Viola ogrodniczka IV

Viola ogrodniczka

4.

Rano mąż wysłał ją do szpitala po sprawdzeniu, że Pogotowie Ratunkowe jest już w częściowej likwidacji.
– Dlaczego Pani nie przyszła dwa dni temu? – dziwili się w szpitalu i ten chłopak w kombinezonie skierował ją na prześwietlenie. Wydawało się, że wszystko już pójdzie jak z płatka, że prześwietlenie niczego nie wykaże, tylko stłuczenie i, że zaraz się o tym dowie. Musi przecież wracać na wieś, musi pisać, gdyż inaczej wybuchnie.
Kazali jej kupić foliowe buty, by przejść do rentgena, a ona nie zabrała ze sobą ani grosza.
Gdy staruszek polujący na każdego, kto zbliżał się do sztucznie przez niego okupowanej granicy między Izbą Przyjęć, a całą resztą dał się udobruchać i ubłagać, usiadła w absolutnie pustym korytarzu, gdzie jeszcze jedna pacjentka obuta w buty z błękitnego woreczka foliowego i wściekła, cierpliwie już od dłuższego czasu czekała.
– Czy tam ktoś jest? – spytała Viola naburmuszoną kobietę, która automatycznie poczuła do niej wrogość za zakup obuwia, podczas gdy jej, Violi, udało go się nie kupić.
– Nie wiem. Kazali czekać – powiedziała kobieta godnie.
Viola wstała i otworzyła drzwi. Pokój rentgena był pusty, żywego ducha nie było nigdzie. Weszła do kabiny operatora, wszystko było pootwierane i opuszczone.
– Tam jest rejestracja – kobieta pokazała Violi koniec korytarza. Tam są!
Viola podeszła, ale nadziała się natychmiast na kolejną łapankę sprzedawcy błękitnych butów. Tym razem była to starsza kobieta oburzona, że do tego poziomu Viola dotarła nieobuta.
Ale już z odsieczą pojawiła się za jej plecami oczekująca kobieta.
– Czekamy, a tam nikogo nie ma! – krzyknęła.
– Co to, pani nigdy nie pije kawy! – odkrzyknęła w recepcji zniecierpliwiona pielęgniarka i za karę zniknęła na dobre.
Viola usiadła na ławce powtórnie i wyciągnęła książkę Lidii, Amejko, którą miała zamiar recenzować na swoim internetowym blogu literackim. Zdołała jedynie pooglądać brzydkie linoryty ilustrujące prozę Lidii Amejko, która miała niewiele lat mnie niż Viola, a była od dwudziestu lat najsłynniejszą, jak przeczytała na okładce, polską dramatopisarką tłumaczoną na kilkanaście języków obcych i wykładowczynią na kilku uniwersytetach, głównie nauczających jak się powinno tworzyć wartościową literaturę. A Viola dopiero próbowała rozpocząć drogę pisarską i jeszcze jej nie rozpoczęła.
Niestety, jej towarzyszka w oczekiwaniu rozgadała się na dobre, co o tej służbie zdrowia myśli i gdy powolnym krokiem zbliżyła się złotowłosa młodziutka pielęgniarka obsługująca rentgena i z namaszczeniem wykonała pełną procedurę z czytaniem nazwisk i formułek, jak się u rentgena zachować, Viola nie wiedziała, czy nawet sytuacja gadającej i psioczącej kobiety nie była lepsza, niż dalsza faza diagnozowania jej nogi.
Mimo, że wręczyła już zdjęcie miłemu chłopcu w stroju koloru zieleni Veronese, który wśród ciągle kursujących karetek ginął i pojawiał się co jakiś czas w izbie przyjęć, to i tak, jak się dowiedziała, musi zejść chirurg.
– To pan nie może zerknąć na zdjęcie, bym poszła do domu? Ja mam chorą matkę…
Chłopak być może poczuł się dowartościowany, że Viola powierza mu swoją nogę, ale zaraz utonął w morzu innych spraw izby przyjęć. Właśnie została zaszpuntowana przez kobietę ze zagubionym przez szpital skierowaniem na oczekiwaną operację, na którą była przygotowana, spakowana i mająca już urlop właśnie z powodu planowanego pobytu w szpitalu, która należało zbyć i dać miejsce innym petentom.

Zbliżała się pora szpitalnego obiadu i wiadomo już było, że żaden lekarz na dół nie zejdzie. Viola przeczytała pół książki Lidii Amejko i żałowała, że nie zabrała z sobą czegoś wartościowszego, gdyż syndrom zmarnowanego czasu, lata i życia zżerał ją coraz bardziej, a tak wartościowy tekst mimo wszystko stanowiłby jakąś przeciwwagę.
Po kilku godzinach, gdy pielęgniarze w czerwonych kombinezonach poumieszczali już z noszy wszystkich przywiezionych chorych do przejściowych boksów, a kierowcy karetek przykucnęli przy drzwiach otwartych i zapalili papierosy, chłopak w stroju koloru zieleni Veronese wszedł do pustego gabinetu, przed którym jako pierwsza w kolejce czekała z otwartą książką Viola i zatelefonował.
Po chwili wolnym krokiem zbliżała się bardzo młoda kobieta w okularach, o bardzo wąskich, brzydkich ustach i wydatnym podbródku i Viola pomyślała, że tylko takie brzydkie dziewczyny mają pieniądze na tak kosztowną specjalizację jak chirurgia.
– Złamanie – powiedziała lekarka i chłopak z stroju zieleni Veronese rozczynił gips i nałożył na szynę.
– Trochę dalej – lekarka sprawdziła kąt zgięcia, a on posłusznie wygiął szynę. Potem owinął nogę Violi podwójnym bandażem i zrobił jej zastrzyk.
– Nie może pani chodzić, bo szyna się złamie. Musi pani leżeć i noga ma być wysoko. Miesiąc.

Dzięki lasce dokuśtykała na czwarte piętro. Włożyli matce Violi do zamrażalnika kilka pudełek lodów. Mąż Violi wymienił telefon i już bez laski pomógł jej zejść i wejść do samochodu.
– Mama podobno powiadomiła ludzi na wsi, by mi robili zakupy! – mówiła Viola w aucie wyzwolona i szczęśliwa.
– Właściwie to taka noga, to bardzo dobra sprawa! – Ja się tam zabarykaduję i mam pretekst, by się nikt nie obraził, że unikam. Zrobisz mi zakupy na miesiąc!
– Tak, zabiorę psa i nikomu nie otwieraj, leż w łóżku.
– Taka noga to błogosławieństwo! – Można to stosować właściwie na co dzień, symulować… Tak, jak „Powiedzmy, Gantenbein…” Maxa Frischa.

Gdy została sama, obserwowała przez okno, jak fioletowy powój pnie się w górę ponad ogrodzenie, a codziennie nowe lody otwierają się i jest ich coraz więcej.
Każdy dzień był Violi podarowany.
Każdy następny mógł przynieść wiadomość, która da kolejne wyrzuty sumienia, gdyż każda twórcza wolność jest nielojalnością wobec tych, którzy o jej istnieniu nie mają pojęcia.

POWÓJ
Powój się pnie, by zdobyć przestrzeń
pędy szukają jeszcze
wsparcia.
W pięść się zaciska trąbka
kielicha. Gdy krawędź rąbka
usycha,
przemija fiolet w liściach.

Miał tak jak gwiazda sypki brylant:
połyskujący pył motyla
amarantowy.
Pięć ramion gwiazdy
w pięści znalazły
siły
śmiertelnej formy.

Powój się pnie, zrezygnowany,
zapętla się powrotem nagłym,
a nowe pączki
w pieluszkach rąbku, jak dusze nowe
na świat się pchają fioletowe
gwiaździste rączki
do mnie, do ich ogrodniczki.

koniec

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | 6 komentarzy

Viola ogrodniczka III

Viola ogrodniczka

3.

Mama zadzwoniła wcześnie rano powiadamiając Violę, że lekarka do niej zadzwoniła.
Viola nie spała całą noc, gdyż noga napuchła i bolała. Przespała się nad ranem i wtedy obudził ją telefon.
– I co powiedziała? Dopytywała się Viola.
– Nie wiem, bo ten telefon przy łóżku to nie najlepiej działa. Ale podziękowałam jej za troskę.

– Po co ci ten telefon, skoro nic nie słyszysz?
– Coś słyszę, odbieram dla osób nieważnych.
– Kto jest dla ciebie nieważny?
– Reklamy, czasami jak nie chcę z kimś rozmawiać…

Faktycznie, to, że lekarz przychodni dzwoni do pacjenta i pyta o zdrowie było faktem niebywałym i pewnie wzruszenie matki Violi było uzasadnione. Natomiast Viola pomyślała, że może boi się, że jej pomoc tak starej osobie wczoraj była niewytaczająca i boi się w wypadku zgonu, prokuratora.
– To ja tam do niej pojadę. I przywiozę ci lody.

Wczoraj maż robił jej okłady z kwaśnej wody a ona leżąc pospiesznie sprawdzała literackie blogi, gdzie wakacyjnie wszystko toczyło się niemrawo, a jej blog jak zwykle stał samotnie bez żadnego ciepłego słowa.
Tym bardziej chciała jak najszybciej wszystko tutaj w tym okropnym, przemysłowym mieście pozałatwiać i jak najszybciej wracać i pisać. Tylko pisać. Była od wewnątrz rozrywana tekstami, słowa wydobywały się na zewnątrz, a jak myślała, to tylko zdaniami, które zaraz napisze.
Nic jednak nie wskazywało na to, że to szybko nastąpi.
– Daj mamie nasz z przenośną słuchawką. Może się nauczy. Taki głośnomówiący – pozwiedzała do męża. Pojadę na rowerze.
W tym mieście nie można było jeździć samochodem w ciągu dnia, wszystko załatwiali na rowerze, mimo, że miasto było górzyste.

W przychodni znowu nie było nikogo i lekarka przyjęła usprawiedliwienie Violi na jej wyrzut, że jej matka w połowie rozmowy odłożyła słuchawkę.
– Ależ była bardzo wzruszona, że pani doktor do niej zadzwoniła! Ale zdaje się, że ten telefon przy łóżku działa nie najlepiej i mama go podnosi tylko dla osób nieważnych. Ponieważ ma zaburzenie błędnika, bała się przejść do kuchni, gdzie telefon jest w porządku.
Lekarka się udobruchała. Viola wiedziała, że jak lekarze się oswoją z pacjentem, to natychmiast zaczynają mówić o swoich chorobach.
– Gdy wczoraj zbierałam wiśnie – rozpoczęła opowieść lekarka – też miałam kłopot z kręgosłupem.
– Ja stosuję taką poduszkę w kształcie litery C jak siedzę przy komputerze – powiedziała grzecznie Viola.
– No, ale na drzewie – lekarka zdawała się lekko rozdrażniona wtrętem Violi.
– No, nie, profilaktycznie…Viola straciła już pewność siebie. Przemknęło jej przez myśl, ze mogłaby pokazać lekarce swoją nogę, która napuchła tak, że ledwo rzep chwytał drugą część, by zapiąć sandał. W tej sytuacji wprowadzonej lekarki w stan rozdrażnienia nie miała śmiałości.
– Nie wiem, czemu mama nie przeszła w porę operacji stawu biodrowego – rozpoczęła Viola z innej beczki delikatnie robiąc aluzję lekarce, która jest jej lekarzem domowym od dwudziestu lat.
– Widocznie nie chciała! Lekarka była coraz bardziej rozdrażniona.
Mogę zapisać laskę. Jest dofinansowanie, ale to grosze. Mnie do okularów wypadło kilka złotych i dzieci zabroniły mi korzystać z tak upokarzających ulg. Pozwiedzały, że mi okulary kupią.
– A ja bym prosiła o to dofinansowanie – powiedziała niespodziewanie Viola.
– To niech pani idzie po pielęgniarki po druk – rzuciła lekarka niechętnie, już obco i obojętnie.
Wypełniwszy dwie strony druku ponarzekała na biurokrację poinstruowała, że trzeba jeszcze pozyskać pieczątkę. Niespodziewanie szczegółowo poinformowała Violę, gdzie jest budynek Funduszu Zdrowia.
– Do końca parku i za mostem w prawo.
– To ja jestem na rowerze i zaraz tam pojadę.

Upał był okropny i po tym górzystym mieście na rowerze poczuła wolność.
Mijając dzielnice willowe i aleję kwitnących drzew, Viola pomyślała, że warto zobaczyć kamienicę tego, którego zamknęła w pewnym opowiadaniu i który zwabiając ją tam pod pretekstem otwarcia na dole galerii i sprzedania jej obrazów, miał wobec niej wyraźne zamiary matrymonialne nie biorąc po d uwagę zupełnie tego, że była w stałym, udanym związku małżeńskim.
Minęła gmach szkoły średniej i cmentarz, gdzie leżała część mieszkańców klatki schodowej jej mamy. I ogromny budynek potentata handlowego śrub, który zamówił u niej duży obraz i którego realizacja z powodu wymogów, co miała na nim umieścić, była kuriozalna.
Właściwie cokolwiek mijała, wszystko nadawało się na opowiadanie, wszystko dzieliło się na moduły czasowe, a w każdym z nich tkwiło poszczególne opowiadanie.
Ale, gdy dojechała wreszcie do parku ludzie powiedzieli jej, że to jeszcze dziesięć kilometrów i że Fundusz specjalnie położony jest daleko, by jak najwięcej ludzi zrezygnowało z upominania się o ulgi do sprzętu ortopedycznego. Nie wiedziała, czy ma jechać dalej, czy w połowie drogi zrezygnować.
Właściwie noga na rowerze nie bolała, a dotarłszy do celu, napiła się też w ekskluzywnym budynku z plastikowego kubka źródlanej wody przeznaczonej dla wizytujących gmach petentów i miała już siły na powrót.

c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | Jeden komentarz

Viola ogrodniczka II

Viola ogrodniczka

2.

W domu Viola pospiesznie wyjmowała sukienki mamy i wkładała na wieszaki, a mąż starał się dodzwonić do przychodni. Mama czekała, aż bojler się nagrzeje i rozmawiała z sąsiadką, która zaciekawiona pojawiła się błyskawicznie. Ale nikt nie podnosił w przychodni słuchawki.
Nie daj się zbyć – tłumaczył jej mąż zostawiając ją w pustej przychodni, gdzie obłudnie recepcjonistki zapewniały, że telefon działa. Twoja matka ma osiemdziesiąt cztery lata i należy jej się wizyta domowa.
– Niech się pani umówi z lekarką – Trzecie drzwi na lewo.
Mimo braku jakiegokolwiek pacjenta, lekarka powiedziała:
– Nie wiem dlaczego, ale jest dzisiaj masa pacjentów. I mam jeszcze wypisać recepty. Zawroty głowy? Wymioty? Nudności? Kręgosłup. Promieniuje na kręgi szyjne i powoduje zakłócenie błędnika. Wszyscy starzy pacjenci to teraz mają. Jak się zmieni pogoda, przejdzie. Zapiszę czopki. Poczekamy do jutra, jak pomogą, znaczy, że to jest to.

Matka z odrazą popatrzyła na czopki.
– Zapisała ze względu na wymioty. Pacjenci rzygają i lekarz nie wie, czy lekarstwo pomaga. A swoją drogą, jeśli dożyłaś dwudziestego pierwszego wieku, powinnaś, chociaż zmienić stosunek do własnego ciała. Jeśli ci się to nie podoba, to trzeba było w dwudziesty pierwszy wiek nie wchodzić. Pamiętam w podstawówce przywieźli babcię do pokoju Marzenki i ona musiała opuścić swój pokój, gdyż jej babcia się nie mogła mieszkać już sama, natomiast potrzebowała być sama w pokoju. I lekarz zapisał tej babci czopki, a babcia nie zgodziła na takie świństwo. I umarła. Marzenka mogła wrócić do swojego pokoju.
Viola włączyła pustą lodówkę i włożyła tam przywiezione ze wsi jabłka.

Nigdy nie mieli pieniędzy w lecie i można było jeszcze coś zaoszczędzić w hipermarkecie. Zabrała więc niedawno kupiony przez matkę w Klubie Seniora składany wózek z kółkami, który można było włożyć do torebki i poszła do największego w mieście hipermarketu niedawno wybudowanego niedaleko domu matki.
Z przyjemnością za połowę cen wiejskich kupiła wszystko, co potrzebowała jej mama na kilka dni i gdy zapłaciła, okazało się, że ten nowiutki, nieużywany wózek ma dwa kółka zakończone dwoma prętami zgiętymi w literę L i dwa ucha z taśmy jak siatka na zakupy. Przy nawet niskim wzroście nie pozwolił na toczenie się, gdyż kółka obracały się we wszystkie strony wraz z wystającymi niebezpiecznie prętami.
Natychmiast zresztą, już po naładowaniu, przewrócił się na ścianę, gdzie Viola umieściła jajka. Przywiązała więc do uch kilka woreczków foliowych, by je przedłużyć i starała się ten niebywały ciężar trzymać z dala od swoich nóg. Ale ciężki wózek niebezpiecznie przybliżał się majtając się całym ciężarem przy łydkach. Wzięła go więc na plecy, ale skuszona właśnie wyłożoną euro kostką, prowadzącą z góry drogą rowerową, postanowiła jednak się tak nie męczyć i trochę chociaż ciężar toczyć.
Gdy pręt wkręcił się w paski sandała lewej nogi, zrobiła obrót w bok wykonując bardzo widowiskowy fikołek. Przeleciała dzięki sprężystości paska solidnego sandała, gdzie rzep ani myślał ustąpić naporowi ciężaru wózka i jak z procy rzucił ją kilka metrów dalej.
Przechodnie przeskakiwali przez nią, a rozsypany wózek z widowiskową, długą bagietką rozbebeszony leżał obok jej białej w kwiaty, jedwabnej, długiej sukienki na ramiączkach.
Rozpięła sandał i rzep uwolnił wkręcony pręt. Do domu mamy było już niedaleko.
Mama natychmiast otworzyła domofon i stała z sąsiadką na swoim piętrze narzekając na tak długą Violi nieobecność.
Wtedy wózek przewrócił się jeszcze raz, gdyż matka zatarasowała swoim potężnym ciałem wejście i na krytyczne uwagi Violi, co do wartości tego wózka, zapewniła ją, że zawsze nim robi zakupy.
– Przecież to my ci robimy zakupy samochodem, a po chleb wysyłasz Ceśka, syna sąsiadki – mówiła smutno Viola wyjmując stłuczone jajka. Natychmiast powinnaś ten wózek wyrzucić na śmietnik, gdyż jest niebezpieczny.
c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | Dodaj komentarz

Viola ogrodniczka I

Viola ogrodniczka

1.

Właśnie w połowie lata powój zasiany w marcu zakwitł nagle kilkoma nieśmiałymi lodami, które okazały się fioletowe.
W tym roku Viola już nie musiała szyć kwiatków z wykrawywanych kółek ze starego dresu i przyszywać do środków z sztucznych narcyzów, a następnie przyszpilać do siatki ogrodzenia. Ich żółte trąbki blakły na słońcu, robiąc się białe, a dres z lat osiemdziesiątych o wściekłej biskupiej purpurze też tonizował się, dochodząc z początkiem sierpnia do barw podobnych naturze.
W tym roku bowiem nasiona zebrane w jesieni z jakiegoś ogrodzenia rozrosły się ogromnymi, sercowymi liśćmi, by wypuścić seledynowe, a potem białe, szpiczaste pączki. I gdy te cudowne, oczekiwane kwiaty otworzyły się przywołując zachwyt z dzieciństwa ogrodów podzamcza, gdzie wszystkie niemal ogródki ekskluzywnych, przedwojennych willi wiodących do Zamku miały ogrodzenia porośnięte kwitnącym powojem, jej matka powiedziała:
– Nie spałam całą noc. Wracam.
Matka Violi dożyła roku, w którym zmarł jej mąż i dożyła wieku swojej matki, a Viola wiedziała, że to właśnie jest ten rok i to lato, i pośpiesznie ponalewała wodę do garnków, by chociaż uratować pelargonie.
Gdy zdejmowała z wieszaków sukienki letnie matki, wezwany SMSem mąż przyjechał i już nie było na nic czasu.
W samochodzie matka ożywiła się znacznie siedząc wygodnie w fotelu, a klimatyzacja dała pozór braku jakiejkolwiek dolegliwości. Jednak matka, chcąc umniejszyć jakość miesięcznego pobytu ze swoją córką nie dawała niczego po sobie poznać i mówiła:
– Nareszcie. Nareszcie ustęp, nareszcie prysznic, nareszcie wszystkie kanały telewizyjne. W swoim domu będę bezpieczna. W moim wieku nie powinnam opuszczać domu.
Viola nie odzywała się. Matkę ściągnęły do niej, do jej chałupki jej wiejskie przyjaciółki telefonem, zaproszeniem na wiejski bankiet, na wiejskie imieniny. Matka zdążyła błyskawicznie porobić tak intensywne znajomości, zadzierzgnąć tak silne więzi uczuciowe z wiejskimi kobietami, że one nie wyobrażały sobie, by jej córka była córką wyrodną i nie zabrała jej na wakacje. Viola nigdy nie nalegała, by z nią tu była.
– Tak – powiedziała po chwili Viola. Nie powinnaś już nigdy opuszczać domu, skoro to dla ciebie tortura. Najważniejsza jest kiszka stolcowa i twoje przyjaciółki, przecież zawsze takie same, czy wiejskie, czy miejskie.
Matka się rozgadała. Zawsze była ponad egzystencję córki i każdy pobyt z Violą jeszcze wzmagał jej potrzebę dystansowania się do siermiężnego i samotniczego przeżywania lata przez jej córkę.
Viola znała to na pamięć i nie potrzebowała tego słuchać.
Powój pewnie niepodlewany zdechnie, a nie wiadomo, czy ktoś w przychodni w połowie lata będzie na tyle mądry, by postawić matce właściwą diagnozę i zarekomenduje lekarstwa tak, by Viola szybko wróciła na wieś. A przecież chciała tylko pisać.

Powój otwierał każdym kwiatem tę ulicę, którą szło się na Zamek, która tyle lat w pamięci Violi była zamknięta. Szło się przez zabytkowe miasteczko, pełne barokowych kościołów, coraz bardziej pod górę i Viola wiedziała, że zaczynają się te wille, które zaprojektował i którym nadzorował budowę jej dziadek zmarły przed przyjściem Violi na świat i który stanowił dla niej pamięć wyłącznie życzeniową.
Wille były w najnowocześniejszym modernistycznym stylu ostatnich lat przed wybuchem wojny i miały okna w kształcie koła. Te okręty, nie odnawiane i nie konserwowane, jednak cudem zadbane z szlachetnymi, pierwszej jakości tynkami tonęły w kwitnących, starych ogrodach jak zatopione na dnie morza w koralach i wodorostach. Ale fioletowe kwiaty powoju pięły się po siatkach i Viola zrywała je udając, że liże lody i że te lody są wyborne. Gdy wille się kończyły, brukowana ulica skręcała w lewo, a jej pochyłość uspokajała się, stawała się nagle pozioma, by już całkiem płasko zatrzymać się przed małym, wykwintnym domkiem ogrodnika i obok dużego, szklanego domu dla roślin. Każdego roku przed tymi dwoma domami ogrodnik sadził ogromny, kwietny zegar i gdy przyjeżdżali tu na wakacje, istnienie co roku tego zegara uspakajało ich i dawało pewność, że istnieją i istnieć będą. Dopiero potem, od ogrodnika, droga nagle rozszczepiała się na dróżki i odnogi, z której każda była nazwana i wybór decydował, którędy po raz pierwszy, po roku, zobaczą, czy wszystko jest na swoim miejscu.
– Do Pastuszka? – Do skoczni narciarskiej? — Do źródełka? – Na plac zabaw? – Na górę? – Do ruin Zamku?
Wracali wieczorem. Kwiaty powoju były zwinięte, pomarszczone i zużyte, by w nocy oderwać się od szypułek. I gdy nazajutrz szli znowu, rozkwitały z pączków w upalnym sierpniu jeszcze obficiej, jeszcze dostojniej prężąc się i zaglądając.

– Zostanę w aucie i będę pilnować rzeczy, jak będziecie wnosić na górę – zaproponowała matka, gdy pojawiły się domy jej dzielnicy.
– Umierający człowiek nie myśli o takich rzeczach – powiedziała zirytowana Viola.
– I ty myślisz, że ktoś się złakomi na twoje majtki? Tu są tylko twoje ciuchy.
– Przecież nie będą wiedzieli, co to jest – walczyła jeszcze matka. Kaniowej wyrwali torbę z zakupami, gdy otwierała domofon kluczem.
– Tak – dodał mąż, zatrzymując się przed klatką schodową. Mama myśli, że w tym zawodzie panuje jakiś brak profesjonalizmu. Gdyby myśleli tak jak mama, nie mogliby tego zawodu wykonywać. Jasne, że siatka z zakupami to przecież pieniądz. A napaść na samochód – tu potrzebny jest już wywiad, biznesplan. Przecież to jasne.
c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, donosy | 3 komentarze

WOJACZEK I

Czytam i czytam „Wojaczka wielokrotnego” w ponad sześciuset stronicowej, w tym roku wydanej w „Biurze Literackim” kolejnej książce o poecie.
Odchodził z Wrocławia w czasie, kiedy ja rozpoczynałam studia wrocławskie i dzięki tej książce odnajduję miejsca, ich nazwy i sposób życia tamtych lat.

Relacje ponad osiemdziesięciu świadków epoki Wojaczka oraz zadawane im niemal identyczne pytania powinny gwarantować jakąś tytułową jedność postaci ukazanej z różnych stron.
Paradoksalnie tak się nie dzieje.
Stanisławowi Beresiowi odmówiły udziału w przedsięwzięciu wszystkie kobiety, które miały z Wojaczkiem bliższy kontakt. Te pożenione, te z wolnych związków i te adorowane. Muzy też się nie wypowiadają.
A przecież jego poezja jest tylko o nich, wszystko, co nosił w sobie Wojaczek i co chciał dla świata z siebie wydobyć, było tylko tym ich dzisiejszym milczeniem.

Wojaczek we Wrocławiu się multyplikował i klonował. Był wszędzie.
Kiedy w październiku rozpoczęłam studia, Krystyna na wiklinowych fotelach rozmawiała o nim codziennie do maja, do jego śmierci. Opowiadała o nim, gdyż znajomość z Wojaczkiem była wtedy, jak i dzisiaj, wielkim prestiżem.
Rozmawiała więc w czasie zajęć, tak że wyrzucono ją z pierwszego roku, nie dbając, że ten czas oddała sławie geniusza.

Tak, znajomość z Wojaczkiem, to było coś.
Teraz, kiedy wypowiadają się tak wysoko postawione osoby świata kultury i mówią tak pochlebnie, nie sposób odczytać zupełnie czegoś przeciwnego.
Tak, bardzo trudno by było coś podobnego wymyśleć, by uzyskać taki literacki efekt nienawidzącej aprobaty.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, lustro | 2 komentarze

Paweł Huelle „Ostatnia wieczerza” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

W powieści Pawła Huelle jest dosłownie wszystko – sny, maile, postacie historyczne (Słowacki!), dyskusje i jeszcze raz dyskusje. W tym kotle barszczu, w którym jest za dużo grzybów najciekawiej zapowiadał się portret sławnego księdza gdańskiej parafii, z którego pierwowzorem pisarz miał proces w sądzie.
Zdawało się, że chociaż ta osobista sprawa, ta emocja realna da powieści rumieńce, a przynajmniej przybliży nam postać sławnego księdza. Niestety, oprócz popiołu zjadliwości nie otrzymujemy niczego więcej, czego nie wiedzielibyśmy z mediów. Sadystyczne wyproszenie z sesji zdjęciowej swojej znienawidzonej literackiej postaci – księdza Monsignore na końcu książki przez Mateusza, artysty malarza, który na podstawie zdjęć będzie malował portret zbiorowy jest zabiegiem nawet nie, jak się pisarzowi wydaje, komicznym, ale w tak poszatkowanej znaczeniowo fabule – nielogicznym. Zdjęć, jak pisze autor, robiono mnóstwo.
A jak czytam o tytułowej „Ostatniej Wieczerzy” profesora Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku realnym pierwowzorze literackiego zdarzenia, wiele pozujących osób nie zostało tam w finalnej wersji umieszczonych.
(Bardzo zresztą zainteresowałam się CV Macieja Świeszewskiego i odkryłam, że najprawdopodobniej chodziłam z nim do jednej klasy szkoły hawańskiej na Alamarze, ale, mimo, że ukończyłam też wydział malarstwa, nigdy nie przyszłoby mi do głowy nazywać się z tego powodu Paulem Gauguinem, o czym w Internecie przeczytałam studiując życiorys sławnego profesora).

Nie wiem nawet czy kawiarniane dyskusje o sztuce nie są przez Huelle od początku do końca wymyślone, trudno mi uwierzyć, by akademicy mówili na tak niskim poziomie wiedzy o sztuce współczesnej.
Niestety, żaden z poprzednich utworów Pawła Huelle mnie nie zachwycił, przeczytałam wszystkie zwabiona doskonałą recepcją każdej wychodzącej książki, zarówno u czytelników, jak i krytyków. Nie chcę być tendencyjna, ograniczę się więc jedynie do protestu, odnoście jego wypowiedzi w sferze sztuk wizualnych, tytułowego tematu książki.

Ogromnego dzieła życia, „Ostatniej wieczerzy” nie widziałam w oryginale, wszelkie głosy o kiczowatości przedsięwzięcia mogą być jedynie reporterską umownością. Samo pozyskanie takiego zlecenia, wymyślenie pomysłu, by zadowolić nie byle kogo, przecież każdy z portretowanych ma jakąś kochającą go rodzinę, która się portretowanym zachwyci – świadczy już o ogromnym talencie. Nie musi to być przecież od razu talent artystyczny, ważne, by był jakikolwiek, ale był.
Właściwie, jak czytam w Internecie (jeden z internautów autentycznie zdumiony pisze „co się tam u was w Gdańsku dzieje?!”), to o wiele niestety większą groteską są medialne realne fakty, niż kreacja literacka na nich oparta przez Pawła Huelle.

Walka awangardzistów z klasykami – autor w powieści i wywiadach zdecydowanie sympatyzuje z tymi pierwszymi – zilustrowana jest prostacko i szkodliwie. Poglądy na temat sztuki Pawła Huelle są żenujące i kompromitują go jako artystę.
Podstawowy błąd w rozumowaniu to ten, że nie ma takiej sytuacji w sztuce, by była potrzeba antagonizowania dwóch obozów. Awangarda jest potrzebna, potrzebna jest klasyka. W każdej epoce postają złe dzieła, zarówno wśród awangardy, jak i wśród akademików. Jeśli wzorcem dla powieściowego Mateusza jest Leonardo da Vinci i pragnie w dwudziestym pierwszym wieku odnowy w tym duchu, bo, jak się odgraża, nie będzie obierał kartofli (aluzja do akcji Julity Wójcik w „Zachęcie”), to takie zestawienie jest po prostu głupie. Powstaje bardzo dużo dzieł złych, nawet tych, okrzykniętych przez krytykę, jako świetne nie można zaliczyć do dobrych, gdyż zwłaszcza te są zazwyczaj złe. Trzeba być bardzo wyczulonym, bardzo delikatnym i wrażliwym, by oprzeć się fałszywej diagnozie. Właśnie do tego powołane są byty delikatne, subtelne, dla których to wszystko, co się wokół nas dzieje nie jest jedynie niegodną ich uwagi beznadzieją. Wchodzą do sztuk wizualnych na trwałe nowe media, dzięki którym możemy doświadczać całkiem innych niż w ubiegłych wiekach emocji odbierając sztukę współczesną. Musimy pozyskać narzędzia, by ją móc odebrać. Narzędzia percepcyjne, metodologiczne i podjąć wysiłek w ich rozumienia. I to wszystko, co teraz jest w naszym zasięgu (musimy przecież pamiętać, że byliśmy pół wieku odcięci od światowej sztuki, od przede wszystkim pism krytycznych, które dopiero teraz nieśmiało się wydaje!) pisarz niszczy sugerując w swojej książce, że nie warto, że wystarczy poprzestać na wiedzy o sztuce obiegowej, wyśmiać to, czego nie jesteśmy w stanie pojąć i tkwić w samozadowoleniu. Jest to taka sama hochsztaplerka, jak wyśmiewana sztuka awangardowa sprowadzona do najbardziej wulgarnych jej przejawów.
Skandaliczność wypowiedzi dotyczących sztuk wizualnych bohaterów powieści jest jeszcze bardziej kuriozalna w kontekście formy powieści, pisanej w duchu postmodernistycznym, bądź, co bądź kiedyś przecież awangardowym. Zabieg łamania czasu powieściowego, cofanie się kilka wieków wstecz, przenoszenie akcji do Jerozolimy, tym razem chyba Paweł Huelle nie daje spokoju Bułhakowi, gdzie wstawki powieści Mistrza w „Mistrzu i Małgorzacie” dotyczące wypadków w Jerozolimie należą do arcydzieł, tu są bardzo sztucznym wypełniaczem prozaicznych zdarzeń pospolitych bohaterów, których etos solidarnościowy ma uszlachetnić.
Być może efekt byłby lepszy, gdyby pisarz, za radą swojego bohatera Mateusza sięgnął jednak po wzorce renesansowe, a nie awangardowe i napisał, wzorem Szekspira krwawy dramat o tym, że źle się dzieje w państwie polskim.

Tylko – tak jak w tym ambitnym przedsięwzięciu malarskim, nie wystarczą sponsorzy i potrzeba tworzenia.
I też w sztukach wizualnych zobaczy się – i się zapomni. A z literaturą jest inaczej…

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Jeden komentarz

Janusz Rudnicki „Chodźcie, idziemy” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

Jednak da się połączyć postmodernistyczne środki literackie z logicznym prowadzeniem konsekwentnego wywodu na konkretny temat i podporządkować je służbie temu celowi. Wtedy malowniczy lot dziewczynki z płonącymi włosami z palącej się kamienicy i wszystko, co się wydarza nadnaturalnego i surrealistycznego jest na miejscu i jak najbardziej prawdziwe.

Powieść Janusza Rudnickiego rozpoczyna się żartobliwie i prześmiewczo, bohater maluje sobie dla jaj, dla dowcipu, twarz czarną pastą do butów i właściwie ten ton żartobliwy, pomijając wstawki czysto dokumentalne, utrzymany jest wisielczo do końca bezradność czyniąc jeszcze bardziej drastyczną.

Dla mnie bohaterem powieści jest ludzka głupota pokazana w aspekcie historycznym i dnia codziennego, jednak pokazana z pozycji ofiary i przez to tak bardzo ludzka i nieodłączna.
Ludzie, uwikłani w splot jak najbardziej nie losowych, a wypadków wynikłych z głupoty i zaniedbania innych ludzi, podlegają nawet, jako ofiary tym mechanizmom otumanienia ogólnoludzkiego, który osiada na ludziach jak kurz, jak amok.
Końcowa scena, gdzie dziecko zabija swojego ojca uruchamiając przypadkowo ciężarówkę, którą właśnie naprawia jego ojciec leżąc pod nią, jest klamrą, łączącą wszystkio jak  dziecięce, niedojrzałe decyzje, które beztrosko podejmują ludzie.

Najdrastyczniejszy jest, spisany z prawdziwych zapisków beztroski, pisany w pierwszej osobie pamiętnikarski wspominek chłopaka, który na ziemiach odzyskanych dostał odpowiedzialną pracę komendanta obozu w Łambinowicach.
Ten straszny, pełen bezwzględnego okrucieństwa dokument, obfitujący w bestialstwo przekraczające normy niemieckich obozów koncentracyjnych pisany jest z pozycji dobrze spełnionego, patriotycznego obowiązku. Jego autor, milicjant o wysokiej pensji, pózniej emeryturze, nigdy nie uświadomił sobie, że robił coś złego.
Takich, już nie tak potwornych (zabicie własnego psa przez stróża nocnego), momentów w książce jest bardzo dużo, podanych mimochodem i z jakąś oczywistością i bez złudzeń, co do możliwości natury ludzkiej.

Są tu echa nie tylko beckettowskiej beznadziei, ale i jakiegoś całkiem osobistego opuszczenia, rejestracja odautorskiej melancholii powrotu z emigracji do miejsca drogiego i w końcu własnego. Bohater rodzi się z przypadku, mieszka w przypadkowym miasteczku, jakie dane mu było w czasie powojennych wędrówek ludów, ale przecież to wszystko staje się jego własnym losem, jest napiętnowany nim i na niego skazany, a wszelkie sentymenty i hrabalowskie pogodzenia nie mają tu miejsca.

Ta bezwzględność w wystawaniu rachunku czasów, których komunistyczny reżim w serialach telewizyjnych i pieśniach patriotycznych (Szli na zachód osadnicy) i filmach propagandowych starał się zamydlić i zakłamać, utwór Janusza Rudnickiego jest na tle ogólnego literackiego bełkotu pisania o niczym dowodem na to, że są sprawy, które ciągle trzeba przypominać i do nich boleśnie wracać. Brawo!

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

Olga Tokarczuk „Bieguni” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

Mamy z mężem pewnych bogatych znajomych, którzy w główne święta polskie wyjeżdżają do zagranicznych ośrodków wczasowych by się napawać podróżniczo swoją majętnością i nie trudzić się zbytnio. Mimo luksusu on wtedy cierpi (może z powodu zmiany gatunku wody) na biegunkę, ona na obstrukcję.

Wybrałam się czytelniczo w kosztowną czasowo podróż z Olgą Tokarczuk, zapewniona przez cenionych literacko polskich intelektualistów, że jesteśmy już tak artystycznie bogaci, że stać nas na największą polską pisarkę i żadna intelektualna biegunka nam nie grozi. Zapewnił to recenzją w „Tygodniku Powszechnym” Dariusz Nowacki. Potwierdzili na internetowych blogach – Jerzy Sosnowski, Agnieszka Wolny – Hamkało i Mariusz Sieniewicz.
Inni, mniej znani Internetowi blogowicze porównali jakość pisarstwa Olgi Tokarczuk do talentu Paulo Coelho, co pewnie też prawdą nie jest ze względu na rozmiar światowej sławy brazylijskiego pisarza.

„Bieguni” są powrotem Olgi Tokarczuk do metody pisarskiej swoich najlepszych opowiadań i z pewnością ten temperament i klimat psychiczny odnajduje w czytelnikach o podobnych preferencjach duchowych sprzymierzeńców. Trudno rozwikłać fenomen wielkiej dla pisarki czytelniczej sympatii, wierzę, autentycznej i nie powodowanej snobizmem i wmówieniem, że polska inteligencja powinna pokochać właśnie taką literaturę.
Pisarka puszcza kilkakrotnie oko do czytelnika i można przyjąć, że podróże narratorki są podróżami samej pisarki. Udaję się Olga Tokarczuk w podróż o wiele wygodniejszą niż pisarze o dwie dekady od niej starsi, również, gdy podróżowali – czterdziestoletni – którzy też wędrowali po świecie (np. Edward Stachura) i też dawali temu literacki wyraz.
Ale, czy wygoda, jak pisze autorka, obserwowania innych podróżujących wpływa na jakość literatury? Czy aby nie zawęża tej obserwacji do asortymentu bardzo wąskiego, turystycznego, z natury nieciekawego?
I co wtedy można zrobić? Trzeba uruchomić fantazję. Pisarka więc fantazjuje.

Przypomina to malowanie z pamięci, z kapelusza, gdy malarz ma wykonać pracę, ale nie ma modela, ani też myśli z domu wychodzić. Wtedy jego obrazy są złożone z domniemań i wyobrażeń, czyli z tego, co my wszyscy mniej więcej na przestrzeni lat pozyskaliśmy informacyjnie: ukochany wspina się…, Po czym? Po rynnie! Co moskiewskie kloszardki spożywają? Bliny! Jacy amerykańscy turyści są? Grubi! Kiedy mężczyzna ma erekcję mimowolną? Rano!
A więc lektura „Biegunów” z pewnością usatysfakcjonuje tych czytelników, których obserwacyjny poziom spotka się z poziomem pisarki i to intelektualne katharsis z pewnością go dowartościuje. I w tym tak zwanym zjawisku „z ust mi to wyjęłaś” nie byłoby nic złego, gdyż tonizowanie społecznych potrzeb psychicznych jest zawsze potrzebne i zbawienne, co czynią w tej materii telewizyjne seriale.
Najsmutniejsze jest to, że okrzyknięta największą polską pisarką Olga Tokarczuk stwarza wzorzec pomniejszając równocześnie nasze polskie wymagania. A więc już nie potrzebujemy artysty, nie potrzebujemy czułego oka, które podpatrzyłoby to, czego nie widzimy, finezyjnie penetrowałoby podskórnie ruchy naszej dwudziesto pierwszo wiecznej cywilizacji z cudowną możliwością przemieszczania i ogarniania zjawisk niepojętych. Potrzebujemy buchaltera, nekrofila i neo-Toniego Halika, by nam świat wytłumaczyć.

Najcenniejsze są w „Biegunach” historie mające swoje, jak w dobrych filmach („Na skróty” Roberta Altmana „Babel” Alejandra Gonzaleza Inarritu, czy „Noc na ziemi” Jima Jarmuscha) posiadające właściwe opowiadaniom pointy wynikłe z fabuły. Pomysł jest jak w scenariuszu filmowym rozpisywany konsekwentnie i klarownie bez na całe szczęście ambicji filozoficznych. Niestety, pojawiają się one natychmiast przy wstawkach o trupach zamkniętych w preparatach konserwujących i słojach, co od razu przesuwa tę egzaltację do najniższych i kompromitujących komercyjnych gustów. Mogę uwierzyć pisarce, że akurat jej pasja poznawcza poraziła właśnie ten obszar, dla mnie zupełnie niezrozumiały. Zawsze myślałam, że artysta odważający się na publiczną ekspansję już jest na takich wyżynach rozwoju duchowego, że jarmarczność zjawisk może traktować jedynie jako barwne tworzywo, a nie jako cenny kruszec. Niestety, z niepokojem obserwuję u Tokarczuk wampiryczne zakusy na martwotę materii i poetycką masturbację, a więc wszystkich sympatyków egipskich mumii, które ożyły, ma pisarka w kieszeni. Bardzo to niepokojące, gdyż filozoficzne wywody psychologiczno – antropologiczne, poparte uniwersyteckim wykształceniem w tej dziedzinie pisarki, brzmią całkiem wiarygodnie.

Być może jest to ukłon w kierunku nadchodzących czasów obiegowo przez prasę kolorową nazwanych kultem materii, ciała, gdzie ubiegłowieczne priorytety mentalne zostały zastąpione tymi, którymi się wtedy pogardzało. Nic podobnego przecież nie zachodzi. Duchowa praca wielkich żyjących tego świata na całym globie ziemskim nieustająco trwa nadal, nikt, kto otrzymał boskie nakazy w tym kierunku w niej nie ustaje. Powstają, jak w każdej epoce arcydzieła i rodzą się geniusze. Jeśli wartościowi artyści wizualni podejmują badania w tej materii nie ma to absolutnie znamion ekshumacji zwłok.

To, że zdobycze technologiczne przyniosły nam wyzwolenie od chorób, pozwoliły na bezbolesne przemieszczanie się i udostępniły łatwy wgląd w dokonania naszych przodków nie świadczy wcale o tym, że barbarzyńsko mamy po tym świecie hasać, dziwować się i zachowywać się jak prowincjusz rozsiewający gdzie tylko się da swoje nawyki.
Nawyki intelektualne Olgi Tokarczuk to PRL- oskie jeszcze zaszłości, gdzie wybrani jeździli i pokazywali, a gawiedź z otwartymi ustami słuchała i podziwiała.
Z „Biegunów” bowiem, oprócz charakteru wstecznictwa i konserwatyzmu poglądów autorki nie dowiadujemy się niczego, co na wstępie o nomadyczności naszych czasów pisarka obiecuje powiedzieć.
Kolorowy tłum na lotniskach jest tak wieloraki, potrzeba odbywania lotów jest tak różna, że wszelkie uogólnienia akurat w tej materii są absurdalne. Podobna szachowej grze – symultance – struktura powieści, gdzie właściwie artystka tylko wyrywkowo skacze po nie wiadomo z jakiego klucza wybranych tematach nie dają absolutnie żadnych, poza prymitywną składanką głębszych wynurzeń lub wskazań, o co pisarce chodzi. Można by od biedy trzymać się tytułowych biegunów, ale przecież sekt religijnych w Rosji było setki, wariactwo ludzkie jak wiadomo nie miało nigdy granic, szczególnie w sferze religijnej. Dlaczego akurat ta sekta? Co ma wspólnego w dalszym ciągu nierealny dla kloszarda bilet samolotowy z jego potrzebą wolności? I czy rzeczywiście wielki społeczny problem bezdomnych bloku wschodniego jest wyrazem wolności? Jest sakralny?
Najbardziej niepokoi credo pisarki, na wstępie wyjawione i bezwstydnie ugruntowane i przynajmniej uczciwie i konsekwentnie literacko w powieści zrealizowane. To potrzeba wyartykułowania niepotrzebności.
Pisarka pisze:

 “Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. To, co miało się rozwinąć, ale z jakichś względów pozostało niedorozwinięte; albo wręcz przeciwnie — przerosło plan.

Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające. Formy, które nie pilnują symetrii, które się multiplikują, przyrastają po bokach, pączkują, lub przeciwnie, redukują wielość do jedności. Nie interesują mnie wydarzenia powtarzalne, te, nad którymi z uwagą pochyla się statystyka, te, które wszyscy celebrują z zadowolonym, familiarnym uśmiechem na twarzach. Moja wrażliwość jest teratologiczna, monstrofilalna. Mam nieustanne i męczące przekonanie, że właśnie tutaj prawdziwy byt przebija się na powierzchnię i ujawnia swoją naturę.”

No tak. Kiedy inne kraje bloku wschodniego napawają się wreszcie polityczną wolnością, pracują intensywnie by nadrobić czas i odzyskać utraconą historyczną energię, największa polska pisarka postanowiła metodą wyśmianego przez Dostojewskiego w „Biesach” gubernatora lepić hobbistycznie swoją intelektualną kirchę.
Pogratulować tylko polskim krytykom aplauzu, glorii i obstrukcyjnemu wsparciu takiego kierunku rozwoju polskiej sztuki wysokiej.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze