Andrzej Szczeklik „Kore” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

Już za chwilę rozpocznie się wielka telewizyjna gala z udziałem autorów analizowanych przeze mnie na blogu książek przez całe lato.
Nigdy nie oglądam corocznego wielogodzinnego widowiska zajmując się nominowanymi książkami jedynie w kategoriach choroby literatury, a nie tym drugim aspektem – sportowego wyczynu.

Wprawdzie książka Andrzeja Szczeklika nie uzyskała takiej aprobaty, by wejść do drugiego etapu literackich rozgrywek, chciałabym tegoroczny temat NIKE nią zakończyć.
Przede wszystkim dlatego, że uwielbiam piszących lekarzy. U nas był genialny Tadeusz Boy-Żeleński. Obcojęzyczni lekarze to takie sławy jak François Rabelais, Georges Duhamel, Jean Reverzy, Louis-Ferdinand Céline, Blaise Cendrars, André Breton, Louis Aragon.
Andrzej Szczeklik leczył i leczy najsławniejszych polskich pisarzy w tym polskich noblistów i tych oczekujących na tę nagrodę. Dziękuje mu za to wstępem Adam Zagajewski.
Guido Ceronetti , którego wysyp esejów właśnie obserwujemy i który oswaja nas z odwiecznym tabu w naszej kulturze analizując wstydliwe w ubiegłym wieku swawolne zachowania ciała, Andrzej Szczeklik konserwatywnie hamuje te radosne prognozy co do dalszego rozwoju ludzkiej obyczajowości względem powłoki cielesnej.
Religijny humanitaryzm, jaki reprezentuje doktor Szczeklik jest na tyle cenny i wartościowy, że nam, potencjalnym pacjentom robi nawet apetyt na chorobę i tym wybiegiem możliwość powierzenia swojego organizmu tak wspaniałej osobowości, wszechstronnie wykształconej, nawet, jeśli go nie wyleczy. Bowiem pisarstwo Andrzeja Szczeklika jest bardziej uwodzicielskie, a leczenie bardziej konkretne. Andrzej Szczeklik jest bardziej leczącym pisarzem, niż pisarzem leczącym.
Budzi to wielki optymizm nie w dziedzinie literatury a medycyny.
Nagroda publiczności tegorocznej NIKE przypadła „Biegunom” Olgi Tokarczuk, gdzie fascynacji nad osiągnięciem technologicznym przechowywania i wystawiania na widok publiczny trupów nie ma końca, zarówno u autorki, jak i opisanych w książce u tabunów zwiedzających w muzeach i salach wystawowych całego świata.
W tym kontekście jest niezmiernie cenny etyczny głos Andrzeja Szczeklika z niedopuszczonej nawet do dzisiejszej gali laureatów NIKE 2008 książki „Kore”:

„Współczesne lekcje anatomii… Można by pomyśleć, iż lata świetlne dzielą nas od obrazu Rembrandta. Jest rok 2003, przenosimy się do londyńskiej galerii Atlantis. Wije się przed nią kilkumetrowy wąż oczekujących. Codziennie tysiące ludzi żywych defiluje przed ludźmi nieżywymi. Ci drudzy zostali zakonserwowani, daleko stąd, w Dalianie, północnej prowincji Chin. Tam, w potężnych bunkrach, dwustu Chińczyków obiera ze skóry zwłoki ludzkie przysyłane z wszystkich zakątków ziemi, preparuje je miesiącami tak, by miliony ludzi na świecie mogły „zobaczyć, co mamy pod maską”. Technikę mumifikacji wymyślił niemiecki anatom Gunther von Hagens. Nazywają go „Waltem Disneyem krainy śmierci”, choć on woli mówić o sobie, iż po prostu odsłania piękno ukryte pod skórą. Zwłoki odwadnia się lodowatym acetonem i nastrzykuje syntetycznymi polimerami, plastikiem. Narządy i tkanki zachowują swoją budowę aż po struktury mikroskopowe.
W galerii tłum spaceruje między wystawionymi w różnych pozach „plastynatami”. Ale nie jesteśmy w gabinecie figur woskowych. Plastynaci nie udają ludzi. Oni są ludźmi, nieżywymi. Jeden z nich, odarty ze skóry, trzyma ją sobie jak żakiet na ręce; przypomina postać z Sądu Ostatecznego Michała Anioła. Inni stoją lub siedzą w swobodnych pozach. Obok „pełnych okazów ludzkich” osobno eksponowane są płuca czarne od tytoniu, wątroba przeżarta rakiem, serce zniszczone zawałem. Zwiedzający przyglądają się im z zaciekawieniem. Czy towarzyszy temu dreszcz? Raczej łaskotanie, gdyż w galerii co rusz słychać śmiechy, wesołe uwagi. Przed londyńczykami plastynatów oglądały miliony ludzi w Nowym Jorku, Monachium. Wystawa jedzie przez świat. W Korei tłum walił dzień i noc, drzwi musiano trzymać otwarte przez dwadzieścia cztery godziny. Przeszło dwa i pół miliona osób. Odczucia na świecie są pozytywne. Blisko pięć tysięcy zwiedzających też zapragnęło zostać zaplastikowanymi.
Wystawa odbija nasz świat przez swoje zwielokrotnienie. Wszystko uległo pomnożeniu w tej współczesnej, masowej lekcji anatomii. W miejsce grupki studentów, pochylonych nad pojedynczymi zwłokami, setki spacerują wśród dziesiątek odkrytych zwłok. Ekshibicjonizm? Wszystko na pokaz? Wielu uważa, że to cechy naszego świata. „We współczesnym dyskursie postutopijnym – pisze Chantal Delsol – wciąż dominuje idea, że byt ludzki jest nieokreślony, a więc możemy z nim robić, co chcemy. Człowiek musi być pusty i plastyczny, zdolny do każdej transformacji”. Daleko zostały: refleksja nad odejściem i groza śmierci – widzianej twarzą w twarz. Spocznij w plastiku, mój Czytelniku!”

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 12 komentarzy

W SAMO POŁUDNIE

Tak lubię ten film! Pokazany ostatnio w telewizji nabrał kolorów. Nigdy nie widziałam „W samo południe” w kolorze. Myślałam, że ciuchy Grace Kelly pokazane z okazji wystawy słynnych rodowitych filadelfijczyków to moje ostanie już kolorowe wspomnienie z Filadelfii dwa lata temu.
Zawsze, kiedy opuszczają mnie wszyscy, kiedy już nie mam siły by wchodzić w nowe życiowe wyzwania pokaleczona minionymi międzyludzkimi powiązaniami przypominam sobie „W samo południe” i to nie w kontekście makkartyzmu ani innych politycznych sugestii.
„W samo południe” to nieśmiertelny moralitet oparty na greckiej tragedii. I dający taką nadzieję!
Film ma tyle samo lat, co ja. Urodziłam się, gdy wszedł na ekrany.
I się nic a nic nie starzeje!

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Leonard Cohen „Piękni przegrani”

Właściwie wbrew anonsom księgarskim, jakoby powieść dokumentowała przemiany obyczajowe lat sześćdziesiątych w Ameryce Północnej najwięcej miejsca Cohen poświęca dziewczynie indiańskiej, jej okrutnemu losowi dzielonemu dwoma państwami – Stanami Zjednoczonymi i Kanadą, żyjącej trzysta lat wcześniej.
To książka o Kateri Tekakwitha, Lili Mohawków, dwudziestoczteroletniej świętej, którą na ołtarze Jan Paweł II wyniósł 22 czerwca 1980.

W Internecie i na YouTube jest bardzo dużo i bardzo wiele świętobliwych zniekształceń żywota świętej.
Można wiec bardziej wierzyć bohaterowi powieści, który ślęczy w bibliotekach, zbiera okruchy i ślady dokumentów by zrozumieć kult świętej u jego indiańskiej żony, Edith.
Relacja ostatnich chwil życia Katarzyny – męczennicy w jezuickiej misji, wstrząsające praktyki religijne, wykorzystywanie jej dla kultu już w agonii, zbieranie dowodów świętości – wszystko podane jest z kronikarską, beznamiętną skrupulatnością.
Dopiero na tym tle Leonard Cohen buduje opowieść o skomplikowanym związku Narratora ze swoją żoną i przyjacielem F, postacią barwną, związaną z Edith przede wszystkim wstrzykiwaniem sobie wzajemnie heroiny oraz świętej wody z Lourdes z ampułek. Niewybredne opisy różnorakich sytuacji kopulacyjnych między tymi trzema osobami zapewne zniekształcone polskim tłumaczeniem, gdzie wszystko staje się jeszcze bardziej wulgarne niż mogło by być, dzisiaj – po pół wieku, od powstania powieści, są bardziej egzaltacją obsceną, niż nią samą.

Wprowadzając wiodący okrutny wątek religijny, Cohen zagęszcza atmosferę powieści powołując stan perwersji na styku tych tematów – seksu i masochizmu religijnego łącząc go z sadyzmem okrutnych religijnych obrzędów Indian.
Cierpienie jest ukazane jako wielki, niepotrzebny produkt, jako wartość dodatkowa, jako wikłanie ludzkości w upiorną normalność wierzenia w jego konieczność. W absurd kultu dla zadręczonych ofiar.
W tej niefrasobliwej narracji budowanej z dialogów między kochankami, z ich kłótni i czułości, z listów, monologów wewnętrznych, opowieści z kronik misjonarzy, wyłania się okropny obraz świata popsutego i nieracjonalnego. Na istniejące rdzenne religijne anomalie nakładają się jezuickie, przywiezione z Europy okrucieństwa.
Myśliwi nie tylko bezceremonialnie zjadają się w miarę, jak nieudane łowy nie przynoszą jedzenia w postaci zwierząt.
Cierpienie służy też dla uświetniania. Nie tylko ofiarą dla Kościoła katolickiego z Katarzyny Tekakwitha, ale obrazem mimochodem umieszczonym w książce cierpienia owadów:

„Nad zasnutą mrokiem łąką mrugały robaczki świętojańskie. Zebrani łapali je, wiązali nićmi w świecące bukiety i wieszali przed ołtarzem, na którym była wystawiona hostia. Potem rozbili namioty, rozpalili ogniska, wystawili warty i zlegli na spoczynek. Tak wyglądała pierwsza msza święta odprawiona w Montrealu.”


tłumaczenie: Anna Kołyszko

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 20 komentarzy

COHEN

Czytam o koncercie Leonarda Cohena we Wrocławiu w Hali Stulecia 29 września 2008, czyli trzy dni temu. Czytam komentarze internautów, którzy na koncercie byli. Jedni piszą z politowaniem o dziadku, inni odszczekują się, by lepiej było iść na Dodę i Stachurskiego, niż zajmować miejsce w sali koncertowej.
Bowiem kosztowne bilety w cenie 250 zł, 300 zł, 350 zł, 450 zł rozeszły się błyskawicznie, najpierw te najdroższe, blisko artysty.
Napiszę tu na blogu o spolszczonej trzynaście lata temu młodzieńczej powieści Leonarda Cohena „Piękni przegrani” powstałej w latach sześćdziesiątych, może stanowiącej klucz do erotycznych piosenek Cohena. I do całej jego twórczości. Lata sześćdziesiąte muzyki rokowej to najświetniejszy jej rozkwit.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Manuela Gretkowska „Obywatelka”

Kiedyś napisałam na blogu, że z dwojga złego polskich dam najnowszej prozy wolę Manuelę Gretkowską od Olgi Tokarczuk i po przeczytaniu „Obywatelki” tę opinię podtrzymuję.

Z pewnością zadziałał tu mechanizm serialowy, działający na podświadomość. W człowieku czają się niezbadane pokłady zainteresowania drugim człowiekiem wyłącznie plotkarskie i przyczynkarskie.
Z pewnością każda metoda jest dobra, nawet przywiązywanie do kaloryfera, by czytać, czytać i jeszcze raz czytać wszystko, co przecież można bez wysiłku zobaczyć w telewizorze.
Ale u Manueli Gretkowskiej jest jeszcze inny problem. Z nim oraz z nieodmienną trójcą: Manuelą Gretkowską jej partnerem Piotrem i rosnącą cały czas córeczką Polą, autorka pozostawia czytelnika już w trzeciej książce tej serii.
Tym problemem jest szczerość.

Termin być może wytarty i zdewaluowany, ale warto przyjrzeć się tej emocji w służbie literatury pod kątem sposobu pisania współczesnej powieści.
„Obywatelka”, jak sama nazwa wskazuje, jest w tryptyku najbardziej na zewnątrz autorki.
„Pola”, opisująca ciążę i poród pierwszego i ostatniego dziecka pisarki była utworem wewnętrznym. „Europejka” to rejestracja rodzenia się uczuć patriotycznych u emigrantki, która wrócić musi, by zaszczepić w swojej ojczyźnie szersze, europejskie horyzonty.
„Obywatelka” jest światowa. Pisana na wzór powieści amerykańskich o „pracy”, które zawsze interesują czytelnika, gdyż w kapitalizmie wysuwa się na plan pierwszy problem najmniej fatygującego, a najbardziej skutecznego pozyskiwania pieniędzy, czego moje pokolenie pozbawione w takim zakresie społecznej wolności już nie zdążyło zakosztować.
Idąc tropem łączenia sławy z obywatelskim obowiązkiem wobec narodu, który pisarkę wydał, mając jednak świadomość, że według socjologicznych statystyk ksiądz i polityk to profesje najintratniejsze, Manuela Gretkowska ze swoją dwuosobową załogą mężczyzną życia Piotrem i córeczką Polą idzie pracować do sejmu.
Książka dokumentująca półtora roku prawdopodobnej pozytywnej finalizacji zamierzeń niestety kończy się niepowodzeniem. Fatalny pomysł partnera Piotra sfotografowania i rozplakatowania rozebranych członkiń powołanej do życia politycznego Partii Kobiet dyskwalifikuje bliską sukcesu wyborczego Partię i jej liderkę, Manuelę Gretkowską. W decydujących chwilach zostaje nawet opuszczona przez dzisiejszego premiera, Donalda Tuska, którego portret kreśli nadzwyczaj pochlebnie:

„… Tusk wygląda jeszcze sympatyczniej niż w telewizji. Nieprzekładalny na telewizor, kamery nie wychwytują mikroruchów, minimalnych gestów, spojrzeń -jego wrażliwości i promieniującego z niej uroku. Można by tylko – myślę -posrebrzyć mu włosy na skroniach, przez co straciłby sławetny chłopaczkowaty wygląd. Błękitne oczy zyskałyby głębię.”

Równie pochlebnie zaprezentowany jest ksiądz Jacek Prusak, krakowski jezuita:

„ Zdążyłam przysiąść się, zjeść kolację i wysłuchać czegoś na deser. Ojciec Prusak mówi o diakonisach. Zwykłych kobietach uprawnionych do głoszenia kazań i udzielania sakramentów. Prawo o tym nie wspomina, ale i nie wyklucza. To jest furtka i ekumeniczne otwarcie na chrześcijan uznających liturgiczne równouprawnienie kobiet.”

Laurki sprezentowane są: rodzicom Manueli Gretkowskiej – mamie, niedoszłemu jezuicie tatusiowi, Uli (Dudziak), Maryli (Rodowicz), Kazi (Szczuce), Magdzi (Środzie), żonom , które dały, bądź nie mogły dać na partię pieniędzy, a które to niepowodzenia w ich prośbach przywódczyni Partii Kobiet wyrozumiale tłumaczy. Anonimowym animatorkom ruchu na prowincji, które nie dysponując sławnym nazwiskiem ofiarują społecznie lokale zebraniowe i czas.
Ale największą laurkę otrzymuje Polska Kobieta. Kobieta wyimaginowana, abstrakcyjna jawi się w analizach jako super kobieta, która cierpi męki w państwie polskim od zarania jego powstania i ten zaniedbany problem leży Manueli Gretkowskiej na sercu bardzo.
Toteż, jako kobieta, jako drapieżna kotka kreśli makabryczne wizerunki kobiet polskich, które należy drapieżnie ratować.
Żeby ratować, trzeba być kimś. Nie wystarczy być tylko pisarką. Trzeba mieć odpowiednią oprawę majątkową.
Na szybkensa wakacje na Majorce, gdzie uzdolniona Pola kosi w konkursach dziecięcych konkurencję tak, że biedni tubylcy zgrzytają zębami i zmuszeni są zmieniać regulaminy. W siermiężnej samochodowej tułaczce zbierania głosów i agitacji po polskiej prowincji następują co i rusz powroty do willi, jedzenie łososia foie de gras, sushi, warszawskiego życia, by znowu wracać na posterunki, na poniewierkę, na szybki seks z partnerem w nieogrzewanych salach.
Międzyczasie Gretkowska starzeje się w nieprawdopodobnym tempie, siwieje i traci zdolności rozrodcze wchodząc w przekwitanie i rozpoczyna klimakterium.
Nie wiadomo, czy to skutek toksycznej polityki, czy pogoń za uczciwą pracą w sejmie jest tak wycieńczająca?
Pisarka jednak na przestrzeni tych trzystu stron spisywanych jak dziennik pokładowy nie traci nadziei, jest pogodna i dzielnie wywiązuje sie ze swych obowiązków wobec córeczki Poli i partnera Piotra. Bowiem tylko to się naprawdę liczy i jeśli Manuela Gretkowska kocha pisanie i literaturę, to tylko po to, by tym zobowiązaniom sprostać. Jeśli faktyczne przeczytała wydany wtedy ogromny „Dziennik” Wirginii Woolf, to jedynie po to, by zabrać głos w dyskusji radiowej i zgromadzić dla partii fundusze i darmową reklamę. Resztę pracy intelektualnej próbuje nadgonić nieślubny – jak go nazywa pisarka – mąż Piotr, czytając jej na głos obszerne fragmenty literackie potrzebne pisarce do wewnętrznego rozwoju.
A więc w tym ciągu pokarmowym, który bezpowrotnie pożera polską pisarkę jest konsekwentnie ukazana kolejność zjadania: sztukę traktuje jako szansę wejścia w kręgi polityczne, które dałyby jej dozgonne źródło dochodu dla utrzymania najwyższego standardu życia jej rodziny, dzięki obietnicy zadbania o interesy jednej płci w Polsce.
A do czego szczerość? Dla zamazania tego procesu.
Kto bowiem dzisiaj wie w permanentnej postmodernistycznej ironii, co to słowo oznacza?

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 5 komentarzy

WIERSZE WRZEŚNIOWE NOCNE (SŁOWA)

Te wizje są szlachetne jak rdza:
entropii praca wre konieczna.
A więc te wizje- epifanie
wychodzą niekoniecznie z piekła.

Widzisz że nie ma wcale spotkań.
Dale są bliższe, niż mniemanie
że można je osiągnąć. Słodka
w pielgrzymowaniu tak jak taniec

świętego Wita jest opowieść
w pląsach. Doczekajmy do świtu,
aby dzień strwonić pusty. Powiedz,
no mów co chcesz, nie ma limitu…

Bo gdy słowotok wylewa noc czarna,
bezradność pętlę zakłada na gardła.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

WIERSZE WRZEŚNIOWE NOCNE (SEN)

Niech się rozwija, niechaj biegnie,
trwa w ruchu, w drodze i w pochodzie;
niechaj wyszepcze i poradzi
drobna inwazja w cudzą Jednię
na brak pewności i na głodzie
wszelkiej koniecznej wyobraźni.

Kody zmylone, poplątane,
ścieżki zarosłe i mamiące,
pułapki śmiechu jak min teren!
Przewodnik przepadł, wejdę na nie…
Perliste słowa w niemej łące
to kwiaty ranne… Jeszcze jeden

brzask, jak powtórny nocy przebieg:
szarość jest tylko czerni brakiem.
Pigment rozmyty…poplamione
dnia resztki. Deszcz zmywa stary trop
który się jawi nowym znakiem
by w noc następną znaleźć sonet.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

WIERSZE WRZEŚNIOWE NOCNE (GŁOWA)

Noc. Tak niewiele jest już do kresu
minut. Tak się rozkosznie nieśni
z głową ściętą, pogodzoną z brakiem.
Zniknęły z pól plony i w czerni
ich nie ma. To też jest sukcesu
znakiem.

Księżyc. Pełnia. Lecz cóż ta poświata
da śnieniu, da magii, da więcej?
Niespanie księżniczki na grochu? Tortura.
Jest głów sto tysięcy.
Bez własnej nie ma już świata.
Nie istnieć to ulga.

Nim świt obrys głowy przywróci i cofnie
podróż do kresu nocy
i pracę nocnych żniwiarzy,
światło – karetka pierwszej pomocy
przywróci kształt obcy
nie mojej już twarzy.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | 15 komentarzy