8. (wspólnota)

Sztuka stanu wojennego odchodzi od indywidualizmu i staje się sztuką dla dobra narodowego.
Pokusić się o analizę tego zjawiska byłoby samobójstwem literackim, poprzestanę jedynie na wspominkach, gdyż utraciłam pewność siebie po wpisie polskiego pisarza Jakuba Żulczyka na „kumplach”, jakoby niezrealizowani pięćdziesięcioletni malarze okupywali ubikacje krakowskich modnych knajp w celach pozyskania nienależnego im (pewnie za karę za niezrealizowanie), młodego materiału seksualnego.

Nie było łatwo dostać się do tajnej opozycji stanu wojennego, podobnie jak do podziemnych organizacji II wojny czy wcześniejszych z okresu zaborów.
Telefon organizatora pozyskałam bez problemu w Krakowskim Klubie Inteligencji Katolickiej, gdyż nikt w moim mieście nie chciał mi niczego udostępnić.
Wymieniam tu nazwisko plastyka, Mariana Warzechy w dowód jedynie wdzięczności, gdyż mimo, że był spłoszony w słuchawce, w końcu powiedział, w którym miejscu odbywają się tajne zebrania i informacji udzielił.

Jak się okazało, tajność była dużą nadinterpretacją problemu, i jeśli aktorka Halina Mikołajska w Warszawie przepłaciła zabawę w konspirację życiem, to myślę, że tutaj miało to jednak bardziej wymiar jedynie zabawy.
Zjechałam na to zebranie, gdzie trwała dyskusja o sztuce, którą wsparł delikatnym głosem kompletnie ubrany filigranowy Jerzy Bereś. Nawet ja, pokonując onieśmielenie, wygłosiłam jakąś kwestię wiedząc, że jest to ofiara dla ojczyzny w niebezpieczeństwie. Państwo Warzechowie byli wzruszeni moim poświęceniem i przyjazdem z odległego miasta, zawieźli mnie na dworzec własnym samochodem nie bacząc na reglamentację benzyny i ofiarowując tajny telefon do Sławnego Profesora z ich rekomendacją, który analogiczne spotkania w moim mieście prowadził.
Toteż nieufny głos Sławnego Profesora Akademii Sztuk Pięknych mojego miasta polecił mi się stawić następnego dnia w naszej katedrze, gdzie będzie otwierał wystawę malarską. Długo po podejściu do niego i przedstawieniu się, czekałam, aż oderwie się od pracy dla dobra narodu i powróci do mnie, udzielając mi wreszcie tajnej informacji. Nie doczekałam się i wyszłam, nie wiem do dzisiaj, czy takie zebrania rzeczywiście miały miejsce, czy były jedynie kolejną patriotyczną fikcją.

Natomiast zostałam wmanewrowana w stratę czasu na celebrę wystaw w Seminariom Duchownym i dowiedziałam się przynajmniej, dlaczego moje dłonie chętne do konspiracyjnej pracy są zbędne.
Tajność polegała na nieprawdopodobnej ilości ludzi opozycji, ubranych tak, jak zazwyczaj ubierają się goście na Chrzest lub Pierwszą Komunię. Stoły uginały się od wielkiej ilości przeróżnego jadła, którego dawno nie oglądałam, gdyż nawet kartek nigdy nie udawało nam się wykupić.

Potem już “Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej” umożliwiały spotkania w kościołach z wielkimi ludźmi. Chciałam bardzo zobaczyć poetę księdza Jana Twardowskiego. Zobaczyłam wtedy wielu ludzi dawno nie widzianych, wycałowałam się nawet z Basią, koleżanką z liceum.
Ale poeta nie przybył. Po godzinie stania z zakrystii wyszedł ksiądz informując dość obojętnie, że nie przybędzie, gdyż właśnie powiadomił, że nie przybędzie.

Chodziłam na różnorakie wystawy, nigdy nie podejmując sama tematyki sakralnej jako tematu mnie zawsze przerastającego technicznie i duchowo, czym całkowicie odcięłam się od możliwości wystawiania.
Nie mieli ich moi koledzy i koleżanki, ze zdumieniem obserwowałam tak szybką woltę tematyczną i formalną.

Czytam Mieczysława Porębskiego” Krytycy i Sztuka”.
Z żalem donosi o okropnej architekturze, która za przyzwoleniem publicznym powstała, jako trwały, kompromitujący ślad tego okresu.
Przytacza barwnie dalszy ciąg wydarzeń krakowskich, których już nie dane było mi doświadczać:

T. K: – Byli też ludzie, którzy ani nie chcieli współpracować dalej z władzą, ani nie potrafili się zmieścić w ramach wyznaczanych przez nowego, kościelnego mecenasa. A w “kruchcie” zdarzały się nieporozumienia i konflikty. Pamiętam awanturę wywołaną przez fotografie z pokazu Jerzego Beresia powieszone w sali na Augustiańskiej, w siedzibie Papieskiej Akademii Teologicznej, gdzie się zbierało konwersatorium “Sztuka Religia Nauka” animowane przez Mariana Warzechę. Ks. Życiński, obecny arcybiskup lubelski, bardzo ostro wtedy zaprotestował; obnażony Bereś przekroczył jednak granice jego tolerancji… Także wystawa grupy Wprost i jej młodych kontynuatorów, umieszczona w krużgankach krakowskiego klasztoru Dominikanów, wywołała kontrowersje; przeorowi nie podobał się obraz Zbyluta Grzywacza, gdzie realistyczne przedstawienie prostytutki pod latarnią nakłada się na motyw Magdaleny pod krzyżem, Andrzej Kłoczowski musiał dzieła bronić. Nawet obraz Tadeusza Boruty został kiedyś zaatakowany – fizycznie! – przez staruszkę, którą zgorszyły gołe męskie pośladki…

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Puchowy śniegu tren

Zimno jest wtedy, gdy rachunki znoszą się swoim wyrównaniem.
Nagroda – narkotycznym znieczuleniem krótkim.
Białe są szlaczki i obwódki
widoku okna białym ranem,

kiedy raniący i raniony ślady krwi świeżej smak zapomnieć
próbuje chłodno i rozważnie.
A czerwień puszy się odważnie
jak kicz piosenki. Biała zamieć

minęła nocą i zatarła zbrodni mordercy zwykły nawyk
ranienia w tajnej celebracji „by nie bolało”.
Biała jest myśl i w oczach biało.
Biało cukrowo, świata skrawek

przyjazny, miękki i puszysty. Nie zmieniaj. Lukier jest kanciasty
jak lód. I słowa w stanie czystym, destylowane.
Tren jest gatunkiem. Może ranem
jedynie ciało jest czymś płaskim.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Każdemu według potrzeb II

Oczywiście, wątek można ciągnąć przez wiele blogowych postów, ale skoro koledzy syna nadsyłają kolejne linki, i skoro pojawiają się trupy, a przecież nie każdemu zdarza się jakaś satysfakcja dziecięcego szkolnego horroru, warto udokumentować rzecz, jako osobistą.

Czytając na blogu Za Dużo ogromną ilość komentarzy odnośnie czarnego poety z Kamerunu, którego słodycz doceniła polska kobieta, a jak widać ze statystyk, nie do końca katolicko zniszczona, trzeba się zastanowić nad tezą jego notki blogowej: kto właściwie czyni mistrza i kto czyni mordercę i złodzieja? Nagminne, jak się okazuje, dybanie na poetów po każdym wieczorku, turnieju i spotkaniu autorskim obiektów seksualnych tzw. branżowych przeróżnej płci, koloru i wieku, niewiele się chyba różni od obyczajowości dawnych czasów.
Skandale wybuchały, jak były potrzebne, plemnik Leppera staje się nagle ważny w czasie, gdy seks jest i był odwieczną formą zapłaty. Pocałunek w szyję, jak donosi GW (wyłania się szokujący obraz romansu, jaki 48-letnia Olga W., nauczycielka tańca klasycznego, nawiązała z nastoletnim uczniem. Wszystko działo się w murach szkoły oraz internacie, w którym mieszkał, pochodzący z Koszęcina, chłopak(…). Pani profesor może nie jest już najmłodsza, ale jako była baletnica ma doskonałą figurę. Jej zainteresowanie musiało schlebiać 15-latkowi – przyznaje jeden z oficerów policji), jako zapytanie, czy utalentowane dziecko zgadza się na wyjazd na konkurs zagraniczny w zamian za młodzieńczą inicjację, było praktyką nagminną i ogólnie przez kilkanaście lat wszystkim wiadomą.

Miałam 28 lat, jak zaczęłam swoją karierę pedagogiczną i 29, jak ją ukończyłam. Nigdzie nie spotkałam się ani wcześniej, ani potem, z tak obleśnym erotyzmem dziecięcym, jak w ośmioklasowej szkole podstawowej. Albumy moje, które troskliwie taszczyłam na lekcje z historii sztuki niezmiennie wracały do mnie zniszczone tzw. świńskimi rysunkami i oczywiście powinnam być oskarżona o molestowanie seksualne, bo przecież zainspirowałam dzieci do takiej, a nie innej twórczości i był to jawny dowód na moją winę.

Odwiecznie przewaga nad zależnym była wykorzystywana.
Szkoda tylko, że nie można wykorzystać odwiecznego prawa międzyludzkiego zalecającego szacunku dla godności drugiego człowieka.
Łatwo wzbudzić w sobie pożądanie do posiadania piękna, gorzej jest z wzbudzeniem w sobie świadomości, czyje ono jest.

Tragedia w bytomskiej “baletówce”
Nauczycielka podejrzewana o molestowanie 15-letniego ucznia
 Taniec na krawędzi w bytomskiej szkole baletowej

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Havel

Czytajcie Václava Havla, moje pokolenie!
Po zobaczeniu Galerii Sztuki Polskiej XX wieku z autentycznym zachwytem (wyjątkowo piękny Nowosielski) najwyższego piętra Muzeum Narodowego w Krakowie dowiedziałam się, że autorem ekspozycji jest Mieczysław Porębski i natychmiast przeczytałam wszystko, co w swoich książkach napisał. I co napisała jego uczennica, Krystyna Czerni.

Czytajcie Havla moje pokolenie!
Jeśli poszukujesz, moje pokolenie, rekompensaty, odpowiedzi, zadośćuczynienia, prawdy, godności, wyjaśnienia, zwykłej, ludzkiej lojalności – nie szukaj jej w polskim słowie! Nie znajdziesz go w pismach drugiego obiegu, ani w obiegu emigracyjnym. Nie ma go ani u Turowicza, ani u Giedroyca, ani u Czapskiego. Jeśli już wiesz, że oficjalnego obiegu nie wolno ci dotykać, bo i tak ograbi cię już ostatecznie z resztki czasu i jeśli bezskutecznie łakniesz złudnych ramion polskiej prawości, nie ufaj w jej prawość!

Czytajcie Havla moje pokolenie! Tylko on wam powie, że wysiłek twój szedł na marne, że zawsze znikał w jakimś urzędzie anonimowym i tajemniczym, twoją pracę ukradł urzędnik, a potem potomek urzędnika. Że wszelka symulacja publicznej pracy trwa do dzisiaj.
A jeśli już otoczenie staje się tak przyjazne, że uwierzyłeś, że nie jesteś bohaterem “Procesu” Kafki, nie ulegaj złudzie aksamitu.
Król Maciuś I jest tylko pierwszy i ostatni. Monarchia w sferze ducha nie jest dziedziczna.
I ciesz się, moje pokolenie, że przypadło ci żyć w dziejowej pomyłce, gdy na ołtarze wyniesiono artystę.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

DDYPLOM 1976

…że wyszły wiersze Sylvii Plath
i ma tu spojrzeć na obrazy
(wykpi? przemilczy? czy pochwali?)
by pooglądać je dwa razy
raz w tej, a potem w drugiej sali,
pani prodziekan, czterdzieści lat.

Weszła. Spojrzała.
Przemilczała.
Trzeba coś zjeść i wylać mleko.
Usiąść i potrwać na kanapie.
A mój Maleńki tak daleko,
a mleko z piersi ledwo kapie…

Jest deszcz i pada przez okienko
dachu pracowni na gazetę.
Czekam, aż przyjdzie. Czytam wieści
…że nowy konkurs na poetę…
Krople spadają i szeleści,
pamiętasz śnieg? On spadał miękko.

16 stycznia 1976 Wrocław

Zaszufladkowano do kategorii 1976, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

7. (wykorzenienie)

Zależy, w które części Polski trafiali absolwenci liceów plastycznych i kółek domów kultury przygotowujących na studia, których rozpoczęcie edukacji wyższej przypadło na początek słynnej gierkowskiej dekady.

Po buncie robotników gdańskich nastąpiła wymiana władcy na równie urodziwego i mądrego, jednak wraz z gorącą głośną prośbą o pomoc tych, których jeszcze nie zmasakrowano i wymordowano (jak to przy buncie bywa), Edward Gierek zwrócił się niemo również do artystów.
Nie sposób było nie pomóc.

Gdy stanęłam oczarowana na Rynku we Wrocławiu o zmroku, widowisko, jakie ujrzałam, było chyba powtórzeniem ubiegłorocznej akcji plenerowej Henryka Stażewskiego z sympozjum „Wrocław 70”.
Reflektory – jak się później dowiedziałam – wojskowe – skierowane na wieżę Ratusza, lukrowały ją barwnymi światłami, dając na niebie pociętym prostymi, krzyżującymi się, ciągle w ruchu promieniami, zjawisko niebiańskie i mistyczne.

Tak optymistycznie przywitana młodzież artystyczna – przybyła z wiosek i robotniczych osiedli – wchodziła w świat zupełnie jej obcy. Jeśli polscy krytycy próbowali konceptualizm uznać za normalne zjawisko awangardowe po abstrakcji i taszyzmie i na nieprawdopodobnej ilości wykładów, sympozjów i konferencji, jakie miały nieustannie miejsce, (zamiast jakichkolwiek studiów) udowadniać normalny, ewolucyjny proces takiego zjawiska, to było wiadomo, że tą metodą można dowieść właściwie wszystko.

Gdy na pierwszym roku wszystkich nas oklejono kółkami wyciętymi z czarnego papieru, które przymocowano klejem „skorolepem” (zupełna rewelacja w klejach tamtej epoki), wiedzieliśmy, że studia będą lekkie, łatwe i przyjemne.
Akcje konceptualne były często dowcipne i nawet pewni artyści, jak słynna jednosobowa Galeria Anastazego Wiśniewskiego “Tak” i “Nie”, wzajemnie przekazująca sobie na siebie donosy i komentująca zdarzenia artystyczne, wyłamywała się ze śmiertelnej powagi celebry, to jednak większość była indyferentna politycznie i zdawała się udawać, ze żyje w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości.
Jeśli Vaclav Havel nazwał lata siedemdziesiąte epoką posttotalitarną kładąc nacisk na post jako podkreślenie, wzmocnienie, ale “inaczej” totalitarnego państwa, to w Polsce oznaczało to wzmożenie teorii nad praktyką.

Dzięki konceptualizmowi, studia były tanie, polegały na pomysłach w fazie projektu, a nie realizacji, wprowadzaniu skomplikowanych teorii zaczerpniętych z Barthesa i Wittgensteina.
Ponieważ wykłady z filozofii były bardzo powierzchowne i ostrożne, i nie aspirowały nawet do nauczenia filozofii marksistowsko – leninowskiej, a inne dziedziny nauki, jak bogato eksploatowana nauka o języku i komunikacji również pozostawała w rejonie imitacji, swoboda artystyczna nie miała granic.

Piotr Piotrowski nie odnalazł w dokumentacji tamtych lat docenienia Zachodu, a nawet wzmianki o sławach artystycznych z Polski tego okresu.
Podkreśla wygodną formę sztuk wizualnych dla władzy, wskazuje na jej konformizm, nijakość, pozorność, pseudo awangardowość, banał.

Mimo wszystko, byłam oczarowana. Mając dziewiętnaście lat nagle znalazłam się w europejskim mieście, gdzie odbywały się intelektualne dyskusje zupełnie wolne od komunistycznej propagandy, naładowane wielką energią. Wszyscy nieustannie coś przyklejali, biegali, pokazywali, rozklejali i wygłaszali. Symulacja wielkiego artystycznego tygla była jak w neurotycznej histerii, równie prawdziwa jak choroba.
Gdy po pierwszym roku studiów pojechałam na plener z krakowską ASP chcąc się nawet przenieść, by uratować się przed utratą jakiejkolwiek nauki, prowadzący go sławny profesor przyklejał ości ryb na płótno, co w kontekście wrocławskich profesorów wypadało jeszcze gorzej.

Simone Weil analizuje przedwojenną sytuację socjalną robotników wykorzenionych z podstawowych potrzeb człowieczych. Pozbawieni godności i zdemoralizowani zachwianą relacją do opresyjnego Państwa ulegają podmianie świadomości zamieszkania w narodzie na zamieszkanie w państwie. Również Mikołaj Bierdiajew badając źródła rosyjskiego komunizmu pisze o zakorzenionej w chłopach pańszczyźnianych świadomości boskiego pochodzenia ziemi, której i oni są właścicielami.

A artyści? Kiedy na Zachodzie, jak pisze Mieczysław Porębski, sztuka stawała się coraz bardziej samonakręcającą się maszynką do pozyskiwania pieniędzy z mecenatu państwa w rosnących samokonsumujących się organizacjach artystów, w Polsce dochodziła jeszcze pierwotna duchowa pustka, pracowicie wysuszana kulturową izolacją i imitacją wysokiej sztuki.
Zaczęto o niej pisać równie niezrozumiale, górnolotnie i uniwersalnie. Czyli o niczym.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Turniej

turniej.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | Dodaj komentarz

Jan Jakub Kolski „Jasminum’’

Chcąc nie chcąc muszę zaryzykować dla dobra niezależnego charakteru mojego bloga i napisać o filmie Jana Jakuba Kolskiego, mimo jego gróźb. Jest to nawiązanie do poprzedniej recenzji „Pachnidła” i wstęp do omówienia bardzo ważnej dla literatury polskiej ekranizacji przez tegoż autora „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” według scenariusza Doroty Masłowskiej.

Jan Jakub Kolski powiedział w wywiadzie:

Zła ocena boli, dobra raduje. Tak po prostu jest. Wiek i dorobek nie mają tu znaczenia. Inna sprawa, że ostatnimi laty pojawiają się agresywni gówniarze, których jedyną szansą na pokazanie się światu jest przyłożenie komuś znanemu. Ale ja nie dam się obrażać. Jeżeli ktoś dotknie mnie personalnie – odszukam go i złamię mu nos.

Nazwanie mnie gówniarzem, z racji mojego wieku i urzędu bardzo mnie nobilituje, mimo strachu o mój nos. O nos bali się widocznie widzowie na obu półkulach, ponieważ rośnie lista nagradzających “Jasminum’’, zarówno w Ameryce, jak i w Europie, a przede wszystkim w Polsce. Bali się recenzenci Internetowi filmu, których zachwyty końca nie mają. Jak tu zresztą się nie bać, gdy jak widać, nos okazuje się głównym organem percepcji dzisiejszego kina, zarówno polskiego jak i europejskiego.
Jan Jakub Kolski niedopuszczony do ekranizacji „Pachnidła” zawziął się jak niedoceniony prymus, pracę domową i tak wykonał. Niestety, nie z pozycji prześmiewcy, szydercy i kpiarza. Zamiast parodii i pastiszu otrzymaliśmy równie podejrzany zapachowo-artystyczno-podobny produkt.
I cóż tym razem widz ma wywąchać prócz tego, że jest jawnym dowodem na szkodliwość takich utworów jak „Pachnidło” Patricka Süskinda i jego dalekosiężny odór poraża ledwo zipiące od złego smaku kino polskie?

Mamy sytuację absurdalną: trzech mężczyzn w wieku produkcyjnym próżniaczy się w jakimś klasztorze, i wraz z otyłym Gajosem celebrują niemoralny bemberg w celach przy aprobacie i kibicowaniu miasta.
Sądząc z takich przedmiotów jak laptop i najnowsze marki samochodów, którym jak zwykle zjawia się aktor Bogusław Linda, rzecz dzieje się w 2006 roku.
We wszystkim demoralizująco uczestniczy pięcioletnia dziewczynka Eugenia, jako narratorka. Komentuje zza ekranu zdarzenia – w tym stosunek płciowy Bogusława Lindy z lokalną pięknością, fryzjerką Patrycją. Kobieta ta histerycznie złakniona miłości fizycznej (hodowca psów powiedziałby: goniąca się), potrzebuje jakiegoś specjalnego pretekstu w postaci tajemniczej mikstury, by mężczyzna na wyjezdnym skorzystał z jej usług seksualnych za darmo.
Kiedy w trawie nagle pojawia się zbiegły z klasztoru (na pierwszy rzut oka widza czysty) jeden z trójki próżniaków – brat Czeremcha i wydziela jakąś woń, nikt z widzów chyba nie może wyjść ze zdziwienia, jak reżyser poradził sobie z problemem klasztornej higieny, gdyż wszyscy szczelnie pozamykani w klatkach, a jeden w kuchni – łazienki nie potrzebują.
Oprócz co jakiś czas pojawiającej się kobiety w stroju historycznym, z przedmiotów tzw. metafizycznych ważne są trzy trumny, w tym jedna zrobiona z czeremchy. Nie wiadomo jak, gdyż jest to przecież krzew, ale magia kina widocznie ma obowiązek mówić o rzeczach niemożliwych. Jedną z nich jest na pewno miłość, której bohaterowie, jak i twórcy filmu, mają pełne usta i nosy. Miłość, jako coś, co się pozyskuje wskutek wysmarowania tłuszczem, najlepiej masłem prześcieradła, owija się nimi i tak siedzi na łóżku.
Uwaga małe dziewczynki na to masło! Nie jest to film francuski!

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz