Lech Majewski „Wojaczek”

Mija niemal 10 lat od ekranizacji biograficznego filmu Lecha Majewskiego o poecie przeklętym. Czytając na sieciowej domowej stronie reżysera niesłychanie pozytywne recenzje z filmu i pochód nagród nie tylko polskich – co by świadczyło być może o kumoterstwie, ale właśnie zachodnioeuropejskich – zdumiewa fakt, że w książce, w „Wojaczku wielokrotnym” nie przeczytałam ani jednego pochlebnego słowa o tym filmie z ust świadków epoki. Nie wypowiedział się też o nim dobrze brat Rafała Wojaczka Andrzej, grający tam epizodyczną rolę, który, jak wynika z jego słów, natychmiast znikał z planu nie wykorzystany jako konsultant.

Nie będę się zastanawiać tutaj w tym moim blogowym maratonie wojaczkowym, co wolno, a czego nie wolno artyście. Z pewnością wolno mieć wolność, ale nie wiadomo, do czego ona ma prowadzić.
Autor nietrafnej biografii Wojaczka, jak zapewnia w wywiadzie, jest zobligowany wewnętrznie dać świadectwo jedynie kondycji duchowej artysty buntownika. Przywołuje tu analogicznych bohaterów amerykańskich („Znikający punkt”).

Przede wszystkim Majewski jest moim rówieśnikiem i nie wiadomo, dlaczego ilustruje swój obraz filmowy piosenkami modnymi w naszej podstawówce. Już w naszej szkole średniej była zupełnie inna konwencja sztuki rozrywkowej, używanej do ilustracji muzycznej z offu filmu „Wojaczek”. A, skoro pada tytuł ostatniego utworu Wojaczka, „Którego nie było”, rzecz dotyczy czasów studenckich. Nie ma się co tak odmładzać. Reżyser udaje, że niczego nie pamięta, o niczym nie wie. Chronologia jest paskudnie pomieszana bardzo nielojalnie wobec poety.
Nie dość, że poeta wychodzi na zarzyganego durnia, to, przy takiej narracji nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, że Coś takiego może napisać Coś wartościowego.
Jest tam jeden moment, kiedy sikający Wojaczek recytuje z pamięci Tomasza Manna, „Doktora Faustusa”, ale i tak to jest podane w formie ekwilibrystyki, popisu, a nie prawdziwej pracy nad sobą, którą Wojaczek bezsprzecznie wykonał, by móc uwolnić ze swojego wnętrza tak genialne wiersze.

Żal. Scena w konfesjonale, gdzie ukochana podziwia, ale nie rozumie, a Wojaczek nie rozumie, ale recytuje, jest zarżnięciem statusu poety jako takiego. Nigdy Wojaczek by tak nie powiedział.
Dla Rafała Wojaczka poezja była najwyższą i jedyną miłością. Traktował ją śmiertelnie poważnie, stąd obsesja i oswajanie śmierci. Nie miał żadnych trudności z nauką, w szkole średniej wyprzedzał rówieśników, miał problemy, jak każdy nie mieszczący się w szkolnym zawężeniu, problemy z nauczycielami. Znał języki obce, we Wrocławiu dyskutował z największymi intelektualistami jak ewangeliczny Chrystus z Uczonymi w Piśmie.
Nie wytracał energii na oglądanie Tv z najemczynią sublokatorki. Było to niemożliwe. Pił z menelami, a nie z mieszczanami.
Bardzo to smutne, jeśli o wielkich piszą scenariusze tak mali, że nie wiedzą ani do czego służy poezja, ani nie wiedzą skąd przychodzi. Oczywiście, nikt tego nie wie, ale ci, którzy o niej piszą niefrasobliwie i ci którzy to niefrasobliwie filmują, wiedzą to najlepiej, gdyż nie wiedzą, że nie wiedzą.

Oczywiście można się zachwycać kadrami ála Béla Tarr, można tę skłamaną wizję nawet potraktować, jako dzieło sztuki. Smutne tylko, że się w dalszym ciągu używa Wojaczka, i jak tu się na Śląsku mówi, „mordę się nim wyciera”.
Ten obraz filmowy idealnie by pasował do każdego innego śląskiego poety.
I czemuż to reżyser Lech Majewski nie zatytułował tego filmu „Siwczyk”?

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 5 komentarzy

Wojaczek VI (Agresja)

Opisów pijackich burd, niszczenia obywatelskiego mienia w postaci popielniczek, witryn, okien i drzwi przez Rafała Wojaczka jest w książce mnóstwo. Tak, jakby jeden obiekt rysowało trzydzieści osób, ot, powiedzmy taka klasa rysunku i temat pozostawał, natomiast gradacja uchwycenia modela jest już różna. Mozół starania się wydobycia Wojaczka z niepamięci godny najwyższej pochwały nie zawsze przynosi pożądane rezultaty.
Kilku dyskutantów przyznaje się do uczestnictwa w zdarzeniu, niejednokrotnie zamiast jednej, tę samą rolę w incydencie grają inne osoby, a opowiadający, jak Szaławiła, jest jej bohaterem.
Ale nie ta barwność, swada i talent literacki przeszkadzają. Zastanawiające są stałe elementy zawsze jednakowe, które ostro wydobyte, jednoznacznie określają już bezwzględnie charakter Rafała Wojaczka, budząc w czytelniku słuszne oburzenie.
Jak to? Bił obcych? Uderzył w twarz mężczyznę wychylającego się z otwartego okna pociągu? Skorzystał, że pociąg odjechał, pozostawiając uderzonego bez szansy odwetu? A fe…
Nikt oczywiście nie wspomina, jak można popatrzyć przez okno na chłopca pijanego, zrozpaczonego i bezbronnego w stadium alkoholowej choroby. Nikomu, przywołując ten incydent wielokrotnie, ukarany milicyjnie z całą bezwzględnością systemu penitencjarnego nie przychodzą do głowy inne źródła agresji.
Jak to jest? – pyta Stanisław Bereś – Choroba psychiczna? Chęć zaistnienia? Megalomania? Dlaczego? Po co?

Przywoływali w trakcie ataku agresji milicję wszyscy: brat, koledzy literaci, kierowniczka empiku, szatniarze, przechodnie, sąsiedzi, dyrektorzy szkół i placówek kulturalnych.
Relacja Jana Chilarskiego, kierownika Ośrodka Pracy Więźniów:

„Dotarło to w końcu do komendanta głównego, a ten ukarał Rafała 48 godzinami „ciemnej celi”. To było coś na kształt więzienia w więzieniu – miejsce dla szczególnie opornych i niepoprawnych. Cela ta miała dwa metry kwadratowe – z pryczą, ale bez okna. Było w niej ciemno. Zamknięty w niej Wojaczek zgłosił jakąś potrzebę, być może chciał się napić. Krzyczał: „precz z Gomułką! Wy czerwone pająki, ja wam jeszcze pokażę! Popamiętacie mnie!, i inne obelżywe słowa pod adresem ustroju i strażnika.
Kiedy przyszedłem do pracy około 8.00, z aresztu jeszcze dochodziły jakieś jęki. Poszedłem tam więc, a strażnik powiedział mi o całonocnych awanturach, żądając dodatkowego ukarania Wojaczka.”

Niewiele jest w relacjach światków tych lat uwag, jak trudno było wejść w szczelne koła właścicieli środków publicznych na kulturę, jak trudno było złamać hermetyczny, ustalony już porządek ich rozdawnictwa. Opowiadający bowiem to zazwyczaj ci, którzy tam już byli, nim Wojaczek napłynął z głębokiej prowincji przewyższając ich erudycją i inteligencją, biegłą znajomością języków obcych i na dodatek potrafiący pisać prawdziwą poezję.
Kiedy Bogusława Latawiec, żona Edwarda Balcerzana otrzymuje wyższą od wojaczkowej nagrodę, poeta tylko zgrzyta zębami i przyjmuje z pokorą takie niesprawiedliwe wyroki.

Nie ma też nic w „Wojaczku wielokrotnym” o tej wszechogarniającej polskiej pogardzie, która już w młodzieńczych, przedwojennych polskich felietonach ujawniana jest przez Witolda Gombrowicza, gdzie naśmiewa się z automatycznej dominacji i wywyższania się przy jakimkolwiek spotkaniu międzyludzkim. Ale dopiero zmiany ustroju namaściły tę, z całą historyczną ironią, klasową nierówność.
Nigdzie na świecie w życiu publicznym nie nastąpiła tak alienująca ludzi pogarda, ustępująca jedynie na krótki czas zamroczenia alkoholowego.
Dziecięca agresja Wojaczka, z racji jego gargantuicznego wzrostu, który budził strach, tłumiona siłami zewnętrznymi (milicją) jest też papierkiem lakmusowym w rozpoznawaniu intencji wszelkich publicznych dyskusji.
Doprowadzany do szału w swojej bezradności, jak dręczone dziecko, przed którym cynicznie udaje się, że się go nie drażni korzystając z bezpieczeństwa swojego terenu, można było już z całym majestatem prawa uruchamiać zewnętrzne instrumenty karania i unicestwiania.

Czy w sieci, której już nie da się odgrodzić kolczastym drutem od klientów, których nie tylko nie chcemy obsługiwać, ale i traktować jak trędowatych, jest dzisiaj inaczej?
Nie odpowiadanie na maile, to tylko bardzo delikatna forma międzyludzkiej wzgardy. Gdy na forach literackich czytam o wydawaniu przez artystów pieniędzy na prawników, gdyż rycerskie potyczki słowne są zbyt uciążliwą argumentacją, trzeba jeszcze wytaczać armaty obcych Państw, czyli Urzędu i jego penitencjarnych instrumentów, trudno nie pomyśleć o spadkobiercach tamtych, skutecznych metod sprzed lat.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, lustro | 2 komentarze

Wojaczek V (Miłość)

Wielokrotnie w książce dyskutanci podkreślają, że Wojaczek z nikim się nie przyjaźnił.
Śledztwo Beresia, polegające na nieznużonym powtarzaniu tego samego pytania o uczucia daje rezultaty mierne. Interlokutorzy zazwyczaj zastanawiają się trochę by nie dać odpowiedzi nieprawdziwej, są niejednokrotnie zaskoczeni i zakłopotani niemożnością sprostania tak zdawało się prostemu pytaniu.
Widziano go bowiem zawsze w towarzystwie. Mowy pogrzebowe były we łzach i deklaracjach odejścia największego przyjaciela, i mimo, że trumna się nie mieściła w standartowym dole. Kopano ją, by wreszcie pod wpływem uderzeń buta zniknęła pod powierzchnią ziemi. To jednak nie oznaczało, że żył w opuszczeniu i ostracyzmie.
Żona Ernesta Dyczka oficjalnie mówi że go nie lubiła, że nie podobał się ani jej, ani jej koleżankom, że był wyniosły i brzydko ubrany. Inni deklarują wręcz coś odwrotnego. Tymoteusz Karpowicz uważa, że dziewczyny ustawiały się do niego w kolejce.

Wycieńczony emocjonalnie Wojaczek rzucony w świat odrębny, żyjący swoim, specyficznie możliwym życiem, którego nikt nie rozumiał, prosi otoczenie o pomoc.
Jak dwudziesto dwu letni Rainer Maria Rilke w Monachium prosi Louise Andreas-Salomé o wsparcie korespondencyjne, tak siedemnastoletni Rafał Wojaczek w Wiśle Wielkiej nalega, by piętnastoletnia harcerka, Stefania Cisek z nim korespondowała. Ta kilkuletnia pisanina, polegająca na jednostronnej aktywności intelektualnej nie rozwija się, staje się dla powiernicy poetyckiego miazmatu wielkim znakiem zapytania. Stefania Cisek z ulgą po czterech latach, po otrzymaniu 30 listów doświadcza jej kresu. Kończy się w wieku Wojaczka, gdy u Rilkego się rozpoczyna i trwa, jak prawdziwa miłość, dozgonnie.

Skala doświadczeń międzyludzkich jest zupełnie inna, niż jest potrzebna, jakby powiedział Harold Bloom – dla silnego poety.
Nie otrzymuje wsparcia od silnych duchów tej epoki. Pije w nocnym barze wrocławskiego Dworca Głównego z Jerzym Grotowskim, pije z Piotrem Skrzyneckim, ale tylko ocierają się o siebie. Pierwszy odsuwa go dla zasady nie rozmawiania z zawianym osobnikiem podczas pracy, drugi proponuje mu miejsce w swoim poetyckim show biznesie, na które Wojaczek się nie zgadza.

“Bądź- i nie pytaj, jak Ci się wypłacę
A wtedy darmo weźmiesz najpiękniejszą zdradę:
Miłość, która obudzi śpiącą w Tobie śmierć”
napisze Wojaczek w wierszu „Bądź mi”

Tymoteusz Karpowicz nie mógł kochać Wojaczka nawet zobligowany swoją, nadaną społecznie funkcją ocalania talentów, gdyż był peiperowski, a Wojaczek coraz bardziej ewoluował w kierunku Słowackiego.
Upominanie się o miłość w kształcie jej jedynym było więc daremne.
Kody do niej już były we Wrocławiu niedostępne.
I nie dlatego, że jak pisał Paul Celan „śmierć jest mistrzem z Niemiec”.
Wtedy we Wrocławiu nie było już śmierci, nie było jej na lekarstwo. Pełzająca po ulicach szarość spowijała wszystkich w wygodnej artystowskiej nirwanie, gdzie  eksportowymi tworami Grotowskiego można było się do woli napawać.
Pisarz Jan Paweł Krasnodębski powie w wywiadzie:

„Wrocław w tamtym czasie był cudownym miastem, gdzie widywało się półnagie, tętniące dziewczyny, a wszyscy świetnie się bawili, przynajmniej ci, którzy potrafili. Rafał należał do ludzi, których trawił jakiś syndrom, nie potrafił się autentycznie bawić, więc szukał sobie zabaw zastępczych, ale ogólnie to był niesłychanie radosny i czytelny okres.(..) A tamten okres był mistyczny z Karpowiczem i Grotowskim, z którym rozmawiało sie na dworcu, z teatrem laboratorium, dokąd od czasu do czasu leciało się na przedstawienia…”

Malarz Nicole Naskow, kolega Rafała Wojaczka z okresu wrocławskiego, dzisiejszy profesor Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu jest wręcz oburzony obrażaniem tamtych czasów:

„ Depresyjne?! Nie mam pojęcia, kto mógł zapamiętać ówczesny Wrocław w taki sposób. To chyba było najwspanialsze miasto w Polsce. Pewnie niektórzy zapominają już o ludziach Ameryki Łacińskiej, koczujących pod Teatrem Laboratorium, by zobaczyć swojego guru – Grotowskiego. W Klubie Związków Twórczych siedziała cała elita intelektualna Polski! Ileż ja nocy spędziłem z Piwowskim, czy Maklakiewiczem..! A malarstwo wrocławskie było w ścisłej czołówce Polski.

Silny poeta William Wordsworth trzysta lat wcześniej wiedział, że poeta, kochający swoją Muzę nie ma innego wyjścia:

“Bounds to be leapt, darkness to be explored;
All that inflamed thy infant heart, the love,”(Otchłani mrocznych do przebycia. Wszędzie/ Czym żyło twoje młode serce, twa miłość)

Trudno więc, by sprostanie warunkom danym mu przez rzeczywistość wrocławską było możliwe.

“The forwardness of soul which looks that way
Upon a less incitement that the Cause
Of Liberty endangered, and farewell
That other hope, long mine, the hope to fill
The heroic trumpet with the Muse’s breath!” (Ma duszy dumna, co spogląda z góry/ Na każdą sprawę mniejszą od Wolności/ W potrzebie; i żegnaj ty, najdroższa ma nadziei,/ By choć raz jeden w surmy bohaterów/ Móc mocno zadąć Muzy tchnieniem!)

Zaszufladkowano do kategorii 2008, lustro | 6 komentarzy

POEZJA

Mam tę lirykę, której nie ma
(pod karą jej archaiczności
uprawiam niebyt w bezczelności).
Lecz nic innego nie mam: schemat
snów na resztę dni.

Mam taką miłość. Tej miłości
udowodniono w glorii wiedzy
brak ziemi ornej, nawet miedzy.
Lecz nic innego nie mam. Prościej
jest nią ugór pomierzyć.

Mam amfibrachy i jak złodziej –
jamby (jeden mam też dychorej).
Lecz czy to moje?
Wiersz się oddziela i odchodzi
tam, gdzie się zrodził.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

WOJACZEK III (Używanie)

Tropiąc w ponad sześćsetstronicowej, formatu A4 wielokrotnej strategii uśmiercania Wojaczka najbardziej widoczne jest jego słynne używanie. W wierszu z 1969 roku „Prośba” Rafał Wojaczek demaskuje  katalog perfidnych społecznych zamierzeń wobec niego, wobec bytu nie z tego świata, wobec geniusza zdarzającego się narodowi nawet i raz na 100 lat:

Dać mi miotłę bym zamiótł publiczny plac
Albo kobietę bym ją kochał i zapładniał
Dać mi ojczyznę abym opiewał
Pejzaż lub ustrój lżył lub chwalił rząd
Przedstawić mi człowieka bym ujrzał jego wielkość
Czy nędzę i opisał w ciekawych słowach
Wskazać mi zakochanych bym się wzruszył
Posłać mnie do szpitala Na komunalny cmentarz
Urządzić mi teatr igrzyska sportowe
Wojnę żniwa na wsi festyn w mieście
Albo nauczyć mnie prowadzić samochód pisać na maszynie
Zmusić do nauki języków czytania gazet
A ostatecznie dać mi choć wódki żebym pił
I potem rzygał bo poetów należy używać.

Oczywiście, środowisko artystów wrocławskich spełniło chętnie ostatni postulat rozpijając beztrosko Wojaczka, gdyż taka forma zabójstwa jest nie do wykrycia. A więc używanie na całego, a jak już Wojaczek pisać nie mógł, samounicestwienie. Oprócz pierwszego warunku wiersza, reminiscencji z jego karnej pracy zamiatacza wrocławskich ulic oraz ósmej – pobytu w psychiatryku na Kraszewskiego – wszyscy opowiadający o Wojaczku dzisiaj, profesorowie wyższych uczelni, uznani i nagradzani pisarze, luminarze kultury polskiej, animatorzy, wydawcy, dyrektorzy, kuratorzy i prezesi stowarzyszeń – wszyscy dawali się używać kontrolowanie, bądź sami używali, ile się da.
Bowiem wtedy, jak i dzisiaj, kultura – ten nie weryfikowalny odłam społecznej aktywności, który wtedy przy pełnej inwigilacji a teraz przy pełnej wymianie strefy wpływów – stanowił bardzo dobre źródło dochodu dla siebie i dla swoich rodzin.
W tę dobrze naoliwioną, sprawnie działającą machinę, gdy po siermiężnej, małej stabilizacji gomułkowskiej wkroczyła na całego hedonistyczna epoka Gierka gdzie już do woli można było „żreć i rzygać”, wpadł, jak piasek w jej tryby – prawdziwy poeta.
We wstępie do „Wojaczka wielokrotnego” Stanisław Bereś pisze, że nie ma w Polsce roku, by nie obroniono na naszych uczelniach doktoratu z Wojaczka. Wydłubywanie śladów po Wojaczku trwa więc i wszystkie należne sprawozdania przeróżnych sprzątaczek i sąsiadów są skrupulatnie pod akademicką lupą analizowane.
W książce naliczyłam kilka fragmentów pisanych bądź wydanych już książek, gdzie pod własnym, lub sfabularyzowanym, już innym nazwiskiem używa się Wojaczka.
Wrocławskie Biuro Literackie rok rocznie przerabia jak w szkole, na licznych panelach tego genialnego poetę którego przecież nie ma.
Prawdziwego poety nie ma w administracji polskiej literatury. Nie ma go w uwodzeniu, nikt nie będzie rozmawiał z przyszłą kochanką o tamponie z miesięczna krwią, mimo, że już wolno. Nie ma go w Kościele z jego “Ironiczną Panią”. Nie ma w hymnach na cześć piękna tak urokliwych miejsc jak Mikołów i Kędzierzyn. Polska lewica nie wesprze się Wojaczkiem w walce z niesprawiedliwością społeczną.
Wojaczka nie ma, natomiast jest wojaczkowy boom. Kiedy poezja Wojaczka wnikająca w utwory fałszywych poetów, epigonów, złodziei i wampirów przestawała dziłać, stawała się już niemodna, rozpoczął się pochód wojaczkowego przemysłu z użyciem najnowszych technologicznych narzędzi.

Bo kogo naprawdę obchodzi dzisiaj ten za duży chłopiec, który nie mieścił się w formacie poetyckiego środowiska, a który, by mógł w nim zaistnieć, musiał pozwolić się używać.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, lustro | 2 komentarze

WOJACZEK II (Donosy)

Czytając wielokrotnie „Wojaczka wielokrotnego” mam dzięki równoległemu mojemu żywotowi z geniuszem liryki współczesnej wgląd w czasy moich studenckich lat we Wrocławiu.

Dwadzieścia pięć osób opowiada jak było. Czy było tak naprawdę, jak w tym polifonicznym, szczęśliwie zsynchronizowanym niemal tymi samymi pytaniami dokumencie z tamtych lat?
Wśród nich odnalazłam mojego asystenta, Stanisława Ryszarda Kortykę, który towarzyszył mi niemal codziennie na zajęciach z malarstwa u prof. Zbigniewa Karpińskiego. Wszyscy mówią to, czego by się wtedy nigdy nie powiedziało.

Jest książce dokumentacja donosów na Rafała Wojaczka prezesa ZLP, Henryka Worcella noszącego w tych czasach pseudonim Konar:

„ Natomiast zadziwiająca jest bezsilność władz wobec tego chuligana. Władze często go aresztują, ale i natychmiast puszczają go na wolność, bo ma tzw. papiery wariackie, jakieś orzeczenie lekarskie z pobytu w szpitalu psychiatrycznym przy ul. Kraszewskiego. Dokąd więc ten niebezpieczny wariat będzie rozrabiał i kaleczył ludzi? Dopóki kogoś nie zabije? Władze powinny wreszcie znaleźć sposób ukrócenia samowoli tego niebezpiecznego faceta.”

Ze zgromadzonej w książce cennej dokumentacji epoki w której żyłam dowiaduję się, że w Empiku, do którego wpadałyśmy na krem sułtański (bita śmietana, dostępna jedynie w cukierniach i kawiarniach) – przesiadywały kobiety poszukujący partnerów i że było to prawdziwe biuro matrymonialne.
Że kierowniczką Empiku była przyszła posłanka SLD. Że większość bywalców była konfidentami, donosicielami i wysoko partyjnymi osobami. Że nawet dyrektor więzienia na Fiołkowej był stałym bywalcem Empiku.
Dobrze wiedzieć dzisiaj, kto wtedy obok nas siedział.

Najcenniejszy jest wpis Tymoteusza Karpińskiego, obawiającego się cały czas aresztowania, który autentycznie, jako jeden z nielicznych Wojaczkowi pomógł.
Mieszkająca teraz w Meksyku jedna z kobiet Wojaczka, aktorska – Elżbieta Fediuk wspomina te czasy podobnie jak ja:

“Sama do tej pory nie wiem, czy można to nazwać chorobą. My wszyscy żyliśmy w depresji i odbieraliśmy ją jako rzecz bardzo codzienną. Zobacz, ilu naszych kolegów zapiło się na śmierć? Mówiłam ci przed chwilą, że w okresie Wielkiejnocy mieszkaliśmy z Rafałem w Teatrze Współczesnym, tuż nad Odrą.
Znasz te miejsca z tamtych lat. Powiedz mi, gdzie tam była wesołość gdzie tam był uśmiech? To były bardzo ciemne, bardzo szare lata. I jedyne, co pozostawało, to drzeć szaty, gadać o sztuce lub się jej poświęcać, szukać sensu życia, i pić.”

Ale reszta dyskutantów z niewielkimi wyjątkami była zadowolona.
Irena Kozaczka-Flaszen powie:

„Pomno ciągłej inwigilacji życie środowiskowe jednak kwitło. Przenikały się grupy dziennikarzy, aktorów, plastyków, prawników i architektów. Wszyscy zdrowo pili i bawili się dobrze.”

Jak wynika z donosu Prezesa ZLP do Służb Bezpieczeństwa, przyjęcie do Związku Literatów Rafała Wojaczka było niemożliwe. Trzeba było „wydać dwie książki, albo dwóch kolegów” żeby sie dostać do ZLP. Dawało to niesłychane profity finansowe, płacono ogromne wynagrodzenie za wydanie tomiku, za druk w czasopismach, wreszcie za bardzo opłacalne finansowo wieczory autorskie.
Wydawanie więc było wszech miar opłacalne.
Szczególnie jednak kolegów, gdyż za jeden piękny literacko donos dostawało się jednorazowo honorarium wysokości miesięcznej pensji inżyniera. Można było ich w miesiącu złożyć kilka.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, lustro | 3 komentarze

***

Klosz nocy spadł jak na tym stole
chroniącym od much ciast okruchy –
drobna siateczka, kształt kopuły
zaizoluje. Ciemna ta przestrzeń. Niepokoje
są tylko twoje.

Spadł, a ja nie wiem czy to jeszcze
atrament, czy już tusz kreślarski.
Architekt przemysł kajdaniarski
kreśli. Ja piórem wiecznym tylko wieszczę
(lub długopisem. To też jest romantyzm).

Modre są sny. I kobaltowe
litery imion w mózgu zwojach;
w zapiskach dawnych, w niepokojach
tylko jest blue i smutek w głowie…
Sza! Klosz noc zamknął! Teraz – powiedz…

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Jeden komentarz

Małgorzata Szejnert “Czarny ogród” Nominowani do NIKE 2008

Nie chciałam pisać o tej książce z czystej obawy popsucia sobie i tak nie najlepszego mojego wizerunku społecznego mieszkanki osiedla sąsiadującego z dzielnicami, opisywanymi w tej książce z czułym pietyzmem i afirmacją.
Można przecież, zaprzeczając tak wspaniałej, jednogłośnie pozytywnej recepcji tej książki wyjść na szkodnika i narodowościowego wichrzyciela, niewdzięcznika pozbawionego patriotyzmu lokalnego, którego ziemia śląska nakarmiła i wychowała.

„Pasaże” Waltera Benjamina wydano w Polsce trzy lata temu i nie wierzę, by nie wpłynęły na sposób podchodzenia do opisanych tematów i przejmowania metodologii badań zjawisk społecznych ubiegłego wieku, niezwykle udanej i trafnej. Jak pisze tłumacz „Pasaży”, Ireneusz Kania, czyta się je do końca, do ostatka, spija każdy najmniejszy komentarz i przypis. Trudno wyczuć, w czym tkwi magia benedyktyńskiej pracy Benjamina, który w listach opisuje trudności mieszkaniowe i materialne przy swojej monumentalnej pracy wykonanej w paryskiej bibliotece, przepisywaną skrupulatnie ręcznie na arkuszach szlachetnego papieru jak średniowieczny mnich.
Małgorzata Szejnert, podobnie jak Walter Benjamin, w stosunku do badanego materiału jest z innego świata geograficznego i językowego. Nie zna gwary śląskiej, nie zna Śląska i wszystkiego, tak jak Beniamin w bibliotece, się uczy, zachwycając się brzmieniem obcych dla siebie słów, sposobów budowania innych miast, sposobów rozwiązywania egzystencjalnych problemów ludzi żyjących na przestrzeni stu lat. I kiedy Beniamin bada rzecz schodząc w głąb, pod powierzchnię materialnej warstwy krzykliwie budującymi się właśnie pasażami, paryską ulicą napawającą się wieloraką konstrukcyjną możliwością ulubionego wtenczas żelaza – Małgorzata Szejnert na niej już do końca swojej obszernej książki pozostaje.

Oczywiście, trudno winić autorkę za to, że do dyspozycji ma filozofię Teofila Ociepki, a nie prawdziwych geniuszy epoki, jak Charles Baudelaire, któremu Benjamin poświęca rozbudowany esej.
Bełkot różokrzyżowców i metafizyka górników na poziomie bardzo obskuranckim, amatorskim, zilustrowana nieudanym filmem Lecha Majewskiego „Angelus” jest przez Małgorzatę Szejnert przywołany z wielkim bez dystansu, podziwem, jako wielkie, na skalę polską, mimo że lokalne, wydarzenie duchowe.
Oczywiście, wszystko, co autorka podaje w swojej, trzeba oddać w tym momencie sprawiedliwość – uczciwości reporterskiej jest cenne, gdyż umyka z biegiem czasu i należy się mu zaistnienie literackie.
Nie wynika niestety z pracy reporterskiego oka hierarchia wartości podawanych faktów, które działają przeciwnie. Im autorka je wywyższa, tym stają się biedniejsze. Serce się kraje, że przed wojną kandydatka na medal na olimpiadzie w Amsterdamie, Rozalka Kajzerówna trenuje w gliniaku osady górniczej; że górnicy desperacko w epoce Gierka wykorzystują swoją smykałkę i pomyślunek, by zarzucić rynek światowy samoróbkami, tzw. „rolbą” lub budują statek dla Gierka z silnikami Wartburga. To przecież śmieszne z perspektywy lat samoradzikostwo na tych terenach, gdzie w wolnym świecie cywilizacja szła pełną parą nie szastając i marnując talentów ludzkich, jest z pewnością kronikarską wartością, jednak nie samą w sobie.

Praca Szeinert, jak i Benjamina polegała na wyborze istotnych rzeczy z nadmiaru faktów, zapisków prasowych, dokumentów parafialnych, prawnych i architektonicznych.
Chwała autorce za to, że zaistniały, że zgromadzone w kupie, w książce, inkrustowane na dodatek materiałem ikonograficznym dają czytelnikowi stuletnie kompendium losów mieszkańców górniczych koloni. Ale czy to ci, reprezentatywni? Czy zadając to fundamentalne pytanie, czytelnik może autorce zaufać?

Koloni proletariackich powstałych u progu cywilizacyjnych, drastycznych przemian, gdzie industrializacja nieludzko zmieniała egzystencję masom ludzkim, na kreślarskich deskach architektów mnóstwo.
Tytułowy „Czarny ogród” powstawał w różnych miejscach Europy i Ameryki, utopijne falanstery Charlesa Fouriera zapładniały umysły niejednego architekta. Wpłynęły też na projekt braci Zillmannów na Górnym Śląsku.
I nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie to, że śląska dzielnica Katowic w dwudziestym pierwszym wieku nagle przyrównywana jest do Wenecji.

Będąc ostatnio na wystawie malarstwa Erwina Sówki w „Rondzie Sztuki” i oglądając towarzyszący jej film zrealizowany przez TV Katowice, słuchałam ze zdumieniem słów malarza, który mieszka na Nikiszu, który nigdy by nie pozwoliłby sobie zamieszkać gdzieś indziej, bo tutaj złoto na dachach, srebro i wszystkie poetyckie egzaltacje. Film bogato na dodatek ilustrowany przebranymi w anioły kobietami śląskimi w strojach regionalnych.

Do książki Małgorzaty Szejnert teraz na Śląsku, gdzie na jej spotkanie autorskie przychodzą tłumy, dodaje się wszystko, bez różnicy, byle dotyczyło Nikiszowca i Giszowca.
Wystawy fotograficzne w „Galerii szybu Wilson”, z ilustracjami familoków o wschodach i zachodach słońca, wystawy malarzy górników w Muzeum Śląskim z ilustracjami proletariackiego folkloru, kozą i familokami, gołymi przaśnymi babami i szeroką, górniczą duszą.

A wielka szkoda. Książka jednak zawiera drastyczne fakty z życia Śląska. Hołubiony przez Ślązaków do dzisiaj generał Zientek prezentuje się na kartach książki w słowach, które wypowiedział zajmując stołek przedwojennego wojewody Grażyńskiego:

„wojewody Jerzego Ziętka do naczelników gmin powiatu katowickiego (z 10 lutego): „A z ludnością niemiecką zamieszkującą te prastare ziemie polskie postąpimy tak, jak nauczyli nas tego niemcy: 20 kg pakunku i 5 minut czasu”.

(Obowiązek pisania Niemców z małej litery był wtenczas we wszystkich pismach urzędowych)

Po wejściu Niemców w 1939 do górniczych osad listę przynależności do narodowości niemieckiej podpisali niemal wszyscy. Dwa procent Górnoślązaków, kończących za to zazwyczaj swój i swoich rodzin żywot w obozach koncentracyjnych, zadeklarowało oficjalnie swoja polskość.
Po wojnie Obóz Pracy Świętochłowice-Zgoda i obozu koncentracyjnego “Furstengrube” w Wesołej koło Mysłowic opisany jest w książce z jego potwornością i koszmarem ustami prawdziwych świadków. Autorka wstrząsająco pochyla się nad losami członków rodzin odwiedzających ich w obozach – byłych filiach Oświęcimia i jest to niezwykle cenne.
Z wymienionych osób prywatnych, których życiorysy próbują wzbogacić i rozwikłać skomplikowane losy polsko niemieckie na zasadzie ujawniania życia ich kilku pokoleń, rozpoznaję też notabli, mających jakoby świadczyć swoim szlachetnym zachowaniem epoce.
Oj, nie łudzimy się, że urząd powie nam coś o duchowości Śląska, gdzie ten udręczony, karny naród był zawsze ofiarą ich społecznego sprytu, zobligowany do nieśmiertelnego dziękczynienia. Lista tych niesłychanych socjalnych osiągnięć jest długa, jakby urzędowanie, pobieranie pensji, wszelkie związane z tym przywileje były zawsze krwawicą i heroiczną pracą dla niewdzięcznego narodu.

Tak, Małgorzata Szejnert przemilczała Hegla, zapomniała o Orwellu, nie uwzględniła Machiavellego, nie ustrzegła się, mimo pilnowania się, sentymentalizmu i dobrotliwego moralnego rozgrzeszania.
By się nikomu nie narazić, dostaliśmy zrównoważoną, pełną udawanych demaskacji, populistyczną laurkę. Wszyscy się więc tutaj cieszą.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze