Joanna Pawluśkiewicz „Pani na domkach”

Właściwie chciałam napisać o książce Jakuba Żulczyka, przejęta skargą na „kumplach”, że jego babcia nie chce go czytać, a Dehnela czytają nawet inne babcie.
„Lala” Jacka Dehnela stoi na półce w naszej bibliotece, natomiast debiut Jakuba Żulczyka jest nieosiągalny od września ubiegłego roku – a wiadomo – naszą bibliotekę odwiedzają tylko babcie.

Więc w zastępstwie z pilnej potrzeby lektury łatwej i nieprzyjemnej – gdyż muszę do mojej niespełna dwuletniej wnuczki dojeżdżać 2 godziny pociągiem – zabrałam kolejną pozycję wydaną w ubiegłym roku przez korporację Ha!art, która obok wspomnianego Żulczyka wydała podobnych pozycji 16, a już na dniach zapowiadane są 4.

Joanna Pawluśkiewicz napisała krótko, akurat na moją podróż. Po przeczytaniu książki nieartystycznej, gatunkowo zbliżonej do mailowych doniesień z podróży i donosu na kapitalistyczny świat, oraz skargi za zbyt heroiczne doświadczenie pisarskie, bez którego rzecz by nie powstała – trzeba uprzedzić – nie jest to temat drogi. Mimo, że Narratorka ciągle się przemieszcza i jedzie lub lata, rzecz dotyczy raczej oglądu zastanej i stojącej rzeczywistości.

Tajna polska dostatecznie na swoim blogu książkę przedstawił i zachwyt jego pokolenia nad odbiorem Stanów Zjednoczonych przez dzisiejszą młodą intelektualistkę z Polski może być wystarczający.
Moje pokolenie w tej chwili jest bombardowane doniesieniami ich pociech z całego świata, bogato i niepowściągliwie inkrustowanymi zdjęciami z wypraw naukowych, podróżniczych, stypendialnych i zarobkowych. Wśród tej masy przesyłanych nam dla popisu i adoracji, zdarzają się też reportaże rzetelne i zwięzłe, ale nikt na pomysł druku na całe szczęście nie wpada.
Może dlatego, że nie zna osobiście Janka Sowy, który w zapiskach Joanny Pawluśkiewicz pojawia się dwukrotnie.

Ale jeśli iść pomysłem blogowym Kuby Banasiaka, który uważa, że gdyby obrazy Agaty Bogackiej ze skromnych 3 metrów kwadratowych wykonać np. na 25 metrach, to wtedy by zadziałały, to w wypadku prozy Pawluśkiewicz mogłoby wypalić: ostatni rozdział „Pani na domkach” dla napisania którego pisarka oddała 2 miesiące życia w kompletnej jałowości intelektualnej (zapomniała zabrać „na domek” jakąkolwiek książkę, mimo, że wśród licznych zakazów akurat tego nie było) nadaje się na obszerną książkę w stylu huxleyowskim. Miejsce latynoskiej muchachy, która za tak intratne i dobrze płatne zajęcie w luksusie dziękowałaby Bogu wspomagając kilka głodnych rodzin w swojej ojczyźnie, zajęła pierwszorzędnie wykształcona kobieta polska, która żadnej pracy się nie boi. Może się nie boi, ale puszcza oko do czytelnika, że jest ponad to niewolnicze zajęcie.
Jest to studium rodziny yuppie, czy patrycjatu amerykańskiego, gdzie relacje służącej i Państwa mimo nowoczesności, a nawet ponowoczesności są zachowane, a wszelkie wnioski racjonalizatorskie, za które kobieta w ustroju komunistycznym dostawała „na etacie” premię i nagrodę od Ministra – tępione z całą bezwzględnością w zarodku.
Joanna Pawluśkiewicz wyjątkowo trafnie wypunktowuje absurd dzisiejszego cywilizacyjnego nadmiaru, fobię bakteryjną Pani domu, fobię, która jest zjawiskiem społecznym, a nie sporadycznym, indywidualnym zboczeniem.
Szkoda, że nie rozbudowała tematu o rysy psychiczne Państwa, o sadyzm dziecięcy, o skutki 3 pokojów zabawek, których dzieci nie są nawet w stanie poznać.
Bo tylko to indywidualne, dwumiesięczne przeżycie dało autorce autentyczny artystyczny materiał.

„ Zanoszę rzeczy do pralni, a tam czeka Pani. Wszystko źle prałam. Dżinsy razem z koszulami Pana, majtki razem ze skarpetami, bluzy razem z koszulami, wszystko źle. Każde ubranie ma swoją grupę pralniczą i jak czegoś jest mało, to należy dorzucić czystych rzeczy. O, tutaj w szafce jest cały dział ręczników, które dodajemy do prania lub suszenia, jeśli rzeczy jest mało. Wykluczamy sytuację, w której czekamy na większą ilość prania, żeby to wyprać naraz. Zarazki i nie wiadomo co jeszcze zalęgnie się w naszym koszu na bieliznę w ciągu trzech godzin. Rano piorę piżamy po nocy i ręczniki po porannym myciu. Potem piorę ubrania, w których dzieci chodziły do trzynastej. To strasznie skomplikowane, muszę rozpisać grafik zmian ubrania tych dzieci:
1. Rano zdejmuję piżamki i ubieram dzieci w ubranie nr 1.
2. Przed drzemką zdejmuję ubranie nr 1, zakładam specjalne ubrania na drzemkę (nr 2).
3. Po drzemce wyrzucam ubranie nr 2, zakładam ubranie nr 3.
4. Przed snem wyrzucam ubranie nr 3 i zakładam ubranie nr 4 (piżamę).
Piżamy dzieci prane są codziennie, tak samo wszystkie ręczniki. Prane codziennie są również ścierki kuchenne. Prane co tydzień są zabawki z łóżek dzieci, a także ich kocyki do spania. Każde zabrudzone ubranie jest natychmiast wkładane do pralki i spryskiwane odplamiaczem, a dziecko jest przebierane od stóp do głów. Piżamy Państwa również piorę rano, tak samo ręczniki. I majtki, i wszystko.”

A reszta?
Pisarce się Nowy York nie spodobał?
Oczywiście de gustibus non est disputandum.

Przypomina mi się zdziwienie moich kolegów malarzy, kiedy próbowałam nieśmiało podzielić się moim zachwytem, że rozpłakałam się ze wzruszenia na widok Nowego Yorku. Byli zdziwieni.
“A Jerzemu Dudzie-Graczowi się nie podobał. Źle się tam czuł na ulicy. Wolał Polskę”.

I taki to jest nasz odwieczny polski guz pychy, odradzający się w coraz to nowych pokoleniach. Dzięki temu czytelnik nie wie nic, oprócz tego, że się odradza.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Happy Valentine

Dzień się rozpoczął. Samochody ruszają spod otwartych okien.
Psy swe poranne, szybkie marsze wykorzystują na sikanie.
Moje dzisiejsze uwikłanie w życie i jego elementy.
Co jest wolnością? Co spętaniem? Każdy spotkany – nędzny święty.
Każdy element to dar boży. A wszyscy razem – ciężko chorzy.
A wszyscy razem zgodnym chórem żywią się tylko moim bólem.
I tylko moje uwikłanie daje im siły na wstawanie.

Już są. Już piją kawę czarną. Zanim ten boski dzień ogarną.
Zanim przemienią słodkie wino w mocz i w starości się rozpłyną,
otrę się o nich niepotrzebnie. Lecz co zrobiliby beze mnie?
Tylko to moje uwikłanie daje im siłę na wstawanie.

Zaszufladkowano do kategorii 2000 | Dodaj komentarz

BLOGI VII

Po śmierci bloga zaczęłam odwiedzać inne blogi.

“Puzdro” zareklamowało dostateczne zamkniętego w krakowskim “bunkrze sztuki” Kubę Banasiaka, by wybrać jego blog spośród siedmiu ambitnych blogów – przedsięwzięć – powołanych do rozsupływania trudnych dzisiejszych zjawisk plastycznych, działającym na internetowym “OBIEGU”.

Wybór okazał się niesłychanie trafny i owocny. Działający od września blog, prowadzony żarliwie przez niedoszłego malarza (trzy lata malarstwa warszawskiej ASP w pracowni Leona Tarasewicza) i najprawdopodobniej w tym roku broniącego tytułu magistra historii sztuki UW, to gwarancja dużej fachowości i zaufania.

A przecież praca internauty niebagatelna: obszerne notki niesłychanie pojemne, komentowane ogromną liczbą dochodzącą do 60, gdzie niejednokrotnie omawiani artyści, przywołani do tablicy, biorą udział w polemice i wyjaśnianiu.
Tekst więc, mający już z pewnością objętość grubej książki, płynie po sieciowych wodach obrastając stopniowo w coraz to nowe problemy, zuchwale je interpretując i diagnozując.

Kim jest więc dzisiejszy polski artysta awangardowy, zniewolony ekspansywnym podsuwaniem przez “Krytykę Polityczną” coraz to nowych guru do przeczytania – od Louisa Althussera, Jacques-Marie-Émile Lacana przez Slavoja Žižka, czyli filozofów w kółko nicujących “idee wiecznie żywe”?
I kim ma być młody krytyk, który w szaleństwie powierzonego mu astronomicznego zadania, próbuje w tej augiaszowej stajni coś uporządkować?

Z całym szacunkiem dla Pana Kuby Banasiaka, jego bezsprzecznej inteligencji, pracowitości i wielkiej pasji, trudno tak postronnemu czytelnikowi całego jego bloga, jakim ja jestem, nie wyrazić, delikatnie pisząc, niepokoju.
Krytyk, nazywając siebie Krytykantem, niewiele wskóra, nawet, jak będzie bezkompromisowy, bez koteryjny, idealistyczny (co nieustannie podkreśla).
Niestety sztuka, którą dane jest mu oceniać, przy całym uwikłaniu marketingowym, prowincjonalnym, edukacyjnym, politycznym jest jeszcze na dodatek sztuką złą, demoniczną, zniewoloną industrialną stroną dzisiejszego świata, a więc wrogą człowiekowi.

Głosy w komentarzach blogowych w kierunku religii też właściwie raczej nie mają sensu, a ich zwalczanie, czy “nie poniżanie się do tego poziomu”, są chyba jałowe.
Choroba, która trawi dzisiejszego człowieka, zarówno Zachodu, jak i naszego postkomunistycznego bloku, jest podobna.
Czytając na tymże OBIEGU, na łamach którego jest internetowe pismo “ArtmiX” artykuł Piotra Piotrowskiego” Śladami Louisa Althussera. O polityce autonomii i autonomii polityki w sztuce Europy Wschodniej”- o wiele gorsza, z racji zaszłości totalitarnego Państwa, które sztukę w Polsce stymulowało.
Nawroty do religi marksistowskiej, a jak jednogłośnie przyznano na blogu Krytykanta, artyści awangardowi, czyli najlepsi, bo inni nie reprezentują nas na ważnych międzynarodowych imprezach plastycznych – to w 90 % marksiści – zastanawiające.
I nie chodzi mi już o to, by oskarżać młodą lewicę o dziwny zbieg okoliczności, o rzekomość wyjątkowo utalentowanej właśnie tej młodzieży w kierunku plastycznym, ani też o finansowanie powstawania tej liczącej się na zachodnich rynkach naszej sztuki (40 tys. dolarów od obrazu, sprzedawanych na pniu).

Chodzi mi o odejście.
O rozszczepienie.
O nieodwracalność procesu, który dzieje się na naszych oczach brnącego apokaliptycznie w zanik człowieczeństwa. Marks przewidywał społeczeństwo zatomizowane, wyalienowane, osobne, których członkowie będą funkcjonować jedynie na płaszczyźnie nienawiści.

Technologia, która zniewoliła człowieka i wymknęła się jego kontroli, wszechpanująca, narzuciła socjologizm zachowań międzyludzkich i uniemożliwiła wszelką autentyczną twórczość.
Wysiłek artysty, jeśli idzie w kierunku zrozumienia tego procesu (co czyni na okrągło teraz cytowany Žižek), jest złudny.
Artysta bowiem nie wychodzi z procesu, lecz wygodnie w nim tkwi.
Przerabiając stare, niejednokrotnie już zwymiotowane idee socjalistyczne, podsuwane ciągle jako nowe, poddając się fałszywej polityce kolejnemu pokoleniu fałszywych proroków, bezpowrotnie oddziela się od twórczych sił kosmosu, duchowości, świata pierwotnego i jedynego, który jest mu naprawdę dany.

Piotr Piotrowski dokumentuje we wspomnianym tu artykule na internetowym OBIEGU, że pokolenie artystów lat siedemdziesiątych skupionych przy najwyśmienitszej w Europie, warszawskiej “Galerii Foksal”, w imię możności szczodrze dotowanej sztuki nie podjęło żadnego wysiłku nawiązania kontaktu z rozwijającym się ruchem opozycji, co zrobili np. literaci.
Szkoda, że przy tak wielkiej erudycji i dostępności wszelkich informacji artyści skupieni dzisiaj przy “Krytyce Politycznej” nie wiedzą, że państwo, prawo, gospodarka, to cechy wspólnot odwieczne i nie podlegające przemianom, ustrojom, Historii.
To konieczność uwikłanego człowieka w zastany świat i wszelka anarchia w tej materii nie ma sensu. Natomiast utrata wewnętrznej wolności na rzecz zewnętrzności jest w gestii poszczególnego człowieka, w gestii jego indywiduum.
Rezygnacja z tego odwiecznego przywileju w wydaniu artysty jest katastrofalna.
Owocem takiego zniewolonego drzewa człowieczeństwa będzie zawsze sztuka upiorna, nieludzka, a wmawianie odbiorcy jej rzekomej wartości, bo się za duże pieniądze sprzedaje, jest krótkowzroczne.

Sztuka taka staje się automatyczna, mechaniczna, dąży do rozpadu i do zaniku.
Artysta jest nieposłuszny wewnętrznemu głosowi, pozbawiony pokory i wiary, że istnieje oprócz tego krótkotrwałego, materialnego świata inny, metafizyczny, który odwiecznie łączy nas z nieskończonością.

Zaszufladkowano do kategorii 2007, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Artur Żmijewski „ Drżące ciała. Rozmowy z artystami”

Wczoraj przywiozłam z bytomskiej awangardowej galerii „Kronika” książkę, którą Bytomskie Centrum Kultury wydało wraz z krakowskim Ha!artem.
Ta pięknie wydana, na kredowym papierze, druga pozycja z serii “Krytyki Politycznej” po „”Rewolucja u bram. Pisma Lenina z roku 1917″ Slavoja Žižka dziwi. Bardzo sławni artyści, laureaci nagród międzynarodowych tracą wolność i dobrowolnie oddają się skrzydłom politycznych ugrupowań.
Artur Żmijewski, jak się okazuje, teraz kierownik artystyczny „Krytyki Politycznej”, odpiera posądzenie o tę niewolę w obszernym wywiadzie, udzielonym Sebastianowi Cichockiemu, dyrektorowi galerii „Kronika”, a zarazem współwydawcy:

Cytując Sławka Sierakowskiego: każdy – nauka, polityka, sztuka – ma swoje środki (systematyczne badania naukowe, polityczne, zdolności organizacji wpływu i retoryczna skuteczność, artystyczne środki diagnozowania świata i oddziaływania), ale teren walki jest przecież wspólny.

A jednak, ja zwykle, nie twórczość, a walka.
Znamy przecież losy sympatyków lewicy okresu międzywojennego, z bardzo szlachetnych pobudek – chociażby Aleksandra Wata czy Brunona Jasieńskiego – i jak Historia okrutnie z tymi niewątpliwie wielkimi talentami artystycznymi sie obeszła.
Ale Żmijewski w dalszej części wywiadu nie szczędzi pomstowania na kolaborację z jakąkolwiek władzą polityczną.

Zdumiewająca jest jednak gotowość dawania społecznych odpowiedzi, a nie odwiecznych artystycznych zapytywań, co jest o tyle śmieszne, że podobnie jak guru i główny opiekun zaistniałych tu artystów – profesor katedry Rzeźby warszawskiej ASP – powołują się na Witolda Gombrowicza!
Bezkompromisowego, największego przeciwnika najmniejszych choćby powinowactw sztuki z socjologią!

Spośród kilkunastu nazwisk, z którymi Żmijewski przeprowadza wywiady – a trzeba przyznać, jeśli chodzi o plotkarski, rozrywkowy wymiar książki to jest tam kopalnia bardzo interesującej wiedzy na temat życia dzisiejszej bohemy (Hanka miała manię seksualną – w nawrotach choroby chodziła rano do miasta, po trzech godzinach wracała z facetem, on ją kopulował, robiła sobie kanapkę, on wychodził, potem ona wychodziła, znów wracała z jakimś facetem i tak dzień i noc. Co za niesamowity przegląd typów! Począwszy od bandziorów, którzy kiedyś próbowali wyrzucić mnie przez balkon, a skończywszy na korpusie dyplomatycznym), socjalnego, wraz z ich podróżami, związkami wzajemnymi i obyczajowością , stylem życia – wybieram trzy.

Zbigniew Libera, najmniej chyba uwikłany z trójki w zależności polityczne i opętany misją ratowania świata skrzywdzonych społecznie – może z racji nazwiska przypominające brzmieniem wolność – wspomina czasy wojennego internowania, gdzie w więzieniu pełnił rolę usługową plastyka uwięzionych opozycjonistów, przepełnionych żądzą zemsty w momencie odwrócenia się politycznych ról. Diagnozuje, że tak złego gustu opartego na patriotyczno – religijnym sentymencie naszych polityków nie może wyniknąć nic dobrego. Mimo, że jego sztuka poszła w kierunku badania płci (lalka Barbie, „Jak tresuje się małe dziewczynki”) i klocków Lego w wydaniu obozu koncentracyjnego, co wywołało sprzeciw zarówno u antysemitów jak i filosemitów, to prawica nie szczędzi mu teraz najgorszych życzeń.
Cytuje Wojciecha Wencla, Andrzeja Osękę, Cezarego Michalskiego, posłów sejmowych „Nie życzę sobie, by moje pieniądze podatnika…”

Paweł Althamer zajmuje najwięcej w książce miejsca. Właśnie jestem po wczorajszym oglądaniu czterech najnowszych jego filmów w galerii “Kronika” z Pawłem Althamerem w roli głównej.
I o tych przedsięwzięciach jest w książce najwięcej.
O co chodzi tym razem artystom? O duchowość.
Cztery filmy, w cyklu „Tak zwane fale albo inne fenomeny umysłu” traktują o poszukiwaniu kontaktu z podświadomością metodami nie nowymi i nie odkrywczymi. Artysta Paweł Althamer nie uznaje drogi mistyków i ćwiczeń duchowych, nie uważa, by mieszkaniec blokowiska na Bródnie miał taką możliwość. A więc zjadanie psylocypków, które swego czasu “brulion” rozpropagował, daje mu dostateczny odlot i świat robi się, jak z obrazków Światków Jehowy.
Po „Magicznych Grzybach”, film „LSD” dokumentuje doznania po tym narkotyku w Puszczy Kampinoskiej doświadczane wraz ze swoim profesorem uczelnianym, Grzegorzem Kowalskim, któremu – jak się przyznał – tego ogniwa brakowało do doświadczenia życiowego.
„Hipnoza” – następny film, jest na poziomie czytelniczek miesięcznika „Wróżka”. Alshamer na kozetce prywatnego mieszkania hipnotyzera doznaje przeżyć chłopca żyjącego dwadzieścia lat wcześniej. Jest to wprawdzie ilość lat różniąca go od profesora Kowalskiego i identyczne wspomnienia z powojennej Warszawy opisuje w innej części książki, ale film nazywa zjawisko reinkarnacją.
Czwarty film -„Pejotl”- to kosztowanie surowych owoców kaktusa na meksykańskiej pustyni wraz z piękną meksykanką Ilian i jej polskim partnerem, oraz ekipą filmującą. Całonocne czuwanie, oddawanie się rytuałowi ognia i spanie bez wizji, których pejotl wprawdzie nie wywołał, ale uspokoił. I filozoficzne rozważania grupy, takie small talk raczej, niż coś ekscytującego.

Katarzyna Kozyra straszy potrzebą wysadzania w powietrze samochodów, części architektury, czterokrotną aborcją, bo jak przyznaje, chodzi jej jedynie o dobro dzieci, by nie dostały się w takie jak jej, niepowołane ręce.
Słuszna uwaga Profesora Kowalskiego, prowadzącego jej prace dyplomową wymagającego morderstwa na kocie, psie , kogucie i koniu, i przytoczenie słów Alberto Giacomettiego, jakoby na zapytanie, co ratowałby z płonącej pracowni – rzeźby czy kota- natychmiast kota wybrał, tutaj artystka jest przekonana inaczej.
Filozofia zamiany, wchodzenie artysty w rolę przeciwną do etycznego dobra dla tegoż dobra nie przekonuje, mimo mojego naprawdę dużego czytelniczego wysiłku.

Książka jest pięknie ilustrowana wysokiej jakości barwnymi ilustracjami, tak, jak na książkę o sztuce przystało.
Obraz artysty dalekiego od pracy intelektualnej, ignoranta w każdej sferze nauki, którą wprzęga w swój przekaz w zamian za długoletnie terminowanie w rzemiośle dawnych epok sztuki wysokiej, dopełnia taki przykład mailowej korespondencji z profesorem Kowalskim Katarzyny Kozyry Anno Domini 2003:

Pucia! Masz pozdrowienia od Susan Sontag! Jest bardzo fajna (jakbym znała babsztyla od jakiegoś czasu). Opierdoliła mnie, że gadam tylko o sobie. Było tak, że coś tam powiedziałam, nie chowałam się, bo zawsze jest się blisko telewizora, więc i przy „Bum Bum”3 chciałam dobrze widzieć wybuch. Ona na to, że na ten temat ona właśnie tydzień temu książkę wydała. Ja nie zrozumiałam, że „właśnie” i zignorowałam. Po piętnastu minutach mniej więcej nie wytrzymała, no i trach, zaczęła ochrzan, że ona się z ludźmi spotyka, bo jest ciekawa, chce się czegoś o nich dowiedzieć i że mogłam przynajmniej jej odpowiedzieć „Oh really?” Była wkurwiona, więc się rozryczałam, że się mnie czepia, a ja to przecież zanotowałam w głowie, tyle że nie dotarło do mnie, że wydała teraz właśnie – przed tygodniem. Mówię Ci, ale cyrk, ale za to swojsko i koniec końców chyba naprawdę OK. Jak mnie wypychała za drzwi (po 2 i pół godzinach) mówiła, że nie mam być „shy”, jeśli o nią chodzi. Biorę sobie to porządnie do serca! Oczywiście wymieniła też z kim się to ona nie przyjaźni! MIŁOSZ, SZYMBORSKA, TYDZIEŃ TEMU JADŁA DINER Z ZAGAJEWSKIM. A ja, że nie czytam poezji (zgodnie z prawdą, bo w ogóle prawie nie czytam, nawet gazet), ponieważ nie mam czasu. NIEŹLE CO? Troche chyba ją zamurowało. Ale co ma mnie przyłapać na kłamstwie? Jest naprawdę OK. No i zobaczymy, co będzie. Na razie nie pytałam, czy by nie napisała czegoś o „Bum Bum”, ale to nastąpi! Całuski!

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Sadyzm moralny

Niestety, dzisiejszy biedny sadysta, nie posiadający ani zamków, ani tak luksusowego jednoosobowego więzienia które z racji arystokratycznego pochodzenia fundowała teściowa Markizowi, musi obejść się smakiem i trenować jedynie perwersję w pospolitym życiu codziennym, gdyż normalny człowiek w wieku produkcyjnym nie ma czasu przecież na pisanie.

Marie-France Hirigoyen w „Molestowanie moralnym” tak charakteryzuje osobnika sadystycznego:

W strategii perwersyjnej nie chodzi o to, by od razu zniszczyć drugą osobę, lecz o to, by ją sobie stopniowo podporządkować, mieć do dyspozycji.
Ważne jest utrzymanie władzy i kontrola. Początkowo manewry są niewinne, lecz stają się coraz bardziej gwałtowne, gdy partner stawia opór. Jeżeli z kolei jest zbyt uległy, gra przestaje być ekscytująca.
Aby osobnik perwersyjny chciał kontynuować relację, musi ze strony ofiary istnieć dostatecznie duży opór, ale jednocześnie nie może on być zbyt duży, gdyż stanowiłby zagrożenie. To on ma prowadzić tę grę.

Druga osoba jest tylko przedmiotem, który ma pozostać na swoim miejscu, rzeczą do użytku, nie zaś współdziałającym podmiotem. Wszystkie ofiary wskazują na trudności w skoncentrowaniu się na jakimkolwiek działaniu w sytuacji, gdy ich prześladowca znajduje się w pobliżu.
Na postronnym obserwatorze ten ostatni sprawie całkiem niewinne wrażenie. Powstaje więc znaczny rozdźwięk pomiędzy widocznym, dobrym samopoczuciem prześladowcy a dyskomfortem i cierpieniem ofiar. W tym stadium ofiary skarżą się na to, że czują się stłamszone i niezdolne do samodzielnego działania. Opisują również uczucie braku własnej przestrzeni myślowej.

Na początku podporządkowują się, żeby sprawić przyjemność swojemu parterowi lub żeby go pokrzepić, ponieważ sprawia wrażenie nieszczęśliwego. Później będą mu ulegały ze strachu. Początkowo, szczególnie w przypadku dzieci, posłuszeństwo jest akceptowane, po to, by zyskać uznanie, wydaje się ono bowiem czymś lepszym niż odrzucenie. Ponieważ osobnik perwersyjny daje mało, a przy tym wiele wymaga, w takim związku implicite obecny jest szantaż, a przynajmniej możliwość szantażu:
“Jeśli stanę się bardziej uległy, będzie mógł wreszcie docenić mnie czy pokochać”.

Dążenie to nie ma końca, ponieważ zaspokojenie osobnika narcystyczno-perwersyjnego jest niemożliwe.
Przeciwnie, takie pragnienie miłości i uznania wyzwala u niego nienawiść i sadyzm.

Paradoks tej sytuacji polega na tym, iż osobnicy perwersyjni dążą do tym silniejszego zawładnięcia, im większy odczuwają lęk przed władzą drugiej osoby.
Lęk ten graniczy z obłędem, gdy postrzegają tę drugą osobę jako kogoś, kto ich samych przewyższa.

Faza zawłaszczenia jest okresem, w którym ofierze daje się względny spokój, jeśli tylko jest uległa, to znaczy, jeśli daje się schwytać w pajęczą sieć uzależnienia. Następuje wtedy utrwalenie się podstępnej przemocy, która potem będzie mogła stopniowo przekształcać się w przemoc obiektywną. Na etapie zawładnięcia nie jest możliwa żadna zmiana, sytuacja jest tu już bowiem ustalona. Odczuwany przez każdego z protagonistów lęk przed drugim działa na rzecz jej utrwalania:
– osobnik perwersyjny jest blokowany wewnętrzną lojalnością wobec własnej historii, która uniemożliwia mu przejście wprost do działania, lub lękiem przed drugą osobą
-ofiara jest blokowana zawładnięciem, które miało miejsce, strachem, jako jego konsekwencją oraz odmową dostrzegania tego, że jest odrzucana.

W tej fazie agresor utrzymuje drugą osobę w stanie napięcia, co jest równoznaczne ze stanem permanentnego stresu.
Na ogół zawładnięcie nie jest widoczne dla postronnych obserwatorów. Nie dostrzegają oni nawet oczywistych faktów.
Wyprowadzające z równowagi aluzje nie wydają się takimi komuś, kto nie zna ich kontekstu, ani tego, co kryje się w podtekście. W tej fazie zaczyna się proces izolowania. Postawa defensywna, do której doprowadzona została ofiara, wywołuje u niej zachowania, które drażnią otoczenie.
Staje się ona zgryźliwa, narzekająca, obsesyjna. W każdym razie traci swą spontaniczność. Otoczenie tego nie rozumie i daje się wciągnąć w negatywny osąd ofiary.

Proces zawładnięcia odznacza się również specyficznym stylem komunikowania, na który składają się paradoksalne postawy, kłamstwa, szyderstwa, drwiny i pogarda.

Komunikacja perwersyjna

W procesie zawładnięcia stosowane są metody pozorujące komunikację – komunikację szczególnego rodzaju, bowiem nie jest ona stworzona, by łączyć, lecz by oddalać i czynić niemożliwą jakąkolwiek wymianę. Takie wypaczenie istoty komunikacji jest obliczone na wykorzystanie drugiej osoby. Aby utrzymywać ją w stanie niezrozumienia procesu, który jest w toku, jak też, aby ją zdezorientować, należy nią manipulować werbalnie.

Sprawą zasadniczą jest całkowite odcięcie ofiary od informacji, która miałaby jakiekolwiek oparcie w rzeczywistości, aby w ten sposób uczynić ją bezsilną.
Jednak nawet niewerbalna, ukryta i stłumiona przemoc przenika przez przemilczenia, podteksty, niedomówienia, stając się nośnikiem niepokoju.

Odmowa komunikacji wprost

Nigdy nie pojawia się komunikowanie wprost, ponieważ “z rzeczami się nie rozmawia”.
Gdy stawia się wprost pytanie, perwersyjny osobnik stosuje unik. Ponieważ osobnicy ci nie dopuszczają do rozmowy, uważa się ich za jednostki wybitne czy wyjątkowo mądre.

Wchodzimy tu w świat, w którym komunikowanie werbalne jest znikome, obecne są tylko uwagi w formie drobnych, wyprowadzających z równowagi ukłuć. Nic nie jest nazwane, wszystko pozostaje w podtekście. Wystarczy wzruszenie ramion, westchnienie. Ofiara stara się zrozumieć:
“Co mu zrobiłem? Co mi ma do zarzucenia?”.
Ponieważ nic nie zostało powiedziane wprost, to w ramach komunikacji perwersyjnej, wszystko można zarzucić.
Odmowa ze strony agresora postawienia zarzutu czy wejścia w otwarty konflikt paraliżuje ofiarę, która w tej sytuacji nie może się bronić.
Agresja wyraża się poprzez sam fakt odmowy nazwania tego, co się dzieje, odmowy dyskusji i wspólnego szukania rozwiązania. Gdyby chodziło o otwarty, jawny konflikt, dyskusja byłaby możliwa i można byłoby znaleźć rozwiązanie. Jednak w systemie komunikowania perwersyjnego chodzi przede wszystkim o to, aby przeszkodzić drugiemu w myśleniu, rozumieniu, reagowaniu. Uchylanie się od dialogu jest zręcznym sposobem pogłębiania konfliktu, samo jego zaistnienie przypisywane jest jednak drugiej osobie.
Ofierze odmawia się prawa do tego, by została wysłuchana. Jej wersja faktów nie interesuje osobnika perwersyjnego, który nie chce jej słuchać.
Odmowa dialogu jest sposobem powiedzenia, bez wyraźnego sformułowania tego w słowach, że inny człowiek nas nie interesuje lub wręcz, że nie istnieje. W przypadku jakiegokolwiek innego interlokutora, gdy się czegoś nie rozumie, można zadać pytanie.
Rozmowa z osobnikiem perwersyjnym jest pokrętna, pozbawiona wyjaśnień, prowadzi do wzajemnej alienacji. Odbywa się zawsze na granicy interpretacji.

Nie należy do rzadkości, że w obliczu odmowy bezpośredniej komunikacji werbalnej ofiara sięga po środek, jakim jest korespondencja.
Pisze wtedy listy, prosząc w nich o wyjaśnienie postawy odrzucającej, którą wyczuwa, a gdy nie otrzymuje odpowiedzi, pisze ponownie, próbując zrozumieć, co w jej zachowaniu mogło usprawiedliwić taką postawę.
Może się zdarzyć, że w końcu przeprosi ona za to, w czym mogła, świadomie lub nieświadomie, zawinić, aby w ten sposób usprawiedliwić postawę swego prześladowcy.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | 5 komentarzy

Bogdan Banasiak “Integralna potworność . Filozofia libertynizmu, czyli konsekwencje śmierci Boga”

Książkę dostatecznie reklamuje sieciowe wydanie “Krytyki Politycznej” wraz z publikowanym wstępem. Tak to jest i tak zawsze było, że młoda lewica, która jest zawsze tą samą starą lewicą, spijała i spija intelektualną śmietankę priorytetowych nazwisk światowego życia intelektualnego inteligentnie mieszając ją z innymi tekstami i robiąc wrażenie, że to wszystko, to to samo. Nie. Tekst o Simone Weil w sąsiedztwie nazwisk, które napełniały ją odrazą (Nietzsche) nie powinien współgrać z głosem “Krytyki Politycznej”, co raczej czyni mętlik filozoficzny jeszcze większym mętlikiem. Jak widzę, teksty tam publikowane są raczej popularnonaukowe, a nie przeznaczone do zamkniętych kół naukowców.
Oczywiście, ta cała praca u podstaw uprzystępniania niesłychanie trudnej dzisiejszej myśli filozoficznej byłaby i rzeczą chwalebną, gdyby nie ów relatywizujący wszystko mętlik.

Tak też jest z nagłym zalewem tłumaczeń i wyjaśnień słynnego Markiza.
Właśnie czytam na łączach onetowskich Lecha Bukowskiego, którego odwiedzam codziennie, przyjemny tekst Rolanda Barthesa dotyczący przyjemnościowych wrażeń po tekście markiza de Sade’a.
Może Francuz dostaje inną strawę niż spolszczony Polak.
Może analogie smakowania z Loyolą są tam nazbyt oczywiste.

W właśnie wydanym wielkim popularyzatorskim przedsięwzięciu Bogdana Banasiaka są ryciny w manierze ilustrowanej Biblii Gustave Doré’a – sławny instruktaż narzędziowy mieści się w cyklu obrazków wielkości 4 cm kwadratowych, które dla naszych przodków wygłodniałych jakiej bądź ciekawostki, był nie lada gratką.
Te aseksualne, smutne akty czynienia krzywdy drugiemu człowiekowi trudno porównać z witalnym instruktażem np. fasady Świątyni w Khajuraho, gdzie bogowie w miłosnym uścisku celebrują permanentną rozkosz w analogicznych pozach. Byłby to nawet i dowód na to, że kultury wcześniejsze temat ujmowały inaczej i że odkrycia Markiza co do natury ludzkiej nie są ostateczne.

Czytając Bogdana Banasiaka obszerną, wyczerpującą i naprawdę doskonałą monografię można się wiele dowiedzieć o nas, o niszczącej nas złej seksualności, o wielkiej szkodzie, jaką przyniosło uwięzienie olbrzymiej ludzkiej mocy władnej stworzyć nowe boskie istnienie.

(Jeśli mam powierzyć myśl wstydliwą, konfesyjną mojemu blogaskowi i ekshibicjonistycznie się do czegoś przyznać, to ze wstydem przyznaję: mnie de Sade nie zachwyca. W odróżnieniu od ucznia profesora Bladaczki, Gałkiewicza, w szkole średniej autentycznie zachwycał mnie Juliusz Słowacki i ten zachwyt trwa nieprzerwanie do dzisiaj).

Przeczytałam dostępną w Polskiej Bibliotece Intranetowej Donatiena Alphonse’a François’a de Sade “Filozofię w buduarze” i na kasetach Związku Niewidomych – “Justyna, czyli Nieszczęścia cnoty” -ale próba przyswojenia “Julietty – powodzenie występku” wypadła już bez powodzenia.
Język de Sade’a, mocno w moim pojęciu przereklamowany, dał widocznie więcej swoim rodakom. Nasza literatura, jakby powiedział Gombrowicz, zagwazdrana i upupiona, może dzięki tej obfitości “sadycznego wysypu” wreszcie się zmobilizuje, i stowrzy erotyczny język z prawdziwego zdarzenia:

Język erotyzmu. Mimo że Zachód wypracował imponującą liczbę języków specjalistycznych, to jednak nie stworzył języka erotyzmu. Jego inwencja w tym względzie wyczerpała się na wulgaryzmie, zobiektywizowanej naukowej nomenklaturze, neutralizującej rubaszności lub konwencjonalnej poetyzacji. Jeśli mówił o seksualności – a nie podlegała ona kulturowej represji wymuszającej milczenie, lecz zachęcie do mówienia (“dyskursywizacji” seksu) – to raczej zdradzał w spowiedzi lub wyznaniu, niż szeptał podczas aktu, pełnym głosem zaś co najwyżej mniej lub bardziej niewybrednie metaforyzował (począwszy od “medalionu” czy “ogrodu rozkoszy”, a skończywszy na “bobrze” lub “króliczku”), miejscem zaś jego artykulacji stały się konfesjonał lub kozetka psychoanalityka, nie zaś alkowa. Sade natomiast w całej skali ów język i ewokowaną przezeń przestrzeń eksploatuje: erotyzm jest przyczyną i ogniskową wszelkich poczynań jego libertynów; tym językiem mówią jego bohaterowie i w nim Markiz ich prezentuje, ze szczególnym uwzględnieniem partii erogennych ciała (charakteryzowanie mężczyzn za pośrednictwem rozmiarów członka, kobiet zaś – odcieni waginy i odbytu), wyliczeniem wszelkich możliwych (i niemożliwych) pozycji erotycznych i odnotowaniem rekordowych osiągnięć w tej dziedzinie; uznawszy też, że zmysł słuchu szczególnie wzmaga doznania, nakazuje postaciom swych dzieł stale snuć erotyczne opowieści; wreszcie wręcz radykalnie zmienia zakres znaczeniowy pojęć typu ’’namiętność’’ czy’’ rozkosz’’ i poddaje analizie wszelkie aspekty erotyzmu.

Niemal pół tysiąca stronicową pracę Bogdana Banasiaka “Integralną potworność” się czyta łatwo i z wypiekami na twarzy i z pewnością lepiej jest czytać o Markizie, niż samego Markiza.
Wzbogaconego nie tylko o cytaty z Bataille’a, Barthesa, Bretona, Camusa, Cocteau, Deleuze, Prousta, Reverzy’ego Robbe – Grillet’a, Sollers’a, Klossowskiego, Blanchota, ale też analizami bliskich naszej epoce takich dzieł, jak “Wielkie żarcie” Marco Ferreri czy Piera Paolo Pasoliniego “Salo, czyli 120 dni Sodomy”.

Szukając bezskutecznie zakwestionowania istnienia świata fantazji, podobno niezbędnego w artystycznym odreagowaniu – projekcji wyrzucania z siebie pokładów zła – można pytać o taką zasadność, jeśli nie są to eksperymenty naukowe, a jedynie terapeutyczne.
Szczególnie szukając w tych analizach nie tyle śmierci Boga, ile śmierci filozofii libertynizmu, której przecież jednak Markiz był piewcą.
Czyli szukając pobożnych życzeń.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Martwe w martwym

Już zmierzch – i wszystko mieli za nic – istnienie, ciszę i wołanie.
Studzi się już poszukiwanie ciekawych spraw do zaistnienia.
Lustro nie działa. Oczy białe, katarakt bielmo nie oddaje
odbicia wnętrza twojej dumy. Daremne są obszary mamień
perswazji. Wiem już. Znam szczegóły winien i ma. A księga mienia
twoja. Nie mam już nic. Ani pożyczki, ani długu. Odpadłam
dawno z rachunku buchalterii. Z list spisu członków. Z list ma murze
na rozstrzelanie. Z nekrologu. Z czasu przyszłego twego listu,
którego kabel nie doręczy, bo urzędnicza rola sadła
w blokadzie wniosków – nadmiar jadła. Co czyni nadmiar braku w górze
nie przeczytanych dokumentów – odwrotnym do ilości zysku –
jest nieśmiertelna. Jak materia – leżąca obok – mnoży ilość.
Jak śmiecie – parzą się nocami. Ranem jest więcej, bez boskiego
imperatywu stwórcy. W Wszechświat rzucone wiatrem niepotrzebne
uczucia gładkie, śliskie, a ich zdolność mimikry czyni miłość
fałszem kolejnym. Udawanie powoli niknie. Zęby przednie
tylko ozdobą naszyjnika. Rozerwie w strzępy historyczny
atawizm przodków. Lecz zostanie osobny, krwawy, dzisiejszy zmierzch
bez bogów, zwierząt, bez was, człekopodobnych. Którym – w ludzi –
materii martwej chemii proces. Umarłam dawno bez przyczyny
życia. Stąd ważny ból. Perfekcja. Pedanteria. Dokładność. Pośpiech.
byś nic nie stracił z możliwości i krwią koszuli nie pobrudził.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

10. (mecenat)

Dyplom absolwenta Akademii Sztuk Pięknych w czasach późnego Gierka, wskutek pewnie niesłychanej nadprodukcji artystów – gdyż był to najłatwiejszy i najprzyjemniejszy chyba sposób na życie szczególnie na prowincji, gdzie znali się wszyscy i dzielenie państwowych dotacji było najłatwiejsze – nagle, mocą odgórnej ustawy, nie był wystarczającym dokumentem do zakupu zagranicznych farb w specjalnych dla artystów sklepach.
Przemysł produkował nie tylko kleje, które nie kleiły, ale i farby na bazie mielonej cegły i gipsu. Profesjonalny artysta mógł tanio kupić najwyższej jakości Talensy, na które przeciętnego artystę zachodniego nie było stać. Żeby kupić farby, trzeba było należeć do Związku. Żeby należeć do Związku, należało mieć i poparcie dwóch wprowadzających i trzy wystawy. Najlepiej w BWA.

Mój dyplom nie upoważniał mnie do zakupu farb. Wprawdzie profesorowie wsparli mnie, zaniepokojeni nieprzydatnością zarobkową konceptualnego dyplomu umożliwiając praktykę dyplomową w macierzystym mieście, to jednak okładka, którą zaprojektowałam nie poszła do druku. Przedstawiała Wielką Trójkę w Jałcie na podstawie słynnej fotografii, a Stalin był wyjątkowo podobny. Ale wątpię, by nie przeszła z powodów politycznych. Jak się później okazało, wszystkie ambitne zlecenia były już dawno rozdane. Można było jedynie zarobić na pracach pierwszomajowych, w czym lata późnego Gierka przypominały splendor Kim Ir Sena. Ale o to też wcale nie było łatwo.

Wracając do źródeł stylu sponsoringu państwowego tamtych lat, warto cofnąć się jeszcze trochę i zacytować świadka epoki, Marcela Reich Ranickiego, dokumentującego powojennych pisarzy:

Rząd uroczyście obiecał, że będzie popierał literaturę i sztukę, i wspaniałomyślnie słowa dotrzymał. Pisarz mógł odczuć to na co dzień. Brakowało mieszkań, jednak w dwóch miastach, w których w pierwszych latach powojennych koncentrowało się życie kulturalne kraju – w Łodzi i Krakowie, pisarzom przydzielano mieszkania w stosunkowo dobrym stanie. Otrzymywali przede wszystkim to, co pisarze wszystkich czasów i wszystkich krajów kochają i cenią najbardziej- otrzymywali pieniądze. Każdy, kto mógł przedłożyć nadający się w jakiejś mierze do druku rękopis, otrzymywał natychmiast umowę i zadatek. Jeżeli uznany pisarz nie miał pod ręką żadnego rękopisu, to wznawiano jego przedwojenne dzieła, a on sam otrzymywał zaliczkę na poczet tego, co dopiero miał zamiar napisać. Nowym wydawnictwom nie brakowało pieniędzy. A one wcale nie należały do oszczędnych. Czyżby więc skorumpowano pisarzy? W żadnym wypadku! Nikt im nie mówił, co i jak mają pisać. Cenzura polityczna, istniejąca oczywiście od samego początku, była bardzo liberalna.

Ale zaraz potem zaznacza:

Dla polskiego intelektualisty kwintesencją europejskości była Francja. To, co odniosło sukces w Paryżu, natychmiast drukowano lub wystawiano w Warszawie. Jeden przykład wystarczy: cykl powieściowy Prousta “W poszukiwaniu straconego czasu”, którego całość w niemieckim przekładzie dostępna jest zaledwie od kilku lat, ukazał się w Polsce już w latach dwudziestych i trzydziestych.(…)W latach trzydziestych niecałe sześć procent wydawanej w Polsce beletrystyki przypadało na tłumaczenia z rosyjskiego. W roku 1951 udział przekładów z tego języka wzrósł z sześciu do okrągłych sześćdziesięciu procent.

Pisze o skutkach polityki kulturalnej państwowego mecenatu lat pięćdziesiątych:

Reportaże te, tu i ówdzie nazywane powieściami i opowiadaniami, wydawano w ogromnych nakładach i sprzedawano za grosze. Ale nikt ich nie kupował, a świat literacki był skonsternowany – teksty, które nie nadawały się nawet do druku, zostały obdarzone nagrodami państwowymi. Urzędnicy od kultury wyjaśnili, że nowe książki są oczywiście bardzo słabe, sama nagroda odnosi się przede wszystkim do właściwego wyboru tematu. To godne pochwały, iż młodzi autorzy bohaterami swoich reportaży uczynili tych, którzy budują socjalistyczne państwo: “ludzi pracy”. Braki ich książek biorą się z niedostatecznej znajomości obcych do tej pory pisarzom środowisk robotników i chłopów oraz niedostatecznej znajomości marksistowskiej teorii literatury. Zakrojona na szeroką skalę akcja miała pomóc poronionemu pomysłowi, “realizmowi socjalistycznemu”, stanąć na nogach. Związek Literatów został podzielony na sekcje. Istniały Sekcja Pisarzy, Sekcja Poetów, Dramatopisarzy, Satyryków, Autorów literatury dla dzieci i Tłumaczy. Kto nie uczestniczył regularnie w zebraniach tych sekcji, na których pisarze byli “szkoleni” jak dzieci, mógł zostać wykluczony ze związku. Do tych zbiorowych “szkoleń” dochodziło jeszcze indywidualne “wychowanie”, które partia powierzyła redaktorom wydawnictw. Redaktorzy – często doświadczeni politycznie, ale literacko nie wykształceni – proponowali pisarzowi temat, którym powinien się zająć, żądali od niego licznych zmian w rękopisie, a kiedy pisarz okazywał się krnąbrnym uczniem, redaktor sam uzupełniał tekst. Jeżeli rękopis został w całości odrzucony, to autor nie miał nadziei, że znajdzie innego wydawcę, ostatecznie wszystkie wydawnictwa podlegały tej samej centralnej instancji. Posłuszny pisarz przeciwnie, mógł liczyć na uznanie w brzęczącej monecie. Wszystkie te wysiłki nie pomogły jednak w podniesieniu poziomu powieści pisanych w myśl “realizmu socjalistycznego”. Czytelnicy nie chcieli słyszeć o tych literacko prymitywnych, a intelektualnie marnych książkach. Równocześnie zmieniła się ogólna sytuacja w Polsce. Oczekiwana poprawa kondycji gospodarczej nie nastąpiła, nędza całego prawie społeczeństwa była coraz większa. Terror organów bezpieczeństwa ciążył na życiu całego kraju.

Nie inaczej było po trzydziestu latach, po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce w latach osiemdziesiątych. Artyści, którzy uczciwie odpowiedzieli na apel Wolnej Europy i opozycyjnych ulotek o bojkot oficjalnych struktur kulturalnych, mogli przypatrywać się jedynie, jak tworzą ci, co nie odpowiedzieli.
Malarz Jerzy Duda – Gracz, którego jeszcze pamiętałam z łagodnego przewodzenia sekcją malarzy w Związku Polskich Artystów Plastyków w reżimowej „Sztuce” szalał obszernymi odezwami, wspierając się nie wiadomo dlaczego słowami Gombrowicza(!) o braku i Braque i nawoływał do odbierania pracowni artystom nie wykazującym się w tych czasach wystawami w BWA.

A tego się dopiero dowiedziałam dzięki publikacjom internetowym „Rastra”o Biurach Wystaw Artystycznych, których prestiż artystyczny w PRL – u był największy:

Władysław Kaźmierczak pisał:

Od roku 1949 do 1968 powstało 19 BWA. Następny istotny etap to rok 1975 i reforma administracyjna Gierka, który biorąc za wzór francuskie departamenty zapragnął, by w Polsce było aż 49 województw. A w województwie jedno BWA. Od 1975 do 1980 roku powstało aż 21 BWA w nowych województwach. Mówiło się wtenczas, że nowe BWA powstawały ze spontanicznej inicjatywy lokalnych środowisk artystycznych – co było bzdurą kompletną. Nie środowiska i ZPAP-y, file to PZPR kierowało akcją “wyrównania struktur”. Zamysł był wyraźnie polityczny. Nowe BWA stworzono na siłę, tak samo jak nowe środowiska artystyczne w nowych województwach. Ranga BWA wyraźnie upadła, ale za to ranga CBWA niepomiernie wzrosła. Zachęta królowała pod bacznym okiem ideologów warszawskich. Imperialna struktura została wzmocniona. Tak jak wszędzie. Jednak nazwa “BWA” była w cenie. Zwłaszcza na nowe BWA rzuciły się stada beztalentów. Z drugiej strony pierwsza liga ignorowała prowincjonalne salony. Poziom był więc fatalny. Np. jeszcze w roku 1989 słupskie BWA (powstało w 1976) miało podział na “wystawy dzieł oryginalnych” oraz “wystawy dziel nieoryginalnych” (czytaj: reprodukcji!!!). Robiono setki takich wystaw w tzw. punktach BWA, czyli na wsi. Wystawa dzieł oryginalnych była więc świętem.

I dalej:

Kilka zdań opublikowanych przez krytyka sztuki w oficjalnej gazecie miało wtedy wagę uchwały rady państwa – ktoś stawał się bogiem, ktoś inny znikał na zawsze. Andrzej Osęka w latach 70-tych wydawał socjalistyczne wyroki w warszawskiej “Kulturze”. Jak wiemy od znajomych, nadal pisze jakieś brednie w “Wyborczej” i bardzo cieszy się, kiedy może komuś zaszkodzić. Absolutnie genialny Jerzy Madeyski szkodził w Krakowie, w socjalistycznym “Życiu Literackim” oraz “Gazecie Krakowskiej” – organie Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Cenzura w Polsce miała dość wyraźną zasadę: można było prezentować wszystko, ale nie wolno było nic mówić przeciwko ustrojowi komunistycznemu oraz Moskwie. Krytycy byli bardziej bezwzględni. Chętnie i z byle powodu podkładali nogę progresywnym artystom. Dlatego tak bardzo mocno rozwinął się w Polsce konceptualizm (Kozłowski), abstrakcjonizm (Stażewski), międzywierszyzm (Drożdż), linearyzm (Krasiński) i malarstwo ścienne (Tarasewicz). Akcjonizm Beresia i uprawiany przez nas performance był już tępiony bezwzględnie, ale cóż tam.

W latach osiemdziesiątych farby były na przydział, ale upolować je, jak i wszystko, było niesłychanie trudno. Pamiętam, kupowałam dziadkowi kolegi z klasy syna farby na przydział, gdyż jemu się nie należały. Był emerytowanym dziennikarzem i pięknie malującym kubistą amatorem. Nasze wybory kolorów i dobór potrzebnych materiałów przerodził się w romans epistolarny, zakończony wreszcie poznaniem malarza, na bankiecie wydanym przez jego córkę. Przesiedzieliśmy cały wieczór razem i nie mogliśmy się sobą nacieszyć.
Zmarł niebawem po naszym spotkaniu. Wdowa przekazała mi po nim wszystkie materiały malarskie. Także i te, ledwo napoczęte tubki. Mam je do dziś.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz