wiedział, że jak nie wejdzie na ten szczyt w czasie złej pogody, to już może okazji nie będzie, bo paszportu mu nie dadzą.

Dzisiaj nie mam brata, a koleżankę, której męża opisywał mi wtedy brat, spotykam często na ulicy i ona udaje, że mnie nie poznaje. Jestem karana wtedy społecznie jeszcze raz. Utratą brata i utratą młodzieńczej przyjaźni.

Umarła też właśnie znajoma mi kobieta, której syn uniemożliwił jej wyjazd do Niemiec na zaproszenie swojej przyjaciółki. Poszedł do ubecji, bo bał się, że taki wyjazd przeszkodzi mu w karierze. I matka paszportu nie dostała.
Właśnie tę kobietę przypomniałam sobie, oglądając film „Viva Cuba”, który reprezentował Kubę do Oscara 2005 roku i został nagrodzony na Festiwalu w Wenecji.
Oglądam z odrazą, jak dziesięcioletnia dziewczynka przemierza z kolegą szkolnym Kubę, by dotrzeć do oddalonego od Hawany tatusia i nakłonić go, by nie podpisał zgody na emigrację jej i matki, która chce ten wspaniały kraj opuścić.

Romantyzm zawsze miał coś obrzydliwego z powodu właśnie wyborów czynnych. Pomijając dwuznaczność wszelkich Konradów Wallenrodów, i potem Stirlitzów i Klossów, którymi każde policyjne i milicyjne państwo karmi się do ostatniego fizjologicznego obrzydzenia, a potem uduszenia rzygowinami i agonią, widzę, że romantyzm wirtualny nie omija Sieci. Ludzie na potęgę kochają się ze sobą, zmieniają – by oszukać swoje rodziny – płeć, wiek, tożsamość i latami wysiadują na portalach swoje romantyczne egzaltacje. Ma to jedynie tę zaletę, że wszystko jest niesłychanie bezpieczne i jak to w Sieci, ten cynizm i emocjonalne zimno jest jedynie zgrabnym przebraniem. Mój brat zapłacił za swoje realne marzenie realną śmiercią.

Po filmowych i portalowych wymiotach, zatwardzeniu i biegunce, jako antidotum dołożyłam sobie do obejrzenia obrzydliwy film Hormony Korinego „Gummo” (1997), tłumaczony w Polsce jako „Skrawki” i okazał się w swojej obrzydliwości lekarstwem na zżerającą mnie truciznę.
Nie wiadomo dlaczego Polacy przetłumaczyli ten tytuł jako „Skrawki”, ucinając jednoznaczne nawiązanie Koriniego do jednego z Braci Marx, zwanego Gummo, który swoim symbolicznym wizerunkiem jest w tytule dopowiedzeniem do tego, co twórca filmu chciał przekazać.
Film jest drugą stroną modelu Państwa opresyjnego. Jak komunizm poszedł za wizją Orwella, Ameryka podążyła za prognozą Huxleya.
Twórca „Gummo” jest synem ubiegłowiecznych marksistów odłamu Trockiego, którzy w Stanach lat wojny w Wietnamie terroryzowali społeczeństwo konsumpcji aktami agresji wysadzając w powietrze puste kościoły.
Syn kręci swoje realistyczne filmy w wolności artystycznej i politycznej, odcinając się bardzo kategorycznie od wszelkich postmodenizmów i filmów à la Quentin Tarantino.

„Gummo” otwiera scena z  chłopcem ubranym w różową czapkę z uszami playboyowego króliczka i brudne spodenki. Ten na wpół goły dzikus, pasywny, jeżdżący na deskorolce nie pełni takiej roli, jak w „Dekalogu” Kieślowskiego Artur Barciś, który symbolizował tam Pana Boga.
Bóg opuścił Xenię, gdzie akcja filmu się toczy, amerykańskie zadupie w Stanie Ohio, nie tylko wymiecione jest przez tornado. Nie było go tam nigdy, wlazł natomiast Szatan, bardzo jednak zeszmacony i sponiewierany i jako Książę tego świata, niewielkie ma znaczenie.
W miasteczku, zrujnowanym złą pogodą zło ma wymiar raczej entropii, a nie działania celowego. Wszystko dzieje się samo. Śmieci narastają, domy i samochody rozpadają się nadwyrężone wiatrem i ludzką abnegacją. Klej, który młodzież wącha, kupiony za pieniądze pozyskane za zabite koty, które sprzedają restauracji, jest przeczekaniem, a nie używką, czy koniecznością. Scena jedzenia spaghetti w wannie ma siłę o wiele dramatyczniejszą, niż wszystkie kosztowne tricki realizmu magicznego w „Wojnie polsko ruskiej”.
Destrukcja, jako środek wyrazu nie jest elementem składowym filmu, ani dekoracją, jest jego istotą.

Twórca mówi w wywiadzie, że interesuje go tylko realizm. Realizm, jak na fotografiach Diane Arbus, który rejestruje czujne oko artysty, sam w sobie jest magiczny. Jest prawdziwy, wyzwalający i oczyszczający.
Nawet jeśli materią filmu jest jedynie brud.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, donosy | 8 komentarzy

“CUBA” str. 33

034

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 2 komentarze

Michał Rosa „Rysa” (2008)

Nieprzeprowadzona w Polsce polityczna lustracja obfituje artystyczną samowolką, która nie mając żadnego punktu zaczepienia w historii, swobodnie dryfuje na manowce interpretacyjne naszych dziejów.
Jeśli inne narody wyciągają z czynów i rozmów rodaków wnioski na przyszłość, to w Polsce będzie to niemożliwe, a traumy społeczne nie posłużą do żadnych ozdrowieńczych wniosków. Jeśli, jak czytam w raporcie „Księża wobec bezpieki” Ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego dwadzieścia procent kleru archidiecezji krakowskiej donosiło na siebie i wiernych, czyli co piąty ksiądz donosił, nie inaczej musiało być wśród innych wspólnot zawodowych. Niestety, nie mamy takiego dokumentu dotyczącego np. polskich uczelni wyższych.

Myli, szczególnie niezorientowanego widza krajów Zachodu, którzy nie przeszli komunistycznego reżimu skala problemu – film sugeruje jakąś incydentalną sprawę w polskiej rodzinie, nabierającą wagę antycznej tragedii. Nasuwa się w tym minorowym patosie sztuka Sofoklesa, gdzie w „Królu Edypie” za przyczyną rodzinnej nieczystości całe królestwo zaczęło chorować, cielęta rodziły się z czterema głowami i gniew niebios był straszny.
Banalizację sytuacji odczuwają internauci, którzy nie widzą w tym filmie żadnego większego problemu, oprócz tego, że jakiś podle ujawniony grzeszek sprzed lat niesprawiedliwie niszczy szczęśliwe małżeństwo.
Faktem jest, że casting Michała Rosę zawiódł. Do głównej roli wybrał doskonałą aktorkę, ale o zaniedbanym ciele. Jadwiga Jankowska-Cieślik wygląda w roli Joanny na kobietę dobiegającą dziewięćdziesiątki i to po przejściu obozu koncentracyjnego. Bardzo to wizualnie myli i żenuje, szczególnie, gdy mąż, jej rówieśnik w dobrej, męskiej kondycji fizycznej próbuje ratować ich związek seksualną przymiarką.
Ale niezrozumienie filmu przez widzów pokrywa się głównie z wyartykułowaniem problemu rodziców przez ich córkę Zosię na planie filmu, która wezwana przez ojca z Ameryki przylatuje, by wygarnąć matce jej małżeńską nielojalność. Jej krętacki, sofistyczny wybieg międzyludzki, polega na przekupstwie: jeśli drugiemu człowiekowi daje się w zastępstwie prawdy coś innego, czego on niezbędnie właśnie potrzebuje (bogatego dzieciństwa), to prawda staje się nieważna.

Twórcy filmu postawili problem moralny jasno, właściwie i konsekwentnie się go trzymali. Tak, toksyczność rodzin polega na ich nieprzejrzystości: tajemnice powinny zostać ujawnione, bez oczyszczenia nie ma ozdrowienia.
Wyszła z tego Bergmanowska psychodrama, zupełnie niepotrzebnie wzbogacona wątkiem historycznym, który wymagałby innego, jak tu już napisałam ciężaru. Czyni bowiem ją nieprawdopodobną.
Rodzina, żyjąca z uczelnianych etatów jest na bardzo wysokim poziomie materialnym, Joannę-profesora katedry na Uniwersytecie Jagiellońskim z pionową wręcz karierą naukową, grantami na prowadzenie badań, nie dziwi i nie interesuje, skąd płynęły przez tyle lat pieniądze i wsparcie. Dopiero demaskacja telewizyjna burzy jej nieświadomość i to bardziej z powodu ujmy na honorze rodziny, niż z powodów szerszych i uniwersalnych, czyli sprzeniewierzeniu międzyludzkiego zawierzenia.
Przypatrując się tej tragedii, która, jak słusznie internauci zauważają, przypomina w drugiej części „Wstręt” Polańskiego”, niezgoda Joanny na rodzinne kłamstwo nie jest jej fanaberią czy, jak chce córka, egoizmem, a najczystszym człowieczym prawem. Robienie z niej genetycznego anioła, jakoby z tej szlachetnej, przedwojennej linii, po ojcu, obudzona w niej prawość i szlachetność, która na krętactwo, a przede wszystkim na brak wyjaśnień ze strony męża mówi kategoryczne „nie”, jest też dość śmieszne, ale przynajmniej w swej umowności, prawdziwe. Trzeba stwarzać pewne modele, by coś powiedzieć, nawet sztuczne. I nawet, jeśli uwierzę w intencje autora filmu, że faktycznie, chciał film za pomocą ubiegłowiecznej dydaktyki i tradycji polskiego kina moralnego niepokoju udowodnić, że źle się dzieje w państwie duńskim, czyli w Polsce, to film nie posiada ani absurdu „Króla Ubu”, ani siły Szekspira. Jest to, jak się mówiło za moich studenckich czasów, działanie „na jedną trzecią bolca”. Była to nazwa na stosunek przerywany, by koleżanek nie zapłodnić. Plemniki jednak wchodziły po udach zapładniały i koleżanki musiały stosować metodę opisaną przez Hertę Müller, czyli chodzenie przez dwa tygodnie z żyłką pozyskanych z drutów do robienia swetrów, aż do krwawienia.
Ta bolesna metafora ilustruje według mnie najlepiej proces mówienia o tych donosicielskich czasach. Artyści, najbardziej odpowiedni, by na ten temat się wypowiedzieć artystycznie, uchylają sie od twórczego obowiązku kręcąc jakieś „Tataraki” i rozwiązując nie swoje problemy. Pokolenie Michała Rosy już może swobodnie rzecz zamydlać, dając przyzwolenie pokoleniom młodszym, które będą, jak córka bohaterki „Rysy”, murem stać przy bandycie, ponieważ nie będzie gryźć ręki, która ich wykarmiła.
Pozostaje, za Arendt, szukać sumienia, jakoby wbudowanego w człowieka. Bohaterka Joanna, zatruta codziennym kłamstwem rodzinnym choruje fizycznie(rzyga), obraża ludzi i dręczy żółwia.
Kolejny więc film gdzie widz ma współczuć nie ofiarom, a katom.
I jak czytam recepcję filmu na forach w necie pokolenia dzieci tej przemiłej rodzinki, wybranej spośród wielu takich żyjących sobie dzisiaj ponad stan rodzin, widzę z przerażeniem, że większość głosów jest za utajnieniem, bagatela, dziesięcioletniego pisania donosów na swoich najbliższych, szkodzenia im zbrodniczo i podle.

Nie zdziwiłabym się, gdyby ci dobrze odżywieni, zadbani i mający się dzisiaj wyśmienicie sześćdziesięciolatkowie, po tak intensywnym treningu literackim w ubeckiej branży, przebrani w odmładzające nicki, byli tymi samymi, którzy zasilają dzisiejsze fora nieszuflad, rynsztoków czy innych poetyckich portali, bawiąc się przy tym wyśmienicie.
Ale nawet, jeśli prawda historyczna dzisiejszych utworów artystycznych o tych czasach ulega celowemu poronieniu, to i tak przecież ona, prawem sił natury, się zmaterializuje.
Tylko towarzyszących jej narodzinom narodowych cierpień nikt nie zwróci.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

“CUBA” str. 32

033

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

WIERSZE SMUTNE (c.d)

***
Oto scena: zło tam, tak, jak z Lautréamonta.
Ja na niej nie gram, ale się przyglądam:
tobie inaczej. Mimo podwyższenia
dla stron przeciwnych jednak jedna Ziemia.

Widz jak i aktor – a ten jest widoczny –
powadzą rozmowę, tak, jak słanie poczty:
wiadomość robi drugiemu wciąż na złość,
co w lepszym świetle, relatywnie
może mi pomóc. Stawać murem przy mnie
wspierając mnie duszą, jak mi bliski ktoś,

co pożar wznieca i jest ratownikiem;
topielcem wyjętym, również i ręcznikiem;
kimś, kto się zjawia tak, jakby spadł z nieba!
Przecież bez współpracy każdy będzie nikim
(trzeba obecność z dwóch stron wspierać,
bo się samemu niczego nie stworzy).
Drugi ktoś, to jak ten posłaniec boży
gdy mi nie pomoże, to już być nie zdążę,
nie czas budować wszystko tak od zera…

…w pojedynkę, jak rozbitek w morzu,
któremu człowiek niezbędny jest teraz!
Więc pomóżże mi ty, na tym swoim podium!
Lecz, mimo, że jest okrągła Ziemia,
przeznaczona nam do przeznaczenia,
(nikt i tak nie spamięta imienia),
boisz się straty, przepadku mienia.
A twa własność odwiecznie jest fikcyjna…,

jak mgła na poligonach, wciąż niczyja.
Więc pomimo, że to nie ja jestem na scenie,
to nieprzychylność twoja jest we mnie,
jesteś związany ze mną kontraktem
(krwawym cyrografem raptem),

a jednak jesteś głupi, jak ten w cętki pomnik,
upstrzony ptaków miejskich bezczeszczeniem
(jak by kto spytał po co, odpowiedzą nie wiem).
Bo tylko ktoś, jak one, w neutralności
może ocenić ten bezsens próżności
swoim polotem wolnym i powiewem!

Ach, wspólnie być na scenie, tobie ciasno?
Strącisz mnie zaraz, gdy światła pogasną!
Więc stoję tam, gdzie stać jest dla mnie trudno
w gorszym kadrze (głowę i tak utną).
Bo przecież nie ma dla nas opozycji,
tylko dane nam wszystkim jedno, wspólne jutro.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

“CUBA” str. 31

032

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

WIERSZE SMUTNE

***
Nie powiem już, choć mówić nie jest trudno,
zresztą, co powiem, tkanka wzrasta dzika
jak chwast. Lubisz mnie niechęcią złudną
bo co to znaczy, nierealny sen:
specjalnie przykry, dla otwartych powiek
w stanie klimatu, który jest z nadania;
chwilowo zmienia w pana niewolnika
by się poczuwał, jak niewolnik w pana
przebrany po to tanio w second hand,
by ukrył wszystko, co się i tak dowie.
Naiwny ten, co wiedzy takiej wart.
Bo tylko się wpasuje klinem ciasno
w to, co przedrzeźniasz. Głucha już hossanna,
co miałam mówić, to przecież dał głos.
Nawet nie w porę, nawet gdy był falstart,
to przecież fakt ten zdarzył się naprawdę,
jak się na Ziemi stworzył człowiek,
a jak, nieważne, grunt, że jest to ważna
nowina. Cieszyć się nie możesz
bo nie wypada wracać do dziecięctwa,
gdy jeszcze śmiech nie miał swej wyceny,
ani rodzeństwa, ani pokrewieństwa…
Ja ci przecież tego nie opowiem,
bo jestem obca, jak z pogrzebu wstążka,
moje szaleństwo nie z twego szaleństwa
i mówię łatwo, ale nie mam szczęścia.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz