Teoria złej mocy Harolda Blooma

Z „Lęku przed wpływem” można wydobyć kilka wątków wiodących i nie lękać się tym wyborem. Ale problem demonizmu poety jest straszny i mimo końcowych usprawiedliwień w pięknym eseju Agaty Bielik – Robson mówiących o przegranej Harolda Blooma, to należy się jednak bać.

Już sama decyzja poety – odpowiedzi na wezwanie – jest straszna.
A co może się stać, gdy ów wpływ, ta influenca, czyli monitoring gwiazd na wybranego, ulegnie zepsuciu, czyli perwersji?

Przechodząc przez stan Szatana, wybrany traci osobowość na rzecz przyjmowania głosów z przeszłości. Będąc duchem czystym i nie zapisanym, przyjmuje dziedzictwo. Może ono go zbawić, lub nie. Opór, nazywany przez Harolda Blooma zależnie od jego charakteru postaciami z mitologii lub doświadczeń innych poetów ( mitologia Blake), blokada wewnętrzna, stanowiąca źródło cierpień niemożności, tantalowskie męki, psuje się poprzez głównie dwa wpływy: seksualny ( żeński Sfinks) i twórczy( męski Cherub). Siły twórcze mogą jedynie być udostępnione ze związku z Muzą. Stan zatrucia, opór (symbol Cheruba postawionego u bram Raju strzegącego tam poecie wejścia) jest już w zrodzeniu ich ze związku strażnika z Muzą.
Sposobem jest wprawdzie ironia – zastosowana przez francuskich wizjonerów a przede wszystkim, Alfreda Jarry i ducha wysokiego i poważnego humoru – ale problemem są duchy zmarłych poetów.

Nie ma tu mowy o relacji ucznia i mistrza. Ojcostwo można albo wyprzeć – uwolnić się od wdzięczności – albo dopełnić.
Zabieg powtórzenia, kierkegaardowskie przeżycie jeszcze raz czegoś co się pierwotnie nie udało, nie uda się i teraz.
Omyłka, efekt zmierzenia się z obcym wpływem może przybrać różne formy.

Demony, jak pisał Emerson, czają się wszędzie. Moc poety jest demoniczna. Destrukcją jest twórczość poetycka. Ale opętanie, to jeszcze nie twórczość. Twórczy jest sam demon i poeta musi dopiero się nim stać. Droga stawania, wywyższania i uwznioślenia, po której poeta nieuchronnie spada w dół ma różne fazy. Euforia, w której poeci tkwią zaczarowani, zwana przez Blooma Ekstrawagancją, w pierwszej fazie daje upojenie. Następuje samookaleczenie porównywalne do oślepienia Edypa, co jest zabiegiem sztucznego oszustwa i demonicznym kłamstwem. Takie wywinięcie się od prawidłowego posłannictwa powoduje, że poeta nie może zrodzić sam siebie. A jedynie tylko poezją jest powrót do własnej jaźni. Blokada twórcza jest też i w erotycznej sublimacji. Bogów nie da się oszukać, mówi Platon. Ofiara wiersza, ofiara aktu pisania, jest oczyszczeniem, ale i samookaleczeniem. W idealnej sytuacji pozostaje poeta jedynie z sobą i z tym kimś, kogo musi zniszczyć, wygrać z nim i zwyciężyć, jeśli ma zostać poetą silnym (walka Anioła z Jakubem).

Nietzsche mówi o mediumicznej roli poety. Ale przejście od Apollina do Dionizosa jest być może i samooszustwem, iluzoryczną terapią. Ślepota Edypa nie umożliwia dotarcia do boskich darów, strzeżonych przez Cheruba, jedynie dehumanizację.
A w efekcie odrazę.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Zaproszenie

seattleinvite.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

architektura: dom Billa Gatesa

Wyjeżdżając z miasta na most Evergreen widać już wybrzeże Mediny, które jest wyodrębnioną jednostką administracyjną od Seattle.
Z własną pocztą, szkołą i ratuszem nad sama wodą, wyglądającym jak drewniany dom mieszkalny.
Ale reszta sąsiadów Billa Gatesa ukryta jest najczęściej za wysokimi żywopłotami, gdzie ich różnorodność architektoniczna jest niezmiennie bogata i zadbana.
O zmroku kryształowe latarnie stojące na ziemi oświetlają ciszę i nieruchomość tej absolutnie bezludnej przestrzeni. Gdzieniegdzie chłopaki ubrane na biało czekają przed wejściem, stanowiąc ekipę wynajmowaną na czas przyjęć, by przyjeżdżające samochody zaparkować.

Nie zostałam zaproszona na żadne tutaj przyjęcie. Natomiast czytam w Internecie, że Agnieszkę Skirpan, pochodzącą z Przeciszowa, studentkę drugiego roku Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu, kierunku zarządzanie i marketing – owszem.
Odbywając staż w Microsofcie, była na barbecue u B. Gatesa i tak to oto przedstwia: Z wizytą u najbogatszego człowieka świata

To było wyjątkowe przeżycie – wspomina z rozmarzeniem Agnieszka. – Dom Gatesa jest przepięknie położony nad zatoką, skąd roztaczają się cudowne widoki. Podobno jest w całości skomputeryzowany. Mówię podobno, bo mogliśmy obejrzeć tylko część prywatnych pomieszczeń – salon wypoczynkowy, gabinet, w którym pracuje i domowe kino komputerowego potentata. Typowe amerykańskie przyjęcie, na które nas zaprosił, odbywało się we wspaniałym ogrodzie. Serwowano typowe amerykańskie dania, nie wyłączając hamburgerów, a do picia podawano coca-colę. Gates, gospodarz barbecue, był bardzo sympatyczny, uśmiechnięty i gdyby nie otoczenie, w jakim nas podejmował, nie dałabym wiary, że oto stoi przede mną najbogatszy człowiek świata. Opowiadał z wielką pasją o początkach firmy, o swojej drodze do sukcesu, o planach na przyszłość. Potem przyszła kolej na nas. “Szefa” zasypano pytaniami, na które chętnie odpowiadał. Panowała bardzo przyjacielska atmosfera.

Przedstawiciele transhumanizmu w architekturze bardzo krytykują dom zwany Xanadu, nie wypełniający, według ich marzeń, wszystkich możliwości służeniu człowiekowi najnowszymi zdobyczami technologicznymi .
150 komputerów mającymi spowodować, że w domu ekologicznym i oszczędnościowym, na który wydano 97 milionów dolarów nie pasuje do projektu Jamesa Cutlera, który nawiazuje do sentymentalnego kiczu domostw Ameryki.
Architekt nie wykorzystał ani współczesnych prądów w sztuce, ani nie wniósł nowych wartości w „opakowanie” elektronicznych udoskonaleń.

I, jak wszyscy bogacze – a Bill Gates, właściciel ok. 50 miliardów jest podobno najbogatszy z najbogatszych na świecie – bywa najczęściej bohaterem kolorowych gazet, to bardzo zastanawiające jest zjawisko powtórzenia jego domu na polskich poradnikowych stronach internetowych.
W moim pokoleniu wszelkie braki rynkowe, nie pozwalające zaspokoić marzeń w pełnym – jak by chciano – wymiarze, można było skutecznie uzupełnić programem telewizyjnym, gdzie Adam Słodowy wyczarowywał z przedmiotów znalezionych w piwnicy, a najczęściej była to płyta paździerzowa, dosłownie wszystko, czego ludziom brakowało do szczęścia.
Idąc tym tropem, poradniki sieciowe zapewniają, że już za pomocą jednego, ba, dwóch komputerów domowych można zmienić polski dom.
Bill Gates House

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz

Henry Vaughan „Quickness” przełożyła Ewa Bieńczycka

ŻYWE W ŻYWYM

Fałszywe życie! Tylko klęska, kiedy
Odejdziesz wreszcie?
Ty zwodzisz ludzkość, ściągasz tylko biedy
Ogrom, niweczysz prawdę bezpowrotnie.

Jesteś jak ciężka praca księżycowa
Bezczelny to stan;
To ciemna kontestacja fal i wiatru
Szalejącej burzy rwący debat plan.

Życie niezmiennym światłem wyrobionym
Zwanym radością;
i umiejętnością; ale to ono
spokojnie syte. Nigdy nie mdłą treścią

Jest jak beztroska rzecz i jak przynęta
Bycia konieczność,
Połyskliwa znajomość uśmiechnięta.
nie da się tylko tym uprosić Wieczność.

Twa sztuka krecia, to wysiłek mniejszy
niż mgławy obłok
Lecz życia nie da się dookreślić,
Żywe w żywym, to całujący mój Bóg.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

Willame Blake „The sick rose” przełożyła Ewa Bieńczycka

RÓŻA CHORA

Różo, jesteś chorą!
Robak niewidzialny
Leciał nocną porą,
Burzą skryty tajną,

W twoim łożu bycie
Szkarłatnej radości,
Niszczy twoje życie
Zatrutej miłości.

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | Dodaj komentarz

architektura: biblioteka publiczna w Seattle

Seattle, podobnie jak inne miasta Ameryki, oprócz imienia, ma jeszcze aurę przymiotnika: Los Angeles to miasto Aniołów, Chicago to wietrzne i gadatliwe miasto, a w Nowym Jorku nigdy się nie śpi.
Natomiast Seattle, gdzie wbrew sławnemu filmowi walczy się ze snem największym spożyciem kawy z całych Stanów Zjednoczonych, jest Miastem Szmaragdowym.
Nie wiadomo, czy od deszczu – który jest tu raczej permanentną mżawką powodującą, że rośliny miejskie, niezwykle szlachetne i nieprawdopodobne gatunkowo – w klimacie, gdzie są śnieżne zimy – bambusy, palmy, szpalery bukszpanu – czy od wodza Indian, od którego miasto wzięło nazwę.
W każdym razie panują tu kolory indiańskie – szlachetnych kamieni i czerwonej ziemi – a agresywna tandeta reklam nie ma miejsca.
Zieleń szmaragdowa jest w kolorze autobusów miejskich, zadaszeń sklepów, fasad domów w stylu Art Deco, framugach okien i drzwi.

I wśród tej szlachetnej zabudowy dzieła postmodernistycznych architektów nie tylko nie są dysonansem, ale energetyzują przestrzeń, wprowadzając nowy wymiar egzystencji w to wielopoziomowe, malowniczo położone miasto.

O stylu Estetica Stealth pisze na swim blogu Krytykant, Kuba Banasiak w kontekście polskiego tumultu z budową Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie: http://www.krytykant.blogspot.com/

Więc przekleję, trudno lepiej napisać:

Następnym stylem, który wyrósł z poprzedniego wieku i święci ostatnio swój szczyt popularności, jest coś, co Hiszpanie nazwali mianem Estetica Stealth. Poza formą znajdziemy tu niewiele odkrywczych rozwiązań. Organizacja przestrzeni jest zwykle dosyć standardowa, jednak jej kompozycja uległa znacznemu wzbogaceniu: rzuty poziomów nie muszą się już na siebie nakładać, aby forma pozostawała pod kontrolą. Z kolei konstrukcja oparta na ścianach negocjuje swoje miejsce pomiędzy przestrzenią i funkcjami budynku. Pierwszymi realizacjami, które starały się wykorzystać te właściwości były Biblioteka Publiczna w Seattle i Casa da Música w Porto, oba autorstwa Rema Koolhaasa. Tutaj widać też najlepiej ograniczenia, jakim podlega budynek naśladujący samolot F – 117 (wykonany w technologii stealth i będący tu pierwszą inspiracją): w większej skali pochyłe elementy przestają być strukturalnie stabilne i wymagają ogromnej ilości konstrukcyjnych zabiegów dla uzyskania pożądanej formy – co redukuje stealth aesthetic do formalnych aspektów. Nikt jeszcze oficjalnie nie opisał ani nie teoretyzował na temat tego nowego zjawiska, ale mimo to znalazło ono miejsce we wszystkich chyba dziedzinach dizajnu. Na pewno pomaga w tym popularyzacja programów do tworzenia grafiki trójwymiarowej, w których tzw. low – polygon modelling istnieje już od dawna. Ponadto względna łatwość konstrukcji skomplikowanych i prototypowych rozwiązań, dzięki ich translacji w prostoliniowe siatki. Większość młodych (i starszych też) architektów z południa Europy, zwłaszcza z Hiszpanii i Portugalii, posługuje się już tymi technikami w bardzo podobny sposób. Stało się to niejako po cichu, edukacja w tym kierunku obyła się właściwie bez pomocy szkół. Najciekawsze pracownie: Mansilla/ Tunon, Sancho/ Madridejos, Luis Vidal, Willy Muller, RCR.
(…)
Wszystkie nowe kierunki mocno wiążą się z rozwojem nauki, a zwłaszcza informatyki i współczesnej matematyki. Jeżeli infrastrukturalizm był tworzony w oparciu o programy do animacji komputerowej i wizualizacji, stealth estetic wykorzystywał metody kontroli i konstrukcji form powstałych głównie na potrzeby programów do modelowania 3D, to rekonstruktywizm próbuje znaleźć rozwiązania u podstaw symulacji, inspirując się światem naturalnym. Nie jest to jednak czysto formalna fascynacja organicznymi kształtami, ale raczej próba zrozumienia i rekonstrukcji naturalnych procesów, które ewoluując w ciągu tysięcy lat znacznie wyprzedzają nasze własne rozwiązania, na których opracowanie mieliśmy znacznie mniej czasu. Spektrum zastosowań waha się tu od urbanistyki w strategicznym ujęciu do ornamentów w skali tapety. To w tym stylu mieszczą sie tak nadużywane pojęcia jak morfogeneza, ewolucja, swarm intelligence i meme. Całe zjawisko jest jeszcze na etapie intensywnego teoretycznego rozwoju i w praktyce brakuje po prostu czasu (zbyt długo trwają testy w skali „laboratoryjnej”), aby je aktywnie stosować w rzeczywistych aplikacjach, jednak już teraz widać, że w najbliższej przyszłości czeka nas coraz więcej prób tego typu. Póki co prym w rozwoju teorii i metod projektowych wiodą szkoły, zwłaszcza Architectural Association i Bartlett School of Architecture w Londynie, ale też MIT w Cambridge, Columbia Univeristy w Nowym Jorku czy UCLA w Los Angeles.

Można być zaskoczonym nagle wyłonioną z siatki ulic dziwną budowlą, przypominającą samolotowy hangar.
Stojąca przy drugim wejściu konwencjonalna fontanna wielkiego rzeźbiarza – zmarłego dziesięć lat temu Japończyka urodzonego w Seattle, George Tsutakawa – nie przestrzega, co się będzie działo w środku.
A przekroczenie obrotowych drzwi i wejście na drewnianą posadzkę – dzieło Ann Hamilton, to już inny świat. Jeszcze to drewno i odciśnięte precyzyjnie rzymską antykwą litery łączą nas z tamtym światem.
Artystka na Biennale w Wenecji w pawilonie amerykańskim przedstawia instalację z alfabetu Braille’a poematu Charlesa Reznikoff’a, sypiąc różowy pigment, a głos Abrahama Lincolna słyszalny był jako kod fonetyczny.
Tutaj nawiązuje do czcionki drukarskiej – litery są lustrzane, kwestie 556 linijek w 11 językach symbolizują, że porozumienie słowem drukowanym wymaga jednak od nas trochę fatygi, ale jest możliwe.

Pierwszy poziom pomińmy, bo łzy nad zmarnowanym życiem, w którym komunistyczna bibliotekarka rozdawała w bibliotece książki oprawione w szary papier pakowy hurtowo, jak leci, a nikt z nas nie miał prawa zbliżyć się do półki ani grymasić co chce czytać – to ten dziecięcy raj stworzony specjalnie dla dzisiejszych milusińskich z 275 miejscami darowanymi przez Microsoft, jest imponujący.

Drugi i jedenasty poziom jest wyłącznie dla obsługi.
Na trzeci poziom można pojechać windą lub schodami wymalowanymi na żółto, by drogę komunikacji oznaczyć i wydobyć optycznie. Tu jest najludniej, tu są gazety, audiobooki, bary, kioski. Tu można jeść, rozmawiać, żyć towarzysko i relaksować się. Tu można szukać w regałach książek i we wszędzie stojących komputerach, pytać zawsze dyspozycyjną obsługę.
Ogromna przestrzeń otulona jest przyjemnym błękitem, gdyż cienka powłoka, oddzielająca wnętrze z zewnętrzem, to tylko okna.
Jadąc schodami na trzecie piętro mija się wydłubaną w murze, zaszkloną przestrzeń, gdzie umieszczono ogromne jaja – video Tony Oursler’a, gadające głowy, niepokojące i nie wiadomo, jak działające. Symbolizują podobno proces komunikacji międzyludzkiej, wciąż rozmawiają, nieustanie toczą ze sobą dialog.
Nowojorski, światowej sławy artysta, znany polskiej publiczności z pokazów w Zamku Ujazdowskim, tak komentuje swoją sztukę:

Wykorzystując techniki narracyjne – zawsze chciałem schwytać widza w pułapkę, stworzyć pewną konstrukcję, którą można się bawić i na niej budować. Jednak podobnie jak moi “aktorzy”, również moje narracje nieustannie się rozpadają. Im dłużej studiuję struktury narracyjne, tym bardziej się upewniam, że nic takiego nie istnieje. To, co nazywamy narracją, w istocie nie jest strukturą, lecz raczej umysłową lub fizyczną predyspozycją widza/czytelnika.

Czwarty poziom jest wściekle czerwony, służy do spotkań, wykładów, pokazów, imprez intelektualno artystycznych, sympozjów i wszelkiej energetycznej pracy twórczej, co barwą ścian ma podkreślać i odciąć od szarobłękitnej, stonowanej i wyciszonej reszty.
I poziom piąty, to już ostra praca przy komputerach. Siedzący ciasno przy 145 ekranach, milczący tłum, który z lotu ptaka, czyli pięter wyższych można zdiagnozować jako nic innego nie robiący jedynie zajmują się myśli tkanką i sok z niej wyciskają.
Nieprawda. Można podejrzeć i gry komputerowe, i filmy niewybredne. Internet przez godzinę dla każdego jest za darmo.

Tutaj w atrium następna wielka sława, klasyk filmów video, Gary Hill (wystawiał w Zamku Ujazdowskim w 1997).
Na 12 metrowej ścianie toczy się szyfr znaków, strzępów tekstu i drgające, niezidentyfikowane tajemnice znaczeń.

I powrót do przeznaczenia, do książek biblioteki. 1.4 milionów woluminów umieszczonych w dostępnych każdemu magazynach odnajduje się spiralą chodników, a numery wypisane są na podłodze ogromnymi czcionkami.
Zabieram więc łatwo z poszukanych w komputerze numerów sześć albumów o architekturze miasta Seattle, spośród kilku regałów.

Najwyższy punkt, poziom dziesiąty, przestrzeń do czytania, siedzenia, kontemplowania widoku miasta.
Urządzenia „poduszki” u stropu służą wytłumianiu dźwięków i absolutnej ciszy.

Patrząc w dół na poszczególne piętra, słońce kładące ostre cienie na mrówczy, ogromny tłum czytelników, bibliotekarzy, na posadzkę z fotograficzną, realistyczną roślinnością pociętą w kwadraty – co tę imitację bierze w cudzysłów, a nie tworzy kłamstwa namiastki – zdumiewa ogrom i wielkość ludzkich dokonań i budzi optymizm, że Biblioteka Aleksandryjska jednak do szczętu nie spłonęła.

Wystarczy jeszcze zjechać windą w dwie sekundy i uwolnić książki osobiście z kodów zabezpieczających, a natychmiast system komputerowy wczyta je do kary czytelnika i można swobodnie bibliotekę opuścić.
Nie ma limitu książek, można pożyczyć ile się chce.

„Historia architektury postmodernistycznej” Henricha Klotza, którą pożyczyłam z biblioteki w Seattle, jest z 1984 roku, ale architekta Rema Koolhaasa, syna holenderskiego pisarza wymieniono czterokrotnie.
Po ambasadzie Holandii w Berlinie, Muzeum Guggenheima w Las Vegas, wnętrzu sklepu Prady w Nowym Jorku – Biblioteka w Seattle z 2004 jest jego ostatnim dziełem.

Seattle Public Library 

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Jeden komentarz

Cobain

*

Wczorajsza premiera w Spectrum Dance Theater zdominowana była Kurtem Cobainem mimo, że spektakl składał się z trzech części odległych tematycznie od lidera punk rocowej „Nirwany” i jego pamiętnej autodestrukcji sprzed 13 lat w Seattle.

Pierwsza, zatytułowana „Short dance/Little stories” przy hip – hopowej muzyce wprowadzała tańczące pary w agresywne, gorące kontakty męsko – damskie bez złudzeń i skrupułów.
Dziewczęta w czarnych, obcisłych gorsetach i przeźroczystych czarnych getrach – na tle malujących cały czas ściennych graficiarzy i twórców murale – z chłopakami tańczą taniec śmierci na zatracenie i do ostatka.
Piekielne rytmy z powtarzającym się miarowo tym samym słowem fuckfucking, fuck up, fuck off! motherfucker, w każdej możliwej formie i konfiguracji przetykane są niekiedy przerwami obsesyjnego drapania się po całym ciele, sugerującego narkotyczne przedawkowanie lub raczej już stan chroniczny, od którego nie da się uciec.

Nie lepiej dzieje się w środkowym „I’ve Got the Wilis”, nawiązującym do tańca klasycznego i najsłynniejszej bohaterki, Giselle. Cztery baletnice w szkarłatnych klasycznych sukniach i śnieżnobiałym tiulu wielowarstwowych spódnic w perfekcyjnych gestach tańca klasycznego znęcają się nad nagim – jedynie w szkarłatne majtki ubranym – chłopaku.
Gdy po imitacji ruchów kopulacyjnych czterech baletnic, gdzie spódnice miękko tańczą i zakrywają go chmurą, jak puch ptaków przy podobnych czynnościach – chłopak omdlewa lub umiera – bezradność Giselle budzi chyba takie samo współczucie, jak i 160 lat temu, gdy wystawiono ją po raz pierwszy, bez ironii i groteski.

I trzecia część ” Never Mind” to już Cobain.
Rozpoczyna się wystrzałem z rewolweru i ten nieprzyjemny dźwięk bardzo głośny, przestraszający publiczność, powtórzy się jeszcze kilkakrotnie.
Żona Cobaina, Hole Courtney Love, jak na legendę przystało, to lafirynda pierwszej klasy, stuprocentowa kobieta, która tańcząc na szpilkach z dżinsowym, długowłosym blondynem, prezentuje cały wachlarz perwersji międzypłciowej.
Kurt czołga się, bije i jest bity, zatacza się, a przede wszystkim ciągle jest na ostatnich nogach fizycznych i psychicznych.

Faktycznie, taniec współczesny chyba jak żadne inne medium nie jest w stanie oddać tak dosadnie dzisiejszej degrengolady tak już zapętlonej i zdegradowanej osobowości.
Małżonkowie w scenach histerycznego drapania cyklicznie oddają się “braniom” heroiny, a rzygający w tle tłum równie histerycznych nastolatków stanowi idealne dopowiedzenie stanu ciała i ducha kochanków.
Bowiem, oprócz wiodącej pary, jest jeszcze trzeci bohater symbolizujący bądź członków zespołu, bądź fanów zespołu Nirvany.
To diabelski korowód wiecznie ruszających się – w kontraście do Cobaina, który ledwo się już rusza – młodzieży rozbrykanej, oszalałej we współczesnych, permanentnych bachanaliach.

Ale, gdy po którymś tam wystrzale rozbrzmiewa słynne Smells Like a Teen Spirit, świetlana postać męczennika końca XX wieku rośnie.

**

Donald Byrd, podobnie jak jego jazzowy imiennik, jest czarny, a jednak w swoim zespole nie zatrudnił ani jednego czarnego tancerza.
Jako choreograf i dyrektor, jak kot, snuje się w miękkim, czarnym kapeluszu i jego czarna postać pojawia się nagle w różnych miejscach.
Namawia nas na bankiet premierowy, a tam wszyscy gratulują odtwórcy Kurta Cobaina – Davidowi Alewine, dochodzącemu już trzydziestki głównemu tancerzowi Seattelskiego Baletu Tańca Nowoczesnego.

Piękny brunet opowiada o profesjonalnej peruce blond włosów Kurta Cobaina, którą precyzyjnie wplata się w głowę tak, by zamaskować jej początek na czole. Ale nie tylko akcesoria. Duch Cobaina nawiedzał go w czasie całej pracy nad spektaklem, a wczoraj nie potrafił sobie z nim poradzić.
I nic dziwnego. Właśnie pojawił się Donald Byrd i położył miękko dłoń na szyi scenicznego Cobaina przesuwając ją wzdłuż ramion. Muzyka, tym razem już nie tak agresywna jak spektaklowa, lekko akompaniowała nastrojowi półmroku teatralnych podziemi.
Barman nalewał alkohole, a z ogromnej tacy pełnej preparowanych migdałów, winogron, suszonych moreli i francuskich serów kilkudziesięciu gatunków korzystano sporadycznie.
Koreański młody doktor cierpliwie czekał na Cobaina, udzielając się towarzysko grzecznie i wylewnie.

Wyszliśmy w noc mimo, że deszczową, to ciepłą.
Światła ulic i reklam mieszały się ze szpalerem czerwonych rododendronów i kamelii. Migdałowce, magnolie i ozdobne wiśnie tworzyły baldachimy kwietnej koronki, a światło latarń rozjaśniało je, rzucając cienie na leżące u stóp płatki wokół obsadzonych wszędzie, gdzie była jeszcze ziemia, pierwiosnkami, tulipanami i narcyzami.

Wtedy podjechał mercedes w kolorze piasku pustyni i nas zabrał.
Koreańczyk był rozpromieniony, wiózł Cobaina w czerwonym podkoszulku, a jego uroda promieniowała.
Ale ulica Melrose była blisko i pożegnaliśmy się upewnieni, że szmer samochodowego radia i i liryczny nastrój nie ma nic wspólnego ani z katastroficznym przesłaniem spektaklu, ani ze słowami Cobaina : I hate myself and I want to die.

Kurt Cobain Interview (August 93) in Seattle

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Brudne czyny z okien samolotu

I obojętne są pejzaże powtórzeń wiosny z lotu ptaka,
gdzie jak stłuczone szkło śmietnika dachy zajączki ślą słoneczne.
Czyny są wtedy niedorzeczne:
irracjonalność śmieszy grzeczne
chmur posłuszeństwo tam, gdzie latam.

Są obojętne tym na dole pozostawionych bez umycia
rąk, bez wahania wyboru czynów w skali środków.
Chmury są czyste. Loty spodków
równie realne, jak protokół
z twojego życia.

Nic nie zostaje z nas na ziemi, kiedy paruje ciało. Może
garść chmur powietrza oceanem.
Brud osiadł w dole. Nie dostanę
ni słowa. Świt stygmatu ranę
zamienił w zorzę.

Zaszufladkowano do kategorii 2007 | Dodaj komentarz