Harold Pinter „Powrót do domu”( The Homecoming)

Warto poczytać trochę Pintera, skoro ubiegłoroczny wysyp tłumaczeń noblisty nadrobił jego brak sprzed dwóch lat, a rozpoczęty właśnie rok uzupełni pewnie zapóźnienia ubiegłorocznego laureata.
Sprowokował równocześnie wysyp recenzji pięknie wydanych trzech tomów dramatów.
Czytając zaintrygowana kuriozalną recenzją z portalu lewica Pl. dodam trochę inaczej:

Trzydziestoczteroletni autor napisał zwięzłą dwuaktówkę, gdzie na zimno i bez emocji portretuje typ kobiety, dla której seks już jest zwyczajnością obojętną i jakimś życiowym rozwiązaniem wymiennym z konwencjonalnym modelem rodziny.
W miejsce ubiegłowiecznych dramatów Nory czy Bovary – pinterowska Ruth to puszczalska nowoczesna.

Angielska rodzinka z ulicy Greek Street jest monotonna płciowo: dwaj starsi panowie bracia i dwóch synów jednego z nich tworzą męską rodzinę, a wskutek śmierci żony, najstarszy gotuje i utrzymuje dom.
Nagle goszczą trzeciego, najstarszego syna, bratanka i brata, któremu się w życiu udało.
Wygląda na to, że Pinter powtórzy tu “Wujaszka Wanię” Czechowa, że zaczną się jakieś umizgi do żony profesora, Ruth, z którą brat wpadł po drodze z Wenecji.
Niezupełnie. W odróżnieniu od profesorowej Czechowa, kobieta przypomina bardziej postać ze „Ślubu” Gombrowicza.
Wszyscy mężczyźni na scenie znają Ruth, znają ją wszyscy mężczyźni całej okolicy, gdyż są to jej strony rodzinne.
Znają Ruth wszyscy w campusie kalifornijskim, gdzie uczy filozofii jej mąż, którego rozwiązłością kompromituje.
Umizgi więc nie mają sensu, powstaje bardzo precyzyjny projekt zagospodarowania utalentowanej kobiety. Są jeszcze drobne targi, ile pokoi, ile majtek, ale to nie ma już znaczenia. Nowa przyjemna praca w znanym jej środowisku zostaje obustronnie co do warunków umowy, jak show biznesie, jasno, klarownie ustalona.
Mieszkańcy domu na Greek Street równocześnie ją użytkując, pomogą jej się ustawić i zarobić.
Mąż wraca więc sam do pracy, do Kalifornii, do ich trójki synów pozbywszy się kompromitującego kłopotu i z sumie zadowolony z tak praktycznego rozwiązania.

„Bieda może z każdego mężczyzny zrobić dziennikarza, ale nie z każdej kobiety prostytutkę” – w ubiegłym wieku napisze Karl Kraus.
Harold Pinter udowodnił, że dzisiaj ani pisarza, ani kobiety nie zmusza do nierządu bieda.
Raczej wręcz przeciwnie, jedynie talent.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

6. (Matisse)

Właśnie wydana książka „Matisse i Picasso” Jacka Flama – sugerująca symetrie dwóch nakładających się czasowo aktywności malarskich ubiegłego wieku we Francji – prowokuje do przekłamań.
„Tygodnik Powszechny” posuwa się nawet do wartościowania religijnego, od czego na całe szczęście książka jest wolna.

Andre Malraux wielokrotnie pyta w rozmowach z Picassem o sacrum, ale to jest pytanie w powietrze, w pustkę.

Obaj artyści sztuki nowoczesnej – i Picasso, i Matisse – są zgodni, że, jak powiedział Matisse w 1954 roku: artysta nie można „zaczynać od próżni”. Jeśli chodzi o tak zwanych malarzy abstrakcyjnych dnia dzisiejszego, wydaje mi się, że zbyt wielu z nich zaczyna od pustki. Brak im siły, inspiracji, uczucia, bronią swego nie istniejącego punktu widzenia: naśladują abstrakcję”.

Dla Picassa i Matisse’a jeszcze strach przed pustką każe im kurczowo trzymać się realności. Ale nie jest to sacrum.
Mimo, że rozpoczynając tuż przed śmiercią upragnione prace ścienne („w raju bym malował tylko freski”- powie rozmarzony Matisse) w kaplicy w Vence, pełne światła i jasności, oboje zdają sobie sprawę ze swojego braku religijności.
Matisse z oburzeniem wypowie się o decyzji partyjnej Picassa:
Stalin – Picasso – pisał Matisse – to rzeczywiście głupota. Takie rzeczy się dzieją, gdy chcesz coś zrobić, nie rozumiejąc niczego i nie mając nic do powiedzenia.
O przyjęciu zlecenia ściśle religijnego tak pisze Jack Flam:
Podobnie Picasso uważał pracę Matiss’a nad kaplica w Vence za nadzwyczaj irytującą. Ponieważ Matisse nie był religijny, Picasso był zdania, że nie powinien przyjmować zamówienia na projekt o tematyce sakralnej i nieustannie beształ go z tego powodu. Raz w 1949 roku, powiedział nawet Lidii, że jego zdaniem fakt przyjęcia tego zamówienia kaplicy był formą „kurestwa”. Replika Matisse’a nadeszła parę miesięcy później, w wywiadzie radiowym, w trakcie którego powiedział: cała sztuka warta tej nazwy to sztuka religijna – i potępił rodzaj anegdotycznej „dokumentacji sztuki” proponowanej przez komunistów.

Mój dziadek, przedwojenny właściciel dobrze prosperującej firmy budowlanej, absolwent wydziału architektury Politechniki Lwowskiej nie odnalazł się już w nowej Polsce. Jako zmarginalizowany i zdegradowany kosztorysant biurowy, niezbyt gorliwy katolik przed wojną, cały okres stalinowski chodził do kościoła. Już nie zobaczył wnuka. Na jego pogrzeb w 1949 roku mama przyszła w zaawansowanej ciąży.

Pierwszy rok studiów artystycznych lat siedemdziesiątych skupił uzdolnioną młodzież hodowaną w przestrzeni, gdzie inteligencja polska została albo wymordowana, albo nie powróciła z uchodźctwa. Jej pustka wewnętrzna, pracowicie wyczyszczona przez szkołę i rodziców, czekała na umeblowanie.

Nie miałam nawet dostępu do biblioteki dziadka, dopiero roczniki pism artystycznych przysypane węglem, odzyskałam po studiach.
Udało mi się natomiast dostać ze studenckiego biura podróży “Almatur” na wycieczkę do Moskwy, gdzie urwawszy się z programowego zwiedzania, pojechałam metrem do Muzeum Puszkina.
Wyjątkowo piękna kolekcja okresu błękitnego i różowego nagich kobiet Picassa przetykana była ogromnymi płótnami czystych, wspaniałych aktów Matissa.

Ale to było już na trzecim roku. Na pierwszym malowaliśmy nagą modelkę i rozważaliśmy w pracowni, co by było, gdyby zniekształcone twórczo modelki wyszły nagle z naszych obrazów.

Czy wierzy pan w Boga?- spytano Matisse’a. „Czy wierzę w Boga? Tak, gdy pracuję”.

Podobno Picasso oglądając białą, wykafelkowaną kaplicę ukończoną przez Matisse’a powiedział, że wygląda jak łazienka. Jednak stacje “Drogi Krzyżowej” nawiązują bezpośrednio do brutalnego stylu Picassa.

To oni dali początek duchowym poszukiwaniom Malewicza i Kandinsky’ego.
Jack Flam dowodzi, że jeśli wzorowali się na kimś, to jedynie były to wzajemne podglądania, fascynacje i inspiracje, polegające na zazdrości, rywalizacji.
Drażliwej, a jednak głębokiej przyjaźni, dla każdego wzajemne opinie były niesłychanie ważne i niesłychanie bolesne.

Dla mojego pokolenia modernistyczne legendy poszukiwań koloru tak genialnego, jak fowistyczne rozwiązania i tak trafnego, jak u Picassa, nie miały już jakiegokolwiek znaczenia. Wprawdzie nasi profesorowie wywodzili się z przedwojennego koloryzmu, ale nie mieli już nic do powiedzenia.

Andre Malraux dojdzie do wniosku w roważaniach nad swoim Muzeum Wyobraźni:
Powołaniem sztuki współczesnej jest wyzwolenie instynktu, jak Matisse definiował Maneta: sztuka ta odrzuci okowy prawdopodobieństwa, na które wyrzekał Gauguin.
Nadchodzącym prawdopodobieństwem w Polsce – mimo sakralizowania Picassa w panującej religii materializmu socjalistycznego – stał się nie tylko brak matissowskigo sacrum, ale i picassowskiego profanum.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

List

Przeczytałam Twój tekst i jeśli zgadzasz się umieścić go w biuletynie, to przyślij krótką notkę (rok urodzenia, praca dydaktyczna, twórcza, jedno zdanie).
(…)
Powracając do Twojego tekstu, to chyba tak nie jest jak piszesz. Szczególnie analogie z literaturą nie są właściwe. W literaturze zawsze jest ważny druk drukarni, “anonimowy”, obiektywne narzędzie wydające książkę i jakość jej co do formy (papieru, czcionki), będzie zawsze pozorna.
Natomiast sztuki wizualne to zupełnie inne priorytety i nigdy linorytu nie zrobisz na komputerze, ani “grafiki komputerowej”(jak zwał, tak zwał), w linorycie. Pisząc o medycynie posługującej się do diagnostyki komputerem, to człowieka też w konsekwencji wyleczysz jak tylko się da, a wydruk komputerowy elektrokardiogramu może być, a nie musi, dziełem sztuki.
Jest w Twoim artykule postmodernistyczne zatarcie zdrowego rozsądku, czyli zamazanie człowieka z maszyną i utożsamienie go z narzędziem. Paradoksalnie chcąc ocalić indywiduum artysty, właśnie go niszczysz poprzez brak oddzielenia jego boskiego geniuszu od narzędzia. Uczciwe nazwanie i wyodrębnienie techniki czyni twórczość wiarygodną i tu może odbiorca zmierzyć stopnień jego osiągnięć. W przeciwnym, tajemniczym wypadku ogólnego nazwania, dostajemy produkt (użytkownik komputera nie chce wiedzieć, jak on działa), a nie dzieło sztuki.
Warte jest w moim pojęciu odpowiednie nazwanie. Nie wiem jakiego terminu ma się używać. Ja jestem malarzem, a nie grafikiem, zależało mi na tym, jak pisałam, bym nie oszukała tych, którzy będą to oglądać. W końcu wystawa jest dla odbiorcy i jakiś kod powinien być zachowany. Ale nie przewidujemy forum. Może jakieś listy będą. Jak w Internecie – nie sposób czytać za dużo, fizycznie jest to niemożliwe. A warto, by ten kawałek sieci był żywy.
Tez S. przysłał mi tekst o sacrum w sztuce, bo jak chyba widzisz, plastycy teraz poszli w jakieś kretynizm konkursów papieskich. On chyba pisał z tego doktorat, to mój kolega z roku. Chodzi o to, by to były teksty ważne dla ludzi, a nie dla gazety.
To chyba i tak dopiero w lutym będziesz wolny. Myślę, że trochę zejdzie na kłóceniu się z zarządem, który, jak każdy zarząd , czyli urząd, jest głupi i ciemny. Strasznie mi szkoda na to wszystko resztki życia, ale bez uprawiania cudzołóstwa nie dało się kobiecie wejść w jakiekolwiek struktury społeczne życia artystycznego, chyba, że jest się szpetnym od urodzenia.
Nie jest to pogląd feministyczny, wręcz przeciwnie. Też nie do końca jestem przekonana, czy tego (wejścia w ciało społeczne), chcę.
No to walczmy z tymi ciałami.
Ewa

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

5. (Picasso)

Mój początek, moje apocalypto to 25 sierpnia 1948, na kilka lat przed moim urodzeniem. Na światowy Kongres Intelektualistów do Auli Politechniki we Wrocławiu zjechał mój dziadek z moją mamą. Tam poznała mojego ojca, studenta politechniki.

Oprócz nich pojawili się: I. i F. Joliot Curie, G. Dubamel, Vercors, Le Corbusier, P. Picasso, F. Leger, J. L. Barrault; przew. komisji polskiej — J. Iwaszkiewicz, sekr. gen. i inicjator Kongresu J. Borejsza oraz T. Kotarbiński, T. Lehr-Spławiński, K. Ajdukiewicz, W. Sierpiński, X. Dunikowski, L. Schiller, J. Parandowski, Z. Nałkowska. M. Dąbrowska, L. Kruczkowski. Udział przedstawicieli 45 krajów. M.in. Paul Eluard, Roger Vailland, Julian Huxley, Salvatore Quasimodo, Ilia Erenburg, Aleksander Fadiejew, Michał Szołochow i inni.
Tak pisze Ariadnna Stassinopoulos Huffington w „Twórcy i niszczycielu” o towarzyszu Picasso, najważniejszym gościu zdarzenia:

Na trzy dni przed terminem wyjazdu, aby się upewnić, że Picasso nie zmieni decyzji, Ambasada Polska w Paryżu wysłała do Vallauris pewną kobietę, której zadaniem było nie opuszczać go i przeciwdziałać ewentualnemu postanowieniu Picassa w ostatniej chwili, żeby nie jechać. Podjęto specjalne kroki, by umożliwić mu bezpośredni przelot do Polski bez paszportu, gdyż odmówił przyjęcia paszportu od władz francuskich.(…)
Drugiego dnia Kongresu Fadiejew, sekretarz Radzieckiego Związku Pisarzy, stanął na trybunie i wskazał na konieczność wprowadzenia marksistowskiego myślenia, marksistowskiej literatury i marksistowskiej sztuki. Potem przypuścił bezprecedensowy atak na Sartre’a, jednego z najwybitniejszych komunistycznych intelektualistów. Nazwał go „szakalem zaopatrzonym w pióro” i „piszącą na maszynie hieną”. Dominique Desanti siedziała pomiędzy Picassem i Eluardem, który zaniemówił, jak zresztą większość obecnych. Picasso zdjął słuchawki i zaczął rysować w notesie portreciki uczestników. Później, na jednej z oficjalnych kolacji, członek radzieckiej delegacji wstał w czasie wznoszenia toastów i ubolewał nad dekadenckim malarstwem Picassa i jego „impresjonistyczno-surrealistycznym” stylem. Picasso w odpowiedzi nazwał go „partyjnym najemnikiem” i udzielił mu lekcji historii sztuki. Powiedział Rosjaninowi, że powinien przynajmniej uporządkować sobie terminologię i potępiać go nie za to, że jest „impresjonistycznym surrealistą”, ale za to, że wynalazł kubizm.

Już za wyjątkowo długiego życia odbiór między „twórcą” a „niszczycielem” wahał się od uwielbienia do wzgardy.

Niesłychane wyczyny męsko – damskie, po których pozostała ogromna literacka twórczość jego kobiet i ich dzieci, niewiele wnosi ponad potwierdzenie, że w twórczości był typowym sadycznym libertynem dokonującym na płótnie wszystkiego, co religia libertyńska zalecała.
Materia kobieca – pomijając te, które popełniły samobójstwo – nieustraszenie lgnęła jednak do geniusza epoki, pielęgnując obopólnie żywoty równoległe do końca życia, zaciemniając jeszcze bardziej tę wahającą się wciąż ocenę.

Carl J. Jung w słynnym eseju porównał Picassa do swoich pacjentów schizofreników, pozbawionych całkowicie uczuć, zdiagnozował jego osobowość jako przestępczą, przyciągającą demonicznie brzydotę i zło.
Sugerował, że patologia Picassa zdemaskowała patologię współczesnego mu społeczeństwa.

Łagodniejszy był Michel Leris witający po śmierci Picassa nową epokę, tak, jak po odejściu pogaństwa i nadejście chrześcijaństwa: „Pan, wielki Pan nie żyje! Koniec świata, czy początek innego?”

Andre Malraux, trzymający się kurczowo jak poręczy swojej imaginacji, swojego “Muzeum Wyobraźni”, człowiek wykształcony i odpowiedzialny minister, opisuje bezradność oglądając pracownię po śmierci malarza.
W „Głowie z obsydianu” stara się mimo wszystko usprawiedliwić wielkie spustoszenie, jakiego Picasso dokonał napotykając na swojej twórczej drodze arcydzieła minionych wieków.
To, że przedchrześcijańskie demony Azji i Afryki przemówiły dzięki demiurgicznej działalności artystycznej Picassa, może doceni dopiero inna epoka.
Kończący książkę rewelacyjny Roger Caillois ( o którym wspomina Jean Baudrillard ) nie ma dla Picassa litości, nawet tytułem eseju: „Picasso likwidator”

Malraux dokumentuje odbiór sztuki przez młodzież wolnego świata lat siedemdziesiątych:

Znalazłszy się na sali, słuchałem, co hipisi mówią patrząc na Pary. Pojmowali zawarty w nich bunt, pojmowali też, że to nie jest ich bunt. Hipisi marzą o Indiach, o buddyzmie, o chrześcijaństwie pierwotnym, wspólnotowym, muzycznym. Grupka, do której podszedłem, to nie byli hipisi. Gęba dryblasa, któremu się przysłuchiwałem, wydawałaby się dosyć prostacka, gdyby nie aureola kręconych włosów; jego bródka nie przypominała Chrystusa, tylko chuliganów. Cytował kumplom odpowiedź na jakąś tam ankietę “Combat”, przeprowadzoną w czasie, gdy w dwu Pałacach odbywała się retrospektywa Picassa: “A gówno nas obchodzi ten facet, który siedzi sobie na Lazurowym Wybrzeżu i nic, tylko robi dzieci i obrazy.”
– “No, zareplikował blondynek z głową w lokach, ale jednak on należy do partii.”
– “Te stalinowskie skurczybyki jeszcze się dla ciebie liczą? Nie dosyć ci było maja 68? Partyjny czy nie, dał się kupić, i pooszło! Ja tam chciałem tylko sprawdzić, do czego dochodzi to paskudzenie, koniec, kropka. Usrać się na malarstwo! Nawet awangardy mam po dziurki w nosie! Pollock natryskuje swoje obrazy, no i zbija na tym forsę, że ha!”
Znałem ten ton: gwałtowny, szyderczy. Pollock i Picasso za bardzo mu dosolili. Dawniej tacy kończyli jako strażnicy na galerach.
“Pollock, odparował blondynek, przede wszystkim skończył ze sobą.”
-“A co miał lepszego do roboty? Tak czy owak, musi dojść do arcydzieła, które się maluje, aby je potem publicznie rzucić w ogień!”

Gdy teraz zobaczyłam w MoMA w Nowym Jorku ogromne “Panny z Awinion”, w energetycznych kolorach, nie obchodziła mnie ani odpowiedzialność Picassa za dekonstrukcję, a ni za likwidację totalną malarstwa na następne sto lat.
Byłam równie wzruszona i zachwycona, jak te kobiety w wierszu „Don Juan w Piekle” Baudelaire’a:

W sukniach rozpiętych i z obwisłymi piersiami
Kobiety udręczone wiły się gromadą
I pod żałobnym firmamentem w ślad za nim
Ciągnęły z wyciem niby wielkie ofiar stado.

Moje pokolenie czciło Picassa, a na pierwszym roku studiów, po likwidacji niepotrzebnego przedmiotu nazwanego anatomią, polegającego na studiowaniu kości ludzkich i mięśni, zachęcało do dokonywania śmiałych deformacji pozującej nam nagiej modelki.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Alejandro González Inárritu „Babel”

„21 gramów” był doskonałym dowodem na istnienie Boga.
Drugi z tryptyku – ”Amores Perros”- bardzo dobrze przedstawia mondehoof na swoim religijnym blogu.

Nie inaczej jest z zobaczonym dzisiaj filmem „Babel”.
Trudno mi trochę ochłonąć. Takie filmy się nie ogląda lecz przeżywa i wszelkie opisy nie bardzo mają sens. Recenzje podkreślają biblijny grunt, na której tytułowa Babel jest wzniesiona. Dla mnie to tylko dowód, że można kręcić wspaniałe, głębokie i wbrew przewrotnemu tytułowi, bardzo komunikatywne filmy i nie popaść w patos, śmieszność i moralizatorstwo. Na film, jak i wszystkie części tryptyku składają się mini opowiadania splecione ze sobą kunsztownie. Uniwersalizują humanitarne przesłanie, że tak naprawdę jesteśmy wszyscy tacy sami, a nasz los jest kruchy. Nasza głupota jest raczej błędem, pomyłką, brakiem czujności nad odpowiedzialnością daną nam pod opiekę.

Sandor Marai pisał, że nawet, jak nas przypadkowo przejedzie tramwaj, to też jest to nasza wina, bo byliśmy nieuważni.
I o tym jest ten piękny film.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Zaproszenie

zaproszenie2.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | Dodaj komentarz

Mel Gibson – “Apocalypto”

Nigdy nie wpadłabym na pomysł oglądania filmów Mela Gisona. Nieartystycznych, czysto rozrywkowych, zaspokajających określoną klientelę wyhodowaną już na okrucieństwie gier komputerowych.
Nie mam pojęcia, jakie są potrzeby psychiczne dzisiejszego człowieka w ramach rozrywki masowej.
Jeśli reżyser ma rynek zbytu i pieniądze na nowe produkcje, znaczy, że jest potrzebny.
Może potrzebny w czasie, gdy sport nie jest w stanie zaspokoić rozbudzonych emocji tłumu.
Oglądanie przemocy wirtualnej jest pewnie dobrym rozładowywaniem takich potrzeb.

Ale obudzenie “Pasją” i wprzęgniecie histerii tłumu religijnego w film równie nieudany, jak i reszta produkcji o życiu Jezusa – dotycząca tak trudnego, sakralnego wyzwania sztuki filmowej – przesuwa Gibsona w inne rejony odbioru i chcąc nie chcąc, staje się społecznym problemem, a nie marginalną, filmową papką.

Właśnie to religijne przemieszanie jest najbardziej niepokojące, bowiem “Apocalypto”, zamiast pozostać w swojej komercyjnej funkcji, aspiruje do szerszego przesłania.

Film pokazuje bukolicznie małą społeczność w rajskim buszu, której zadaje się gwałt zbiciem, rozbiciem i porwaniem.
Agresorzy są sadystyczni sporadycznie, raczej wykonują poprawnie zawód przeflancowywania więźniów do krainy innej – złej społeczności.
Tam dręczy się zwierzęta (wiszące jaszczurki na sznurkach), sprzedaje na targu kobiety, a elity tyją i się próżniaczą.
Kapłan cynicznie wyjmuje serca z tychże niedawno bukolicznych społeczności, a nadmiarowy materiał ludzki wyrzuca na wysypisko śmieci, które obrazowo dostarcza widzowi gigantyczny ich nadmiar.

Jak donoszą recenzje, Gibson powiela z filmu na film archetyp bohatera pozytywnego.
Jeśli w poprzednim filmie był nim Chrystus, tutaj jest młody małżonek i ojciec oczekujący następnego potomka.

Wszystko, po tzw. perypetiach, kończy się dobrze: rany się dzięki magii kina goją, niemowlę jest przewinięte i nakarmione, a pojawiający się na horyzoncie następny w kolejce agresor: historyczne przemiany, czyli hiszpańskie okręty zdają się niegroźne.
Święta rodzina sobie poradzi.
Wraca do buszu, wraca do raju, by rozpocząć “początek”.

Film mówi więc o naturze człowieka, o tym, że wystarczy pokonać strach i można przenosić góry.
Słynne” Nie lękajcie się” zostało więc zilustrowane ogromnym wysiłkiem pokazania malowniczych kadrów (w “Gazecie Wyborczej” skomentowanymi ponad stoma komentarzami, kadry przypominają internautom spoty reklamowe butów sportowych do biegania).
Rzeczywiście: wodospady, roślinność, pole kukurydzy, zachody, wschody słońca są urocze i wszystkie realistyczne środki wraz z odtworzeniem świątyni i stroju kapłanów nie odbiegają ani na jotę od marzeń i wzdychań każdego etatowego pracownika, który na okrągło marzy o wakacjach.

Ale bohaterem filmów Mela Gibsona, co właśnie oglądana na naszych ekranach najnowsza jego produkcja filmowa potwierdza, nie jest sadyzm stworzonych postaci, ale samego twórcy.
Sadyzm w ujęciu prostackim, lubieżnym i seksualnym.

Dzieła markiza de Sade nie są kiczem jedynie dlatego, że pokazują libertyńskie potrzeby zaspokajania ludzkiej wolności odartej z wspólnotowych ograniczeń.
Pokazują człowieka w naturze przerażającej i strasznej, a wszelkie hamulce na rzecz ochrony drugiego człowieka mogą być, jeśli on zechce, odjęte.
Sade wyklucza ludzką dobroć pierwotną i dowodzi tego w dziełach przedstawieniem zimnego, bezemocjonalnego zła.
Gibsona tezy są wyjęte z infantylnych opowiastek katechetycznych.
Nie tylko niszczą przesłanie chrystianizmu, ale wulgaryzują go poprzez liczne aluzje i podteksty scen, czyniąc je pseudo chrześcijańskimi (rola rodziny, wspólnoty, dziedzictwo ojca, symbol wody, zło sycące cynicznych, głupich kapłanów, czcicieli bożków).

Nie wiadomo dlaczego całkowita amputacja wszelkich scen gwałtów i aktów płciowych zastąpiona jest nadmiarem o wiele bardziej nieprzyzwoitych: otwierania żył, podcinania gardła, wyciągania serca z klatki piersiowej, strącania ze skały, kopania i bicia różnymi przyrządami, przeszywaniem na wylot strzałami, rozrywaniem przez dzikie zwierzęta.
I to wszystko ocieka łzami, cierpieniem i krzykiem.

Widz jest bezradny i zażenowany wiedząc, że okrucieństwo w świecie realnym nie ma granic, a jego symulacja filmowa ani go nie zlikwiduje, ani nie powiększy.
Tak jak film pornograficzny- ani nie zlikwiduje, ani nie nasyci ludzkiej seksualności- a kto chce oglądać to i tak będzie oglądał.
Więc po co ten religijny kamuflaż?

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

4. (informel)

Jak pisze Paul Auster w „Wynaleźć samotność” ludzie z dobrą pamięcią nie muszą sobie niczego przypominać, ponieważ niczego nie zapominają.
Podaje przykład Marcela Prousta.

Mimo, że wszystko pamiętam i jak Samuel Becket mogę się poszczycić nawet pamięcią życia płodowego, moja pamięć odnośnie percepcji sztuk plastycznych niestety musi ograniczyć się najwcześniej do lat siedemdziesiątych.
Wprawdzie w liceum plastycznym zabawialiśmy się wyszukiwaniem, któryż to sławny aktualnie artysta atakuje płótno gorącą abstrakcją, a niedawno malował obraz zatytułowany ”Podaj cegłę”, ale socrealizm nie dotyczył mnie już bezpośrednio.

Również bardzo dobra, ubiegłoroczna publikacja Piotra Piotrowskiego, „Awangarda w cieniu Jałty”, służąca mi jako nawigator do pisania tych blogowych notek, słusznie socrealizm przemilcza.
Autor zastanawia się natomiast nad fenomenem akceptacji kółek i form niezidentyfikowanych na płótnach malarzy, którzy, jak pisałam Kantor zasugerował, malowali zamiast surrealizmu, wskutek panującej religii kościoła katolickiego, w innych krajach zupełnie zniszczonej.

Kantor abstrakcję ekspresyjną przywlókł z Paryża, kontestując tym wymienione kwadraty i kółka, czyli zimną abstrakcję geometryczną, która się według niego, wyczerpała.
Pierwsze taszystowskie kompozycje, motywowane ideą nieskrępowanej wolności zbiegły się z moją biografią.
Ja też w 1957 roku za przyzwoleniem rodziców, bezstresowego niemowlęcego wychowania, pokrywałam nieskrępowanie wszystkim co było pod ręką ściany dość obskurnego, wybudowanego mieszkania za czasów Bieruta.

Tadeusz Kantor wzywa na pomoc – po bezsilnym intelekcie pracującym na rzecz powtórzenia gestu Mondriana – wyobraźnię i przypadek, stawia na materię i jej konsystencję.
I być może źródła naszej twórczości były podobne.

Historycy sztuki zwracają uwagę jednak na inne zabarwienie polskiego informelu.
Podczas gdy zachodni artyści (Dubuffet) anarchizują i protestują, polskie malarstwo idzie w kierunku estetyzacji, harmonii i poprawnej, wyważonej kompozycji, używając wszelkich materiałów, jak piasek, drewno, cement, wosk itp. w celu uprzedmiotowienia powierzchni płótna i jego materializacji, a nie klasycznych poszukiwań filozoficznych.
Tak spreparowane dzieło sztuki mogło śmiało i bezpiecznie obsługiwać najbardziej skomplikowane hasła polityczne i konkursy, organizowane w celu utrwalenia ich przesłana (np. sławiące przyjaźń między narodami), i właśnie były, dzięki absolutnej odmowie komunikacji z widzem, uniwersalne.

Polscy malarze na długie lata ruszyli z całym impetem do produkcji i nadprodukcji malarstwa niefiguratywnego, czyli abstrakcji lirycznej, czyli art brut, czyli la peinture de matiere, czyli malarstwa informelu.

W liceum plastycznym utknęliśmy w polskim kapizmie, malowaniu krzyżykami śniegu na różne kolory, a ktoś, kto oglądał prostacko śnieg biało, był ośmieszany i skompromitowany artystycznie.
Ale przepustką, oprócz pięciu punktów za proletariackie czy chłopskie pochodzenie, było narysowanie poprawnie aktu kobiecego, co sugerowało, że malowanie abstrakcji jest szkołą wyższą, czyli wtajemniczeniem po technicznym terminowaniu.

Modernistyczny reżim opanowania warsztatu na szczeblu wyższym nie dotyczył mojego pokolenia, został raz na zawsze zaniechany już po pierwszym roku.
Taszystowskie legendy, jakoby całe pracownie produkowały obrazy podpalając powierzchnię płótna i uzyskując tzw. ciekawe efekty, były już minione.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz