Todd Solondz „Palindromy”

Forma filmu, oparta na uniwersalizacji problemu poprzez podmianę ról wiodącej dwunastolatki na różne płcie i wiek, jak i karkołomny w moim pojęciu tytuł, sugerujący jakieś wyższe wtajemniczenie formalne, z którego jedynie tytuł zostaje, to nadmiar i ozdoba.

Cała reszta, a więc głębokie moralne przesłanie, jest klarowne, konsekwentne i proste: zabrnęliśmy już tak daleko, że każde rozwiązanie jest niemożliwe.
Ani charytatywność, czyli empatia, ani chrześcijaństwo, ani rodzina.

Głód uczuć już jest w krzyku przerażonej kilkuletniej Murzynki, która budząc się w samotności bogatego domku, sygnalizuje bezradność swojego pojawienia się na świecie.
Alienacja i żebranina o uczucia będą towarzyszyć wszystkim filmowym postaciom, a najsłabsi będą za to płacić.

Nie pamiętam filmu, gdzie kopulację pokazano tak fizjologicznie i z takim brakiem przyjemności i wstępnego chociażby entuzjazmu.
Kopulacja jako konsumpcja potrawy dającej nadzieję na scalenie, chybionej i ciągle ponawianej w złudzie, że się uda.
Powszechna samotność jako pułapka asekuracji, ale i zwykłej niemożności i bezpowrotnej już wewnętrznej śmierci. Born again jest niemożliwe, jedynie może odrodzić sie w kolejnej hybrydzie religijnej sekty, którą forma również zabija.

Końcowa wypowiedź oskarżonego o pedofilię – napiętnowanego teatralnym gestem przez matki chronienia swoich pociech – jest o tym, że jesteśmy wciąż tacy sami, jak nasz kod genetyczny, co czyni beznadzieję życia jeszcze straszniejszą.
A więc nie ma wzrostu, rozwoju, uszlachetniania poprzez cierpienie.
Wzrastamy jedynie doznając urazów i odtrąceń, ale przychodzimy na świat i umieramy obcy.
Nie nawiązujemy żadnych związków dosłownie z nikim, ani z rodzicami, ani z kochankami, ani organizacjami społecznymi, powołanymi do tego celu.

Toteż problem aborcji, pokazany jako przede wszystkim skutek wołania o drugiego człowieka, a nie przyjemności orgazmu, staje się równie nieludzki, jak nieludzkie jest grzebanie w cudzym ciele.

Życie w domkach amerykańskiej prowincji, których mieszkańcy zapobiegliwie starają się żyć na poziomie nie urągającemu ich człowieczeństwu, toczy się przy akompaniamencie kołysanek diabelskich, jakby przetworzonych z Krzysztofa Komedy „Rosemary’s Baby”.
Uwikłanie w trawniki, krzewy, dziecięce słodkie pokoje, gdzieniegdzie wychylający się fałsz plastikowego szpaleru słoneczników wbitych w trawnik, kicz dziecięcych uroczystości – to energia, kradziona autentycznemu rozwojowi.

Już nie starcza na konieczność, trzeba resztę zasymulować i udać. Jeśli dorośli robią to perfekcyjnie, pod maską czułostkowości i sentymentalizmu, skrywając instrumentalność rozmnażania, to ich owoce wzrastają z całym bezwstydem monstrualnego skutku.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Pierwszy dzień wiosny 2007

Urodziny wiosny 21 marca z uśmiechami i życzeniami kolorowa młodzież celebrowała ubrana na żółto rozdawaniem żółtych narcyzów z licznych wiader.

Od urodzin Jimi Hendrixa, po śmierć Kurta Cobaina, na Broadway gniazdują yuppies, generacja X, bohema i pseudobohema. Już po chwili wszyscy przechodnie Broadway Street nieśli kwiaty pod wiszącymi wzdłuż ulicy tęczowymi wywieszkami obwieszczającymi równość rożnych orientacji seksualnych w Seattle.
Miłe to i radosne, a w porównaniu z innymi miastami Stanów solidaryzującymi się z polityką Buscha, gdzie nawet samochody mają w oknach patriotyczne odezwy, czuje się odmienny stan ducha.
Tu niemal w każdym oknie stanowcze „nie” wojnie odejmuje mi pół wieku.
Ale radość jednostkowego życia w powtórzeniu nastroju wietnamskiej wojny jest kontrowersyjna.

W telewizji kablowej natomiast kolejny odcinek “L – Word”, nie mający wiele wspólnego z polskim odpowiednikiem w tytule.
Litera „L”, oprócz love, oznacza też lesbijkę i sugeruje, że tylko one kochać potrafią.
Bowiem film czerpie popularność z damskiego homoseksualizmu, który jest w przesłaniu postępujących odcinków chyba wyborem lepszego życia, a nie wewnętrzną determinacją.

Rzecz się toczy wśród kobiet zadbanych nie tylko cieleśnie, ale i społecznie. Toteż aktorka Cybill Shepherd grająca postać lesbijki na odejściu od zdziwionego, majętnego męża, łudząco przypomina wyglądem nastolatkę z „Ostatniego seansu filmowego” Petera Bogdanovicha z roku 1971.
W serialu jest zatrudniony niemały tłum kobiet, toteż krzyżówki seksualne można tworzyć w nieskończoność, a na dodatek nikt z nikim nie zrywa definitywnie.
Tak więc, gdy oburzająca widza scena zwolnienia utalentowanej zawodowo transwestytki z powodu samowolnego niezdefiniowania płci kończy się pocieszeniem i satysfakcją spełnionego romansu, oszustwo jest sakralizowane: klęcząca kochanka rozpina rozporek i zanurza dłoń w męskich slipach. Wyjmuje stamtąd drgające męskie genitalia zrobione z plastiku i odkłada na bok. Kamera przesuwa się na twarz transwestytki pełnej dziewiczego wstydu i pokory.
Dalej już uczestniczymy przy problemach innej pary – żołnierki walczącej w Iraku, w której życie intymne Armia wkracza z całą bezwzględnością.
I znowu oburzona Cybill Shepherd, że mąż chce jej wybaczyć stosunki seksualne z o trzydzieści lat młodszą kochanką i bezczelnie namawia do powrotu do domu po pół wieku z nim wzajemnego współżycia.

I tak, jakby się coś wyczerpało.
Histeria poszukiwań dziwności obyczajowej musi stawać się normą, bo grymasy są odwieczne i normalne.
Płacz i zgrzytanie zębami, że połówki jabłek się profanują z zupełnie innymi połówkami i gatunkami chcąc tego z całego serca, a czasami jest ich i trzy i więcej – jest wciąż takie samo.
Przesłanie, jakoby kobiecość była w tym wszystkim skuteczniejsza, jest tymczasowe.
Ale nadzieja wielka, o czym świadczy ilość narcyzów kwiatów i narcyzów ludzi. I odsłon serialowego internetowego portalu.

The L Word Online

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

William Blake “Spring” przełożyła Ewa Bieńczycka

WIOSNA

Na flecie zagrajcie!
Nim zmilknie całkiem.
Ptaków zachwyty
Zmierzchy i świty;
Słowika imię
Dźwięczy w dolinie
W powietrzu pliszki,
Weselny hałas,
Weselny hałas, by powitać Czas.

Chłopaczek mały,
Już rozigrały,
Małej Dziewczynki
Słodkie są minki,
Jak kogut zapieje,
To oszalejesz;
Weselny głos,
Dziecięcy głos,
Weselny hałas, by powitać Czas.

Owieczko utul
Ja jestem tutaj,
Poliż najmilej
Białą mą szyję,
pozwól wzajemnie
nurzać się w Wełnie,
zcałować naraz
przytulną twarz
Weselny hałas, weselny hałas, by powitać Czas.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Su i Gab

suigab.jpg

Zaszufladkowano do kategorii związki | Dodaj komentarz

Remy Belvaux, Andre Bonzel, Benoit Poelvoorde „Człowiek pogryzł psa”

W wieku 38 lat w ubiegłym roku we wrześniu zmarł współtwórca filmu, Remy Belvaux. Przyczyny śmierci nie są znane.

Niewiele w sieci jest o filmie, w wielu krajach zakazanym. U nas premiera w 1994 roku odbyła się chyba jedynie w klubach filmowych.
Zobaczyłam go dzięki płatnej amerykańskiej wypożyczalni.

To film z cyklu wielkich obrazów o nihilistycznej zbrodni, takich, jak z mojego pokolenia „Mechaniczna pomarańcza” Stanley’a Kubricka na podstawie książki Anthony Burgess’a, czy późniejszych „Urodzonych morderców” postmodernistycznych Olivera Stone’a i Quentina Tarantino.
Ale najbardziej chyba pokrewny jest obrazowi Michaela Haneke „Funny Games” w aurze zimnych, nie pozostawiających żadnych złudzeń możliwościom człowieka.
W odróżnieniu od kontekstów mieszczańskich austriackiego obrazu, belgijski „Człowiek pogryzł psa”, jest wypowiedzią jedynie o artyście i związanych z nim ludziach. Tutaj są nimi producenci filmu w którym zbliżający się do czterdziestki, niespełniony artysta, z zawodu jedynie morderca, a nie z innych, jak sugerują recenzje, psychopatycznych powodów, Ben, jest aktorem.
I nie jest to potrzeba odwetu Hitlera, którego nie przyjęto do Akademii Sztuk Pięknych. Ani potrzeba spalenia świata Antonina Artauda, abyśmy sami nie spłonęli wcześniej.
Ben zdaje się nie mieć lęków egzystencjalnych, ani potrzeb destrukcyjnych. Właśnie chce tworzyć i budować, zarobione na morderstwach pieniądze zainwestować w tworzony na oczach widza obraz filmowy o nim.
Nie ma też żadnych potrzeb nihilistów: Stawrogina i Raskolnikowa Dostojewskiego, ani libertynów markiza de Sade. Właściwie wszystko, co widzowi powiedziały arcydzieła kultury wysokiej o czynie Kaina, są bezużyteczne.
A jednak ku przerażeniu, film jest przejmująco prawdziwy i trafny.

O Benie kilka zaledwie rysów mówi dużo. Pochodzi z mieszczan na średnim inteligentnym poziomie normalnych, kochających się wzajemnie rodzin, bez póz i sztuczności czy zakłamania. Ben kształcił się na artystę, ukończył kilka semestrów konserwatorium, gra skutecznie na instrumentach. Zna historię sztuki, regularnie odwiedza galerie wystaw artystów związanych ze sztuką wizualną, nawet, jak dumnie podaje w filmie, sforsował najbardziej hermetyczne grupy artystycznej bohemy. Ben zarobkuje zabijając listonoszy i emerytów, gdyż z doświadczenia wie, że tylko oni trzymają pieniądze w domu, a oszczędność i skąpstwo powodują , że je mają.
Lecz te filozoficzne wynurzenia, to tylko strategia i technika, potrzebna mu do wykonywania zawodu. Objaśniając w miarę kręcenia o nim filmu przez grupę młodych artystów filmowych, dowiadujemy się masę potrzebnych, instruktarzowych szczegółów na tę okoliczność pozyskiwania pieniędzy.
Jest to jeden z wielu wyborów zawodu i jak każda profesja, potrzebuje wiedzy i etyki. Etyką jest właśnie dobre wykonanie pracy: pozbywanie się zwłok, radzenie sobie z unicestwianiem dzieci – bo się wiercą – skręcanie odpowiednich kręgów, lub powodowanie zawału serca. Te tajniki medycyny, psychologii, szacowania zysków, to jedynie duma adepta, przerodzonego w mistrza.

Drugim bohaterem filmu jest właśnie ekipa filmowa, mająca trudne zadanie pokonania moralnych, odwiecznych konwencji kulturowych, gdzie zbrodnia jeszcze profesją nie była, jedynie występkiem różniącego nas, ludzi, od świata zwierzęcego. Powoli, z nieśmiałością i zażenowaniem ale i nie skrywanym podziwem, delikatnie pomagają mordercy w filmowanych zabójstwach, scenach różnorodnych i posiadających za każdym razem inną dramaturgię i temperaturę. Przyłączają się nawet do gwałtu i poniżenia niewolonej rodziny, przytrzymują nóżki duszonemu chłopczykowi, gdyż Ben potrzebuje asysty.

Film jest o zbrodni, o przekraczaniu granic, które, jak widać, przekracza się łatwo i ciekawie.
Ale może też być, przy zmniejszeniu jednego stopnia i odjęciu morza krwi, o przemocy artysty i związanych z nim rynkiem sponsorów, producentów i technicznych pomagierów.
Bo Ben jest przede wszystkim artystą i estetą. Z niesmakiem patrzy na upadek architektoniczny miast, jest ponad gminność, ponad zwykłe, robacze życie. Ma wysoką świadomość swojej rasy, filozoficznego oglądu świata, i własnego, artystycznego potencjału.
Typowy egocentryzm narcyza w deklamowaniu własnych wierszy, to jeszcze nie wszystko, czym świat zadziwia:

W królestwie, nad morza brzegiem,/nad zatoką czystą,/gdzie huczą fale/i ryby latające, ślizgające się jak mewy,/i plankton do twego serca należący,/i łosoś czerwony/z nieba skacze,/meduza gorzka i purpurowe wodorosty,/i zimowe brunatnice…/Nic nie powstrzyma mnie przed wołaniem imienia twego
(…)
Morze, morze, morze, o okrutna matko,/Powiedz, czy widzisz/Gołębiu, uskrzydlony peleryną szarości,/w otchłani miejskiego piekła,/Rzucisz okiem i odlatujesz,/Twa gracja napełnia mnie podziwem./W porcie cieni/śpiewa/Michele Morgan/Piękne oczy w niego wpatrzone/Przedstawia to tak miło, ten Jean/Z ekranu na ekran/z filmu do filmu/Ivan Rebrov, dziecko Bożego Narodzenia/czasami/I ty, Ivan,/kolędę śpiewaj!/Cicho, ani słowa/bo noc dokoła/Cicho, ani słowa/bo noc dookoła/Pilnie/ciszę utrzymajmy/Postępując bezgłośnie.

I wiersz o jesieni: Tysiąc liści pomieszanych/W mglistej bryzie/Krągłe, brązowe kasztany/Okładają ziemię, ale ja pozostaję niezraniony/Zimno pluje pogardą na przedśmiertne drgawki lata,/Które z ostatnim leniwym uderzeniem/Ogrzewa moje kończyny bolące po ataku/Bez trąb i sztandarów/Oto nadchodzi, patrz./Wspaniała jesień.

I o gołębiu: Gołębiu, uskrzydlony peleryną/szarości/w otchłani miejskiego piekła,/Twa gracja…

To film też o przyzwoleniu. Magia złem nigdy nie jest bezkarna, a rozbrykanie i rozwydrzenie nigdy nie jest wolnością, z której jedynie może powstać prawdziwa sztuka.
Morderca staje wprawdzie przed ławą oskarżonych, ale jego ewidentne czyny są zarówno przez kochającą rodzinę, jak i żarliwych obrońców, negowane.

Relatywizm krytyki artystycznej?

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Darren Aronofsky „Źródło”

Zbliżający się do czterdziestki reżyser przeżywa pierwszą falę starości, a wiadomo, że starość już jest wtedy, gdy życie zaczyna nam się podobać.
Po nagrodach i sukcesach debiutu, dającego mu niezasłużoną zachętę do dalszej pracy reżyserskiej, absurdalnego namieszania wątku naukowego z kabalistyką żydowską w filmie „Pi”, gdzie niczego zrozumieć się nie dało, twórca brnie w nowy absurd.

Portalowe zachwyty nad arcydziełem Aronofskiego dowodzą, że od widza się nie wymaga dosłownie niczego, a daje poczucie wtajemniczenia i pozór, że jednak młodociany adept sztuk tajemnych coś wie – są tylko świadectwem bełkotu twórcy i widza.
Również są drugą stroną sztuki zaangażowanej, goniącej za utopią szczęśliwych stosunków społecznych, opartych na sentymencie wspierania uciśnionych.
Jeśli wybór polega jedynie na konfrontacji dwóch skrajności, to tak zwane trzecie wyjście, czyli dorastanie do prawdziwych wartości, jest niemożliwe.

Bo cóż takiego robi Aronofsky dla swoich fanów? Daje synkretyczną papkę mitów, kosmologii, schlebia najniższym potrzebom eliminacji lęków mieszczańskich metodą każdej, najprymitywniejszej sekty religijnej, obiecującej jakieś wyjście.
Z pewnością nie tak demagogiczne i tak brzydkie. Reżyser korzysta nie tylko z ikonografii Świadków Jehowy i dewocjonaliów buddyjskich, ale czerpie pełnymi garściami z tzw. sztuki metaforycznej, czyli bebechowej, gdzie wszystko zazwyczaj ma konsystencję kisielu.

Tysiąc lat męki bohatera, oczywiście – jak każdy wierzący w reinkarnację jedynie w ciałach społecznie wysokich (a rola sprzątaczki, jak u Stanisława Tyma, to nie łaska?) – a wszystko tylko po to, by jego wybranka – raz królowa Hiszpanii, a raz pisarka – nie umarła na raka, a po jej śmierci, jak radziecką Łajkę, dać się wystrzelić w kosmos, w niewygodnej pozycji kwiatu lotosu, to pokonanie, według artysty – śmierci.

Natomiast szympans zdrowieje i żyje. Mimo, że medyczne eksperymenty polegały jedynie na zaniedbaniu.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Róże z Janney street

Tam, gdzie się kończy Janney street
i róże krwawią obok śmieci
ulewa tak jak ciało prysznic
oczyści i podnieci.

Na schody domków Janney street
po deszczu wraca młodzież.
W czarne dziewczęta z mokrych płyt
chodnika zapach może

wniknąć z róż płatków Janney street
krzewów, co tak jak człowiek
kwitną najpiękniej. Chociaż wstyd
różanej, wonnej mowie,

bo sylab czerń na Janney street
opadnie z dnia schodzeniem.
Zmilknie rozdzierający krzyk
ich krew nakarmi ziemię.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Baudrillard

Śmierć Jeana Baudrillarda, mimo poetyckich zamian rzeczywistości w najwyśmienitszym stylu postmodernizmu, była odwieczna, konwencjonalna i przewidywalna.

Ukończyłam właśnie “Duch terroryzmu”, sterroryzowana wątpliwościami, czy aby warto się czegokolwiek dowiadywać z newsów medialnych, skoro to i tak wszystko nieprawda.
Ale – jak donosi w necie fala artykułów na okoliczność śmierci, próbująca ogarnąć myśl filozofa – spośród kilkudziesięciu książek, u nas już kilkunastu spolszczonych, można zauważyć wyraźną ewolucję i zmianę poglądów wstępującego marksisty i późnego orędownika wartości etycznych i moralnych, „wielokrotnych refrakcji w hiperprzestrzenni”.
Obraz sieciowego świata wyłania się straszny i jeśli postmodernizm zakwestionował większość, dając jedynie wolność niewiary we wszystko, w co się do tej pory wierzyło, to wysiłek Baudrillarda, by się w tym mentliku rozeznać był rzeczywiście imponujący i hamujący swobodne zapędy artystów próbujących zamienić świat w jedynie w grę komputerową.
Ale zagrożenia swobodnej zabawy – jak u Pinokia – a nawet przecież drewnianej kukle w końcu wyrastają ośle uszy i nieodwracalnie traci już pozwolenie na powrót do Życia – i odradzaniu się wszystkich, zdawałoby się już odrzuconych i skompromitowanych wynalazków ludzkości – polegała u Baudrillarda na demaskowaniu, a nie na perswazji.

Wielki miłośnik Andy Warhola, który połączył sztukę modernistyczną odgrodzoną wysoką poprzeczką erudycji wtajemniczonych z komercją, z całą bezwzględnością oskarża chytrość populistycznych państw, dających pieniądze w postaci grantów i stypendiów na zyski jedynie materialne, a nie duchowe:
Sztuka, jest niczym innym jak „tajnym porozumieniem”. Obecnie owo tajne porozumienie dotyczy społeczeństwa w jego ogólności i nie ma już żadnego powodu, by nadawać sztuce jakieś odrębne, szczególne znaczenie. Wszelkie przeszkody i sprzeciwy wykorzystywane są przez system jako kolejna odskocznia. Tym samym „sztuka zatraciła to, co najistotniejsze ze swej jednostkowości i nieprzewidywalnego charakteru. Nie ma w niej już miejsca na jakikolwiek przypadek czy niespodziankę” — jak pisał Chris Kraus w Video green — „Zycie artysty niewiele jest warte. Jakie zresztą życie?” Dziś sztuka wytwarza jedynie sukcesy, zawodowe kariery, zyski z inwestycji, przydające prestiżu przedmioty konsumpcji, tak samo jak wszelka pozostała działalność handlowa. I wszystko to, co nie było sztuką, teraz nią się stało. Roland Barthes mówił, że w Ameryce seks jest wszędzie z wyjątkiem seksu samego. Dziś wszędzie znaleźć można sztukę, nawet w obrębie niej samej.

Oglądając dzisiaj witrynę OBIEGU, a w nim obszerną relację z ostatniej produkcji artystycznej Katarzyny Kozyry – artystki nie ustępującej już w naszym polskim zapóźnieniu artystkom podobnym Zachodniego świata sztuki, można się upewnić, że zabawa trwa na całego.
Pamiętam abstrakcję, którą artyści uprawiali z początku z całym misyjnym pietyzmem przeciwko socrealizmowi, a którą przy wprawie i całkowitym intelektualnym, duchowym i warsztatowym zaniedbaniu można było malować szybko i bez wysiłku na całkiem przyzwoitym estetycznym poziomie. I tak, jak spodnie dzwony w latach siedemdziesiątych, w swej manierycznej formie osiągały nawet i pół metra szerokości wokół butów, tak i dzisiejszy postmodernizm ma pewnie już fazę manieryczną.

Baudrillard pisze o złu:

Zanim zło stanie się amoralne, jest najpierw antagonistyczną zasadą. Z religijnej wizji zła można jednak zachować ideę negacji, iluzji, zniszczenia. Z tego punktu widzenia zło jest czynnikiem rozłączającym. Dobro tkwi w jasnym przeciwstawieniu dobra i zła. Zło – w nieodróżnialności jednego od drugiego. O ile dobro i zło mogą się wymieniać, będąc dialektycznie ze sobą powiązane, jesteśmy w świecie dobra. Zło znajduje się albo po tej, albo po tamtej stronie przeciwstawienia dobra i zła. Albo jeszcze lepiej, dobro jest tylko wystającym ponad wodę czubkiem góry lodowej, której zanurzone dziewięć dziesiątych stanowiłoby zło. Między jednym i drugim nie występowałaby zatem różnica substancji, lecz jedynie różnica widzialności i przejrzystości.
(…)
Tak, myśl jest narzędziem zbrodni. Nawet na chwilę przed zniknięciem rzeczywistość jest tajemnicą. Dlaczego istnieje rzeczywistość albo dlaczego nie istnieje? Od zerwania symetrii materia – antymateria zaczyna się filozoficzne pytanie: dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Kiedy kończy się uprzywilejowanie świata materialnego, ta nieuchwytywana rzecz, którą puściliśmy kantem, powraca, żeby straszyć nas w snach, i pytanie, jak już panu mówiłem, zaczyna brzmieć: dlaczego istnieje raczej nic niż coś? Pytanie antyfilozoficzne czy raczej punkt dojścia pytania filozoficznego? Zgodnie z wizją filozoficzną, „istnieje byt, a to, co nie jest bytem, jest niczym”, nie istnieje. Zło nie istnieje. To wizja teologiczna, filozoficzna. Zło nie posiada bytu, zło nie jest rzeczywiste. Moim zdaniem obecnie wyglądałoby to odwrotnie. To coś stwarza problem i zapytujemy siebie, jak to się dzieje, że coś mogło rościć sobie prawo do istnienia i mieć jakąkolwiek szansę rozprawiania o sobie samym. Oto tajemnica! Rzeczywistość ma dziś tendencję do zaniku, zmuszają do tego sama jej interpretacja, i ustępuje miejsca zapytywaniu o pustkę, o status rzeczywistości jako takiej. Wraz z mechaniką fal i fizyką kwantową nasz wszechświat przestaje być posłuszny niezmiennym prawom. Nie istnieją już prawdziwe prawa i stanęliśmy twarzą w twarz z ostateczną nieokreślonością. Problemem jest wiedzieć, w jaki sposób wewnątrz tej nieokreśloności mogą pojawić się prawa i jak może powstać efekt rzeczywistości. Tutaj problem się odwraca. To nie nic, nie odwrotna strona rzeczywistości, nie odwrotna strona tego, co racjonalne stwarza problem, stwarza go sama rzeczywistość.

Wszechpanujący dzisiaj postmodernizm wyczerpie się, jak wszystkie izmy, pozostawiając kilku zaledwie niezaprzeczalnych, błyszczących jego reprezentantów, bo przecież nie wszystko jest złe, a jak pisała Susan Sontag, niewątpliwym osiągnięciem literackim było przekraczanie strzeżonych w modernizmie granic.

Wszystko, co było postmodernizmem kojarzyło się z Baudrillardem.
Matrixowy Neo nie żyje? Niech żyje?

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , | Dodaj komentarz