Josif Brodski „wiersze bożonarodzeniowe”

Wielbicieli Brodskiego, a ja do nich się zaliczam, niepokoi niesłychana aktywność translatorska chorego Stanisława Barańczaka.

Ostatnie “Telewizyjne wiadomości literackie” autorstwa Stanisława Beresia umieściły na 60 urodziny Poety laurkę jego kolegi jeszcze z czasów słynnej grupy lingwistów, który z całym patosem i ze śmiertelną powagą kategorycznie oznajmił, że w twórczości Stanisława Barańczaka nie ma ani jednego złego wiersza, ani jednej złej linijki.

Ten, jak się wydawało, chyba następny manifest grupy poetyckiej, by leniący się poeci brali pozytywny przykład, paradoksalnie, przed i po bałwochwalczym hołdzie, ilustrowany był nie Wielkim Poetą, o którym mowa, ale piosenkami (program ma przecież charakter popularyzatorski) Jana Krzysztofa Kelusa, którego ani nikt nie przedstawił i dla nie zorientowanego widza sugerował niezrozumiałe autorstwo.
A jak wiadomo, protest – songi, wolnościowe smutasy z lat KORU barda “Solidarności”, nie mają wiele wspólnego z wszechstronnością poety Stanisława Barańczaka od Poezji Wysokiej.

Tak więc wzięłam do ręki dwadzieścia jeden wierszy dzielonych sprawiedliwie z tłumaczącą je też Katarzyną Krzyżewską i chyba przyswoiłam raczej ich treść, jak wiadomo z tytułu, bożonarodzeniową.

Ciekawa jest rozmowa z Josefem Brodskim kończąca tomik, który ostro wypowiada się o sztuce sakralnej:

Josif Brodski: Nie ma nic bardziej nieprzyjemnego niż to, kiedy ktoś próbuje opowiedzieć swój osobisty dramat na kanwie tematów biblijnych, szczególnie nowotestamentowych. Jest w tym coś narcystycznego, egotycznego, prawda? Gdy współczesny artysta staje na głowie, żeby kosztem tego tematu zade­monstrować swoją świetną technikę, zawsze jest mi to niemiłe. To dla mnie przypadek z gatunku „mniejszy interpretuje większego”.

Piotr Wajl: To w takim razie dramat każdego człowieka – to samo można odnieść przecież na przykład do Owidiusza czy, idąc jeszcze dalej, do postaci literackiej, takiej jak Hamlet – to również przypadki zderzenia małego z wielkim. Wedle takiej logiki również do nich nie można podczepiać się z osobistymi dramatami.

Josif Brodski: Owszem, można. Co więcej, można też podczepiać się do tematów nowotestamentowych, traktując je jako swego rodzaju sytuacje archetypowe. Zawsze jednak trąci to potwornie złym smakiem. W każdym razie ja zostałem tak wychowany, czy, mówiąc ściślej, sam się tak wychowałem
Stykając się z dramatem i jego bohaterem, zawsze należy usiłować zrozumieć, jak on go przeżywał, a nie jak ty go przeżywasz. Często zdarza się, że poeta pisze wiersz po czyjejś śmierci i daje w nim wyraz własnemu weltschmerzowi; nie żałuje zmarłego, tylko siebie. Prędko traci z oczu tego, który odszedł i, jeśli w ogóle roni łzy, to zazwyczaj tylko dlatego, że czeka go taki sam los.
To wszystko jest w nadzwyczaj złym guście, chociaż nie, nawet nie w złym guście, to po prostu świństwo w sensie…

Piotr Wajl: Metafizycznym.

Josif Brodski: No tak.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Masochizm moralny

Wystukując w wyszukiwarce hasło “masochizm” pojawia się natychmiast w Internecie wiele stron.
Grozę budzą blogi dowodzące nieznajomości problemu niszcząc termin i tak nadużyty przez przemysł pornograficzny i słynnego Leopolda Ritter von Sacher-Masocha (zresztą wbrew jego woli).

Warto społeczne zjawisko masochizmu śledzić, analizować i się mu bacznie przyglądać, gdyż jest to najłatwiejszy i najsprytniejszy psychiczny wybieg czynienia ewidentnego zła drugiemu człowiekowi, pod pretekstem dawania mu przyjemności, a jak każda perwersja, ma na celu wyłącznie przyjemność własną.

W “Molestowaniu moralnym” Marie France Hirigoyen zwraca uwagę na społeczne nadużycia, nie mające nic wspolnego z symetrią sadomasochistyczną (przykład Edwarda Albeeego ” Kto się boi Virginii Woolf?”)

Ofiara, osoba o małym poczuciu wartości i społecznie słaba jest z początku poddana przynęcie pochwał, by po fazie uwiedzenia psychicznego, czyli poczucia pomocnej dłoni przez rzekomego mu sprzyjającemu, uaktywnić drzemiące w każdym człowieku skłonności masochistyczne.

Degradacja, zeszmacenie, porzucenie zużytej już i bezużytecznej dla agresora ofiary, to bardzo subtelne i nieuchwytne dla uwikłanego i dla jego otoczenia próby zawłaszczania i dominowania nad psychicznym mięsem, którym toksyczny agresor się syci.
Jego rzekoma niewinność zakładająca psychiczny komfort ofiary lokującej się w cierpieniu nie ma nic wspólnego z neurotycznym “rannym lisem”.

Hirigoyen charakteryzuje agresorów, zimne narcystyczne osobowości, zawsze zdumione i nie przyznające się do niczego.

Ofiary, jak zapewnia Hirigoyen, da się trochę podleczyć, co nie jest łatwe w czasach ludzi sukcesu, gdy wstyd jest największym wstydem i wstydem jest się wstydzić.
Perwersja sadysty intuicyjnie uaktywnia urazy z dzieciństwa:

Trudność – napotykana u osób, które od dzieciństwa poddawane były utajonej przemocy – polega na tym, że nie potrafią one funkcjonować inaczej i mogą przez to sprawiać wrażenie, że trzymają się kurczowo swojego cierpienia.
Jest to często przez psychoanalityków interpretowane jako masochizm. “Wszystko odbywa się tak, jakby analiza ujawniła samo dno cierpienia i osamotnienia i jakby pacjentowi zależało na nim, jak na czymś dla niego najcenniejszym, jak gdyby odwracając się od tego, musiał zrezygnować z własnej tożsamości”.
Więź z własnym cierpieniem łączy się z relacjami, które w bólu i trudzie nawiązujemy z innymi. Jeżeli w grę wchodzą więzi, które są dla nas jako dla istoty ludzkiej konstytutywne, porzucenie ich wydaje się nam niemożliwe bez jednoczesnego rozstania się z tymi osobami.
Nie lubimy więc cierpienia jako takiego, co byłoby masochizmem, lecz lubimy cały kontekst, w którym nasze pierwsze zachowania zostały wyuczone.(…)

Zdaniem Paula Ricoeura proces wyzdrowienia rozpoczyna się w strefie pamięci, a jest kontynuowany w strefie zapomnienia.
Według niego można cierpieć z powodu nadmiaru pamięci i być prześladowanym przez wspomnienie przeżytych upokorzeń, lub przeciwnie cierpieć na brak pamięci i w ten sposób uciekać przed własną przeszłością.

I chyba o tym jest Wielka Literatura.

Zaszufladkowano do kategorii 2007, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Olga Tokarczuk „Anna Inn w grobowcach świata”

Internet dostarcza zadawalającą ilość recenzji i komentarzy ostatniego utworu prozatorskiego pisarki, więc nie będę ani przytaczać, ani polemizować, szczególnie że nie mam do tego prawa.
Jestem bowiem najprawdopodobniej jedyną wierną czytelniczką Olgi Tokarczuk, która przeczytała wszystkie jej książki i ani jedną się nie zachwyciła.
Zwabiona entuzjazmem opinii społecznej i artystycznej, zawsze badam moją odmienność, zaniepokojona i strwożona tą alienacją gustu i smaku.

Dlatego z trudem przejechałam się ze śmiertelniczką, Niną Szubur i jej psiapsiółką, boginią Inanną oraz walizką (?) windą na najniższe piętro, czyli do piekła.

Trudno tej prozie odmówić sprawności warsztatowej i komunikatywności.
Jest tak oczywista, tak kawa na ławę, tak wszystko wyjaśnia i klaruje, że tylko idiota, a raczej idiotka, bo zdaje się ta płeć bardziej jest zafascynowana pisarką, mógłby po lekturze zastanawiać się, o co tam tak naprawdę chodzi.
Wyjaśnia to dla pewności autorka (trzeba przyznać, posłowie jest bardzo piękne), że boginie w naszej kulturze z powodu płci są zmarginalizowane i trzeba je zrehabilitować:

Ten, kto zechce przestudiować historię Bogini w rozwoju ludzkiej cywilizacji, w mitologiach i następujących po sobie religiach, podejmie się smutnego zadania. Będzie świadkiem, jak z biegiem czasu Bogini była powoli marginalizowana, jej wpływ i znaczenie osłabiane, a ona sama stawała się bardziej podobna do demonów i poślednich bóstw, cała zaś jej boska moc zostawała krok po kroku uszczuplana, sprowadzana do małych nieznaczących pól wpływów, jej zasługi natomiast i atrybuty płynnym ruchem przejęły bóstwa męskie.

Dla mnie rehabilitacji dostąpiły raczej demony, które powracająca bogini Inanna na ziemię zawlokła z podziemia i które całkiem po ludzku przymierzają w hipermarkecie kiecki.
To rozmiękczenie, a raczej rozwolnienie mocy mitu (demony niestosownie grzesząc grzechem obżarstwa objadają się we współczesnych restauracjach i wydalają), z pewnością nie zachęci do sięgnięcia po Eliadego, Graves’a, Merleau – Ponty’ego, Junga, Pavese, ani Kołakowskiego.

Ktoś, komu obiło się o uszy coś o sumeryjskiej bogini Asztarte, słynącej z ekscesów seksualnych, nie znajdzie w książce potwierdzenia. Jak donosi „Słownik mitologii Mezopotamii”, bogini Inanna, (Innin, Isztar, Asztarte, biblijna Asztoret) jest boginią miłości cielesnej, jest szczególnie związana z seksem pozamałżeńskim i prostytucją.

Ostatni utwór Olgi Tokarczuk, jak i zresztą wszystkie poprzednie utwory, jest aseksualny.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Jeden komentarz

Kąpiąca się

kapiaca.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obyczaje | Dodaj komentarz

Andrzej Stasiuk “Fado”

Mało wiarygodnie brzmi wzmianka zaledwie – w opisie wjazdu do Albanii – dlaczego autor tak nazwał tę książkę.

Jeśli faktycznie koczownik Stasiuk odczuł pokrewieństwo, jak pisze, portugalskiej pieśni śpiewanej przez śpiewaczkę z atmosferą zwiedzanych przez niego krain, to czytelnik, a szczególnie miłośnik fado absolutnie tego nie podziela.

Nawet słynny film Wima Wendersa “Lisbon story” przy pomocy zespołu Madredeus, i autentycznej Lizbony inkrustowanej wersetami wierszy Pessoi, mało przybliżył odbiorcy fado.

Podobnie jest z gatunkiem eseju, z którym Stasiuk z książki na książkę brata się coraz odważniej.
Niestety, braterstwo jest raczej lokajskie.

Powtórne, bo zrobił to już w “Jadąc do Babadag”, odwiedzenie miejsca narodzin Ciorana nie oświeca.
Giganci i ich erudycja nie przenikną do tych, którzy ich opisują.
Toteż zestawianie Jaroslava Haška z Ernstem Jüngerem brzmi karkołomnie, podobnie jak cały problem sentymentu polskiego za Franciszkiem Józefem I.
Niewiarygodne są wnioski wysnuwane z opisywanych prawdziwie pięknych scenek tubylców z przemianami ich świata politycznego i socjologicznego, a prognoza zalewu nadmiernie mnożących się Cyganów nie musi być zasadna.
Artysta nie ma obowiązku diagnozować.

Toteż, jak podróżujący Stasiuk wraca w połowie książki do domu, by tylko wypadać krótko na oddaloną o 15 km Słowację, czytelnik ma nadzieję, że Danilo Kiś i Miodrag Bulatović to jednak odrębności na korzyść tego pierwszego, a nie odwrotnie, jak opowiedział się będąc na literackiej delegacji.

Wraca więc Stasiuk do politycznej i moralnej poprawności. Cela w więzieniu – zdumiewające dla ducha wolnego – wspominana jest tęsknie i nostalgicznie.
Odosobnienie, być może poprzez to, że powstała w nim najlepsza książka Stasiuka, izolacja i inkubator prawdziwej twórczości, powtarza się w wielu scenach ilustrujących przeżycia autora i te są najpiękniejsze i najwartościowsze.
Samotne oczekiwanie w zamkniętym samochodzie na wychodzącą córkę, którą zaraz zawiezie do szkoły, oczekiwanie na warszawskim placu na przybycie Ojca Świętego w czasie jego pierwszej wizyty w Polsce, na jego wizytę w Dukli, wreszcie na śmierć, czy wędrówki z własnym ojcem ośmioletniego pisarza – to próby przemycenia w literaturze intymnej i czułej cząstki samego autora.

Można polubić, a nawet pokochać monochromatyczny koloryt prozy Stasiuka, pełen zapachu zwyczajnych ludzi, zwierząt i przyrody tej szerokości geograficznej, którą zwiedza i gdzie mieszka.
Ale trudno równocześnie nie uzmysłowić sobie jej krańcowego przeciwieństwa w zestawieniu ze zmysłowym, namiętnym, seksualnym, kategorycznym, wulkanicznym fado.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Masochiści

Pascal Quignard poświęca masochizmowi w “Sekretnym życiu” wprawdzie krótki rozdział (trzydziesty trzeci), ale melancholia cierpienia przewija się przez cały, poetycki utwór.
Udowadnia, że miłość jest zawsze bólem, niezależnie od wieku, płci i okoliczności.
Masochistyczny charakter miłości, bo obce wdziera się w człowieka i staje się priorytetowe.
Tak też dzieje się ze sztuką, z twórczością, a przede wszystkim z literaturą.

Co to jest miłość? To nie jest podniecenie seksualne. To potrzeba bezustannego przebywania w towarzystwie tamtego ciała.
W zasięgu tamtego spojrzenia.
W zasięgu tamtego głosu.
(Nawet w zasięgu wyobrażonym. Nawet w formie obrazu wewnętrznego. Wielu mężczyzn, wiele kobiet wie, że można kochać umarłego. Możliwość związku ponad teraźniejszością stanowi nawet istotę miłości).
Niszcząca siła towarzyszy odkryciu, że się kocha: inny wdziera się do serca, staje się bardziej potrzebny, niż potrzebnym się jest sobie samemu, i potrzeba ta silniejsza jest od woli.
Nic więcej z siebie samego w sobie samym nie zostaje: stąd rozdarcie. Stąd przede wszystkim ból w miłości. Bo miłość nie jest doświadczeniem drapieżnym, lecz okrutnym.

Miłość prowadzi do umierania:

Umieranie jest stanem, w który się popada, ponieważ nie można już dłużej żyć bez tego lub bez tej. Ten stan definiuje miłość. Idzie właśnie o tego lub o tę, osobnika, atomos, o cząstkę niepodzielną, a nie o grupę lub podgrupę.
Taka fascynacja nie daje się przygotować ani przerobić, ani pielęgnować, ani rozproszyć.

Skrywanie nadprzyrodzonego wtajemniczenia prowadzi do niemoty:

Dusza jest sekretem. Wszędzie. Pokazuje się ciało. Dusza się skrywa.
Kto wypowiada swe sekretne imię, traci duszę.
Dusza pozwala mowie zamilknąć, odmówić wypowiedzi.

Dusza jest sercem mowy.
Tak jak zagadką jest niewinność w zwierzęcej naturze człowieka, wyzwaniem zmieniającym warunki jego reprodukcji.

***
Dusza skrywa sekret ciała.

***
Jedynie sekrety właściwe miłości pozwalają uchylić, a nawet otworzyć sześć żelaznych bram więzienia: subiektywności, płci, czasu, przestrzeni, snu oraz ginięcia.

Zafascynowany jest cząstką doskonale i nieoczekiwanie pasującą do zwierciadlanego puzzla, do niespodziewanej twarzy, jest. Bliski w miłości nie jest bliski. Jest najdalszy. Jest tak daleki, jak nieosiągalna scena, której jesteśmy produk-tami (re-produkcjarni). Bliski w miłości jest najstarożytniejszy. Tą formą, na którą się czatuje. Zasadzka przypomina zamek: ofiara wchodzi w nią jak klucz i zamek otwiera.

Tylko masochiści mogą być wyrafinowanymi czytelnikami:

Osoby kochające namiętnie książki tworzą, nie wiedząc o tym, tajny związek składający się wyłącznie z indywidualności. Członków związku łączy ciekawość, choć różnią się wiekiem i nigdy nie spotkają. Ich wybory nie pokrywają się z propozycjami wydawców, to znaczy rynku. Ani z wyborami profesorów, to znaczy mędrków. Ani z wyborem historyków, to znaczy władzy.
Nie szanują gustów innych. Zamieszkują jamki, dziuple, kryją się w samotności, w zapomnieniu, na kresach czasu, w namiętności, w strefach cienia, w porożu kozła, w nożu ze słoniowej kości do cięcia papieru.
Ich życia: krótkie, chociaż liczne, składają się na rodzaj biblioteki. Czytają się wzajemnie w milczeniu, w blasku świec, w zaciszu bibliotek, podczas gdy wojownicy zabijają się wzajem w zgiełku na bitewnych połach, a kupcy pożerają się wzajem, wrzeszcząc w ostrym świetle przenikającym szkło w giełdowych dachach lub w szarym świetle bijącym z ekranów.

***
Wniosek: Sekret, milczenie, littera, odrzucenie sztampy, samotnictwo, utrata tożsamości, noc, miłość – są ze sobą związane.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Dziś są moje urodziny

Pół wieku już śnieg. Cmentarz biały, róże sztuczne zasłonił skromnie.
Wczorajsze na niebie rozbłyski, to leje na śniegu. Ulicy
nikt nie wymaże. Jak ran pięćdziesięcioletnich. O, obłudnicy
skrywacie się w milczeniu, jak w czasie niedokonanym. Upomni

się czas. Zmiecie wasze oszustwo. To fałszywe poklepywanie
dominujących samozwańców. Rozpadną się ręce i plecy,
każda komórka ciała zniknie. Wiatr nocy śniegowi zaprzeczył
obnażył blasku tandetę. Puste po ogniach sztucznych mieszkanie

nieba. Wciąż za mało na budowanie. Deficyt zawsze raną;
nawet nadmiar jest deficytem. Za dużo krwi w czerwonym soku.
Za dużo wieszania Husseina. Miłosierdzia mało w tym roku
minionym. Race z hipermarketu to znów śmiecie. Zgasła taniość.

Wsobny jest wasz pobyt. Wracacie więc do nierozumienia książek.
Nieme są słowa, nie dźwięczą życiem. Ziemia już nie jest jałowa
z baobabami fantazji. Strzelają do róż strzelnicą świata.
Jesteś zbyt Mały. Wciąż nieletni. Nie rozpoznałeś róży, Książę.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Pascal Quignard ” Życie sekretne”

Ostatnia książka Quignarda jest jak zwykle o miłości.
Krzysztof Rutkowski we wstępie zapewnia, że literacko ma strukturę utworu muzycznego.

Miłość – tę nieśmiertelną, prawdziwą, jedyną i nadprzyrodzoną – a do innej pióro Quignarda się nie poniża – smakuje na różne sposoby.
Przetykana jest Literaturą, Śmiercią, przede wszystkim Milczeniem.

Brama ludzkiej mowy jest troista: sen, milczenie, nagość.

Nagość, potrzeba obnażania się kochanków, według autora jest jedyną szansą wymiany myśli i komunikacji.
Ilustruje to przykładem Odyseusza, który dopiero po nocy z Penelopą po dwudziestoletnim rozstaniu opowiedział swoje przeżycia.
Mężczyzna nigdy nie powinien zwierzać się kobiecie, która mu się nie oddała naga. Kobieta nie powinna nigdy zwierzać się mężczyźnie, który jej się nagi nie oddał – pisze Quignard kategorycznie.

Drugi postulat, Milczenia, jest jeszcze trudniejszy do realizacji.
Właściwe, zgodnie z tytułem książki, milczeniem autor próbuje otworzyć wszelkie zagadki tajemnicy miłości, która, jak zapewnia, jest synonimem literatury i tworzenia.
Patrząc na bogaty dorobek pisarza, starszego ode mnie zaledwie o cztery lata, hymn na cześć milczenia nie brzmi wiarygodnie i przypomina lisie zabiegi odnośnie pisarskiej konkurencji, by się nie spieszyli, nie pisali, a milczeli.

Opasłe kompendium wiedzy o miłości, napisane po tym, co już napisali Denis de Rougemont i José Ortega y Gasset, a przede wszystkim wielokrotnie cytowany Sthendal, próbuje na nowo rzecz rozwikłać, chociaż nie wiadomo, czy wiarygodnie.
Może to jest męski punkt widzenia, że kopulujący mężczyzna łączy podświadomie ten czyn z matką i porodem.
Wszelkie fragmenty próbujące uwiarygodnić zasadność pytania “skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy”, jak zwykle pozostają w rejonach sztuki, a nie wiedzy.

Dzięki pięknemu tekstowi, jaki Quignard prezentuje przechadzając się po tematach z żarliwością odkrywcy, a nie arbitralnych analiz – co się natychmiast czytelnikowi udziela – wchodzimy w intymny świat autentycznego doświadczenia autora.
I to indywidualne jego kochanie, szczególnie to wczesne (okres przed mutacją chłopięcą), wprowadzają czytelnika w prawdziwe szaleństwo miłości pełnej, czyli związku ciał i dusz.
Romans chłopca z nauczycielką muzyki, nieprzeciętnie utalentowanej artystki, miłośnie przekazującej nie tylko tajniki gry na skrzypcach, ale i alkowy, jest, jak zapewnia autor, nieśmiertelny. Istnieje ponad śmierć, ukończone życie kochanki, istnieje we wszystkich jego późniejszych związkach miłosnych.

Pogratulować trzeba Quignardowi wyodrębnienia cech wspólnych przeżyciu każdego, kto doświadczył miłości skrywanej, niedozwolonej, niejednokrotnie niechcianej, a danej zewnętrznym, jednoznacznym imperatywem.
Wszelkie osobności miłości, alienacje społeczne, aspekt arystokratyczny, każący unikać innych ludzi, poszukującej bezustannie zespolenia w jakiejkolwiek bądź postaci z kochanym obiektem, to miłość przede wszystkim dwóch przeciwnych płci, gdzie, wbrew Platonowi dąży się do odrębnego, a nie zespołowego przeżycia.
Poprzez opis grzechu pierworodnego, który bądź co bądź odbył się jednak w Raju, a nie na wygnaniu, autor opowiada się po stronie miłości fizycznej, czyli pełnej.
Brak zespolenia fizycznego, opisanej impotencji Sthendala – jego „fiasko”, to też, według Quignarda, symptom przekraczania i nadmiaru, a nie braku.

Miłość, mówi autor, mimo tragicznej i przerażającej zazwyczaj dramaturgii, mimo smutkowi i zawsze nieszczęśliwemu aspektowi przeżycia, niesie z sobą życie.
Jest to więc hymn na cześć Tristana i Abelarda, i własnych uwikłań, których ślady napotykamy co krok w książce.
Ale najbardziej zagadkowe jest milczenie, w pojęciu autora najbardziej pojemne i najgłośniejsze. Milczenie miłości, symbolizowanej w Piśmie rzezią niewiniątek i ukryciem niemowlęcia przez Rodzinę Świętą, to też i konspiracja i ciągłe zagrożenie.
Społeczeństwo nie toleruje miłości, ta anarchiczna manifestacja zagraża jego strukturze, przez co ciągle jest prześladowane i zagrożone:
I miłość, która jest ruchem oporu i rebelią. Uderzenie mimowolne, uderzenie piorunem, monogamiczne i nieskończenie wierne, niczego nie mające wspólnego z zoologiczną chucią, ani tym bardziej z chutliwością społeczną.

Miłość jest nie tylko powrotem do początku, czego kosztuje człowiek naprawdę zakochany.
Jest jedynym doświadczeniem człowieczym, które omija czas, zarówno w sferze mentalnej (sny, zespolenia kochanków w marzeniu), jak i fizycznej (poród, ciężarna Ewa, wchodzenie mężczyzny w kobietę).
Quignard cytuje na tę okoliczność pokonania przez człowieka bolesności przemijania i wymiany pokoleń iluminacyjne zdanie Mariny Cwietajewej: Bo każde wspomnienie ma swe pra-wspomnienie, Swego przodka i swego naddziada.

Nieszczęśliwie zakochanym pozostaje jeszcze zastępczo pisać i czytać:
Miłość wymaga bycia na uboczu, podobnie jak myśl wymaga bycia na uboczu, podobnie jak czytanie wymaga bycia na uboczu, podobnie jak muzyka powstająca w milczeniu, podobnie jak śnienie powstające we śnie. (…) Tłumaczenie, czytanie, interpretowanie, komponowanie, granie, pisanie polega zawsze na wydobyciu czegoś z praegzystencji.

Oraz odpowiednie, na tę dzisiejszą, sylwestrową noc zdanie Waltera Beniamina: Dawne spotyka Dzisiaj w rozbłysku, by stworzyć nową konstelację.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz