Drag

Wtedy się paliła fabryka opakowań jednorazowych i lokalne “Aktualności” bardzo dramatyzowały.
Że wozy strażackie z całego województwa, że już pięćdziesiąt, ale cały czas dojeżdżają.
Pożar był w sąsiedniej dzielnicy i szybko podbiegli do okien. Języki ognia wystawały znad osiedlowych bloków, a nad nimi na ciemnym niebie tworzył się czarny dym jak ciężka, apokaliptyczna chmura.
Dławiący zapach sączył się powoli do mieszkania z uchylonego okna, a kobieta myślała ze smutkiem, że ogródki działkowe, z których w skutek przemysłowego skażenia bali się jeść gruszek, będą jeszcze bardziej zatrute.
Potem wyszła z tym kundelkiem, którego sześć lat temu zabrali ze schroniska i z tą suczką właśnie przygarniętą, nad stawy, gdzie już niedaleko się paliło. Większość ludzi z osiedla wpadła na podobny pomysł, więc i zawróciła, omijając ludzi i unikając dławiącego powietrza.

Dopiero w nocy mężczyzna poszedł z psami na ostatni spacer. Suczka była młoda i potrzebowała tego ostatniego, późnego spaceru.
Gdy było pusto na ulicach, zagadnął młodego kierowcę, bezradnego wobec nieruchomego tira z przyczepą.
Spytał, po czesku, widząc czeską rejestrację. Bardzo lubił czeski język. W dzieciństwie czytał “Szwejka” w oryginale na głos i dzięki temu w domu rodzinnym było wesoło.
Ale Czech nie był rozmowny. Nie był też zaradny. Czech w środku nocy z postawionym w poprzek ulicy osiedlowej dwuczłonowym tirem był bierny. Przyjechała policja, więc tłumaczył za Czecha, że ładunek lureksów z powodu pożaru został zawrócony 100 metrów przed celem, a chwilę później popsuła się samochodowa elektryka. Policjanci coś obiecali, a on poszedł do domu po sweter, herbatę i kanapki. Czech myślał, że Ci policjanci jeszcze wrócą, lecz już się nie pojawili.
Zjadł więc te przyniesione kanapki i ubrał przyniesiony sweter. I skończył przyniesioną w termosie herbatę.
I potem zrobiło się bardzo zimno, i bardzo trudno, i dopiero nad ranem zdecydował się pójść pod pozostawiony mu przez mężczyznę z osiedla adres.
Była piątkowa noc i wiedział, że tirom nie wolno jeździć w święta i będzie musiał czekać do poniedziałku.
Ale oni o tym nie pomyśleli, gdy rano zobaczyli brudnego Czecha z wytartą torbą. Był tylko problemem bezosobowym, potrzebującym śniadania i łazienki.
Poprosił o papierosa. W domu nie było papierosów.
Po obiedzie poszedł do swojego tira i strażacy pomogli mu go postawić tak, by nie przeszkadzał na drodze. I wrócił z paczką “Popularnych”, podobno ktoś mu je podarował – nie miał żadnych pieniędzy. Może kilka halerzy, a może nawet koronę, ale nic więcej. Powtarzał w kółko, że miał wrócić tego samego dnia do Teresina, że ma zatankowaną benzynę, a jedzenie zjadł.
Mężczyzna poprosił, by pokazał adres tej firmy, do której jechał i Czech pokazał. Pojechał więc na rowerze do firmy i portier dał mu telefon dyrektora. Zadzwonił i powiedział, że jest u niego Czech bez pieniędzy, zawrócony przez strażaków z popsutym samochodem.

Dyrektor był oburzony. Szczególnie wieść o braku pieniędzy wytraciła go z równowagi.
– Żadna firma nie wysyła swoich pracowników bez pieniędzy! – wołał przez słuchawkę.
Ma pójść do hotelu i żeby go wyrzucić. Mężczyzna się oburzył, zagroził, że zadzwoni do Konsulatu Czeskiego. Dyrektor zmiękł i obiecał zapłatę za gościnę.

Czech wykąpał się i położył. Miał nie przespane dwie noce. Ale nie spał. Patrzył tępo na wiszące na ścianie kobiece akty i mroczniał jeszcze bardziej.
Kobieta patrzyła przez szybę drzwi na wystającą głowę spod kołdry. Na młodą twarz ze złamanym nosem, lekkim zezem i myślała ze smutkiem, że Adam Michnik Václava Havla spotykał, Józef Tischner Jana Patočkę, a nawet koleżanka Ola Łamik w górach czeskiego barda Jaromíra Nohavicę.
Tylko jej obrazy są wystawione na pastwę mrocznych fantazji jakiegoś szofera, którego cały tir jest oblepiony pornograficznymi fotografiami.
Westchnęła.

Czech obudził się bardziej swojski, przyszedł do jej pokoju w podkoszulku, gdy mężczyzna wyszedł z psami. Język czeski męczył ją i z trudem grzecznościowo odpowiadała na próby konwersacji. Mówił zdaje się o obrazach, że kradną je z muzeów, ona mówiła, że teraz trudno “prodać”, że “prodała” cztery akty, a reszta wisi, próbowała wtrącać czeskie wyrazy, on uczenie potakiwał głową, sprawiał wrażenie, że doskonale zna problemy współczesnych malarzy malujących akty i że chętnie rozwinie ten temat.
Ale ona była zmęczona tym językiem i próbowała to wszystko sprowadzić do jakiegoś banalnego rozmiaru, przeczekiwała aż mąż wróci z psami.
Jeśli były to erotyczne zaczepki wyspanego szofera, to nudziła ją perspektywa daremnych, nikomu niepotrzebnych zabiegów. Nie wiedziała czy potrzebował jakichś czysto międzyludzkich kontaktów w formie podzielenia się uwagami o swym losie, czy była to grzecznościowa zapłata za gościnę w formie dialogu.
Ale nikt z nich nie wiedział, czemu stoją w tym pokoju w słoneczną listopadową sobotę ludzie odmiennych światów i kultur.
Ona, właścicielka dachu nad głową i talerza, on przybłęda.
Ona nieciekawa jego, nieprzygotowana na przypadkową obecność nieznajomego. Nie wyglądał na człowieka, który wstydzi się swojej sytuacji. Wręcz przeciwnie. To on był górą. Mówił, że ma mieszkanie, że płaci miesięcznie 500 koron, że ma żonę i dwoje dzieci, a trzecie w drodze. Że siedział w więzieniu 3 lata. Nie wiedziała jak jest więzienie po czesku. Narysował na kartce papieru zakratowany prostokąt.
– Więzienie!? – ucieszyła się, że nareszcie pojęła, o co chodzi.
– Trzy roki – pokazał na palcach.
– Za pobicie – pokazał pięści.
– Czy dziewczyna, czy czekała? – spytała z troską.
– Czekała – odpowiedział z dumą.
Odsłonił rękaw podkoszulka. – Drag – wskazał palcem na język – to powinno być czerwone.
Smok był granatowy, bardzo chiński i precyzyjny. Zasłonił rękawem – nie widać.
– Ale na plaży? – próbowała coś zmieszana powiedzieć.
– Jo, na plaży! – dobri – odpowiedział z dumą.
Stawał się coraz bardziej dumny i pomyślała, że teraz rodzi się pogarda. Do niej, do niego, do tego domu.

Sobota przetoczyła się niemrawo przy pierogach i plackach ziemniaczanych. On próbował zlokalizować jego poglądy polityczne i społeczne.
A Czech nie lubił Havla, w dzieciństwie nie chodził do kościoła, ale je rozbijał. Nie lubił Cyganów. Znał kulturę czeską – nazwiska znanych piosenkarzy, reżyserów i aktorów.

W niedzielę wyszedł, ale zaraz wrócił. Więc mężczyzna posadził go przed telewizorem z programem sportowym i Czech słuchał przez radio czeskiego komentarza i oglądał telewizor. To go zajęło. Kiedy wieczorem kobieta wyszła z domu z psami, czyjś samochód między blokami miał włamanie. Było zbiegowisko i policja.

Rano w poniedziałek zjedli śniadanie. Czech miał bardzo lekką, dżinsową kurtkę i mężczyzna dał mu swoją. Pożegnał się podaniem ręki i podziękował. Bali się, że jeszcze wróci, ale żółty tir z przyczepą, który trzy dni sterczał na obrzeżach osiedla zniknął.

Na drugi dzień mężczyzna pojechał do firmy, dla której tir Czecha przywiózł zamówiony towar.
Dyrektor, dwudziesto paroletni, szczupły mężczyzna, był bardzo oszczędny w słowach.
– Ten kierowca – powiedział – nie nocował u pana, lecz w samochodzie.

Zaszufladkowano do kategorii 2000 | Dodaj komentarz

Moje miasto

moje_miasto.jpg

Zaszufladkowano do kategorii uczucia | Dodaj komentarz

Przedwiośnie

Co chcesz powiedzieć? Twórcza piana pracą i znojem uprawiania?
Nisza już buntu nie pomieści. Niewolnik sprzeda niewolnictwo.
Kradzież Pana? Kradzież pozoru uwolnienia? Świat się przemienia
jedynie w formie, nie w strukturze. Wszystko, co było, jest na górze.
Wszystko co jest, będzie oddane z procentem kary uzurpacji.
Pchałeś się tam, gdzie nie ma racji logika formy. Gdzie na skróty
ślady zostawią myśli nie te. To fantazmaty. Tylko buty
w błocie przedwiośnia znaczą trwanie. To sezonowe ślady. Tanie.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Praca zbiorowa pod redakcją Eleonory Salwa-Syzdek i Tadeusza Kaczmarka „Władysław Gomułka i jego epoka”

Znajdując w nowościach naszej biblioteki publicznej książkę powstałą dla uczczenia setnej rocznicy postaci historycznej w której mocy było i moje istnienie, można ten fakt działania tzw. ironii losu potraktować egzotycznie. Filozofia na nic się tu nie zda, absurd realności jest zbyt nierzeczywisty. Bo i zdrowy rozsądek, i potoczna moralność na nic, ani święte oburzenie.
Śmieszność postaci Gomułki – słynnego “Gnoma” Janusza Szpotańskiego – dowcipy, krążące w mojej szkole podstawowej, cóż mają wobec groźby potraktowania Wodza naprawdę?
A wszystko jest możliwe!

Twórczyni książki. Eleonora Salwa – Syzek wie, że pokolenie, które nadejdzie, które już będzie pozbawione toczącej się teraz walki politycznej, doceni wielkość polityka, który, jak pisze Józef Tejchma:

wywarł największy wpływ na to, co się działo w powojennej Polsce. Poznajemy Gomułkę jako ojca i męża, któremu stale brakowało czasu dla rodziny, jako skromnego człowieka, który nie chciał korzystać z przywilejów władzy i nie miał nic wspólnego z korupcją. Syn nie idealizuje ojca, natomiast stara się obiektywnie opisać jego osobowość z uwzględnieniem zalet, ale i wad. Prostuje też plotki o jego rzekomym skąpstwie i antyinteligenckiej fobii. Gomułka w czasie całego życia zmagał się z losem wyznaczonym przez główny nurt najnowszej historii Polski. Oto człowiekowi z nizin społecznych dane było znaleźć się na szczycie odpowiedzialności za naród i państwo. Jego życie osnute jest jak literacki dramat człowieka, który mocą własnej woli wstąpił na scenę historii ze wszystkimi jej nadziejami i dramatami, wzlotami i upadkami. Nie wyniosło go do roli wybitnego męża stanu dziedzictwo klas wyższych czy rodowe wyposażenie umysłowe i kulturalne. Jego myśli wyrosły z ekstremalnej biedy, jego czyny były nieustanną próbą budowania lepszego życia dla ludzi społecznie upośledzonych, jego uniwersytetami były więzienia. Gomułka był reprezentantem tych sił, które swoją rolę kierowniczą w państwie chciały spełniać przy respektowaniu godności narodowej.

Ten łagodny w tonie wstęp nie ma oczywiście siły narastających stopniowo laurek dla człowieka wybitnego, szlachetnego, heroicznego, pracowitego, skrzywdzonego przez niesprawiedliwą Historię.
W miarę czytania słowa tracą sens, tracą ironię, tracą nawet postmodernistyczną przewrotność.
W miarę czytania łzawych wspomnień syna Ryszarda Strzeleckiego – Gomułki o szlachetnym tatusiu, zdumiewa lojalność nie tylko rodzinna, a urzędowa. Mieczysław Rakowski apeluje:
patriotycznym obowiązkiem tego pokolenia przywracanie i umacnianie pamięci o wielkim Polaku..

O niesprawiedliwym skrzywdzeniu wybitnego Polaka i patrioty, piszą Józef Tejchma, Władysław Lorenc, Andrzej Werblan…
Czytając, nie chce się już nawet sprawdzać, co jest w Wikipedii o szalejącym aparacie bezpieczeństwa, rozrastającym się aparacie urzędniczym, o inwigilacji, biciu, więzieniach moczarowskich i terrorze.
Nie chce się nawet oburzać, że wystarczy ćwierć wieku, by wszystko dokumentnie zakłamać i zamazać, zamącić i w całym majestacie prawa podsyłać takie brednie do publicznych bibliotek, które skrzywdzone społeczeństwo zbrodniczym ustrojem ma sobie z pieniędzy podatnika sfinansować ( np. jedyną spolszczoną książkę ubiegłorocznego noblisty z braku funduszy zakupiła tylko jedna z czterdziestu filii naszego miasta).

Intelektualna strawa, która nie jest wyborem czytelnika, bo nawet ja, sądząc, że wypożyczając tę książkę, poszerzę wiedzę o moim dzieciństwie upływającym przecież w absolutnym utajnieniu życia politycznego, zwiedziona lisim i podstępnym tytułem, mogłabym się nabrać na jej wiarygodność.
Mogłabym, gdybym na własnej skórze nie doświadczyła mroku komunistycznej szkoły, beznadziejnego, utraconego dzieciństwa.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

Rewolucja u bram

Przeglądając internetowe portale feministek, młodych ugrupowań politycznych, obyczajowych i artystycznych poszukujących swojego miejsca w naszej rzeczywistości, można się tylko zdumiewać nieznajomością pułapek już zdawało się, raz na zawsze skompromitowanych. Nie wystawia to najlepszego świadectwa dzisiejszej młodzieży, świadczy jedynie o ich nieuctwie i ignorancji.

Histeria i trwoga wyznawców sekciarskiego amoku widoczna jest jeszcze w oczach kubańskich komunistów, wpatrzonych w telewizory na gasnącego Fidela.

Ortega y Gasset pisał już we wstępie do „Buntu mas” 70 lat temu:

Prawicowość lub lewicowość to wybór jednego z nadarzających się człowiekowi niezliczonych sposobów bycia głupcem; obydwie są w istocie formami połowicznego paraliżu moralnego. [… ] Zatoczyliśmy krąg doświadczeń, którym one [te określenia] odpowiadają, jak widać stąd, że dzisiaj prawica obiecuje rewolucje, a lewica obiecuje tyranię.

Dzisiaj Slavoj Žižek we „Wzniosłym obiekcie ideologii” nie pisze nic nowego, odnośnie zjawiska permanentnej rewolucji i fenomenu religijnej wiary w jej konieczne trwanie:

Potwierdza to właśnie fakt, że owi wszyscy inni-mistrzowie do społecznego ugruntowania swoich zakazów muszą posłużyć się wyobrażeniem jakiegoś niezniszczalnego i odcieleśnionego “obiektu”, który mógłby sobą “zwieść” i efektywnie “związać” pragnienie członków danej społeczności. Musi to być więc obiekt wykreowany przez fantazmat, który by z jednej strony zakrył przed oczyma danej zbiorowości permanentny brak w Innym, z drugiej zaś stworzył iluzję uzasadnienia ofiar, jakie owa zbiorowość musi ponieść dla realizacji “wyższych” celów ideologii. To właśnie zauroczone niezniszczalnym pięknem tego “wzniosłego obiektu” – a więc różnych postaci sacrum, pieniądza, idei rewolucji, rasy, komunizmu itd. – jednostki tworzące ową zbiorowość gotowe są podporządkować mu całe swoje życie, a w razie konieczności nawet je poświęcić.

O wiele lepiej niż Žižek, którego wbrew entuzjastycznemu wstępowi tłumaczy czyta się ciężko, a wtręty dowcipów i przykłady z literatury rzeczy nie ułatwiają – nazwał fenomen rewolucji Mikołaj Bierdjajew.
“Źródła i sens komunizmu rosyjskiego Przyczyny rosyjskiego komunizmu” wyszły w 1935 roku i o wiele trudniej rosyjskiemu filozofowi było być prorokiem, niż dzisiejszemu myślicielowi, który odcinki tej światowej “opery mydlanej” ma już przeglądane i zna jej skutki.
Podobno uratował wielu młodych ludzi, którzy po przeczytaniu jego książki nie podzielili entuzjazmu surrealistów, Roman Rolanda, Jean Paul Sartre’a czy Andre Gide’a.
Bierdjajew pisze gorączkowo żarliwie studium wiary ludu rosyjskiego, gdzie na marksistowski ateizm nie było miejsca. Terror zamiany jednej religii na drugą w państwie zacofanym przemysłowo, bez kapitalizmu na którego likwidacji Marks oparł swą doktrynę, jest możliwy tylko dzięki podobnej propozycji. Podmiana odległej obietnicy królestwa Bożego na mającej się ziścić materialnej szczęśliwości dzięki likwidacji wrogów rewolucji, jedynych przeszkód spełnieniu, uruchamiała potężne siły drzemiące w masowej podświadomości:

Żywioł religijnej duszy rosyjskiej dysponuje zdolnością do zmieniania celów, które wcale nie muszą być religijne, mogą być, na przykład, celami społecznymi. Na mocy religijno dogmatycznej struktury swojej duszy Rosjanie zawsze są ortodoksami lub heretykami, apokaliptykami lub nihilistami. Rosjanie byli ortodoksami i apokaliptykami wtedy, gdy byli w 16 wieku raskolnikami-staroobrzędowcami i wtedy, gdy w 19 wieku stali się rewolucjonistami, nihilistami i komunistami. Struktura duszy pozostała taka sama, rosyjscy inteligenci i rewolucjoniści odziedziczyli ją od raskolników z 17 wieku. Podstawą jest zawsze wyznawanie jakiejś ortodoksyjnej wiary, jest to stała cecha narodu rosyjskiego. Najmniej sens rewolucji rozumieją sami rewolucjoniści i kontrrewolucjoniści. Rewolucjoniści zwykle nie rozumieją sensu rewolucji, która nie odpowiada ich racjonalistycznym ideom, ale poprzez swoje zwrócenie się ku przyszłości mogą być narzędziem realizacji sensu, narzędziem wyższego sądu. Kontrrewolucjoniści, jako ludzie bezsilni i bezpłodnie zwróceni ku przeszłości, są ludźmi skazanymi, którzy w ogóle nie rozumieją swojej sytuacji.

I to właśnie on z całkowitą pewnością nazywa komunizm religią, a nie jak Žižek i socjologowie, jedynie sprytną społeczną manipulacją.
Głos Simone Weil u progu II Wojny Światowej jest podobny:

Od 1789 roku mamy jednak magiczne słowo, które zawiera w sobie każdą przyszłość, jaką można sobie wyobrazić i nigdy nie jest tak bogate w nadzieję jak w beznadziejnych sytuacjach. To słowo “rewolucja”. Toteż od pewnego czasu wypowiada się je często. Wydawałoby się, że powinniśmy być u szczytu rewolucyjnego okresu, ale w istocie wszystko przebiega tak, jak gdyby ruch rewolucyjny chylił się ku upadkowi wraz z ustrojem, który pragnie zniszczyć. Od ponad wieku każde kolejne pokolenie rewolucjonistów miało nadzieję na bliską rewolucję, a dzisiaj ta nadzieja straciła wszystko, co mogło ją wesprzeć. Ani w wywodzącym się z Rewolucji Październikowej ustroju, ani w obydwu Międzynarodówkach, ani w niezależnych socjalistycznych lub komunistycznych partiach, ani w związkach zawodowych, ani w organizacjach anarchistycznych, ani w małych młodzieżowych ugrupowaniach, które tak licznie powstawały od pewnego czasu, nie można znaleźć nic żywotnego, zdrowego lub czystego. Klasa robotnicza już dawno nie dała żadnego dowodu spontaniczności, na który liczyła Róża Luksemburg i który zresztą zawsze objawiał się tylko po to, aby utonąć we krwi. A klasy średnie rewolucja zjednuje sobie tylko wtedy, gdy mówią o niej z demagogicznymi zamiarami początkujący dyktatorzy. Często się powtarza, że obiektywnie sytuacja jest rewolucyjna i nie ma tylko “subiektywnego czynnika” – jak gdyby całkowity brak jedynej siły mogącej przeobrazić ustrój nie był obiektywnym rysem obecnej sytuacji, którego korzeni należy szukać w strukturze naszego społeczeństwa! Dlatego pierwszą narzucaną nam przez obecne czasy powinnością jest posiadanie dostatecznej intelektualnej odwagi, aby zadać sobie pytanie, czy wyrażenie “rewolucja” to tylko słowo, czy ma ono wyraźną treść, czy nie jest po prostu jednym z licznych kłamstw, które w swoim rozkwicie zrodził ustrój kapitalistyczny i które obecny kryzys usłużnie nam przekazuje. Pytanie wydaje się bluźniercze z powodu wszystkich szlachetnych i czystych istot, które wszystko, nawet własne życie, poświęciły temu słowu. Ale tylko kapłani mogą rościć sobie prawo do mierzenia wartości idei ilością krwi, która za jej sprawą została przelana. Kto wie, czy rewolucjoniści nie tracili swojej krwi tak samo nadaremnie, jak opisani przez poetę Grecy i Trojańczycy, którzy wskutek fałszywych pozorów bili się przez dziesięć lat wokół cienia.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Ozyrys

ozyrys.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obrzędy | Dodaj komentarz

Tratwa Meduzy

Skoro dla artysty, Artura Żmijewskiego oczywistym jest poświęcenie starca dla nauki (w czasie kręcenia filmu były więzień obozu koncentracyjnego lat 90, nie wytrzymuje sytuacji psychicznej i odmawia odnowienia wytatuowanego na przedramieniu numeru obozowego. Artysta przymusza go, szantażując, że nie dotrzymuje wcześniej zawartej umowy. Gdzie zatem przebiega granica wpływu na obserwowanego? Czy poświęcając spokój starca, ta granica nie została przekroczona?– pyta reporterka. – Została przekroczona. “Spokój starca” nie jest zbyt wysoką ceną za wiedzę – odpowiada artysta), postanowiłam bez żadnych skrupułów poświęcić swoją wnuczkę.

Kolekcję Malarstwa Polskiego Muzeum Narodowego w Krakowie przepłynęłyśmy na naszej tratwie zwiedzających przy nieskazitelnie pogodnej pogodzie.
Niespełna dwuletnia wnuczka z radością wchłonęła dzieci Makowskiego, anioły Malczewskiego i sceny huculskie Tetmajera.
Ogromne witraże ze szkieletami Królów Polskich Wyspiańskiego oglądała z uwagą. Podobały jej się powykrzywiane twarze pasteli Witkacego, sala z rozwałkowanymi ciałami kobiet z włókien żywicy Haliny Szapocznikow przyjęła obojętnie. Nawet młodzieniec dorodny, zupełnie nagi w całej okazałości, w skali jeden do jeden tejże autorki nie zainteresował. Drewniane rzeźby Jerzego Beresia wzbudziły jednak emocje i radość z absurdalnej, ogromnej machiny nie miała granic.
Ale już kolekcji “Dar Jana i Suzanne Brzękowskich dla Muzeum Narodowego w Krakowie”: surrealistyczne kolaże Maxa Ernsta abstrakcyjne rysunki Hansa Arpa, rysunki i gwasze Fernanda Légera abstrakcyjne kompozycje Sophie Taeuber-Arp i Michela Sephora oraz akwareli Raoula Dufy’ego nie pozwoliła mi zobaczyć.
Samo wejście w wygodny i atrakcyjny dla dziecka korytarz i spojrzenie na wiszące na ścianie małe, zazwyczaj czarnobiałe prace, napawały ją najwyższym lękiem i drżeniem.

Ale horror się dopiero zaczął, gdy zjechałyśmy oszkloną windą, co stanowiło dodatkową dla dziecka atrakcję, na parter, gdzie prezentowana była sztuka artystek izraelskich p.t. “Tratwa Meduzy”.

Bardzo chciałam zobaczyć tę wystawę, nagłośnioną nie tylko wielką płócienną płachtą wiszącą na fasadzie Muzeum, ale i w mediach, jako wyjątkowo okazałą okazją przeglądu wybitnych, wiodących artystek Izraela.

Wystawa miała właściwie pokazać nie tratwę, a Meduzę i wszystkiego, co wiemy o tej mitologicznej siostrzyczce w kontekście poszukiwań sztuki awangardowej – było aż nadto.

Nie wiem, co spowodowało atak histerii mojej wnuczki.
Musiałyśmy salę opuścić natychmiast, więc i ja niewiele zobaczyłam, ale nie było nic drastycznego.
Np. na ekranie monitora tańczył tylko wycinek ręki, tylko przegub łudząco przypominający plecy tancerki.
Albo na całej ścianie jeden jedyny makaron “muszelka”, ok 2m. Tylko leżał…i dyszał.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Tłusty czwartek

Miasto się poci. Miasto cieknie. I nic nie myli tak jak lustro
ulic odbitych w mokrych miastach. Parasolowy czas lutowych
mżawek zimowych. Jak igłami drażnią sentyment, zamiast puchu.
Zmysły są zbędne. Pączki z różą są niejadalne. Smaku słuchu
dźwięk nie zachwyci znad wód czarnych kawy w kawiarni. Ani mowy,
ani rozśmiania przypadkowej wymiany zdań. A ludzi mnóstwo

stoi u bram. Sylwetki czarne jak na strzelnicy. Tłem jest światło.
Anonimowo jest i grzecznie. Nie jak na sądzie ostatecznym.
Nikt nie rozliczy, nie oceni, a rewolucja permanentna
będzie w oszustwie nieśmiertelna. Będzie snem więźnia
tafli ulic. Historia go już nie przytuli. Szeregom grzecznym
zwróci tanie perfumy sekt idei. Potrzebnym być niełatwo.

Miasto się poci. Miasto cieknie. I nic nie myli takim lustrem
mego oglądu. Mej diagnozy. Cóż ja – też cząstką złej pogody
co eskaluje, chwała Bogu, jedynie w wąskiej, danej strefie
klimatycznego obcowania. Wielkie żarcie, gdy jeść chce się
w innych zaświatach. Cóż zegary. Się lejące? Byłej mody
są już passe: rozpływające usta enzymem pączki tłuste.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz