3. (surrealizm)

Oglądając wielkie kulturalne imprezy dzisiaj, mające na celu podobno ocalenie, ujawnienie i naznaczenie tych, którzy rozwiną, rozkwitną i twórczo zaświadczą czasy w których żyjemy, powątpiewamy: czy to aby właśnie ci?
Czy nie było innych, których miejsce zajęto?

Gdy po wojnie dzielono świat kurtyną z żelaza, a to, co pomagało artystom przetrwać okupację i świadomość nowego podziału politycznego jeszcze przezierało zza granicy czasu, budowanych murów i kolczastych drutów: artystyczne prądy międzywojenne.
Magiczna Praga promieniowała surrealizmem, którego łatwo nie dało się wykorzenić, a u nas, jak wyraził się Tadeusz Kantor, surrealizmu nie było, bo był katolicyzm i w zamian artyści kontynuowali międzywojenny konstruktywizm i abstrakcję, a delikatne kiełki krakowskich wystaw o surrealistycznym zabarwieniu zamykano decyzjami władz miasta.

Zastanawiające jest, że gwałt na wewnętrznych potrzebach artystów w postaci wyartykułowania potrzeby swobodnego przepływu wyobraźni i wolności wewnętrznej, jaki surrealizm obiecywał, odbywał się w większości dobrowolnie, a nawet wręcz entuzjastycznie.
Dogorywający we Francji surrealizm właśnie wskutek zachorowania na komunizm, który w naszym bloku miał być uzdrowieniem, był rezygnacją bezbolesną.
Całkowite zaprzeczenie idei sztuki w prostej słownej inwersji sloganów na właśnie przeciwną – sztuka w służbie narodu – z urzędniczym nakazem, zdaje się bez przeszkód i rewizji, obowiązuje do dzisiaj.

Oglądając wielkie imprezy kulturalne dzisiaj, zastanawia wykluczenie z gry o zwycięstwo tych, którzy nie tworzą struktur machiny kulturalnej.
Działacz kulturalny powojennej Polski na usługach Wielkiego Brata był zawsze uzurpatorem.
Był zazwyczaj sam twórcą i zawsze przypominał kapłana, który chce być po cichu Świętym, a tak naprawdę, Bogiem.
Uzurpacja tym łatwiejsza, że imitować sztukę było najłatwiej w odróżnieniu od innych mglistych profesji jak wróżenie, czy leczenie niekonwencjonalne.
W całkowitej fikcji proletariackiego odbiorcy, oraz niewiary w Boga, a więc i w talent, rodziny tzw. artystyczne stawały się trwałym dziedziczeniem, chwalebnym obyczajem i chlubą półwiecza życia kulturalnego w Polsce.
Utożsamienie wstępowania na poszczególne szczeble społecznej kariery z wstępowaniem w duchowe i warsztatowe wtajemniczenia sztuki, wykształciło perfekcyjnego artystę wszechstronnego i jak miejski szczur, mającego niesłychanie dobrze opanowany aparat adaptacyjny.

Można psioczyć na konsumpcjonizm kapitalistyczny i wyśmiewać się z Myszki Miki, którą Warhol czcił, a Disney’a uważał za największego artystę na świecie, podczas gdy studenckie dyskusje panelowe mojego pokolenia nie schodziły poniżej Andre Bretona i Jeana Paula Sartre’a.

Ale nikomu nie przychodziło na myśl, mimo przypadkowej zbieżności nazwisk, że to nie jest to samo.
Że grupa artystyczna wolnego Świata Zachodu, to zupełnie coś innego, niż grupa artystyczna w ówczesnej Polsce.

Oglądając wielką imprezę kulturalną wczoraj, galę nie ustępującą splendorem Zachodnich scenariuszy namaszczania i naznaczania, przez przypadek, a może poprzez samo życie, z natury przecież surrealistyczne, rzymski złoty laur imperatora staje się nie tworzywem kierunku, a Twożywem.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Jeden komentarz

2. (Warhol)

Wydane w ubiegłym roku przez “Twój Styl” wybranych czterdzieści wywiadów najbardziej reprezentujących poglądy na sztukę Andy Warhola z dwustu, jakich udzielił, to potwierdzenie wszystkiego, co Jean Baudrillard w “Spisku sztuki” ujawnił.

Warhol jako zapowiedz stanu dzisiejszego w czasach, kiedy raczkujące video i dostępność technologiczna laika pozwalała na użycie nowoczesnego medium w zastępstwie środków konwencjonalnych, to nie przełom w dziedzinie obyczaju, czy siły odkrycia wynalazku.

Ponieważ wywiady ułożone są dekadami, od lat sześćdziesiątych po śmierć artysty – lata osiemdziesiąte – łatwo wyłuskać rdzeń problemu, którego Warhol jest nośnikiem, a których rozliczne aspekty, zaczątki i rozbudowy, kontynuacje widzimy w pracach dzisiejszych artystów.

Trudno nie poczuć sympatii do Andy Warhola. Oglądając oryginalne, ogromne, metrowe serigrafie artysty – jego wielkości.

Skupiając się jednak na słowie – a wywiady, opatrzone wstępem i opisem okoliczności ich powstania, utyskując na brak elokwencji – odpowiadanie monosylabami, nie na temat, czy wręcz od rzeczy – można prześledzić delikatną osobowość artysty i jego magnetyzm.

W odróżnieniu od typu showmana czy narcyza, guru popartu zawsze odbierany jest jako ofiara, a nie producent nowego kierunku.

Jean Baudrillard udawania, że jeśli sztuka ma być odpowiedzią na przeżywany świat, nie może być inna, a wszelka reaktywacja sztuki wysokiej w jej poprzednim, transcendentnym posłannictwie jest jedynie oszustwem, ekwilibrystyką cyrkowego kuglarza, a nie autentycznym przeżyciem.

Symulakry Warhola są prawdziwe, co nie znaczy, że wielki przemysł biznesowy, jakim zapoczątkował erę alienacji samonakręcających się galerii, organizacji, rynku wsobnego marchandów i sponsorujących urzędów pod patronatem państwa, na co zwrócił uwagę Gombrowicz, się nie wyczerpie i uwolni prawdziwą, twórczą energię artystów XXI wieku.

Póki co, tkwimy w mechanizmach zdemaskowanych przez pojawienie się geniusza popkultury.
W wywiadach Andy Warhol jest konsekwentnie prawdziwy i do końca mówi o tym samym, a nieprawdopodobny wzrost jego znaczenia dzięki zarobionym pieniądzom i otwartych na oścież salonów elit, czyli pełnej sławy, ani go nie zmienia, ani nie demoralizuje. Wszystko, co po pół wieku narosło, nieodwracalnie popędziło cywilizacyjnie, jest w aktywności artystycznej Andy Warhola.

Ten wewnętrzny imperatyw, by stać się maszyną, przy jednoczesnym uczestniczeniu w mszach kościoła katolickiego, traktowaniem religii wyłączne estetycznie, a pojęcie Boga jako nie zidentyfikowanego obiektu latającego we własnej duszy, to zabieg na sobie, aby nie bolało.

Delikatny Andy Warhol cierpi i wbrew ludzkości pragnącej jedynie przyjemności i zabawy, zdaje się nie móc jej smakować, a odarłwszy go ze wszelkich nowoczesnych terminów typu “ikona”, można dostrzec odwiecznego bohatera naszych czasów.

A czasy Warhola, przeniesienie z siermiężnej, słowackiej kolebki w centrum nowoczesnej cywilizacji dandysów i nowojorskiego Kampu, to też mit nuworysza. Nie można mu jednak odmówić wolności – gwaranta każdej prawdziwej sztuki.

Bowiem twórczość Warhola jest pierwotna wobec całego zgiełku wokół niego, a nie, jak dzieje się dzisiaj w wypadku lansowania i marketingowych zabiegów.

Czytając wypowiedzi artysty, jego infantylny i nieskażony odbiór świata czystością intencji pierwotnej człowiekowi, bez kokieterii i chytrego kamuflażu, jest też maską.
Ale maską uwikłanego, radzącego sobie dziecka, które w dżungli cynicznych dorosłych jest najważniejsze.
Toteż “Fabryka” Warhola pracuje pełną parą, skupia dwór i pracowników, którzy nie zawsze sytuacji potrafi sprostać (postrzelenie artysty przez aktorkę jego filmów), a którzy stają się po części dziełami sztuki. Słynne, powtarzające się w wywiadach konsekwentne pragnienie bycia maszyną to też pozbycie się trudu czyszczenia sit werniksem i prowadzenia biznesu, czyli zarabiania pieniędzy, które muszą być zarabiane. Jest też jakiś lęk nędzarza przed ich barkiem, jakiś kulturowy priorytet nadrzędności materii nad egzystencją.

Wszystko już jest właściwie przegrane, a smak życia, jest możliwy tylko w martwocie telewizyjnych obrazków (Warhol posiada dwa i dwa ogląda równocześnie, a najbardziej lubi seriale).
Nawet seks jest “firbankowy”, dziecinny, odarty z wszelkiej wagi, bardziej zaciekawieniem uprawiania go przez innych i przyglądaniem się bądź nastawianiem kamery na sceny kopulacji.
Mimo pałętających się partnerów – a wywiady określają ich płeć do końca nie zidentyfikowaną – Warhol przyznaje, że rozpoczął życie płciowe w wieku dwudziestu pięciu lat, a zakończył mając dwadzieścia sześć.

Jean Baudrillard :

Warhol dostarcza nam czystego złudzenia techniki – techniki jako złudzenia radykalnego – dziś o wiele potężniejszego niż to, jakie oferowało nam niegdyś malarstwo.

W tym znaczeniu sama maszyna może stać się sławna, a Warhol nie pragnął nigdy niczego więcej prócz owej mechanicznej sławy, pozbawionej konsekwencji i niepozostawiającej jakichkolwiek śladów. Fotogenicznej sławy, która również wiąże się dziś z domaganiem się przez każdą rzecz, każdą jednostkę tego, by zostać dostrzeżonym, zostać wyłonionym przez spojrzenie.
Tego właśnie dokonuje Warhol: jest jedynie pośrednikiem ironicznego pojawiania się rzeczy. Jest zaledwie medium owej zakrojonej na gigantyczną skalę reklamy, którą świat robi sobie za pomocą techniki i obrazów, zmuszając naszą wyobraźnię do zaniku, zatarcia samej siebie, a nasze namiętności do uzewnętrznienia, roztrzaskując lustro, które przed nim stawiamy, skądinąd przez obłudę, by pochwycić go dla naszej własnej korzyści.
Za sprawą obrazów, wszelkiego rodzaju technicznych wytworów, dla których te autorstwa Warhola stanowią nowoczesny “typ idealny”, świat narzuca swój brak ciągłości, swe rozczłonkowanie, swą stereofonię, swą powierzchowną natychmiastowość.
Oczywistego dowodu na to dostarcza nam maszyna Warhola, nadzwyczajny mechanizm filtrowania świata w jego materialnej oczywistości. Obrazy Warhola są banalne wcale nie dlatego, że stanowią odwzorowanie świata, który sam jest banalny, lecz dlatego, że są wynikiem braku w podmiocie jakichkolwiek pretensji do jego interpretacji są skutkiem podniesienia obrazu do rangi czystej figuracji, bez najmniejszej jego transfiguracji.
Nie jest to już zatem jakakolwiek transcendencja, lecz spotęgowanie znaku, który tracąc wszelkie naturalne znaczenie, promienieje w pustce sztucznym blaskiem. Warhol jako pierwszy wprowadza nas w obręb fetyszyzmu.
Jeśli dobrze się nad tym zastanowić, cóż jednak w takim razie czynią współcześni artyści? Czy na wzór tych, którzy od czasów Odrodzenia tworzyli dzieła sztuki sądząc, że parają się malarstwem religijnym, nasi współcześni artyści nie robią czegoś całkiem innego sądząc, że wytwarzają dzieła sztuki? Czy przedmioty, które wytwarzają, nie są czymś całkowicie odmiennym od sztuki?
Przedmiotami-fetyszami choćby, fetyszami jednak odczarowanymi, obiektami o charakterze czysto dekoracyjnym, użytkowanymi jedynie przez krótki czas (Roger Caillois nazywał je hiperbolicznymi ozdobami).
Obiektami dosłownie przesądnymi, w takim znaczeniu, że choć nie mają już najmniejszego udziału we wzniosłej naturze sztuki i nie stanowią odpowiedzi na pokładaną w niej głęboką wiarę, niemniej jednak nadal utrwalają przesąd pod wszystkimi jego postaciami.
Są zatem fetyszami, z tego samego tytułu, co fetysze seksualne, które również są seksualnie obojętne: fetyszyzm seksualny ustanawiając swój obiekt jako fetysz zaprzecza zarazem rzeczywistości seksu i seksualnej przyjemności.
Nie wierzy w seks, wierzy jedynie w ideę seksu (która sama jest wszak aseksualna).
W ten sam sposób nie wierzymy już w sztukę, lecz jedynie w jej ideę (w której, rzecz jasna, brak jakiegokolwiek elementu estetycznego).

(…)

Z tego punktu widzenia można uznać, że znaleźliśmy się na drodze prowadzącej ku całkowitemu zanikowi sztuki jako swoistej praktyki.

Może to doprowadzić bądź do przywrócenia sztuki jako techniki i czystego rzemiosła, przetransponowanych być może w obszar elektroniki, co napotykamy dziś na każdym kroku, bądź do jej pierwotnej rytualizacji, w ramach której dowolny przedmiot będzie mógł pełnić rolę estetycznego gadżetu, a sztuka dobiegnie kresu w powszechnym kiczu, podobnie jak sztuka religijna w swych czasach dobiegła kresu w kiczu saintsulpicjańskim.
Kto wie? Sztuka jako taka jest być może jedynie pewnym nawiasem, swego rodzaju efemerycznym zbytkiem gatunku. Problemem jest to, że grozi nam, że ów kryzys sztuki nigdy się nie skończy.
A różnica pomiędzy Warholem a wszystkimi innymi, którzy w głębi serca radują się z tego niekończącego się kryzysu, polega na tym, że wraz z Warholem kryzys sztuki w swej istocie zostaje zażegnany.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

1.

Początek roku frustruje brakiem zrozumienia.

Skrzynka pocztowa konwencjonalnie dostarcza papierowe zaproszenia na wystawy. W piątek neo backon.
W poniedziałek neo pop art. Neo konceptualizm. Neo futuryzm. W Muzeum grafiki (wprawdzie nie te, ale zawsze), Rembrandta.

A galerie chcą być awangardowe. Zgodnie ze słowami Havla, że tkwimy jeszcze jak nic w post komunizmie, wszystkie dekonstrukcyjne podrygi w stylu Slawoja Žižka wydają się bezsilne. Strategia jego nadutożsamiania demaskując, umacnia.
Prorocze słowa Sandora Marai’a:

Camus: “Sztuka jest rewolucją, która nie chce niszczyć, lecz zachować” – ocala z rzeczywistości to, co jest wizją ponad rzeczywistością. Komuniści całkowicie o tym zapomnieli: o Pięknie. Dla Marksa sztuka była jedynie rozrywką klas panujących. Podobnie jak teraz dla niszczących obrazy wyrostków Mao. Po Dostojewskim rozpoczęło się coś, co Hermann Hesse nazwał “skaramazowieniem Europy”. Ale to nie Alosza, chory anioł, ani Dymitr, dziki i demoniczny chłop, nawet nie Iwan, cyniczny inteligent, jest Karamazowem, który oddziałał na Europę, lecz głupi zabójca Smierdiakow. Chiński bitnik jest potomkiem tego Smierdiakowa – podobnie jak wykształceni na seminariach europejscy komuniści są duchowymi następcami tego bękarta-Karamazowa.

Dla Marai’a wszysto to śmiecie.

Jak mam prowadzić te strony internetowe Związku Artystów Plastyków dzisiaj?

Napisał też tak:

O, Picasso i wy tam wszyscy nasi współcześni Dürerzy, Tycjanowie i Franciszkowie Goya! Jacy jesteście wyniośli! Wszak nie potrzeba już wam modeli ani fiołków, ani ludzi. A człowieka stojącego naprzeciw rysunku Dürera ogarnia wstyd, że stał się wspólnikiem w tej sprawie i milczy, pogodził się z grzechami mafii intelektualnych nihilistów… (Babits miał jeszcze siłę jęknąć: “Wspólnikiem jest, kto milczy między zbrodniarzami”).

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Zbigniew Herbert Czesław Miłosz „Korespondencja”

Ktoś, kto ma niedosyt listów intelektualnych, a jak zauważyłam, Internetowi Intelektualiści nie poniżają się do korespondencji z kimś takim jak ja, nie rokującej pozyskania w najbliższym czasie nagrody Nobla, powinien czytać listy, bardzo rzetelnie opracowane i wydane przez “Zeszyty Literackie”.

„Korespondencję” wnikliwie zrecenzowaną w „Tygodniku Powszechnym” można czytać na różne sposoby.

Albo smakować rosnące z listu na list bałwochwalstwo:
Książę, dworzanin składa podziękowanie jego Wysokości za list i łaskawie nadesłane tłumaczenia…(Londyn 1963),
poprzez kumpelstwo: Drogi Czesławie (Paryż 1964),
po emocjonalne uzależnienie równych sobie intelektem i duchowością poetów: Kochany Czesiu (Berkeley 1985).

Albo analizować ich konflikt, stawać po czyjejś stronie i wczytywać się w złośliwy wiersz „Chodasiewicz” i komentarze… ja dalej uważam Miłosza za człowieka literacko pożytecznego, tylko żeby nie pisał esejów, bo nie umie pisać po polsku prozą. A proza dla mnie jest sprawdzianem jezyka.

Wreszcie pogrążyć się w artystyczne śledztwo obszernych przypisów.

Herbert pisze o poetach w Polsce:
Dziwne towarzystwo. Każdy tylko siebie szanuje i czci, wszystkich innych uważa za beztalencie, ale to tylko po cichu, publicznie składają nawzajem sobie hołdy i pokłony, ponieważ: ja o tobie powiem prawdę, ty o mnie powiesz prawdę i gwałtu, co stanie się z nami? Tak wspólnym wysiłkiem buduje się, jak to się mówi, literaturę poezję itd. Niby rybołówstwo PRL, czy produkcję nawozów sztucznych. Społecznie lepiej jest być poetą np. niż kelnerem, więc nazwisk coraz więcej.

Lepiej, bo nie tylko należy się “sweter i liczenie gwiazd”, należą się przede wszystkim wyjazdy.

Moja skromna wiedza o Herbercie dotyczyła pracy w zakładach kopania torfu albo etacie chronometrarzysty w tartaku, jako kary za odmowę kolaboracji z komunistycznym rządem.
Ze zdziwieniem patrzę na daty i kraje. W czasach, kiedy zwykłego cywila nie wypuszczanono nawet w słowackie Tatry, poeta Herbert uczestniczy w festiwalach, sympozjach, gdzie mąż Sylvi Plath, Ted Hughes jest skromnym prowadzącym spotkanie, a: Alan Ginsberg, którego nie uważam za poetę. Zresztą miły chłopiec z zupełną kapustą w głowie. Namawiał mnie na haszysze i orgie, ale jestem barbarzyńca i wystarcza mi D. W. P (dziwka, wódka i papierosy).

Fikcyjne posady w Polsce w listach wyśmiewa, regularnie pobierając pensję.
W czasach, gdy zachodni poeci byli właśnie, by na poezję zarobić, kelnerami.

Gdy starsza siostra mojego przyszłego męża, studentka wrocławskiej romanistyki nie dostała paszportu na wyjazd do Francji, a mój starszy brat, po wypadkach marcowych za karę, że przyjaźnił się z emigrantem do Izraela miał trudności z wyjazdem na alpinistyczną wyprawę w Himalaje, poeta Herbert bez względu na polityczne zawieruchy, jeździ, mieszka w hotelach i zwiedza: 1958 Paryż;1958 Londyn; 1959; Spoleto 1959; Orvieto 1959; Londyn 1963; Londyn 1964; Paryż 1964; Rzym 1964; Brindisi 1964; Wiedeń 1964; Wiedeń 1965; Wiedeń 1966; Selpitsch 1966; Werona 1966; Antony 1967; Paryż 1967; Le Lavandou 1967; Londyn 1967; Paryż 1967; Nowy Jork 1968; Berlin 1968; Berlin 1969; Spoleto 1969; Rawenna 1969; Amsterdam 1970; Rawenna 1978; Oakland 1979; Piza 1980; Paryż 1988, Paryż 1990…

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

BLOGI IV

Od kiedy, jak donosi “Gazeta Wyborcza”, oszukany przez internautkę zakochany 17 letni Chińczyk powiesił się 30 grudnia 2006 roku w pobliskim lesie, gdyż odnaleziona w Realu wirtualna narzeczona miała inny wiek i powierzchowność, Internet stał się niebezpieczny, a nawet śmiercionośny.

Jak widać, za duża dokładność i za duża dociekliwość mści się na poszukujących.

Wczoraj wydłubałam wśród tysiąca blogów blog, który poszukiwałam i było to zwycięstwo pyrrusowe.

Przypominało uczucie, gdy będąc młodą nauczycielką poszukiwałam – cennego sentymentalnie dla mnie – grubego ołówka automatycznego, zwanego „kubusiem”, znikniętego nagle z mojego nauczycielskiego biurka.
Gdy odnalazłam go wreszcie w tornistrze siedmioletniej uczennicy, zawstydziłam się.

Teraz, kiedy nie opłaca się szukać, bo w sejmowych klozetach można znaleźć niechciane ślady aspiracji do partyjnych funkcji, a w milicyjnych teczkach mozół donosicielski przedstawicieli największego Kościoła Katolickiego na świecie, poszukiwań należy się tylko bać, bowiem odnalezienie bywa śmiertelne.

Zaszufladkowano do kategorii 2007, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Michel Houellebecq “Możliwość wyspy”

Pytanie o jej możliwość, czyli o miłość międzyludzką w sensie platońskim – przebywania i przyciągania dwojga ludzi – przewija się przez całą, obszerną powieść, smutno zakończoną zmarnowaniem.

Początkowe wcielenie Daniela, czyli mieszkańca naszych czasów, zdaje sobie sprawę z tego zmarnowania, ale ułomność nie posiadania siły przeciwstawienia się, a może i niemożności, gna go, jak całą cywilizację, na zatracenie.

Najprawdopodobniej Houellebecq wrzucił do książki wszystkie niepokoje dręczące dzisiaj naukowców, duchownych i ekologów.
Czego tam nie ma!

Alienacja i samotność, kult młodości, seks bez ograniczeń, brak potrzeby posiadania potomstwa, zanik miłości, zanik religii tradycyjnej – czyli ciało, jako jedyny relikt gatunku ludzkiego.

Dzięki metodzie twórczej – kontynuowanej we wszystkich wcześniejszych powieściach – Houellebecq swoje powiastki filozoficzne pozornie popularyzuje i czyni je – dzięki cynicznym przerysowaniom bohatera – bliskimi.
Jesteśmy dopuszczeni do oglądu i bardzo trudno, mimo okropnego charakteru narratora, nie przyznać mu racji.
Jest tam jakaś zawsze bezradność czynów, jakaś pułapka nie do przekroczenia i melancholia uległości.

Pisarz pyta o sukces, o powodzenie:
Co by było, gdybyśmy zostali uwolnieni od zdobywania, gdyby los nam pomógł w trudzie doskonalenia, dał talent w młodym wieku, pieniądze i pozycję społeczną?

Satyryk Daniel mając trzydzieści lat ma wszystko, ma nawet po pierwszym nieudanym związku żonę, którą kocha i pożąda.
Ale mechanizm nienasycenia wzrasta w miarę zewnętrznej sytości, bogactwa i łatwego, przyjemnego życia.
I tu następuje drobiazgowa analiza zagrożeń, coraz bardziej widocznych, a których bohater nie jest w stanie pokonać, niesiony falą cywilizacyjnych przemian.

Ironia, to styl Houellebecqa.

Wchodzimy w świat show biznesu z trafnym wypunktowaniem priorytetów, mechanizmów budowania struktury dzisiejszej rozrywki, z całą bezwzględnością, drapieżnością tego najważniejszego i jedynego dostarczyciela przeżyć.

Głównym problemem jest libido, którego nasycanie, podtrzymywanie, zanik, to najważniejsze, życiowe priorytety.
Toteż, gdy żona Daniela musi odejść „w sposób cywilizowany” z powodu starzenia się jej ciała, które nie uaktywnia seksualności, Daniel „zakochuje” się.
I to jest pretekst do pokazania terminowania nastolatek w sztuce miłości, najpewniej na planie filmów pornograficznych, gdzie zdobywają odpowiednie, perfekcyjne wiadomości w technice dawania mężczyźnie rozkoszy.
Czasy pedofilii jako normy obyczajowej, czyli użytkowania dzieci autystycznych, trudno wykrywalnej przez prawo, staje się zwyczajem nie wartym nawet zdziwienia.
Zdziwieniem jest pytanie o monogamię, nie wypada pytać o wierność :

Dla Esther, jak dla wszystkich młodych dziewczyn z jej pokolenia, seks był tylko przyjemną rozrywką, grą uwodzenia i erotyzmu, która nie niosła za sobą żadnego zaangażowania emocjonalnego, bez wątpienia miłość, podobnie jak litość u Nietzschego, była jedynie fikcją wymyśloną przez słabych, by obwiniać silnych i wytyczyć granice ich naturalnej wolności i okrucieństwu.
Kobiety były słabe, szczególnie w okresie połogu, u swoich początków potrzebowały więc opieki mocnego protektora i w tym celu wymyśliły miłość, ale teraz urosły w siłę, były niezależne i wolne, toteż odmawiały zarówno wzbudzania, jak doświadczania uczucia, które nie miało już żadnego konkretnego uzasadnienia.
Istniejący od wieków męski projekt, doskonale wyrażony w naszych czasach przez filmy pornograficzne, polegający na odarciu seksualności z jakichkolwiek uczuciowych skojarzeń, by sprowadzić ją do płaszczyzny czystej rozrywki, w końcu, w tym pokoleniu, został zrealizowany.”

Starzejący się Daniel nie pyta o partnerów swojej kochanki, pogrążony w starożytnym piekle zazdrości i wszystkich uczuciach, które wbrew modyfikacjom i ułatwieniom, są odwieczne i takie same, jakie dręczyły bohaterów starożytnych tragedii.
Ale moda na Greków jest estetyczna:

W gruncie rzeczy nawiązywałem do Greków. Na starość zawsze nawiązujemy do Greków.

Pozbycie się problemów starości przyspiesza nadejście nowej religii:

Jednak brzydkie, niszczejące ciała starców były już obiektem jednogłośnego obrzydzenia i bez wątpienia upalne lato 2003, szczególnie mordercze we Francji, po raz pierwszy obudziło świadomość tego zjawiska.
“Manifa starców – brzmiał nagłówek “Liberation” nazajutrz, kiedy poznano pierwsze liczby – ponad dziesięć tysięcy osób w ciągu dwóch tygodni zmarło w całym kraju; niektóre zmarły samotnie w swoich mieszkaniach, inne w szpitalach bądź w domach starców, ale wszystkie, gdziekolwiek by były, umarły z braku troski.
W kolejnych tygodniach ta sama gazeta opublikowała serię przerażających reportaży, ilustrowanych fotografiami rodem z obozów koncentracyjnych, przedstawiającymi agonię starców ściśniętych we wspólnych salach, leżących nago na łóżkach, w pieluchach, jęczących na próżno przez cały dzień, by ktoś przyszedł ich obmyć lub podać im szklankę wody; opisywano środowisko pielęgniarek, które nie mogą dołączyć do swoich rodzin na wakacjach, gdyż są zajęte zbieraniem trupów, by zrobić miejsce dla nowo przybyłych. “Sceny niegodne nowoczesnego kraju”, pisał dziennikarz, nie zdając sobie sprawy, że, wręcz przeciwnie, były one dowodem na to, że Francja staje się krajem na wskroś nowoczesnym, że jedynie kraj na wskroś nowoczesny może traktować starców jak zwykłe odpady i że taka pogarda dla przodków byłaby nie do pomyślenia w Afryce czy w tradycyjnym państwie azjatyckim.”
Słuszne oburzenie, jakie wywołały te zdjęcia, szybko zostało zapomniane i postęp eutanazji wymuszanej – bądź coraz częściej dobrowolnie wybieranej – miał w kolejnych dziesięcioleciach rozwiązać problem.

Daniel nie jest wprawdzie Travoltą, ale jego prestiż, sława oraz pieniądze, są wystarczające, by stać się VIP-em, łakomym kąskiem sekty Elohimitów, religii rozrastającej się, obiecującej (wiarygodnie) nieśmiertelność.
To też pisarzowi posłuży jako pretekst do opisu kościoła przyszłości, skupiającej wszystkie widoczne wady znanych przywódców i ruchów religijnych w scenerii plastikowej roślinności, nowoczesnej architektury, lubieżności guru wraz z obsługą pierwszorzędnych narzeczonych kacyka, przy jednoczesnej ascezie zdrowej ekologicznie żywności i zadbaniem o ciało, czyli wyśmianie wszystkich współczesnych „pozytywnych” nurtów świata sytych.

Mimo technologii, mimo ułatwień, smak obniża się na wszystkich polach, nie tylko stołu, restauracji, orgii seksualnych, utworów muzycznych:

Zatrzymałem się w “Tap Tap Tapas” i zamówiłem jakieś obrzydliwe kiełbaski pływające w potwornie tłustym sosie, do których wypiłem kilka piw; czułem, jak mój żołądek się wzdyma, napełniając się gównem, i przyszła mi do głowy myśl, żeby świadomie przyspieszyć proces destrukcji, zestarzeć się, stać się odpychającym i grubym, by raz na zawsze poczuć się niegodnym ciała Esther.
W chwili gdy napocząłem moje czwarte mahou, w radiu rozbrzmiała piosenka, nie znałem wykonawcy, ale nie był to David Bisbal, raczej zwykłe latino, z próbami wokalizy, które młodym Hiszpankom wydawały się teraz śmieszne, krótko mówiąc, był to raczej piosenkarz dla gospodyń domowych niż dla młodych lasek…

Ludzkość na oczach poszczególnych Danieli osuwa się i degraduje nie w barbarzyństwo, a w jakąś martwotę i pustkę:

Natknąwszy się przez przypadek na audycję kulturalną w hiszpańskiej telewizji (to było coś więcej niż przypadek, to był cud, ponieważ audycje kulturalne są w hiszpańskiej telewizji niezwykle rzadkie, Hiszpanie absolutnie nie lubią audycji kulturalnych ani w ogóle kultury, to dziedzina, która jest im głęboko obca, czasami człowiek ma wrażenie, że kiedy mówi o kulturze, osobiście ich uraża), dowiedziałem się, że ostatnie słowa Immanuela Kanta na łożu śmierci brzmiały: “Wystarczy”.

Jedynie pies Foks jest reliktem miłości bezwarunkowej i dla bohatera ostatnia deską uczuciowego ratunku.
Daniel nigdy by nie dopuściły do powtórnego ojcostwa po samobójczej śmierci syna, którego i tak nie żałował. Nigdy by z żadnym „dupkiem” pod jednym dachem nie mieszkał:
…przede wszystkim zaś musieli opiekować się dziećmi, niczym śmiertelnymi wrogami mieszkającymi w tym samym domu, musieli je dopieszczać, karmić, martwić się ich chorobami, zapewnić środki na ich edukację oraz przyjemności, a w przeciwieństwie do tego, co dzieje się u zwierząt, nie trwa to tylko przez jeden sezon, na zawsze już pozostają niewolnikami własnego potomstwa, dla nich czas radości kończy się na dobre, potem będą już tylko zmagać się z bólem i wzrastającymi kłopotami zdrowotnymi, aż do czasu, kiedy nie będą już się nadawać do niczego, i ostatecznie zostaną potraktowani jak odpadki, niepotrzebni i zawadzający starcy.
Dzieci w odpowiedzi za nic nie będą im wdzięczne, wręcz przeciwnie, ich wysiłki, jakkolwiek usilne, nigdy nie będą uznane za wystarczające; z tej prostej przyczyny, że są rodzicami, zawsze będą uznani za winnych. Z tego cierpiętniczego, wypełnionego wstydem życia, zostanie bezwzględnie wygnana wszelka radość. Jeżeli tylko zapragną zbliżyć się do młodych ciał, będą prześladowani, odrzuceni, okryci śmiesznością i hańbą, a w naszych czasach coraz częściej skazani na więzienie.
Cielesność młodych, z pewnością najbardziej godna pożądania ze wszystkiego, co świat mógł zaoferować, była zarezerwowana wyłącznie dla młodych, przeznaczeniem starych było pracować i cierpieć.
Taki był prawdziwy sens między pokoleniowej solidarności: zasadzał się po prostu na holokauście każdej kolejnej generacji na rzecz tej, która miała ją zastąpić, holokauście okrutnym, rozciągniętym w czasie, nie przynoszącym żadnego pocieszenia, żadnej otuchy, żadnego wynagrodzenia, zarówno materialnego, jak uczuciowego.

Wizja pisarza właściwie nie różni się wiele od tego co widzimy, obserwujemy, co prasa i TV donosi jako sensacje nawet z polskiego podwórka.
Poprzez zamienienie jej na normę, otrzymujemy bardzo wiarygodną i przerażająca diagnozę.
Podczas, gdy w papce codziennych newsów dostajemy materię dla naszych “świętych oburzeń”, w świecie Houellebecqa nie ma już oburzających się.

Bohater żyje, ale jego próby zmiany nigdy nie przyniosły i nie przynoszą żadnych efektów.
Kobieta nie odpowie na maile, na listy, a pałętającego się wokół domu adoratora przegoni z całą racjonalną bezwzględnością.
Rozczaruje się jego starczym niesprostaniem i po prostu wymieni partnera.
Płatna miłość nie uwzględni w żadnym cenniku jego trudności, a seksualne nienasycenie będzie wzrastać w miarę starzenia i jego męka nie skończy się nigdy.
Będzie dotyczyło to też przeterminowanych kobiet, które jako gatunek będący w rui przez okrągły rok, dba o swój wygląd jedynie by podobać się płci przeciwnej i tylko w celach seksualnych.
Gdy ta zasadność ustaje, widok ich jest przerażający.

Houellebecq nie jest prorokiem Jonaszem ostrzegającym Niniwę. Ot, tak sobie pisze.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Brnąc

W styczeń bezśnieżny. W nas, w komplementarność bez podziału. W noc bez snu.
Wilgoć jest tylko wehikułem. Krew dramat wzmacnia. Ślina poślizg
słowom ułatwia. Obejdzie się bez ozdobników. Ani mru – mru.
ani łzy jednej. Ani krzyku. Prościej się ukryć w liczbie. Stokroć

w pełni księżyca. W hipermarkecie. Nadmiar tani. Przystępny
jest głód. Pożera czas litery. Sączą głośniki dźwięki sfery
anielskiej. Dokładniej fiskalna kasa kości miele. Następny
proszę! Niewidzialny jest człowiek. Tak jak i książki. I litery.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Houellbecq

Czytając „Możliwość wyspy”.

Jak widać, szybkie spolszczenie jest teraz możliwe i polska literatura nie jest już Samotną Wyspą.
Ale jednak, rozgrymaszenie na współczesnego pisarza francuskiego polskiej literatury wielkie, o czym można się przekonać, czytając dyskusję w „Lampie”(w sieci w Czytelni Onetu).

Kazimiera Szczuka powie:

Houellebecq jest tak okropny i tak obsesyjnie zajęty niszczeniem naszych kulturowych przywiązań do tego, co uznajemy za dobre, że dzięki temu wykonuje niesłychaną pracę: wytrąca nas z poczucia, że jako czytelnicy mamy dostać jakąś nagrodę od pisarza.
Nagrodę w postaci zbudowanego w nas poczucia ładu i sensu świata a także naszego wygodnego opowiedzenia się po jego stronie. Można by się zastanawiać czy Dostojewski to jest pisarz taki właśnie dobry.
Moim zdaniem nie, chociaż zarazem jest uważany za mistrza moralistyki.
Niewątpliwie istnieją też pisarze dobrzy tacy jak Olga Tokarczuk, Michael Cunningham, Michael Faber, autor powieści Pod skórą, gdzie takie pytania etyczne są stawiane jasno, a my czujemy, że on stoi po tej właściwej stronie – wybiera nie przemoc, a tolerancję i współczucie. Ale jednocześnie wydaje się nam często, że opowiedzenie się po stronie tego co jest dobre, lub co uchodzi za dobre, jest objawem braku odwagi w zderzeniu z tym co najstraszliwsze. Jeśli mówimy o złych to trzeba wymienić Ellisa, autora American Psycho – nikt nie wiedział, czy jest to powieść psychopaty, który nawołuje wprost do przemocy, czy też jest to oskarżenie konsumpcjonizmu epoki Reagana i moralizatorskie przesłanie przeciwko skrajnemu uprzedmiotowieniu ludzi.
Ja mimo iż czuję, że Houellebecq jest zły i podły, to jakoś jestem mu wdzięczna za to co robi i cieszę się, że nie jestem nim.

Czytając “Możliwość Wyspy”, ostatnią spolszczoną powieść Houellebeca, można jedynie pozazdrościć.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz