Viola ogrodniczka
4.
Rano mąż wysłał ją do szpitala po sprawdzeniu, że Pogotowie Ratunkowe jest już w częściowej likwidacji.
– Dlaczego Pani nie przyszła dwa dni temu? – dziwili się w szpitalu i ten chłopak w kombinezonie skierował ją na prześwietlenie. Wydawało się, że wszystko już pójdzie jak z płatka, że prześwietlenie niczego nie wykaże, tylko stłuczenie i, że zaraz się o tym dowie. Musi przecież wracać na wieś, musi pisać, gdyż inaczej wybuchnie.
Kazali jej kupić foliowe buty, by przejść do rentgena, a ona nie zabrała ze sobą ani grosza.
Gdy staruszek polujący na każdego, kto zbliżał się do sztucznie przez niego okupowanej granicy między Izbą Przyjęć, a całą resztą dał się udobruchać i ubłagać, usiadła w absolutnie pustym korytarzu, gdzie jeszcze jedna pacjentka obuta w buty z błękitnego woreczka foliowego i wściekła, cierpliwie już od dłuższego czasu czekała.
– Czy tam ktoś jest? – spytała Viola naburmuszoną kobietę, która automatycznie poczuła do niej wrogość za zakup obuwia, podczas gdy jej, Violi, udało go się nie kupić.
– Nie wiem. Kazali czekać – powiedziała kobieta godnie.
Viola wstała i otworzyła drzwi. Pokój rentgena był pusty, żywego ducha nie było nigdzie. Weszła do kabiny operatora, wszystko było pootwierane i opuszczone.
– Tam jest rejestracja – kobieta pokazała Violi koniec korytarza. Tam są!
Viola podeszła, ale nadziała się natychmiast na kolejną łapankę sprzedawcy błękitnych butów. Tym razem była to starsza kobieta oburzona, że do tego poziomu Viola dotarła nieobuta.
Ale już z odsieczą pojawiła się za jej plecami oczekująca kobieta.
– Czekamy, a tam nikogo nie ma! – krzyknęła.
– Co to, pani nigdy nie pije kawy! – odkrzyknęła w recepcji zniecierpliwiona pielęgniarka i za karę zniknęła na dobre.
Viola usiadła na ławce powtórnie i wyciągnęła książkę Lidii, Amejko, którą miała zamiar recenzować na swoim internetowym blogu literackim. Zdołała jedynie pooglądać brzydkie linoryty ilustrujące prozę Lidii Amejko, która miała niewiele lat mnie niż Viola, a była od dwudziestu lat najsłynniejszą, jak przeczytała na okładce, polską dramatopisarką tłumaczoną na kilkanaście języków obcych i wykładowczynią na kilku uniwersytetach, głównie nauczających jak się powinno tworzyć wartościową literaturę. A Viola dopiero próbowała rozpocząć drogę pisarską i jeszcze jej nie rozpoczęła.
Niestety, jej towarzyszka w oczekiwaniu rozgadała się na dobre, co o tej służbie zdrowia myśli i gdy powolnym krokiem zbliżyła się złotowłosa młodziutka pielęgniarka obsługująca rentgena i z namaszczeniem wykonała pełną procedurę z czytaniem nazwisk i formułek, jak się u rentgena zachować, Viola nie wiedziała, czy nawet sytuacja gadającej i psioczącej kobiety nie była lepsza, niż dalsza faza diagnozowania jej nogi.
Mimo, że wręczyła już zdjęcie miłemu chłopcu w stroju koloru zieleni Veronese, który wśród ciągle kursujących karetek ginął i pojawiał się co jakiś czas w izbie przyjęć, to i tak, jak się dowiedziała, musi zejść chirurg.
– To pan nie może zerknąć na zdjęcie, bym poszła do domu? Ja mam chorą matkę…
Chłopak być może poczuł się dowartościowany, że Viola powierza mu swoją nogę, ale zaraz utonął w morzu innych spraw izby przyjęć. Właśnie została zaszpuntowana przez kobietę ze zagubionym przez szpital skierowaniem na oczekiwaną operację, na którą była przygotowana, spakowana i mająca już urlop właśnie z powodu planowanego pobytu w szpitalu, która należało zbyć i dać miejsce innym petentom.
Zbliżała się pora szpitalnego obiadu i wiadomo już było, że żaden lekarz na dół nie zejdzie. Viola przeczytała pół książki Lidii Amejko i żałowała, że nie zabrała z sobą czegoś wartościowszego, gdyż syndrom zmarnowanego czasu, lata i życia zżerał ją coraz bardziej, a tak wartościowy tekst mimo wszystko stanowiłby jakąś przeciwwagę.
Po kilku godzinach, gdy pielęgniarze w czerwonych kombinezonach poumieszczali już z noszy wszystkich przywiezionych chorych do przejściowych boksów, a kierowcy karetek przykucnęli przy drzwiach otwartych i zapalili papierosy, chłopak w stroju koloru zieleni Veronese wszedł do pustego gabinetu, przed którym jako pierwsza w kolejce czekała z otwartą książką Viola i zatelefonował.
Po chwili wolnym krokiem zbliżała się bardzo młoda kobieta w okularach, o bardzo wąskich, brzydkich ustach i wydatnym podbródku i Viola pomyślała, że tylko takie brzydkie dziewczyny mają pieniądze na tak kosztowną specjalizację jak chirurgia.
– Złamanie – powiedziała lekarka i chłopak z stroju zieleni Veronese rozczynił gips i nałożył na szynę.
– Trochę dalej – lekarka sprawdziła kąt zgięcia, a on posłusznie wygiął szynę. Potem owinął nogę Violi podwójnym bandażem i zrobił jej zastrzyk.
– Nie może pani chodzić, bo szyna się złamie. Musi pani leżeć i noga ma być wysoko. Miesiąc.
Dzięki lasce dokuśtykała na czwarte piętro. Włożyli matce Violi do zamrażalnika kilka pudełek lodów. Mąż Violi wymienił telefon i już bez laski pomógł jej zejść i wejść do samochodu.
– Mama podobno powiadomiła ludzi na wsi, by mi robili zakupy! – mówiła Viola w aucie wyzwolona i szczęśliwa.
– Właściwie to taka noga, to bardzo dobra sprawa! – Ja się tam zabarykaduję i mam pretekst, by się nikt nie obraził, że unikam. Zrobisz mi zakupy na miesiąc!
– Tak, zabiorę psa i nikomu nie otwieraj, leż w łóżku.
– Taka noga to błogosławieństwo! – Można to stosować właściwie na co dzień, symulować… Tak, jak „Powiedzmy, Gantenbein…” Maxa Frischa.
Gdy została sama, obserwowała przez okno, jak fioletowy powój pnie się w górę ponad ogrodzenie, a codziennie nowe lody otwierają się i jest ich coraz więcej.
Każdy dzień był Violi podarowany.
Każdy następny mógł przynieść wiadomość, która da kolejne wyrzuty sumienia, gdyż każda twórcza wolność jest nielojalnością wobec tych, którzy o jej istnieniu nie mają pojęcia.
POWÓJ
Powój się pnie, by zdobyć przestrzeń
pędy szukają jeszcze
wsparcia.
W pięść się zaciska trąbka
kielicha. Gdy krawędź rąbka
usycha,
przemija fiolet w liściach.
Miał tak jak gwiazda sypki brylant:
połyskujący pył motyla
amarantowy.
Pięć ramion gwiazdy
w pięści znalazły
siły
śmiertelnej formy.
Powój się pnie, zrezygnowany,
zapętla się powrotem nagłym,
a nowe pączki
w pieluszkach rąbku, jak dusze nowe
na świat się pchają fioletowe
gwiaździste rączki
do mnie, do ich ogrodniczki.
koniec