Każdemu według potrzeb?

Skoro ciało ludzkie może służyć do produkcji perfum, abażurów, mydła, afrodyzjaków filmowych w przemyśle pornograficznym i stanowić podstawę artystycznej twórczości, nie dziwi wielkie zapotrzebowanie na przerobienie ciał jak najmłodszych na niezbędną człowiekowi potrzebę.
Żyjemy w czasach kultu młodości, nie dziwią więc codzienne niemal pikantne szczegóły różnorakich zapotrzebowań.

Czego potrzebowali chłopcy w rozsławionej ostatnio klasie gdańskiego gimnazjum? Z GW:

Schowała się pod ławką (mówiła, żeby ją zostawili, puścili, ale śmiała się jednocześnie). Powtarzają się relacje: ktoś pociągnął za szlufkę spodni i odsłoniły się pośladki (chłopcy zaśmiewali się, że widać “rów”), ktoś szurał kolanem po jej pośladkach, położyli Anię na ławce (“nie pamiętam, który z chłopaków rozszerzył jej nogi”), a gdy chowała się pod ławką, któryś przyciągnął głowę dziewczynki do swego krocza.

Również w GW czytam o palącej potrzebie hokejowego trenera:

Zarzuty dotyczyły trzech obozów sportowych dla 12-13-letnich chłopców. Trener, “nadużywając stosunku zależności, doprowadził małoletniego do poddania się innym czynnościom seksualnym” i “doprowadził małoletniego do wykonania wobec innych małoletnich czynności seksualnych”.
Trener wprowadził na obozach obrzędy, tzw. smarowanie. W użyciu była mieszanina pasty do zębów, szamponu, maści rozgrzewającej. Smarowali koledzy z obozu, wysmarowany wskazywał następną ofiarę, często przyjaciela. Ofiara rozbierana była do naga. Opornych przywiązywano do stołu. Ulubieńców – na oczach innych dzieci – trener smarował osobiście. Tłumaczył potem: “Chłopcy się muszą wyluzować, stracić napięcie w biodrach”.

Ojciec Leszka (imię zostało zmienione), jednej z ofiar, w rozmowie z “Gazetą”: – Gdy syn wrócił z obozu w Słowenii, zaczął narzekać, że jądra go bolą od ciągłego smarowania, że wyspać się nie może. Byłem w szoku. Wskazał na trenera, zaczął opowiadać, najpierw o smarowaniu.
A potem… – ojcu załamał się głos.

Jak donosi kolega mojego syna w ostatnim mailu, ich była nauczycielka szkoły, którą już ukończyli, jest właśnie oskarżona o molestowanie 15 latka i grozi jej wyrok 12 lat.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Kapuściński

Wczorajsza śmierć Ryszarda Kapuścińskiego jest też i odejściem intelektualnego i duchowego pogotowia ratunkowego.

Kiedy w latach siedemdziesiątych spijaliśmy wręcz odcinki „Cesarza” ukazujące się w „Kulturze”, w Polsce panował Gierek. Mimo, że pojawiły się w sklepach rodzynki, a mieliśmy, dzięki Brzechwie w „Pchle Szachrajce” od przedszkola zakonotowane, że „rodzynków brak na rynku”, to ich pojawienie się jednak budziło nieufność. Spijaliśmy więc te odcinki, z tygodnia na tydzień wiedząc, że pozyskanie całej książki Ryszarda Kapuścińskiego i tak będzie marzeniem ściętej głowy.
I jeśli dzisiaj w Wikipedii mogę dowiedzieć się wszystkiego, co narozrabiał Haile Sellasie i wszystkiego, co narozrabiał Gierek, i też powiązać religię rastafarian z ciągle pojawiającymi się wśród młodzieży w Polsce karnacjami religijnych apologetów spraw wydawało się, już skompromitowanych i przerobionych (Slavoj Žižek), to mogę zawdzięczać jedynie Słowu, o którym tak pięknie oddając hołd Kapuścińskiemu, przypomina „Gazeta Wyborcza
Wtedy, gdy w „Kulturze” pisali Jerzy Urban „krytykujący” komunizm niszcząc proletariat jako leniwy i złodziejski (słynne nabijanie się ze sprzedawczyń i kelnerów), a Krzysztof Teodor Toeplitz wynajdował drugorzędne cechy płciowe intelektualnego życia polskiej kultury, bicie gierkowskiej piany przerywał przejmujący głos Ryszarda Kapuścińskiego, odległy geograficznie, a jak bliski duchowo.

Bowiem „Cesarz” to nic innego, jak odwieczne mechanizmy cesarskich zagrożeń, pożerających państwo w którym nie ma wolności. Analogie do przerostu aparatu kontroli, zachwiania równowagi obywatelskich swobód nad histerią utraty władzy były czytelne dla nas i wśród niewiarygodnie dużej ilości kabaretów, krążących dowcipów, co z wielkim talentem rozkwitło w Polsce tamtych lat, słowa pojawiające się w oficjalnym obiegu warszawskiej, komunistycznej „Kultury” i silne wobec bezsilności cenzury, przedarły się nagle do nas, przemówiły, dały pewność, że wielka światowa hucpa w środku Europy, wielkie sprzeniewierzenie międzyludzkie ma jednak swój kres.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Patrick Süskind „Pachnidło”

Przeczytałam Perfume kilka lat temu i nie doświadczyłam zachwytu nad powieścią Marcela Reich – Ranickiego, który powitał ją, jak długo oczekiwane literackie objawienie, jako zwiastun wspaniałego odrodzenia gatunku.

Teraz, gdy na ekrany wchodzi film wierny literackiemu pierwowzorowi, a zachwytom (patrz Anita Piotrowska w TP i komentarze) nie ma końca, trudno mi udowodnić wielkie zniesmaczenie, jakiego nie udało mi się pozbyć oglądnąwszy film.

Zawsze zastanawiała mnie dziwna zależność perfekcyjnego wykonania z wymową i przesłaniem dzieła artystycznego. Zauważyłam, że istnieje wśród odbiorców dziwne utożsamienie dobrej roboty rzemieślniczej z dobrym rezultatem artystycznym.
Książka jest rewelacyjnie napisana, film rewelacyjnie nakręcony.
Ale czy do dzisiaj nie zachwycają nas fotografie “Leni” Riefenstahl?

Wątpię, by tak piękna ilustracja zbrodni mogła ją potępić. Nawet wielka scena seksualnego zespolenia na miejscu kaźni nie ma nic wspólnego z bachanaliami i orgią, a sugeruje jedynie fizyczną miłość.
To, że rzecz się dzieje w czasach de Sade niekoniecznie musi przesiąknąć duchem epoki. Tłum, jego potrzeba widowisk, potrzeba widoku dręczonego ciała jest złożona. Sadyzm tłumu to też potrzeba ofiary zastępczej.

Autorzy filmu i autor powieści bardzo szybko nazywają. Dziecko z wybitnym darem zmysłu powonienia, przewyższającym wielokrotnie zwierzęcy, przychodzi na świat w warunkach niegodnych człowieka.
Jest traktowany tak, jak widzieli to Dickens, Wolter czy Cervantes. Nawet romantyk Hugo mierzwę ludzką przedstawiał brutalnie.

Upokorzenie Hitlera, któremu odmówiono studiowanie na Akademii Sztuk Pięknych nie czyniło z niego wybitnego talentu. Hitler, jak udowodnił – ani malarskiego, ani literackiego (“Mein Kampf”) daru od Boga nie otrzymał.

W „Pachnidle” mamy postać wybitną. W pięć minut bez edukacji wykonuje kompozycję zapachową, dzieło rzemieślniczej kilkudziesięcioletniej nauki i praktyki.
Bohater, jak wynika z narracji, czerpie ze źródła zła, a liczne aluzje do zdobycia władzy politycznej są jedynie tropami mylnymi.
Tajemniczy Jan Baptysta Grenouille bowiem chce zdobyć miłość.
Tutaj chyba dzieje się najwyższe sprzeniewierzenie i największa kontrowersja tego utworu. Słowo coraz częściej nadużywane staje się pretekstem do wszelkich wytłumaczeń niewiadomych, na które nie powinno być odpowiedzi. Okazuje się, że jest i to bardzo łatwa. Miłość jest alienacją, jest brakiem, którą jedynie trzeba posiąść. Biedny chłopiec wskutek złego wychowania (braku) jej nigdy nie miał możliwości posiadać. Byłoby to wytłumaczenie społeczne wszelkiej człowieczej zbrodni. Byliśmy nie dość kochani, dlatego zabijamy. Końcowa scena jest tego dopowiedzeniem: chemicznie bez problemu można ten brak uzupełnić. Bohater w końcowej scenie przedawkował i jest miłośnie rozszarpany.
Autorzy wzbudzają w odbiorcy współczucie dla utalentowanego chłopca. Minki cierpiącego bohatera są zniewalające. Przebitki na uduszoną ukochaną krojącą mirabelki, liryczne. Kto więc winien?
Aparat ścigania jest straszny. Opiekunowie chłopca też. Pracodawcy są rozpustnikami i tyranami. Kościół urzędowy.

Geniusz, bo jest nim bezwzględnie bohater „Pachnidła”, unicestwia się dobrowolnie, gdyż władza jaką dysponuje będąc w posiadaniu eliksiru, który najprawdopodobniej już w tej chwili jest naszej cywilizacji technicznie dostępny, nie prowadzi go do zniszczonej bezpowrotnie umiejętności kochania. Ale droga, jaką pozyskuje miksturę jest drogą cierpienia, czyli chrześcijańską, ból wytworzony z tej materii prowadzi jedynie do efektu chemicznego.

Ponieważ żyjemy w czasach późniejszych niż akcja powieści, faszystowskie abażury ze skór ludzkich mamy „przerobione”.
Dziwi ciepłe przesłanie zarówno powieści, jak i filmu, którego operatorski majstersztyk faktycznie może zachwycić i oczarować, a i sztukę wysoką, zamiast kiczu, wywąchać.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Wizyta starszej pani

To nie był Dürrenmatt. Raczej Proust i to jedynie tom ostatni.

Miałam dwadzieścia trzy lata, jak weszłam w to miasto i po czterech latach je opuściłam. Mój dzisiejszy come back to tylko czas, a nie odwet. On jest stałą, mimo zmieniającej się formy.

Średnia wieku tych, którzy zamienili siebie na anonimowy tłum w ten zimowy wieczór wahała się w granicach stu lat, nie licząc tych, którzy wiek zataili, co mogłoby statystykę jeszcze pogorszyć. Toteż po płomiennym expose, gdzie nawiązywałam do „Pasaży” Waltera Beniamina o początku eksplozji hipermarketów naszej epoki, prezydent podszedł i uścisnął mi entuzjastycznie rękę. Widocznie akurat mój zachwyt nad zdobyczami technologicznymi zbiegał się z interesami partii, która wybory w tym mieście wygrała.
Starsze koleżanki, pamiętane z niechętnych mi komisji prac zleconych poprzez które bezskutecznie próbowałam zarobić na mleko dla mojego dziecka, podchodziły dzieląc się stanem rzygawiczności na widok stojącego w domu komputera, prosząc o poradę w wyeliminowaniu podchodzących pod gardło soków trawiennych.
Hrabina zaklinająca się, że wieku nie tai nigdy, bo nie jest hipokrytką, zwróciła uwagę na moją pracę, zatytułowaną „Chusteczki do nosa: klasa mojej mamy”. Nie zdążyłam wyjaśnić, że ich symboliczny aspekt mieści się w dacie 1939, ponieważ widniejące na nich słabe odbicia dziecięcych twarzyczek Żydówek, jak na chuście Weroniki, zostały spalone w krematoryjnych piecach.
Hrabina inteligentnie przeszła natychmiast do historii otrzymania od hrabiny Lubomirskiej batystowej chusteczki. Jej śnieżnobiała barwa i misterny haft mikroskopijnych różyczek stanowiła trzon nie kończącej się opowieści o przedmiocie, który też zawisł na ścianie w domu jej dzieci gwałtem zabrany i oprawiony w ramki.
– Nie miałam już czym się wachlować, idąc do opery – zakończyła estetyczną puentą przekierowując wyjściowy przedmiot dywagacji.
Wtedy podeszła delegatka wydziału kultury z niesłychanie kuszącą propozycją wypożyczenia jakiejkolwiek mojej pracy plastycznej i zawieszenia jej w korytarzu ich biura, by przełamać nudę urzędniczego gmachu. Taka promocja, jak zapewniała, z podanym adresem artysty, może wiele dać obu stronom, gdyż bardzo cenią sztukę.
Najprawdopodobniej spełnię jej życzenie i podeślę Matta bez majtek, co natychmiast, z powodu zabarwienia religijnego wygranej przez miasto partii, wróci z powrotem.
Kim jest ten młodzieniec? – pytali co odważniejsi wiedząc, że łamią obowiązujące tabu chroniące świętość wypowiedzi artysty i mogą narazić się na kompromitację.
– To mój narzeczony – odpowiadałam niezmiennie.
Nieliczne grupki moich rówieśników przybyłe tu z obowiązku plemiennego, a nie dla mnie, z którymi biesiadowałam onego czasu, musiałam wyłuskiwać z tłumu, gdyż udawali, że nie przyszli.
Rzucałam się zwyczajem starej epoki w uścisku zwanym niedźwiedziem, składałam pocałunek, wzorem słynneo duetu Gierek – Breżniew.
Mój nadmiar deprymował ich i żenował. Kara, jaką mogłam wymierzyć wspólnocie, mieściła się jedynie w gestach.
Nie byłam milionerką, jak Starsza Pani Dürrenmatta, tkwiłam w tym samym nieodmiennie miejscu terminującego.
Hrabina wróciła z wiadomością, że przeczytała mój wiersz. Faktycznie, umieściłam na wystawie propozycję graficzną ewentualnego zastosowania moich ilustracji komplementarnych do poezji. Z witryny internetowej Gil – Gillinga wynika, że właśnie to miasto jest po upadku przemysłu ciężkiego wielkim zagłębiem poezji. Mimo, że minęło pół wieku, ja byłam w dalszym ciągu na początku. W dalszym ciągu poszukiwałam pracy.
– Gratuluję pani pokonania bariery pisma. Jest pani, zapewniam, jedyną osobą tu zgromadzoną, która wiersz przeczytała. Widocznie nie jest pani dostatecznie poinformowana, że wierszy teraz się nie czyta, lecz jedynie pisze! –
– Świetny! – zdiagnozowała hrabina zapewniając, że kto jak kto, ale ona się zna i już gładko przeszła do ogromnej historii podarowania jej z dedykacją wiersza hrabiny Lubomirskiej.
– To była świetna poetka – tu nie oszczędziła mi wnikliwej analizy jej wiersza, ale wyratowała mnie z kolejnej opresji jakaś para i wręczyła mi kremowe frezje, najprawdopodobniej albo pomyliła imprezy, albo zostali oni złośliwie wmanewrowani w informację, że jestem kimś ważnym.
Fotograf lokalnej gazety bowiem sfotografował mnie jedynie z prezydentem i ani myślał fakt wręczenia kosztownego wydatku udokumentować.
Prezes pędziła mnie do nalewania wina, które jednak znikało, co ze względu na tak wysoką średnią wieku, wydawało się niemożliwe.
Uniknęłam dzięki temu pokątnych dyskusji symetrycznie toczących się do oficjalnej opinii na temat prac wystawianego artysty, by ten nie popełnił ani samobójstwa, ani by mu się w głowie nie przewróciło.
Toteż czas, mój największy sprzymierzeniec, moja wielka obietnica, że jednak wszystko ma swój kres, wkroczył nareszcie do akcji.
– Czemu nie ma w waszym związku młodych? – rzuciłam w stronę mojego pokolenia. – Jestem Starszą Panią, potrzebuję młodych chłopaków! –
Wszyscy zamilkli i nagle sala opustoszała.

Zemsta jest słodka? Dürrenmatt nie pisze o zemście. Pisze o ujawnianiu rzeczy, których nie należy ujawniać w życiu. Jedynie w literaturze. Ale czy ma to sens w wypadku zemsty? Przecież nikt nic nie czyta. A jeśli ktoś czyta mój blog, to się nie przyznaje, a ci, którzy zapewniają, że czytają, na tę okoliczność powierzchownie przepytani, wysypują się jak sztubacy.
Wracałam na dworzec niewiele zmieniony od chwili, gdy nakazem losu zatrzymałam się w tym mieście i wstapiłam do Koła Młodych. Zastanawiałam się, czy biblijną Wielką Nierządnicą może być anonimowe miasto, czy Starsza Pani, przechodząc obok światowej prostytucji, jest w stanie wystawiać jakikolwiek moralny rachunek miastu.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Pętla

„Pętla” Hasa jest dla mnie takim filmem, jak dla innych „Casablanka”.
Oglądałam go po raz pierwszy kilkadziesiąt lat temu, a w dalszym ciągu postać uwikłanego w życie Kuby granego przez Holoubka jest symbolem wszelkiej życiowej mojej niemożności. Ten czarny film, zakończony absolutną autodestrukcją, będzie zawsze dla mnie metaforą mojego świata rozszczepionego.
Alkoholik nie jest słaby, bo dobija się do powierzchni. Powierzchnia jest śliska i szczelna. To jedyny, który nie zrozumiał gry w którą został uwikłany. Kafkowska sytuacja jedynego, który niczego nie rozumie. Telefony jak chichrające biesy komentują jego aktywność, jego nadaktywność w kierunku twórczego życia. One też są na powierzchni, też nie potrafią przedrzeć się do wnętrza, ale nie pozwolą, by komuś się udało.

Witek przysłał ogromną ilość zdjęć swojego wernisażu, jakby próbując sieciowo zabić moje zawiadomienie.
Inżynier Jacek napisał, że nie może przyjść na mój wernisaż w jego mieście, bo jego żona ma wizytę u dentysty. Dzisiaj zadzwonił, że wprawdzie otworzył moją mailową odpowiedź, ale jej nie przeczytał.
Potem zauważyłam, że blog wspólnotowy, z którym byłam trzy lata silnie związana emocjonalnie, nagle przestał istnieć. Na moje komentarzowe zapytania blogów go linkujących nikt nie odpowiedział.
Telefon kobiety, która miała otworzyć salę wystawową do montażu w niej prac, milczał. Gdy zadzwoniłam do jej koleżanki, skarżąc się, że umówiłam się, że zadzwonię wychodząc, by daremnie nie czekała, usłyszałam, że na mnie przecież czeka w odległym mieście, a telefon zostawiła w mieszkaniu.

Wycofałam się z administrowania stron cudzej wspólnoty. Moja ostatnia już pewnie próba zerwania z nałogiem wycofania zakończyła się jeszcze większym. Tak samo, jak bohaterowi Hłaski, mnie się też już nie udało.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Weil I

Zanim pochowano ją na Nowym Cmentarzu w Ashford w obecności siedmiu osób, bez wezwanego księdza – bo spóźnił się na pociąg – napisała „Zakorzenienie” uznane przez Camusa jako najważniejsze, niestety nie dokończone, przerwane śmiercią, dzieło Simone Weil.

Potrzeby duszy są nie zaspokojone w naszej cywilizacji. I jak temu zaradzić? Weil krok po kroku, pełna nadziei kreśli precyzyjny plan leczenia.
Gdyby był już Internet, projekt wolności przekonań można by wcielić natychmiast:

Właśnie dlatego byłoby pożądane stworzenie na polu wydawniczym rezerwatu absolutnej wolności, ale w taki sposób, aby rozumiano, że dzieła, które są tam wydawane, nie obarczają odpowiedzialnością autorów i nie zawierają żadnej wskazówki dla czytelników. Można by tam znaleźć wystawione w całej ich sile wszelkie argumenty na korzyść złych rzeczy. Ich wystawienie byłoby dobre i zbawienne. Każdy mógłby wychwalać tam to, co najbardziej potępia. Wiedziano by powszechnie, że celem takich dzieł nie jest określenie stanowiska autorów wobec życiowych problemów, lecz przyczynianie się na drodze wstępnych badań do sporządzenia pełnej i poprawnej listy dotyczących każdego problemu danych. Prawo chroniłoby autorów przed jakimkolwiek związanym z wydawaniem ryzykiem.

Dusza potrzebuje też wspólnoty:

Godność ma natomiast związek z ludzką istotą nie tylko jako taką, ale również rozpatrywaną w jej społecznym otoczeniu. Ta potrzeba bywa zaspokajana, jeżeli każda wspólnota, do której człowiek należy, zapewnia mu udział w zawierającej się w jej przeszłości i powszechnie uznawanej na zewnątrz tradycji chwały.
Aby na przykład potrzeba godności została zaspokojona w życiu zawodowym, każdemu zawodowi musiałaby odpowiadać jakaś rzeczywista wspólnota, która byłaby zdolna zachować przy życiu wspomnienie wykorzystywanych podczas wykonywania tego zawodu skarbów wielkości, bohaterstwa, uczciwości, szlachetności, geniuszu.
Każdy ucisk wytwarza głód godności, ponieważ tradycje chwały, które posiadają uciśnieni, nie są uznawane z powodu braku społecznego prestiżu.

A literatura?

Byłoby to rozstrzygnięcie powstałego niedawno sporu na temat moralności i literatury. Został on przyćmiony przez fakt, że wszyscy utalentowani ludzie znajdowali się po jednej stronie ze względu na zawodową solidarność, a po drugiej stronie byli tylko głupcy i tchórze. Ale stanowisko głupców i tchórzy było również w dużej mierze rozumne. Pisarze w niedopuszczalny sposób grają na dwie strony. Nigdy tak bardzo jak w naszych czasach nie ubiegali się o rolę kierowników duchowych i nigdy w takim stopniu jej nie spełniali. I rzeczywiście, w poprzedzających wojnę latach nikt oprócz uczonych nie konkurował z nimi pod tym względem. Miejsce, które kapłani zajmowali kiedyś w życiu moralnym kraju, znalazło się w posiadaniu fizyków i powieściopisarzy, co wystarcza, aby zmierzyć wartość naszego postępu. Ale gdyby ktoś kazał pisarzom zdać sprawę z kierunku ich oddziaływania, schroniliby się rozgniewani za świętym przywilejem sztuki dla sztuki.
Niewątpliwie na przykład Gide zawsze wiedział, że takie książki, jak “Ziemskie pokarmy” oraz “Lochy Watykanu”, wywarły wpływ na praktyczne postępowanie w życiu setek ludzi, a także był z tego dumny. Zatem umieszczanie tych książek za nienaruszalną barierą sztuki dla sztuki jest nieuzasadnione podobnie jak więzienie chłopca, który wyrzuca kogoś z pędzącego pociągu. Równie dobrze można by upominać się o przyznanie zbrodni przywilejów sztuki dla sztuki. Kiedyś surrealiści niemal do tego doszli. Wszystko, co tylu głupców powtarzało do znudzenia na temat odpowiedzialności pisarzy za naszą porażkę, niestety, jest na pewno prawdą.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Kurt Wimmer “Ultraviolet”

Żeby zwiększyć czytelnictwo mojego bloga zobaczyłam film z gatunku Science-Fiction.
Podobny zdaje się też miał zamiar przed śmiercią Stanisław Lem kupując w hipermarkecie plastikową lokomotywę, by się z nią ukazać w miesięczniku dla młodzieży “Lampa”. Z pewnością dzięki temu wzrosły i nakłady “Lampy” i poczytność książek Stanisława Lema.

W moim wypadku ryzyko jest większe, gdyż tych, którzy mnie tutaj czytają, mogę jedynie utracić. Bowiem opinie internautów w sieci są o filmie jak najgorsze (szajs, szajs, szajs!), a ja przecież muszę się przyznać, że ani drugiej części “Matrixa” nie zdołałam do końca wysiedzieć (pierwsza mi się bardzo podobała), ani nawet “Harry Pottera”, ani nawet pierwszej części.

A “Ultraviolet” podobał mi się bardzo. Czyste, pięknie kompozycyjnie kadry bez robaczywego baroku przyszłościowych wizji świata, który jak zwykle wisi na włosku, jedynie ułamki sekund i milimetrów go ratują.
Tym razem światu zagrażają w XXI wieku, a więc bardzo blisko, epidemie, a dokładniej wirus, który uciekł z laboratorium, czyli został włożony do kieszeni fartuszka złego laboranta Daxusa. Scenariusz więc nie dziwi, gdyż laborant stając u szczytu władzy i pragnie zbić interes na sprzedaży antidotum na wyzwolonego wirusa, gdyż zamknięty właśnie proces łódzkich łowców skór Pogotowia Ratunkowego uzmysławia nam, że zdemoralizowany moralnie świat służb zdrowia posunie się dla pieniędzy do wszystkiego.
Nie dziwią też ogromne ilości ginących zarażone Hemophabią wampiropodobne istoty i ludzie.
Władze światowej wspólnoty zamierzają zastosować metodę weterynaryjną, czyli wytrzebić ludzkość zarażoną, jak stado wściekłych krów lub ptasiej grypy.
Nie uda to się dzięki pięknej Milli Jovovich, którą pamiętałam z “Piątego Elementu”, zapewniającą w wywiadach, że dla kobiety trzydziestka to wiek podeszły. Zachowała mimo wszystko jeszcze jaką taką formę i wykonała wszystkie kaskaderskie numery osobiście.

W filmie bohaterka po przymusowej aborcji na widok dziecka w walizce wzbudza w sobie tak silne uczucie macierzyńskie, że w jego obronie, który nagle okazuje się całkiem do rzeczy dziewięcioletnim chłopcem o imeniu Six, zabija kolejnych kilkuset przeciwników, a w tym niecnego laboranta.
Film kończy piękną sceną odchodzącej po uratowaniu świata kobiety na wysokich obcasach w stroju w jakim podobno mali chłopcy najczęściej lubią oglądać kobiety. W dłoni trzyma rączkę tegoż właśnie chłopca.

Jest, jak w “Matrixie”, masa aluzji chrześcijańskich. Monstrualna świątynia, zbudowana na planie krzyża łacińskiego, filmowana z odpowiednią kwestią słowną czyni jednoznaczne aluzje do męki Chrystusa. Wiszący chłopak, mający zginąć ofiarnie, komiksowa Violet, jako Maria, oglądająca syna tuż przed kaźnią.
Zabijanie jest pozorne, gdyż ciągle magicznie podsuwane są nie do poznania dla przeciwnych obozów bitew i wojny wizyjne jedynie egzemplarze, które jak zjawy rozwiewają się. Ciało też straciło jakby swój pierwotny cierpiętniczy wymiar, wymiana krwi to ukłucie komara. Śmierć jest jedynie przejściem do zmartwychwstania, a Bóg jest jak zwykle taki sam, odwieczny i kontakt z nim jest jak w wiekach wcześniejszych, jedynie dzięki modlitwie.
Toteż Violet zabita wraca do życia dzięki modlitwie i medycznym umiejętnościom zaprzyjaźnionego szefa opozycji, wampira i nie jest to reinkarnacja, tylko duchowe odrodzenie w miłości.

Kościoły nie lubią takich operacji na Słowie Bożym, ale w kontekście bardzo kontrowersyjnych moralnie postmodernistycznych produkcji Lyncha i Tarantino, film, bardzo piękny plastycznie, budzi nadzieję.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

List II

Twoje obszerne, profesjonalne wyjaśnienie terminu „grafika komputerowa” nie powinno Cię oburzać w kontekście problemu cudzołóstwa, ani też udowadniać, że nie nigdy Cię, w odróżnieniu do zagadnień Twojego zawodu, nie dotyczyło.
Jeśli od urodzenia, do zakończenia życia, nie spotkasz się z tym terminem i nie wiesz nic o nim, to wręcz moim obowiązkiem jest wzbogacenie, zanim umrzesz, Twojej percepcji świata.
Szczególnie, że wielu artystów łączyło terminy odległe pozornie (nasuwa mi się pierwsze z brzegu np. „Zazdrość i medycyna” Michała Choromańskiego) – z powodzeniem.

Znalazłam w bibliotece miejskiej w dziale eseje, maleńką książeczkę „Listy do Muzy”. Dopiero w domu okazało się, że nie są to, jak sądziłam, dywagacje Herberta na temat muzy greckiej, lecz wydane jego listy przez jego byłą kochankę, której wydawało się, że ową muzą jest.
By sprawę wyjaśnić, a zawsze czuję się jakoś mentalnie oszukana (tak, jak oszukałabym widza moich obrazów nie uświadamiając mu, że zaistniały jedynie Corelem 12, a nie pędzlem i farbą), zabrałam wczoraj do pociągu „Pan od poezji”, czyli książkę o Zbigniewie Herbercie Joanny Siedleckiej.
Lektura okazała się, jak i przypuszczałam, łatwa i nieprzyjemna, wręcz idealnie pasująca do jazdy, jaką jest podróż Polskimi Kolejami Państwowymi na początku dwudziestego pierwszego wieku.
Jak pamiętałam z przelotnych wypowiedzi Siedleckiej w telewizji, Herbert telefonicznie zakazał jej pisać o nim cokolwiek, brudne ręce precz od Herberta, zachował się wręcz histerycznie i zaraz zmarł, co pewnie autorkę jeszcze bardziej dla równowagi psychicznej po takim potraktowaniu, zmobilizowało do wydania książki.
Jak widzę, robisz dużo, by być sławnym. Wydawanie takich książek jak “Listy do Muzy” są dowódem na to, że nasze prywatne życie nie jest wbrew uzurpacji, naszą prywatną własnością, więc każdy artysta powinien wiedzieć, że nawet największa grafomanka i grafoman, pokuszą się o wydanie listów swojego sławnego partnera.
A czytając listy poety do muzy, trudno nie odnieść wrażenia złej służby liryki miłosnej.

Siedlecka już we wstępie pisze, że żona Herberta również odmówiła jej jakichkolwiek wypowiedzi o jej wielkim mężu. Zbigniew Herbert przecież w polskim życiu literackim funkcjonuje jako największy polski poeta dwudziestego wieku.
Z książki, zawierającej wiele wiarygodnych dokumentów obejmujących lata przedwojenne (rocznik mojej mamy), okupacji i stalinowskiego życia kulturalnego w Polsce, można śmiało wysnuć jedynie tezę, że zaistnienie w życiu publicznym w powojennej Polsce było możliwe albo przez UB, albo poprzez seks. Dlatego pewnie skandale kościelne są bogatsze w pierwszym wypadku, ze względu na celibat.
Muza Herberta, to kobieta po trzydziestce, kierowniczka Związku Pisarzy Polskich oddziału gdańskiego, mężatka i matka dwojga dzieci, z którą dwudziestoczteroletni poeta rozpoczął regularne życie płciowe. Siedlecka zdążyła przed śmiercią “Muzy”, czyli dotrzeć do osiemdziesięciopięcioletniej staruszki, która opowiedziała swoje dzieje po fakcie zakochania się Herberta w urzędniczce Związku Kompozytorów Polskich:

Zdaje się wiosną 1957 przyjechałam jak zwykle do niego do Warszawy. Poszliśmy na obiad i ni z tego, ni z owego, oświadczył, że nie wie, jak mi to powiedzieć, ale zakochał się w innej, chce, żebym to wiedziała.

Pociemniało mi w oczach i nie bardzo nawet pamiętam, co działo się dalej, tyle tylko, że zaraz wyjechałam, że odprowadził mnie półżywą do pociągu, dał parę złotych konduktorowi, żeby się mną opiekował, wysadził w Poznaniu. Dowlokłam się półżywa do domu, zdruzgotana zupełnie położyłam się do łóżka. Nie jadłam, nie spałam, chciałam umrzeć. Z żalu, bólu, upokorzenia, to trwało jednak dziesięć lat i naiwnie myślałam, że już na zawsze.

Nie wstawałam z łóżka przez kilka dni, z odrętwienia wyrwał mnie głos mojej mamy, strofującej Tereskę. Boże, pomyślałam, jeszcze przecież żyję, co będzie, gdy umrę? Postanowiłam więc dożyć do wieczora, potem jeszcze dzień następny i tak się dźwigałam – dla córek.

Pomogła mi mama, która wypchnęła mnie na kurację do Krynicy, i klimat, masaże zrobiły swoje, postawiły na nogi, choć psychicznie załamałam się zupełnie.

Dla niego też nie była to decyzja łatwa, bo choć zabroniłam, dzwonił, pisał, robił jakieś podchody, uważał, że nie powinniśmy zrywać tak nagle. Postawiłam jednak warunek: albo ona, albo ja, na co się nie zgadzał. Chciał spotykać się ze mną, a kochać tamtą, ale czy mogłam się nim dzielić?

Zasypywał listami, depeszami z zapłaconą odpowiedzią: czy nie rozumiesz, że niepokoję się Twoim stanem i byłbym spokojniejszy, gdybym miał wyczerpujące wiadomości.

– Może nie powinnam była tak szybko się wycofywać, tylko walczyć jak inne kobiety? Zrujnowałam przecież dla niego życie swoje, Edmunda, naszych dzieci, on tymczasem – zakochał się!

Herbert do homoseksualizmu maił szczególną odrazę. W Zarządzie Głównym Literatów Polskich bez zaliczenia co najmniej dwóch partnerów nie było szans, jak donoszą według relacji świadków epoki, koledzy Herberta. Siedlecka pięknie dokumentuje wybitnych absolwentów anglistyki, romanistyki, skazanych na niebyt społeczny, ukrywających dyplom, gdyż natychmiast byli podejrzewani o współpracę z obcym wywiadem.

Oczywiście nie jestem na tyle wykształcona, bym mogła profesjonalnie wyjaśnić Ci termin „cudzołóstwo”.
Najsmutniejsze w trójkącie Herberta, czego liczne ślady są w” Listach do Muzy” jest to, że cała trójka oceniała miłosne uwikłanie jako wykroczenie przeciwko sakramentowi małżeństwa, gdyż zarówno Poeta Herbert, jak i rozbite romansem małżeństwo, byli praktykującymi, gorliwymi katolikami, a nie szkodzie na sumieniu ludzkim
Zalegalizowanie nowego związku w ich pojęciu było niemożliwe nie dlatego, że „co ludzie powiedzą”, ale co powie Bóg. W nawiasie i Partia, która była równie wymagająca w tych sprawach.

W moim prywatnym przekonaniu termin “cudzołóstwo” (jak zwał tak zwał), jest to miłość cielesna w ramach związku, który nie zaprzestał jej w innym i kontynuuje seks równolegle.
Dlatego bliższe jest mi nazwanie Cezarego Pavese: Mężatka z innym robi to albo serio, albo żartuje. Jeśli robi serio, należy do tego drugiego, i już; jeśli żartuje – jest szmatą, i już.
Nie wiem, na ile tłumacz z włoskiego przybliżył nam wyraz „szmata”. Jeśli bliżej prostytucji, to warto oddzielić szlachetny zawód płatnej miłości od zabiegu utożsamienia cudzołóstwa z terminem miłości wysokiej, a społecznie szlachetnym narzędziem zaistnienia artysty w życiu społecznym.

Ponieważ, jak piszesz, wyjeżdżasz, by wykorzystać przerwę semestralną na miłość prawdziwą, czyli fizyczną i duchową, wysyłam Ci fragment z internetowego literackiego blogu „kumple” jako dowód, że dzisiejsze czasy też nie są wolne od cudzołóstwa (jak zwał tak zwał).
Ewa

Dorian |
2007-01-19 21:59:11 | 83.18.107.68 80.51.165.30 POMÓZCIEEE byłem w solarium bo chciałem sie opalic cały czas byłem brazowy a teraz na wieczór zczerwieniało mi to. czy jutro znów bedzie brazowe co zrobic aby nie robiło sie czerwone??? prosze pomózcie

wredny urwis>Dorian |
2007-01-19 22:09:45 | 80.4.224.7 80.0.39.238 Ci się pomyliło koleś, spytaj na chomiki.pl albo gdzieś tam

GuessWho??? |
2007-01-19 22:53:18 | 82.115.69.142 Na homikach mu nie powiedzą. Tylko JA prawdę powiem. To zależy czy leżałeś pod lampą sam, czy z kimś, jeśli z kimś – to zależy z kim? Jeśli stałeś – analogicznie. Jeśli sam – to trza paczyć, żeby sobie CV nie spaczyć. 😉 Całuski

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz