Stanisław Tym „Ryś”

Po okropnych komediach reżyserów kiedyś wyśmienitych – Juliusza Machulskiego („Superprodukcja”), Marka Koterskiego („Wszyscy jesteśmy Chrystusami”), aż strach oglądać najnowszą komedię Stanisława Tyma i nie dziwić się, że w czasie premierowego pokazu też miał stracha.

Ale chciałam zobaczyć tajną polskę, który na swoim blogu poświęcił filmowi i opisowi swojego statystowania kilka metrów bieżących bloga.
Niestety, nie dało to podlizywanie chyba efektu takiego, jak da zapewne w profesji pisarskiej podlizywanie się korporacji “ha!art”, czego dowody na bieżąco na portalu kumple doświadczam.
Najprawdopodobniej tajna polska został z planu wycięty i bezpowrotnie pozbawiony możliwości kariery filmowej. I słusznie, bo zaangażowanie całego kwiatu aktorstwa polskiego nie pomieściły i tak obszerne epizody, toteż zapewne Gustaw Holoubek i Zbigniew Zapasiewicz, oraz wszystkie świetne dzisiejsze kabarety („Moralnego niepokoju” w komplecie!) musieli zadowolić się anonimową rolą statystów, tajną polskę rugując.

Nie tylko aspirantom wiatr w oczy. Czytając recenzje, zdumiewa nie radzenie sobie z prostym zdawałoby się, rytuałem zarobkowym. Kuriozalna jest recenzja “Tygodnika Powszechnego”, szczyt pisania nie na temat, gdzie młody autor opisuje, jak jadł herbatniki i wymienia ich nazwę śpiesząc na serial „Alternatywy”.

Ja tu recenzji nie piszę. Jedynie lekkie dygresje masochistyczne, bo trudno ucztę duchową „Rysia” zaliczyć do przyjemności.
Jednak wszystkim bezwzględnie poleciłabym obejrzenie filmu, gdyż jest w całym swoim absurdzie złej roboty filmowej niesłychany, a nie jest łatwo zrobić coś podobnego bez histerii najwyższego gatunku.
Wszelkie porównania do Stanisława Bareji nie mają sensu – jest to film autorski Stanisława Tyma – autonomiczny – jedynie hołd złożony reżyserowi „Misia” w którym Tym był główną postacią, jest bardzo szlachetny.
Toteż odcięcie się od wysokiej kultury i dobrego smaku Bareji, na rzecz ordynarności i obsceny (słowa kurwa, gówno i akcesoria – wibrator), mimo tego samego imienia i nazwiska, odcinają bezpowrotnie Ryszarda Ochódzkiego od postaci stworzonej przez Stanisława Bareję.
I nie chodzi tu o nową epokę, ale o nowego człowieka.
W nowej rzeczywistości polskiej, z bełkotem chaotycznych dialogów opartych na kamuflażu i bredzeniu szkolnym nudzącej się martwoty pozbawionej dowcipu, nie ma miejsca już na francuską lekkość erotycznych aluzji, czy angielski czarny humor Stanisława Bareji, mających bezwzględnie jeszcze międzywojenną proweniencję. Dlatego film jest jak najbardziej spójny i konsekwentny.

Wszystko jest szczątkowe, nie tylko frekwencja na sali Sejmu Polskiego. Szczątkowy jest nadmiar, przegadanie i splendor w chaosie wariactwa kabaretu w najgorszym kiczowatym stylu ( jak kabaret Olgi Lipińskiej).
Entropia wzrasta wraz w podkręcaniem temperatury, wyciskaniem sytuacyjnych gagów do ostatniej kropli. Ale wszystko jest suche i puste, toteż i aktorzy goniący w piętkę symulują je jedynie. Jednak symulacje nie mają nic wspólnego z symulakrami. Bowiem bohaterem filmu jest geriatria, jest starość, a więc coś, co ma początek, rozwój, co trwa i na naszych oczach udaje jedynie, że jest czymś innym, ale nic się nie da udać. Starość jest związana z czasem, a czas jest bezwzględnością stałą.
Toteż naigrywanie się ze starości w filmie mści się okrutnie. Spadająca szczęka w kontekście bełkotu demencji Barbary Krafftówny, głuchoty Krystyny Feldman, opasłości Krzysztofa Kowalewskiego, zgrzybiałego na rowerze Stanisława Tyma, to rachunek, wystawiony brakowi higieny fizycznej i duchowej polskiemu człowiekowi sukcesu, dla którego ciało jest przecież narzędziem wykonywanej profesji.
Serce się kraje, gdy widzi się wiedźmowate, opasłe aktorki po zobaczeniu ich rówieśniczek na niedawnej gali rozdawnictwa Oscarowego.

I co z tego, że wszyscy kradną, że wszystko to postkomunistyczna mafia, że żyć się nie da w państwie bezprawia, gdzie bezpowrotnie zniszczony został autorytet władzy religijnej i świeckiej.
Ta czarna komedia jest też i o wąskim odcinku życia prywatnego, sugerującego, że jak wszyscy żyją źle, to nie uda się nikomu.
Jest też i demoralizująca, gdyż zwalnia widza z jakiejkolwiek przyzwoitości.

Nie obwiniam oczywiście Stanisława Tyma za to, że jak dotychczas nie odpisywano mi na maile odczuwając jednak jakiś wyparty powoli wstyd, to teraz nie będą mi odpisywać w społecznym przyzwoleniu i dumie z dobrze wykonanej pracy u podstaw.
Ale coś w tym jest. W odwrotnej tęczy, w odwrotnym działaniu, w przeciwieństwie do twórczości Gogola.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

Demon

Czemu ołówek twój przedziwny
Rysuje mój murzyński profil?
Choć wiekom go przekażesz innym,
Sam go wygwiżdże Mefistofel.


Aleksander Puszkin przełożył Seweryn Pollak


1.

Kobieta pięćdziesięcioletnia.
Ma imię takie, jakie dawano w czasach jej urodzenia: Krystyna, Ewa, Mariola. Ma na imię Mariola.

Jedzie windą szpitalną. Szpitala, który obsługuje takich jak ona, blisko mieszkających: poradniami specjalistycznymi, salami operacyjnymi. Chorobę, która jest jak się wchodzi, a ustępuje przy wyjściu.
Jedzie. Weszła razem z młodą wychudzoną dziewczyną, zahukaną, ugrzecznioną. Razem czekały, aż winda się zatrzyma, by wsiąść, zaryzykować, mimo zło wróżebnego napisu: SPRAWDŹ CZY JEST KABINA.
Weszły. Pamięta tę klamkę w kształcie koła, wyślizganą od dotyku rąk. Skuteczną. Zatrzaskującą kabinę.

Poradnia jest na najwyższym piętrze, niemal na strychu i nazywa się: Chirurgia ręki. Aż dziw, że te wszystkie czekające kobiety mają problemy właśnie z ręką. Są niemal identyczne, stare, otyłe, bezpłciowe, martwe. Siedzą nieruchomo, w beretach. Z torebki od czasu do czasu wyjmują chusteczkę, by ją zaraz zamknąć i powrócić do dawnej nieruchomości.
Mariola wyjmuje z plecaka Puszkina i próbuje czytać, ale jak tylko udało jej się złapać pielęgniarkę i zarejestrować przed upływającym właśnie limitem przyjęć, nadchodząca kobieta z rozłożystym siedzeniem zajęła jej krzesło. Rozglądnęła się bezradnie i stała oparta o ścianę. Dwadzieścia par oczu ze znudzeniem świdrowało ją i przykuwało do ściany.
– Kiedy przyjść? O której wyjdzie ostatni pacjent?
Pielęgniarka czuje się dotknięta. -A skąd mogę wiedzieć?
– A dlaczego nie? – Nie można orientacyjnie?
– Nie.

Wychodzi. Winda jest pusta. Ten sam napis: Sprawdź przed wejściem, czy jest kabina. Czerwone, ostrzegawcze litery.
Gdy wraca, stan po 3 godzinach jest identyczny. Dwadzieścia kobiet w beretach siedzi nieruchomo. Pielęgniarka wychodzi z gabinetu lekarza i natychmiast zauważa obecność Marioli.
– Pani była wołana już siedem razy! Niech pani wejdzie zaraz jak pacjentka wyjdzie!
Mariola zdołała przeczytać jedynie przedmowę Tuwima i zorientować się, że Natalia Gonczarowa była wredna. Nigdy nie kochała Puszkina, nigdy nie zamierzała go pokochać, a on oddał za nią życie.

Lekarz omiótł ją męskim wzrokiem i pokornie pogrążył się w niezapisanej niczym karcie pacjenta.
– Wzywałem panią siedem razy. Może się teraz uda – powiedział niby do siebie, od niechcenia, ale na wstępie uczynił ją winną.
Położyła kurtkę i plecak, a na nim Puszkina. Pielęgniarka właśnie wróciła i okazało się, że to jej krzesło. Jak nieczystości, chwyciła po kolei leżące rzeczy, na końcu Puszkina i zasypała nimi Mariolę.
Ta ściągała nieudolnie sweter, zostając w płóciennej bluzce.

Lekarz nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Wczytywał się w skierowanie od lekarza domowego i stamtąd czerpał wiadomości o chorobie.
Westchnął. Był rosły, w średnim wieku, witalny i zażywny.
Spotkania z pacjentami stanowiły dodatkowy bonus za niedostatecznie wysoką pensję i zawsze potrafił jakiś psychiczny kęs wygospodarować dla siebie. Pozornie czuł się niezręcznie, co pokrywał przesadną pewnością siebie. Od razu się zastrzegł, że nie będzie jej tłumaczył ani skutków, ani przyczyn bezwładu ręki.

Wtedy po raz pierwszy się przestraszyła bagatelizując wcześniej rękę. Była lewa, niepotrzebna właściwie do niczego, można było ją używać do przytrzymywania i nawet noszenia, ale to, że się jej nie dawało podnieść do góry, nie było kłopotliwe. Ale bolała w nocy i budziła, a teraz okazało się, że tak może zostać. A rower? Wpadła w panikę.
Nie da się jeździć na rowerze. Z taką uschniętą ręką. To kara pewnie za Franka. Gdy zaproponował jej seks na plenerze, malował tylko prawą. Lewą miał uschniętą. Gdy odmówiła, nie znał jej więcej, ledwo się do niej na wernisażu odezwał. Gdy umarł na raka, nie pojechała na pogrzeb. Nie żałowała go. A jednak to, że nie miał partnerki, okazało się prawdą. Wyniósł się od żony i dopiero przed śmiercią znalazł kobietę i zaraz umarł. To pewnie za tego Franka, za karę, że tak źle o nim myślała.

Lekarz wypisywał receptę. Pielęgniarka spijała wzrokiem jego ruchy.
– Źle wpisałem nazwisko – powiedział. Wszyscy w gabinecie wiedzieli, że na receptach nazwiska są wcześniej wydrukowane i Mariola poczuła się z pielęgniarką jak opiekunka rozwydrzonego bękarta.
Zmiął gwałtownie.
Pielęgniarka przygotowała nową. Tamtą zabrała, wygładziła.
Wykaligrafowała: anulowane.
Popatrzył na Mariolę. Postanowił jednak popisać się wiedzą i znudzonym głosem relacjonował:
– Jeśli od grudnia, to stres. Wszystko, nawet cukrzyca jest ze stresu. Pani miała taki zawał w barku. Tak samo, jak serce, tylko lepiej, bo w barku. Zator. Mogłoby przejść samo, ale nie musi. Będziemy próbować. Najpierw pastylki, potem zastrzyki.
– Lekarz sam da zastrzyki, – wtrąciła się pielęgniarka. – Proszę nigdzie nie chodzić.
– Mąż mi daje zastrzyki, – wyjąkała Mariola spłoszona.
– Nie w pupę! – dorzucił.

W aptece okazało się, że wszystko kosztuje 100 zł i Mariola pieniędzy nie miała.
Było to w Wielką Środę, w dniu, kiedy Judasz dostał pieniądze od Sanhedrynu i w tym dniu na internetowym blogu Beta ogłosił założenie nowego, oddzielnego blogu.

2.

Wielkanoc była wcześnie. Długa zima pozbawiła miasto zieleni i nawet nie było pączków. Tę zupełną jałowość życia z nastrojem najważniejszych świąt chrześcijańskich mówiących o Zmartwychwstaniu rozjaśniało słońce. Ludzie błyszczeli nowymi ubraniami, sztucznymi kwiatami i wycieczkami do kościoła. Ta gorliwość rytuału wprowadzała pozorny ład i spokój.

Pastylki nie pomagały. Mariola miała nadzieję, że zaprzestanie pisania na blogu przywróci jej równowagę i napisała Becie, że to, co już tam umieściła, to ostatnie teksty. Był młody i traktował ją z dystansem i zdziwieniem, a w miarę upływu czasu, lekceważeniem. _ Wszelkie próby wymuszenia jakiegoś poprawnego zachowania kończyły się dla niej najwyżej szkolnym udaniem. Tym razem nie odpisał.

Blogi literackie zaczynały toczyć się już wypróbowaną praktyką zachowań, wytrenowaną od kilku lat i właściwie panowały już ustalone, niepisane prawa. Na większych, znaczących portalach rokujących szansę na zakwalifikowanie się wsparciem znajomych do konkursów literackich lub otarciem się o znaczące nazwisko, grupa zasiedziałych osób pilnowała, by jej nie powiększać.
To, co przeżyła w swoim życiu zawodowym w kontaktach z grupami malarskimi, jak na dłoni uwidaczniało się w blogowym życiu. Przeżycie widza było tak samo bolesne, jak uczestnika.
Kiedy kilka lat temu w skutek telefonicznej pomyłki sekretarki BWA, w czasie, gdy dyrektorka na koszt biura bawiła w Londynie i ta przerażona zmarnowanymi miejscami pleneru zaprosiła Mariolę i Mariola pojechała. Po 12 godzinnej jeździe pociągiem, została tam histerycznie przyjęta. Nie to było upokarzające, że tylko z uwagi na te 12 godzin pozwolono jej zostać, ale nagle znalazła się w środku rozdawnictwa intratnych chałtur, co musiało odbywać się na jej oczach. Przypadkowy świadek – jakim się nagle stała – wzmagał agresję i mimo ewidentnego pustostanu, (a plastycy kapryśnie przyjeżdżali lub nie) po tygodniu, wymawiając się brakiem miejsc, kazano jej wyjechać. Zobaczyła wszystkich projektantów banknotów, znaczków, pism dziecięcych i gazet, profesorów Akademii.
Wszyscy byli obok, jej nie przydatni ani ona im.
Podobnie było na blogach. Nawet nie próbowała tam terminować, w jej wieku było niewielu, Internet należał do pokolenia wstępującego.
Dała się uwieść pozorowi inności kontaktów, a technika ukryła tymczasowo podszewkę istoty ludzkich charakterów. Słowo wbrew logice zastępowało ciało i głos, ten wyświetlony na ekranie komunikat, emocjonalnie zupełnie starczał i zadziwiająco żył.
Beta, który właśnie został wygnany z najbardziej liczącego się portalu, gdzie młodemu i ambitnemu krytykowi literackiemu zapewniłby nadzieję na pracę w swoim zawodzie, zdesperowany odpisał.
Zaczęła pisać na blogu, który założył, a do nich przyłączył się starszy o 10 lat od Bety, Alfa.

Było to rok temu i gdy w grudniu po trzykrotnych próbach opuszczenia blogu powróciła, by natychmiast zostać poddana jakiejś grze międzyludzkiej i po tym, jak została zignorowana, obudziła się z bólem ręki, której nie mogła podnieść do góry. Śnił jej się Alfa, pulchny, czarnowłosy niski chłopak, który przyjechał z drugiego końca Polski i wszedł im z progu do małżeńskiego łóżka, leżąc z nimi w trójkę. Ona pytała we śnie, jak on opuścił żonę i dwoje małych dzieci, ale nie opuścił, ot tak przyjechał w celu nieokreślonym. Ten proroczy sen, towarzyszący Marioli przez następne trzy miesiące jako znak zapytania, podczas których nie poznała ani jego twarzy, ani głosu, zawsze był symbolem nieokreśloności, a zarazem i władzy nad nią.

Norwidowe „będziesz się z nią kłócił i godził” polega na ciągłej huśtawce niewiedzy o winie. Nigdy nie wiedziała, czy jej dyskomfort psychiczny jest urojony, czy ma konkretne przyczyny. Bo niczego, ani o Alfie, ani o Becie nie wiedziała. Problem polegał też na złej interpretacji jej, a ona chcąc siebie wyjaśnić, natrafiała na zdecydowany opór. To oni pragnęli ją widzieć taką, jaką chcieli i z jej strony ruchy były niemożliwe. Wszystko było zdumiewające. Ona, Mariola, która chlubiła się znajomością duszy ludzkiej, wchodziła w bezsensowne pułapki czyjejś uzurpacji i wmówienia.

3.

Marina Cwietajewa kochała Puszkina bez względu na to, że dawno umarł. Nawet oddech przypadkowego Murzyna w paryskim tramwaju wprawiał ją o drżenie.
Tatiana była zawsze wzorcem kobiecego postępowania i wszystkie związki uczuciowe Cwietajewej były nieudane. Założenie nie udania, pierwotnej deklaracji przed ukochanym, skazane na odmowę, to źródłowy schemat syndromu Tatiany, który powielała z uporem i dumą. A jednak nie można odmówić jej intuicji w wyborze partnerów. Wszyscy zaczepiani byli pierwotnie jej przeznaczeni i bezbłędność ich rozpoznania, jak i związana z tym nieracjonalność, skazywała ją na ustawiczne cierpienie. Cwietajewa walczyła do ostatka o prawo do takich relacji, zweryfikowanych już dawno przez życie i społecznie odrzuconych. Ale tylko ona miała rację, tylko stąd mogła płynąć prawdziwa poezja, niesfałszowana i czysta. Puszkin był poezją, a Cwietajewa żyła dzięki poezji. Cwietajewa żyła tylko dzięki Puszkinowi. To on pokochał Gonczarową z całą świadomością, że go nie kocha i nie pokocha nigdy. Moment miłości niemożliwej, ta jej świadomość i beznadziejność nie jest masochizmem ani solipsyzmem. To jest poddanie się przeznaczeniu, sile wyższej, Bogu. Skazanie, wbrew proroczej wizji cierpienia ma wiele z misji Chrystusa i w grę nie może wchodzić sprzeniewierzenie.
Rozpoznanie. Obraz ławki, gdzie Tatiana stoi, wysłuchuje odmowy Oniegina, gdzie nie siada, bo rzecz ma się odbyć w równości, Cwietajewa w swoim szkicu przywołuje kilkakrotnie. I powtórzenie, też na stojąco, Tatiana odmawia Onieginowi, ale tym razem kochają oboje, wzajemnie. Miłość Cwietajewej jest wieczna, nieśmiertelna jak Piekło i taka jest miłość Puszkina i Tatiany.
Zawsze mówiłam pierwsza i zawsze odchodziłam, nie obróciwszy nawet głowy, napisze Cwietajewa. Zawsze odchodzili, ale to ja odchodziłam, napisze Cwietajewa. Bo odejście jest zawsze w sprzeniewierzeniu, w propozycji niegodnej, której przyjęcie nigdy nie jest nadrzędne wobec o wiele większej wartości, jaką jest miłość.
Tatiana odchodzi, kochając Oniegina i nigdy tego nie żałuje.
Puszkin ginie, odchodzi ze świata. Cwietajewa wiesza się na haku u sufitu. Odejścia są zawsze w czasie, gdy miłość żyje, gdy zostaje, a ciało odchodzi w niebyt.

Mariola chciała pisać i pisała. Kto wie, co to jest warsztat pisarza, jak się nie pisze. Pisała jak umiała. Oni mieli już jakieś publikacje i wrodzoną sprawność. Może to był właśnie zachwyt Tatiany.
Napisała od razu, że się zachwyca ich pisaniem. Zrewanżowali się natychmiast. Też, pisali, też im się jej pisanie podoba. Ale im dłużej pisała i teksty jej wymagały coraz większego wysiłku i emocjonalnego zaangażowania, jakąś matematyczną prawidłowością, wprost proporcjonalnie do tego jej wysiłku, słabł ich entuzjazm. Proces degradacji w ich oczach nie był prosty, ani łatwo wytłumaczalny. Pytanie o grafomanię było bezzasadne, bo niewidoczne podtrzymywanie jej aktywności odbywało się wbrew obiektywnej ocenie. Na potrzeby tych dwojga osób w ogóle nie istniała, mogła natomiast być użyta w każdej chwili. Ta groźba kompromitacji, ten wstyd jako kara za zuchwałość pisania, wisiała zawsze jako masochistyczne narzędzie opresji, chwilowo odroczone.
Najpierw następowało rozpoznanie. Pisał Alfa, a komunikacja z Betą, od której się odżegnywał, była dla niej rozpoznawalna.
Śmiała się w duchu z tej dziecinnej, szkolnej konspiracji, nie przyznawała się do swojej wiedzy z prostej, racjonalnej przyczyny oszczędności słów. Jakieś trudne do udowodnienia pretensje mogłyby tylko ją ośmieszyć i mimo, że starała się prowadzić czysty dialog, stawało się to coraz trudniejsze. Pułapki niedopowiedzeń, porównania i wieloznaczne metafory w tekstach oficjalnie publikowanych w Internecie, jak i w korespondencji prywatnej, zaczęły żyć osobnym, wyemancypowanym życiem.

4.

Cwietajewa pisze o sobie, że jest czysta. Demon, niezbędny do powstania poezji jest dla niej taką samą oczywistością, jak dla dzisiejszego poety sponsor konkursu poetyckiego. Zatrucie fałszywymi poetami i odczuwanie ulgi w obecności Puszkina, Cwietajewa traktuje jako rozpoznanie.

Mariola, poznając Alfę i Betę rozpoznała w nich prawdziwych pisarzy.
Nie powinna Cię czytelniku dziwić ta egzaltacja, ani nie powinieneś kpić z początkującej literackie, a kończącej biologiczne życie – Marioli. Zawsze następuje przecież opisane drobiazgowo przez Lorenza zjawisko utożsamiania rodziców natychmiast po wykluciu sie z jajka – gęsi gęgawej.

Jałowość intelektualna środowisk malarskich, całkowite wyposzczenie międzyludzkie, gdzie alkohol i nikotyna wyrugowały najprostszą możliwość porozumiewania się za pomocą słów, spowodowała reakcję zachwytu. To, że ich teksty, barokowe, finezyjne zabawy słowne Alfy i agresywne, energetyczne i dowcipne Bety, nie działały na nią toksycznie, przyjęła jako objawienie.
Odtąd wymiana listów, uwag, dygresji i blogowych elaboratów nie miało końca. Uwierzyła w utopijną, demokratyczną możliwość literatury, gdzie wiek się nie liczył, ani stopień wiedzy. Liczył się tylko demon.

W momencie, gdy Beta radośnie pisał do niej, że blog ożył po jakiejś dyskusji i błyskotliwej wymianie zdań, odczuwała dumę. Alfa też nie szczędził jej pochwał podkreślając cenne komentarze.
Równocześnie robił aluzje do jej kobiecości wielokrotnie eliminując różnice pokoleniowe. Ten internetowy podryw, subtelny na tyle, by nie wymagał żadnych deklaracji, wprowadzał aurę męskiej galanterii i mieścił się w staroświeckim stylu Alfy. Seksualność została wprowadzona jako obowiązek, a nie zakochanie. Relacja rycerza do damy była o tyle śmieszna, że na blogu omawiali tak wulgarnych pisarzy jak Jelinek czy de Sade. Naturalność Marioli, która była zbyt słaba, by weryfikować wszystkie wmawiane jej nadużycia, pozwalała wszystko na komfort bezpieczeństwa. Była bowiem, jak Cwietajewa, czysta.

Hirigoyen w swojej psychologicznej pracy o mobingu wprowadza wielokrotnie zjawisko współpracy ofiary z oprawcą. Ofiara, poprzez mylne rozpoznanie sytuacji stara się nie tylko kamuflować i zacierać ślady zbrodni partnera, ale i je prowokować. A jednak nie ma to nic wspólnego z masochizmem. Motywacją jest misja i posłannictwo w pomocy bliźniemu. Ofiara chce uratować, zbawić swojego oprawcę. _ Trudno tu doszukiwać się neurotycznych przyjemności w uczestnictwie w szlachetnym celu. Była jakaś zależność wiekowa, odpowiedzialność starszeństwa i zawodowa hierarchia. To było dane i oczywiste i niepodważalne. Mariola czuła się też odpowiedzialna i zarazem winna nadużycia pragnień partnerstwa. Gdy zdała sobie sprawę, że partnerstwo jest złudą i chyba najważniejszą kartą przetargową, zaczęła się wycofywać. Towarzyszyły temu drobne aluzje i nie do końca sprecyzowane powody, drobne ukłucia, zamieniane natychmiast w wmówienie jej złego zrozumienia.
To wycofywanie się – szczególnie Alfa potrafił nagle wzbudzać litość i poczucie jej winy zbyt pochopnego osądu – wielokrotnie używał argumentu skrzywdzonego – prowokował ją do wysyłek płyt, filmów, książek, deklarował za przysługę rewanż natychmiastowy, krygował się, tłumaczył niemożnością zakupu w swoim mieście – a gdy ona wysyłała, nawet nie powiadamiał o otrzymaniu przesyłki. Nie były to wielkie sumy, ale miało jakiś ukryty cel obligacyjny. Związywał Mariolę inwestycją w siebie. Ktoś, kto się angażuje w cokolwiek, w tak bezinteresowny sposób, żałuje, że nie zapracował sobie chociaż na współistnienie.

A jednak prosta relacja sympatii czy wdzięczności, okazała się nieosiągalna. Nie tylko nie zgadzał się na jakąkolwiek formę zbliżenia emocjonalnego, ale wręcz karał ją zupełną oziębłością i brakiem kontaktu. Na internetowym blogu wypisywał abstrakcyjne, skierowane w obiektywność błyskotliwe mini eseje, wysokiej próby literackiej, zupełnie ją ignorując. Z Betą, właścicielem blogu żegnała się trzykrotnie zaklinając się, że już nie będzie pisać. On, sugerując opuszczenie jedynie kaprysem i szantażem, namawiał do powrotu. Czuła wtedy swoją nielojalność i niesprawiedliwość opuszczenia Bety, za postępowanie Alfy. Zaproponował jej wyodrębnienie z blogu swojego terytorium i zagospodarowanie go po swojemu.
Zgodziła się i zaczęła pisać. Beta komentował i chwalił, by po jakimś czasie zamilknąć w momencie, gdy niepewne teksty własne Marioli deprymowały ją. Nie wiedziała, czy jest to dezaprobata pisma, czy osoby. Wpisy Alfy w dalszym ciągu były niepowściągliwe i obce, ale były. Gdy przyszły święta Bożego Narodzenia, Beta wysłał jej życzenia, Alfa się nie odezwał.

Wtedy właśnie obudziła się z bolącą ręką, której nie mogła już podnieść.

5.

Przedstawiając historię Marioli, trzeba zatrzymać się na dwóch młodych literatach, którzy odgrywają w tym opowiadaniu najważniejsze role.
Najpierw o Alfie.

Mariola przeczytała o nim w Internecie, że nie przekroczył czterdziestki. Prezentował nurt błyskotliwej dekadencji ocierającej się o perwersje słowne, ale nigdy nie przekraczając granic dobrego smaku. Nie mogła dociec, czy ten wykwintny styl, błyszczący i pełen lekkiego humoru, i ironii, jest wynikiem cyzelerki i uporczywej pracy nad tekstem, czy samoistnym sposobem wyrażania. W prywatnych listach dbał o swój wizerunek równie rygorystycznie i żadna spontaniczność nie miała miejsca. Jeśli hipotetycznie były to teksty wypracowane, to w głowie nie mieściło się to, że poświęca jej, Marioli, osobie nieważnej, tak wiele trudu. Pozostawał wariant samoistnej sztuki pisarskiej, która, podporządkowana twórcy, pisała się sama.

Cwietajewa kwestionuje absolutny słuch poety, nawet gdy jest geniuszem. Nawet, gdy jest w nim demon. Kilkakrotnie podaje przykłady kompromitującej roboty Puszkina, sugerując chwilowe odejście demona.

Ale Mariola a była już zbyt świadoma procesu twórczego, by swojego intuicyjnego pisania w konfrontacji z warsztatem nie porównywać. Dlatego niepokój braku wspólnej płaszczyzny, celowo niemożliwej, z powodu jakości pisania, był zasadny. Bezradność nadrabiała troską i równocześnie pogrążała się w następne uwikłania bez wyjścia.
Alfa porozumiewał się z nią za pomocą estetycznych, wyrafinowanych komunikatów, opisując zdawkowo swoje życie prywatne, które w tym kontekście nie musiało być ani kłamstwem ani prawdą. Jego żona i dwoje małych dzieci, dom, zwierzęta – wszystko było tak samo umowne jak jego pisanie: ledwo domniemanie, ledwo diagnoza i zaraz zakwestionowanie wszystkiego, by znowu jeszcze raz to uwiarygodnić.
Nie wiadomo, czy to było uwodzenie. Dla Marioli był to stan faktyczny, zastany, nie aranżowany dla nikogo. Taki model świata, mikrokosmos pisarza. Pisarz mityczny. Pisarz Stwórca.

Urokowi Alfy uległ dużo młodszy od niego Beta, czego stale dawał wyraz na blogu, jak niesprawiedliwa matka, wyróżniając jedno z dzieci. Beta zachwycał się oficjalnie Alfą, pisanie Marioli całkowicie przemilczając. Prywatnie w listach namawiał ją do kontynuowania, chwalił, oficjalnie ignorował.
Beta, laureat. Beta, absolwent uniwersytetu.

Marioli było bliższe pisanie Bety i wybór pomiędzy młodzieńczą spontanicznością, a wyrafinowaną grą słowną Alfy, oczywistością.
Instynktownie widziała w uczestniczeniu w grze zagrożenie. Nie lubiła gier planszowych, komputerowych, Chińczyka, szachów. Gra w totolotka w konkursach, napawała ją obrzydzeniem. Gry sportowe, olimpiady, mecze, niesmakiem. Ale najbardziej mroziła ją gra międzyludzka.

Cwietajewa nigdy nie grała. Nie grała nigdy Tatiana. Cwietajewa za to ceni wyżej Tatianę od drugiej wielkiej kobiety Rosji, Anny Kareniny. Za to, że nie uległa grze i nie uległa unicestwieniu. Ulec można tylko demonowi, ale on nie gra.

Gdy Beta dołączył do gry, było i tak już za późno. Jednak ten obustronny front jeszcze bardziej przygnębił Mariolę.

Po Nowym Roku Beta zupełnie zamilkł i odezwał się na Wielkanoc. _ Ale nie do niej. Odezwał się w anonimowość sieci, która anonimowo mu odpowiedziała. Wtedy Mariola napisała do niego ostatni list i on ostatni raz nie odpowiedział.

Alfa sekundował sporadycznie wpisom Marioli niemal do końca, skutecznie kwestionując jej wybory estetyczne i moralne. Pojawiał się tylko po to, by powiedzieć nie. Powiedzieć to wykwintnie, niemal pięknie. Nieskazitelna forma odmowy dialogu – bowiem pozornie pisał nie na temat – była bronią samą w sobie, a poprawność formalna dawała złudzenie sprzyjania Marioli. Jednak dla wnikliwszego czytelnika, a było to kierowane właśnie do takiego, te niuanse były ewidentnym naigrywaniem się z tekstów Marioli. Jej bunt w ramach przyzwolenia, by nie zostać odebraną jako pełną pretensji, egzaltowaną i przewrażliwioną wariatką, musiał być z konieczności, subtelny. Toteż dawała słaby odpór, większość dotknięć ignorując.
Gdy eskalacja wrogości stawała się widoczna, wiedziała już, że pisać dalej nie może.

7.

Puszkin w listach i dokumentach ludzi współżyjących z nim, literatów, urzędników, krewnych i arystokratów to geniusz, traktujący swoje życie jako sytuacje całkowicie przejściową i nieważną. Prorocza prośba, by go nie dręczyć, bo i tak niedługo umrze, może nawet ulga, że go ktoś nareszcie zabił, to zniesmaczenie życiem.
Ale jednak jest śladem przyjemności przebywania na świecie – upojeniem, zachwytem.
Konsternacja Mickiewicza – gdy przy stole mówił o sprawach, o których Mickiewicz nie odważyłby się mówić nawet we dwójkę – ta wolność, ta przepaść między konwenansem, a istotą człowieka, to wszystko było przecież Puszkinem. Bez tego Puszkina nie byłoby, nie byłoby geniusza, nie byłoby Tatiany i nie byłoby Cwietajewej. Tatiana to wymknięcie się życiu w obłudzie, to ta możliwość jedyna, zawsze przegrana i zawsze zwycięska. To Cwietajewa do końca.

Czas, gdy wszystko rozgrywało się w okienku komputera był realny i trwał rok, a finał i stopniowa erozja, cztery miesiące. Lecz emocjonalnie był inny, pojemniejszy i gorączkowy, nie mierzalny żadną miarą. Amok, stan nadwrażliwości i podniecenia, oznaki uzależnienia i narkotycznego przedawkowania było pokrewne zakochaniu.
Mariola odczuwała wzmożony głód tekstów, które wchłaniała z przynoszonych kilogramami książek z bibliotek, uzupełniała wiedzę, gorączkowo czytając, dotychczas niedostępne, właśnie tłumaczone wydania.
Czuła przypływ siły i złudny pozór podołaniu wielkiej pracy intelektualnej. Ten wysiłek z początku motywowany szansą współuczestnictwa dwóch młodych literatów, był przyjemny nawet gdy nie wiedziała, dokąd prowadzi. Amatorska wiedza, jakoś tam kontynuowana od czasów studiów, nabrała systematyczności i Mariola miała nadzieję, że wpływa na jej pisarski styl. W połowie całego okresu jej działalności, od rozpoznawczych, niepewnych tekstów, po późnych, zdecydowanych i syntetycznych, pytała siebie i ich, Betę i Alfę, czy ma kontynuować. Nie była to relacja ucznia i mistrza, ani współpracownika i pracodawcy. Była to docelowa nieokreśloność jako cel i jeśli nawet Mariola starała się nikogo nie winić i zachować bezwzględną uczciwość, to nie mogła już nie zauważyć, że pozostawiona jej wolność nie jest wolnością, a opuszczeniem.
Jeśli na początku stanowiła zagadkę i zainteresowanie jej kobiecością mogło wynikać z internetowej nudy, z dostępności kobiety dojrzałej dla dwóch o połowę młodszych mężczyzn, to już po jakimś czasie zamieniło się to w zniecierpliwienie i ranienie. Mąż Marioli, pomagający jej w technicznej stronie zaistnienia blogowego, stanowił też jakiś niewyraźny balast i wprowadzał nowy, niezdrowy akcent w coś, co się wytwarzało i rosło pomiędzy wszystkimi osobami. Nie miało to absolutnie nic z charakteru opisywanych przez pisarzy literackich wspólnot, bohemy, czy poszczególnych przyjaźni. Nie było też relacją męsko – damskiego pożądania. Jeśli Alfa wprowadził w listach prywatnych do Marioli element intymnego szeptu, to miał to zawsze charakter treningu tekstu erotycznego i jej nie dotyczyło. Nawet, jeśli ulegała złudzie własnej atrakcyjności i impulsy seksualne wysyłane w jej kierunku mogłyby być nawet tak kwalifikowane, to natychmiastowe wycofanie się nadawcy, nie pozwalało jej nawet na ich kwalifikację. Ośmieszenie pięćdziesięcioletniej kobiety, bo tak społecznie zostałaby odczytana, nawet jeśli dzieła literackie obfitowały w różnorodne, jeszcze bardziej karkołomne krzyżówki seksualne, zdawały się jednak być, w każdym razie ze strony, Alfy, celem. To zabawienie się jej kosztem mogło być ewentualną zapłatą za stracony czas ich, którzy oszukani przez los nie tylko nie korzystali z jej światowego wpływu, którego nie posiadła, ale groziła im na dodatek uzurpacja do tego, co sami już posiadali.

Taki stan był w połowie blogowania i brak kulminacji i kompromitacji, frustrował. Potem, gdy degradacja stosunków przesuwała się już w stronę zakamuflowanej agresji, ona próbowała apelować do uczuć wyższych, do przyjaźni i bezinteresownej sympatii, co było o tyle anachroniczne, co głupie. Jej teksty, powoływanie się na największych tego świata, konsekwentnie przemilczali, pozostawiali ją z nimi samotną, głusi i zimni. Alfa, który, jak było tu już wspomniane, nie opuszczał jej niemal do końca (w kontraście do milczenia Bety, tłumaczącego się brakiem czasu), komentował jej teksty w sposób wyrafinowanie bolesny. Sadyzm był konsekwencją jej zaszczucia i sama nawet nie dziwiła się, że tak jest, winiąc siebie, że taka złą pozycję na blogu osiągnęła.
Jednak wbrew prawdopodobnym zamiarom Alfy, by ją trwale zniechęcić do pisania, a przecież ten dobrowolny, nie dochodowy proces pisania na blogu miał za zadanie w tym postanowieniu ją umocnić, pisała. Pisała z prostej przyczyny zakrywania swoich poprzednich tekstów nowymi, bo nikt notek wiodących pisać nie chciał. Pisząc co dwa dni nowy tekst, uciekała od ataków Alfy, który nim ułożył raniący ją komentarz, był już nieaktualny. Ten fortel Szeherezady był męczący i gdy wreszcie Beta wkleił wiadomość, że otwiera nowy swój blog, powitała to jak wybawienie. Mogła odejść, jej tekst nie był ostatni.

8.
Cwietajewa pisała, że zawsze odchodziła pierwsza, nie popatrzywszy nawet za siebie.

Mariola nie miała gdzie popatrzeć. Nie widziała nigdy ani na fotografii, ani w wyobraźni tych, od których odchodziła. Nawet nie było jej dane po roku codziennego przebywania z dwoma mężczyznami komunikując się z nimi poprzez słowo pisane, ich urzeczywistnić. Wypadki pisarzy, którzy prowadzili korespondencyjny kontakt, nawet przyjaźń i po zaaranżowanym spotkaniu odskakiwali od siebie jak oparzeni, były bardzo ludzkie. Nawet rozczarowanie było im dane jako przeżycie, wprawdzie negatywne, ale realne i konkretne. Marioli oprócz chorej ręki nie pozostało nic.

Jechała znowu windą i przekręciła znajome, wyślizgane kółko jej zamknięcia. Trzymała w ręce Puszkina, którego w czasie Świąt Wielkanocnych nie skończyła czytać.
Wiosna tego roku, mimo wczesnych świąt, była wyjątkowo późna. Nic nie kwitło i nic nie wypuszczało listków. Cały świat przyrody solidaryzował się z Mariolą, a Puszkin podczytywany w windzie, zdumiewał swoją niekomunikatywnością. Zakochanie w Puszkinie Cwietajewej zdawało się Marioli równie absurdalne, równie abstrakcyjne, co jej na literackim blogu w tekstach dwóch nie znanych jej ludzi.
Zaraz wyjdzie z windy i będzie żałować, że archaiczna kabina, której, jak głosił napis, może przecież nie być, jest i dostarcza ją w samą paszczę pielęgniarki i lekarza. W kieszeni trzymała zastrzyki.

Lekarz wyszedł w tłumu czekających i w dyżurce poprosił o kawę. Był młodszy od Marioli o dziesięć lat i nie należał do jej pokolenia. W zimnej, rozbielonej zieleni płóciennego szpitalnego stroju lekarz wyglądał jak w piżamie. Miał nadwagę pozwalającą mu jeszcze być zadowolonym ze swojego wyglądu i czerpać z niego siłę.
Patrzył na Mariolę znudzonym wzrokiem jak czyta Puszkina siedząc wśród masy nieruchomych pacjentów. Przeczytał napis na okładce: Puszkin.
– To jakaś wariatka – westchnął kończąc kawę i niechętnie powrócił do gabinetu, gdzie pielęgniarka właśnie ukończyła zdejmowanie szyny pacjentce.
– Wyrzucić? – Dobiegł go głos pielęgniarki. Machinalnie powtórzył: wyrzucić…

Mariola weszła i położyła zastrzyki na biurku.
– Niech pani przypomni… ręka?
– Nie pomogły. Wydałam prawie 100 zł. W Internecie przeczytałam, że rokowania są złe… dodała usprawiedliwiając się, że nie jest to jej wina, że nie pomogły, ale choroby.
Wtedy, jakby się ocknął i zorientował się, że powinien poczuć się dotknięty, a nawet się obrazić.
-W Internecie? – zaczął szydzić. – No to jak pani tak przeczytała, to nie pomoże!

Przeszli do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie siostra przygotowała zastrzyk. Była wyjątkowo brzydka. Miała zaciśnięte, wąskie usta i sztuczne blond włosy.
– Choroba ma przyczyny natury psychicznej i dopiero infekcja może stan zwielokrotnić. Ale rzecz jest w podświadomości, a nie w bezpośredniej przyczynie stresu.
Tłumaczył jakby chcąc się wycofać z poprzedniego ataku i jednocześnie wahał się czy to uczynić.
– Tu boli? Nacisnął łokieć Marioli, a ona zaprzeczyła.
– Nie, tu mnie nie boli.
Wtedy wykonał gest irytacji, jakby karząc ją za swoją pomyłkę, lub pomyłkę z premedytacją, za to, że kwestionuje jego lekarską wiedzę.
– Tu? Bezbłędnie nacisnął właściwy punkt, a Mariola zawyła z bólu.
– I tu? Nacisnął bark, bez uprzedniej pomyłki tego miejsca i Mariola zawyła ponownie. Wziął z rąk pielęgniarki strzykawkę i w tych dwóch miejscach zanurzył igłę.
– Za dwa tygodnie – powiedział.
– I niech pani nie czyta w Internecie, bo pani nie wyzdrowieje.
– Następny.

Mieszkała w starej dzielnicy. Historyczna zabudowa dla przedwojennego proletariatu była praktyczna i pragmatyczna. Ze szpitala przechodziło się obok kościoła na cmentarz.
W bramie cmentarnej stali sprzedawcy posiadając wszystko to, co na zewnątrz było uśpione i nie rokowało żadnej wiosny. Gałęzie były martwe, pączki nie nabrzmiałe, a trawniki zmięte i brudne z zeszłorocznej trawy.
Wiadra sprzedawców pękały od narcyzów, tulipanów, żonkili, pełników. Doniczki od bratków, hiacyntów, stokrotek, pierwiosnków, szafirków, krokusów.
Mariola zanurzała się w tym życiu, które przenoszone było na groby zmarłych, a nocny mróz zmieniał wszystko następnego dnia w pozbawione sztywności, zeszmacone i opuszczone rośliny. Te ofiary ludzkiej głupoty i pychy napawały Mariolę jeszcze większym współczuciem i przerażeniem, gdy po właśnie odbytej sesji z lekarzem nie opuszczała stoisk, tkwiąc tam zauroczona, zablokowana, nie mogąc zrobić kroku.

Wróciła do domu i do pisania. Napisanie 120 000 słów zajęło jej dwa tygodnie.
Gry ukończyła powieść, ręka wróciła do pierwotnej sprawności i już nie musiała iść do lekarza.
Niechętnie też korzystała z Internetu.

Zaszufladkowano do kategorii 2005 | Dodaj komentarz

Awangarda

Idzie, podąża awangarda.
Jak życiu w butów rytmie?
Wyszumi się, obszar wyszarga,
a czas zniknięty – zniknie.

Mości się myszką w jamce ciała
myśl. Zakaz jej nie sprosta.
Spiżarnia w zgliszczach ocalała,
lecz konspiracja – wsobna.

Tak jest wzgardzona, jak pogarda:
jawnie gardząca awangarda.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Róża Luksemburg „Listy z więzienia”

Listy więzienne Róży Luksemburg to zaledwie dwa lata jednostronnej, listownej prozy kierowanej do kilkanaście lat młodszej Sonii, doktorantki historii sztuki Uniwersytetu Berlińskiego.
Adresatka jest właściwie nieobecna. Jedynie drżenie o jej zajmowanie czasu, o jej nią zmartwienie, czule osłania smutne położenie piszącej.
Zdumiewające są tematy listów, w przeważającej części pełne kwiatów, żuczków, motyli i roślin, zaistniałe jedynie przez pieczołowite zauważenie. Znikomość zachwycających autorkę fragmentów przyrody w codzienności więziennej multyplikuje nie tyle wyobraźnia więźniarki, co poetycka wnikliwość obserwacji podwórka, okna i nieba.
Trudno uwierzyć, że są to też kamuflaże przed cenzurą więzienną, gdyż praca polityczna i rewolucyjna wre pełną parą w grypsach noszonych do więzienia niemal codziennie przez Sonię, łącząc uwięzioną z będącym jeszcze na wolności, ale też uwięzionym niebawem swoim mężem, Karolem Liebknechtem.

Listy tchną spokojem i wewnętrzną wolnością. Poprzez wiele cytatów z nielicznych, ulubionych lektur Róży, najczęściej cytowanego Goethego, przebija zaduma nad fenomenem życia, niesłychanie optymistyczna w kontraście do jej sytuacji osobistej, jak i dobiegających przecież okropności I Wojny Światowej:

Potem przechadzam się w ciemności tam i z powrotem i widzę więźniów, którzy szybko wykonują jeszcze na podwórzu swe prace, jak przemykające niewyraźne cienie. I cieszę się, że sama jestem niewidoczna — tak samotna, tak wolna ze swymi marzeniami i tajemnymi pozdrowieniami wymienianymi między mną a kluczem wron tam wysoko, jest mi tak dobrze przy tym łagodnym, niby wiosennym powiewie. Później więźniowie przechodzą przez podwórze z ciężkimi kotłami (wieczorna zupa!) do budynku, maszerują dwójkami, dziesięć par jedna za drugą; ja idę za nimi jako ostatnia; na podwórzu, w budynkach gospodarczych, stopniowo gasną światła, wchodzę do domu, a drzwi dwa razy zamyka się i rygluje — dzień się skończył.

Jednak w miarę pisania kolejnych listów, adresatka traci powoli obiektywizm hymnu nad szczęściem fizycznego i duchowego istnienia, przechodząc w bardziej liryczny i personalny ton ukrywanej samotności:

Wczoraj długo nie mogłam zasnąć — nigdy nie mogę teraz spać przed pierwszą, ale muszę już o dziesiątej kłaść się do łóżka, bo gaszą światło — wtedy marzę sobie w ciemności o różnych rzeczach. Wczoraj więc myślałam: jakie to dziwne, że stale żyję w radosnym upojeniu — bez żadnej szczególnej przyczyny. I tak leżę na przykład tutaj w ciemnej celi na materacu twardym jak kamień, wokół mnie panuje w domu, jak zwykle, cmentarna cisza, człowiek ma wrażenie, że jest w grobie; od strony okna odbija się na suficie refleks latarni, która całą noc się pali przed więzieniem. Od czasu do czasu słychać tylko całkiem stłumiony, daleki turkot przejeżdżającego pociągu albo zupełnie blisko pod oknami chrząkanie strażnika, który w swoich ciężkich butach powoli robi kilka kroków, by rozruszać zesztywniałe nogi. Piasek tak beznadziejnie skrzypi pod tymi krokami, że w wilgotną, ciemną noc rozbrzmiewa z tego cała pustka i rozpaczliwość istnienia. Leżę wtedy cicho, samotna, otulona wieloma czarnymi chustami ciemności, nudy, niewoli, zimy — a zarazem serce mi bije z niepojętej, nieznanej wewnętrznej radości, jak gdybym chodziła po kwitnącej łące w promieniach słonecznego blasku. I w ciemności uśmiecham się do życia, jakbym znała jakąś czarodziejską tajemnicę, która przeczy wszystkiemu, co złe i smutne, i przeistacza to w samą światłość i szczęście. A przy tym sama szukam powodu tej radości, nic nie znajduję i znów muszę się śmiać — z samej siebie. Przypuszczam, że tą tajemnicą nie jest nic innego jak samo życie; głęboka ciemność nocy jest tak piękna i miękka jak aksamit, jeśli się tylko dobrze patrzy; a zgrzyt wilgotnego piasku pod powolnymi, ciężkimi krokami strażnika śpiewa także małą piękną pieśń o życiu — jeśli się tylko umie dobrze słuchać. W takich chwilach myślę o Pani i tak bardzo pragnęłabym przekazać Pani ten czarodziejski klucz, który pozwala we wszelkich sytuacjach dostrzegać piękno i radość życia, aby Pani też żyła w upojeniu i chodziła jak po barwnej łące. Nie mam przecież zamiaru zbywać Pani ascezą, urojonymi radościami. Życzę Pani wszystkich realnych radości zmysłowych, jakich Pani pragnie. Chciałabym tylko dać Pani jeszcze oprócz tego moją niewyczerpaną pogodę wewnętrzną, abym mogła być spokojna, że idzie Pani przez życie w haftowanym gwiazdami płaszczu, który chroni Panią przed wszystkim, co małe, trywialne i budzi trwogę.

Mimo zapewnień adresatce i nadziei o sytuacji przejściowej, która rzeczywiście kończy się uwolnieniem w miesiąc po napisaniu ostatniego listu do Sonii, czterdziestodziewięcioletnia Róża Luksemburg ginie zamordowana po 11 tygodniach od uwolnienia, wraz z partyjnymi towarzyszami.
W centrum Berlina żołnierze tłuką ją kolbami karabinów a potem rozstrzeliwują. Scena z wrocławskiego więzienia jest prorocza i wyprzedza życie, jak każda prawdziwa literatura:

Otóż kilka dni temu przyjechał wóz z workami. Był tak wysoko załadowany, że bawoły nie mogły go przeciągnąć przez próg bramy wjazdowej. Żołnierz konwojent, brutalne chłopisko, zaczął tak okładać zwierzęta grubym końcem biczyska, że strażniczka z oburzeniem zapytała go, czy nie ma litości dla zwierząt! „Dla nas, ludzi, też nikt nie ma litości!” odpowiedział ze złośliwym uśmiechem, i uderzył jeszcze silniej… W końcu zwierzęta pociągnęły wóz i przebyły wzniesienie, ale jedno z nich krwawiło… Sonieczko, bawola skóra jest przysłowiowo gruba i twarda, a była zdarta. Podczas wyładowywania zwierzęta stały później całkiem cicho, zmęczone, a jedno z nich, to, które krwawiło, patrzyło przed siebie z takim wyrazem czarnego oblicza i łagodnych czarnych oczu jak zapłakane dziecko. Był to wręcz wygląd dziecka, które zostało surowe ukarane, a nie wie, za co, dlaczego, nie wie, jak uniknąć męki i brutalnej przemocy… Stałam przed nim, a zwierzę patrzyło na mnie, łzy płynęły mi z oczu — były to jego łzy; nie można spazmować z większym żalem z powodu najukochańszego brata, niż ja spazmowałam w swej bezsilności z powodu tego cichego cierpienia. Jak dalekie, jak nieosiągalne, stracone są piękne, wolne, soczyście zielone pastwiska Rumunii! Jak inaczej świeciło tam słońce, wiał wiatr, jak inne były piękne głosy ptaków, które się tam słyszało, czy też melodyjne wołanie pasterzy. A tutaj — to obce, okropne miasto, ta duszna stajnia, to obrzydliwe stęchłe siano zmieszane ze zgniłą słomą, ci obcy, straszni ludzie i — bicie, krew cieknąca ze świeżej rany… Och, mój biedny bawole, mój biedny, kochany bracie, oboje stoimy tu tak bezsilni i niemi, a łączy nas tylko ból, bezsilność, tęsknota. — Tymczasem więźniowie skrzętnie uwijali się przy wozie, zdejmowali ciężkie worki i dźwigali je do budynku; natomiast żołnierz włożył obie ręce do kieszeni spodni, spacerował dużymi krokami po podwórku, uśmiechał się i cicho gwizdał modną piosenkę. Tak defilowała przede mną cała wspaniała wojna.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

BLOGI VIII

Przeglądając polskie galerie, natknęłam się znowu na głos Agnieszki Kłos, wiceprezesa Stowarzyszenia Artystycznego Rity Baum, tym razem we wrocławskim BWA.
Ponieważ było to spotkanie z dyskusją dotyczące zjawiska blogów na którym nie byłam, mogę jedynie na moim blogasku domniemywać, konfabulować i zadawać pytania, na które, być może Agnieszka Kłos już zna odpowiedź. Nurtuje mnie nowe zjawisko kwalifikującego się albo do medycznej dewiacji albo kontestacji artystycznej.

Rzecz jest delikatna, i dotyczy aktywności pisarskiej, a nie plastycznej, kwalifikacja może niesprawiedliwie skrzywdzić posądzonego o uprawianie jednej z wymienionych kategorii. Jeśli bowiem pisarz lub krytyk, zamiast uprawiać zawód wyuczony, a jak wiemy, nikt bez wyuczania nie powinien go uprawiać, zakłada blog za blogiem i jako dzieło ukończone w sieci go porzuca, tworząc następny byt, by jak uwiedzioną kochankę, znowu w sieci swobodnie dryfującego pozostawić, to jak takie współczesne zjawisko oceniać? Można, oczywiście, metodą psychiatrów zastosować klucz zemsty, resentymentu, syndromu Don Juana, kompleksu Edypa i wielu nieuchronnych zjawisk czyhających na człowieka nowej cywilizacji. Lecz jeśli artysta uprawia z całą premedytacją i przebiegłością nowy, wyłaniający się właśnie na naszych oczach gatunek? Poprzedza, np. przy pracy zespołowej, płomiennym expose w którym lojalnie roztacza wizję nie zadbania o blog, ograniczając się jedynie do prokreacji, uniemożliwiając zawczasu nawet postronnym kontynuację rozpoczętego dzieła.

I czy celem nie jest przypadkiem metaforyczne zaprzeczenie wszelkim wysiłkom literackim, jakże jałowym dzisiaj, dotyczącym pustych, nie czytanych nawet przez krytyków książek, którzy wolą awansem rzecz pochwalić, by broń Boże nie zapoznawać się z ich trującą treścią?

Zaszufladkowano do kategorii 2007, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Stara parka

PRAWO zagarnia człowieka od kołyski, narzuca mu imię, którego nie będzie mógł zmienić, posyła go do szkoły, następnie czyni go aż do starości żołnierzem gotowym na każde skinienie.

Paul Valery

*
Wszystko się postarzało. Nawet Balek.
Idee nie zmieniają się wcale. Straszniejsze jak człowiek
wracają. Kiedyś – młode.
Wątpliwe ich dziewictwo. Młode lądy?
Skompromitowane stare poglądy. Stara jest Ameryka.
Powtórzeniem odkrywcy przenikasz
koła kształt idealny:
zmierzch szansy i odrodzenia.
Ciało też dobrze się pali. Tylko niepalny
jest napalm sam w sobie. Zmieni stan
skupienia. Stan wojenny = cywilny. Plan
jest precyzyjny, jak w organizacji:
to relatywizm sumienia.
Wietnam? Irak? Cudze znaczenia?
Dożywocie. Nie ma już czasu. Ani racji.
Jak w aparacie. Zespół doceni
lojalność. NIKT jest w więzieniu.

**
I przychodziłam na ulicę, pomna i buntu, i pokory,
i przychodziłam chłonąc wieki westchnień człowieczych,
metafory,
życia, kondycji, trwania, chuci.
I przychodziłam tak podobna tym, których deszcz i śnieg wciąż cucił,
do ponawiania, do wstawania, do przynaglania i odejścia,
a noc zmieniała ustawienia i ciał współrzędne, i osobność
tak nieskończoną, tak jednaką, tak wspólną wszystkim i nikomu,
nie przynależną ani Bogu,
ani psu zgubionemu losem. Wałęsa się przy bruku z nosem.
Nie odpowiada. Nie odpowie
ani wyciekom krwi, ni powiek.
Ani społecznie, ani grzecznie tej Pani, ani temu Panu,
których urzędy na ołtarze
wzniosły bez postów, celibatu.
Jedynie koszul i krawatów
szyk i wytworność nuworysza.
Świat się dowiedział. Świat już słyszał.

***
I wsłucha się, jak stado czarne,
które na rzeź powiedzie żandarm.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Giles Foden “Ostatni król Szkocji”

 Nie zdążę już omówić na blogu dwóch ważnych wypowiedzi w internetowym OBIEGU Janka Sowy i wklejonej wczoraj odpowiedzi Michała Pawła Markowskiego, dotyczących głównie zawartości całego bloku najnowszych, niesłychanie energetycznych, kontrowersyjnych moralnie i etycznie tekstów ludzi skupionych wokół problemów literacko – plastycznych Zachęty, Nowej Krytyki, Krytyki Politycznej i ich planów wydawniczych.

Z artykułu Janka Sowy (niestety, tekst napisany językiem politruka) :

Sławomir Sierakowski ma pomysł na nowoczesne uprawianie polityki lewicowej (w ramach systemu demokracji parlamentarnej). Opiera się on na podbudowanej poważnym dyskursem filozoficznym “socjalistycznej strategii”, wyłożonej przez Ernesto Laclaua i Chantal Mouffe w książce “Hegemony and Socialist Strategy”. Jej istotą jest, w uproszczeniu, próba stworzenia czegoś w rodzaju wspólnego frontu służącego artykulacji wspólnej, anty-systemowej postawy, która połączyłaby wiele rozproszonych środowisk (geje, feministki, antyglobaliści, ekolodzy, artyści itp). Taka strategiczna koncentracja ma charakter hegemoniczny, ponieważ ustawia je wszystkie w określonej perspektywie wobec nadrzędnej ideologii. Nie należy tu jednak terminu “hegemonia” demonizować. W omawianym kontekście oznacza ona rodzaj “syntaktycznej relacji opartej na morfologicznych kategoriach, które ją poprzedzają”. Nie jest to procedura typowa dla działalności lewicowej czy prawicowej, ale raczej istota uprawiania polityki tout court. Jak twierdzi Laclau “//hegemonia// definiuje sam teren, na którym konstytuuje się relacja polityczna.” Oczywiście, przekształca ona elementy wchodzące w hegemoniczną artykulację, celem ostatecznym jest jednak umożliwienie im pełnej realizacji własnego krytycznego potencjału, czego nie są w stanie dokonać samodzielnie, ponieważ nie mają odniesienia do politycznej całości. Taką politykę można uprawiać tylko poprzez skonsolidowanie grupy podobnych sobie podmiotów (przyjaciół) i przeciwstawienie ich grupie wrogów.

W zastępstwie warto zastanowić się nad bardziej światowym zjawiskiem tegorocznego Oskara przyznanego filmowi poruszającego tematykę wchodzenia w świat młodego człowieka. Film nie jest tak wielki, jak conradowskie “Jądro Ciemności”. Nie jest tak egzystencjalny, jak np. „Zawód reporter”. Właściwie nie ma już w filmie filmu, widz nie czeka na następną scenę z uległością uwiedzionego. Ale najważniejszym jego wątkiem jest właśnie uwiedzenie.

„Ostatniego króla Szkocji” fora internetowe analizują raczej w kierunku postaci historycznej Idi Amina, gdyż jej odtwórca otrzymał tegorocznego Oscara. Dla mnie bardziej interesujący jest główny bohater wybierający przygodę.

Młody lekarz domowy, wyśmienicie wykształcony, opuszcza bogatego ojca, szkocki dom rodzinny. Zamiast leczyć mieszczańskie nobliwe ciała, wyjeżdża na egzotyczny kontynent dla głębszego poznania świata i własnej osobowości.
Podróż jest ze wszech miar twórcza. Pejzaż go zachwyca, folklor uczy (tajniki szamanizmu), kobiety są chętne ( zaspokajają seksualnie), moralne spełnia wyzwanie białego człowieka ( skutecznie leczy ludność murzyńską w prymitywnych warunkach).
Młody człowiek jest żywy, ciekawy świata, zdecydowany, obdarzony silnym charakterem i wysoką inteligencją. Zakochanie następuje nie w idei, ale w drugim człowieku. Zaoferowane królewskie warunki przyjęte niczym od ewangelicznego Szatana, nie są tak ewidentne i tak czytelne. Bohater jest niewinny i czysty. Nawet jak donosi, wskutek czego bezpośrednio doprowadza do śmierci człowieka, jest niewinny. I wtedy gdy spośród 12 żon Idi Amina zapładnia jedną, jest po ludzku odpowiedzialny.

A jednak to on jest „białą małpą” postkolonialnego kacyka. To za jego kadencji piastowanej posady lekarza u boku dobrodusznego, infantylnego bandyty i tyrana wyrzezanych zostaje 300 tysięcy tubylców, a eksterminacja innych narodowości Ugandy w toku.
Film pyta o niewinny flirt z władzą, której urok nie musi polegać na pragmatyzmie, chytrości życiowej, wygodzie czy cynizmie. Gdzie uwiedzenie następuje w sferze ducha, w przemożnym zachwycie i zauroczeniu młodości niedojrzałej, nieświadomej drugiego i trzeciego oblicza dostępnych mu jedynie masek.
Film o głupcu, który wraca samolotem do Szkocji bezpowrotnie utraciwszy królestwo wolności wewnętrznej.

Michał Paweł Markowski  Sztuka, krytyka, kryzys
Janek Sowa Stosowane sztuki społeczne

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Noc w mieście

Krzesła jak martwa, niepotrzebna
graciarnia miejska wśród stolików.
Nikt już nie siada. Ani jedna
postać się nocą nie przemyka.

Witryny świecą i latarnie
nocą, i wszystko jest na opak.
Czerń bruku jasność dnia zagarnie,
na niebie czarnej nocy kołpak.

Mosty i rzeka. I kościoły
tak turystycznie kształty świecą.
Wszystko to tylko nocy połysk,
który oświetla miejski beton.

Na nim wspomnienie tych, co przeszli
na wpół zdeptane leżą cicho,
plastiki barwne. Uczty resztki
tłumu, co tutaj za dnia przyszedł.

Kipią śmieciami miejskie kosze,
wiatr je po kątach domów nosi.
Wyrwanym snowi sprzątającym
miotłami przyjdzie dzień ogłosić.

Zaszufladkowano do kategorii 2003 | Dodaj komentarz