TROJANOWSKI

Marek Trojanowski na swoim blogu jako jedyny wypowiedział się pozytywnie o mojej poezji.
Niestety, nie mam odwagi Rafała Wojaczka, by powiedzieć, że napisałam, co miałam do napisania i powinnam już się zabić. Więc w trwającym życiu taki sieciowy głos liczy się bardzo  jako rekompensata za Nieszufladową nieżyczliwość, za zimno moich blogowych współtowarzyszy, za brak jakiejkolwiek akceptacji w dobie Internetu, kiedy tak łatwo można kogoś wesprzeć, pocieszyć i dać mu nadzieję.
Marku, bardzo dziękuję.
Historia moich niedoli – blog Marka Trojanowskiego

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

CZEKOLADA „ZAKOCHANI”

gruzja.jpg

Zaszufladkowano do kategorii Nie daję ci czytać moich wierszy | Otagowano , , | 2 komentarze

Andrzej Mandalian „Poemat odjazdu” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

„Panie Zastępów: zachowaj nas/w pamięci nie takimi, jacyśmy byli, lecz jakimi chcieliśmy/ być”

Takim pobożnym życzeniem kończy swój poemat poeta Andrzej Mandalian.
Jedyny z trzech poetów nominowanych do najlepszego utworu literackiego głównej polskiej nagrody stara się pokornie zachować konkret z otaczającego go świata i umiejscawia go w jednym punkcie – na kolei.
Chwalebne jest to, że autobiograficzne konkrety, głównie bolesny epizod zmarłej na raka żony mieszają się z istniejącymi, ogólnie znanymi polskiej kulturze ludźmi i miejscami (Himilsbach, Berent, Osieki). Chwalebny jest trud kloszardowskiej epopei z barwnymi pseudonimami bohaterek („Chodząca z kotami”, „Mańka Skoroświt”, „święta strażniczka szaletów”).
I może cały poemat jest chwalebny, gdyby nie to, że Pan Zastępów potraktuje go zupełnie inaczej, niż czytelnik.

Nie można wymagać od czytelnika cech boskich, on zazwyczaj jest jednym z tych podróżnych, który zabiera do kieszeni małą rzecz do czytania którą można przerwać w każdej chwili, ot, taki „Poemat Odjazdu” Andrzeja Mandaliana, ponieważ w pociągu ciągle ktoś przerywa i poezję czyta się najlepiej, tam właśnie, w rytmie miarowym kół poezja wchodzi gładko w czytelnika.

Nieprawdą jest, jak pisze we wstępie poematu autor, że mamy zmierzch kolei, że mamy już wybór miedzy samolotem, a archaicznym pociągiem. Nic podobnego. Jest tłok, jest życie i jest tak, jak było i w dziewiętnastym wieku: jest ludycznie, czyli nieśmiertelnie.
Nie wiem, czy odchodzi świat Dworca Centralnego – na wszystkich dworcach świata jest też drugie życie, jest podziemne i nostalgia Mandaliana jest widocznie nadmiarowa i zupełnie osobista.
Jest jakiś fałsz w tej egzaltacji wylanych łez za ludźmi marginesu, a wywyższenie ich estetyczne zupełnie nieprawdziwe. Piekło dworca było i jest zawsze piekłem – spędziłam jedną noc na dworcu wrocławskim, na wstępie zostałam rozpoznana jako nowa (i jako nowa do zarobkowania), wszystko jest nie tyle niebezpieczne, co zupełnie nie ma nic wspólnego z barwnością miejskiego folkloru, jaki znamy z warszawskich kiczowatych piosenek.

I tego właśnie wymaga się od poety: jeśli zabiera się za światy, których nie znamy do końca, to niech te światy będą w przerażeniu i trwodze, takie, jakie one naprawdę są. Sentyment nędzy był zawsze kiczem, zawsze bezdomność piekłem i jeśli dandys na to popatrzy to i tak nie wydźwignie tego świata swoim estetyzującym wzrokiem.

Również wprowadzenie aniołów nie sakralizuje poematu:

„aniołów śmiechu i smutku,/
aniołów mocy i pustki,/aniołów wszystkich czterech wymiarów./Bądźmy dobrzy dla bytów czystych. Tak, padają pod naszym ciężarem, tak, padają zawsze wraz z nami”

Wprowadzona abstrakcja mistyczna ma się może konstrukcyjnie dobrze do pojawiających się w szybach i znikających zjaw, zmian czasu i powroty do wojennych wspomnień, surrealistyczne wstawki galerii postaci wzbogacają opisywane miejsca (poczekalnię, pasaże i perony), ale nie czynią poematu bardziej odrealnionego. Są pustym, estetycznym domniemaniem. Ani nawet bardzo trafne zauważenie, że ekspresy intercity obdarzone imionami literackich kochanków nie spotykają się nigdy (Kmicic, Oleńka), gdyż kursują na równoległych peronach, niestety zupełnie dramaturgicznie nie jest wykorzystane.

Fałsz poematu na całe szczęście nie jest tak totalny, ratuje go prawdziwe cierpienie podmiotu lirycznego, tęsknota za zmarłą żoną jest autentyczna i aż strach w takiej intymności coś pisać.
Ale powściągliwość i wiarygodność jest tutaj wielkim poetyckim doświadczeniem i wszyscy, którzy przeżyli tragedię utraty bliskiego człowieka znajdą w tych strofach pocieszenie:

„Dziś dopiero jest wszystkich świętych,/ szmat czasu do świąt./ Jakoś to zleci./ Umieram każdego listopada, a jednak żyję”

Być może, że wiersze służą sprawom innym, być może, że służą do czegoś innego Panu Zastępów. Mnie, szaremu czytelnikowi, który uwielbia jazdy pociągami, który czyta w pociągu właśnie poezję, satysfakcjonuje chociaż ten aspekt kolejowego poematu, nareszcie jakiś ludzki głos przytwierdzony do człowieka, jak kolej żelazna do szyn, nigdy bez nich nie mogąca przecież funkcjonować.
I dlatego była zawsze od momentu jej wynalezienia odzwierciedleniem ludzkiego losu.

„- Od kiedy wykrztusiłeś z siebie ten szloch, pełen żalu nad sobą -mówi mi moja Umarła -/od kiedy napisałeś te wiersze, co to niby miały być o mnie (a kto wie, może nawet i są) -/przestałeś w ogóle ze mną rozmawiać…/Może to i w porządku -/mówi mi moja Umarła -/
tylko nie wiem, gdzie się podziało to wszystko,/co było ponad słowa?”

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 5 komentarzy

TOBIE

Wiek się rozproszy, podrze, zniszczy
drobiny chęć na popiół zetrze,
rtęć się rozwarstwi w termometrze
i już nie powiesz mi.

E, ta ostrożność jest szatańska,
a tłumaczenie neurotyczne,
wszystkie niuanse rozkład wytrze
kelner odciski trze na szklankach.

I to, że szkoda jest już nieme,
ech, obszar tak bezstronnie ziemski!
Mruga bezpiecznik z innej klęski
i się podszywa jak wąż w Ewę.

Gdy się wyciszy, uspokoi,
martwe powróci bez strat cieszyć,
już bez fruwania, tylko piesi
powędrujemy traktem Twoim.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | 2 komentarze

Ewa Lipska „Pomarańcza Newtona” nominowani do nominowanych NIKE 2008

Starałam się, czytając obszerne opinie i pochlebne słowa o nominowanym do tegorocznej nagrody NIKE tomiku wierszy Ewy Lipskiej dowiedzieć się, dlaczego jabłko jest pomarańczą i skąd ta przyrodnicza ekstrawagancja dla odwiecznej, uczonej już w podstawówce na lekcji fizyki anegdoty o wielkim uczonym. W pewnym miejscu sieci bardzo poważna pani krytyk pisze, że taka zamiana znaczeniowa u poetki nastąpiła ze względu na to, że teraz pomarańcze są tańsze i bardziej dostępne od jabłek.
Obserwuję tegoroczną klęskę urodzaju, płoty wiejskie zasłane jabłkami, wątpię, by Newton miałby kłopot z pozyskaniem tak pospolitego owocu.
I tak sobie myślę, czy Newton skazany na wieczne doświadczenia z racji swojego, poniekąd – zawodu, przeżywał takie katusze, jak poeta, skazany do końca życia na pisanie wierszy tylko dlatego, że traktuje ten fach jako profesję, a nie, jak Newton – olśnienie.
Dla Ewy Lipskiej zjawiska przyrodnicze to tylko:

„farbiarnia wschodów i zachodów słońca”.

Całe szczęście, że Izaak Newton tak źle o przyrodzie nie myślał, mimo, że i tak Wiliam Blake obwiniał go o wszystko, co się w przyrodzie na niekorzyść człowieka zmieniło. Dzięki Bogu akurat wschody i zachody mamy jeszcze w stanie nienaruszonym, tak też i Słońce, które jest skonstruowane przez Boga na wzór ludzkiego oka i jest takie samo, jakie było w Raju.
Ale poetce nic się już nie podoba, pisze:

„Wymyślam wszystko od nowa zapatrzona w pomarańczę Newtona i w twoje oczy które odzyskują mój wzrok”.

Tym poetyckim spojrzeniem poetka nie widzi nic, co widzi czytelnik zaniepokojony coraz bardziej w miarę wgłębiania w świat objaśniany przez poetkę, której bolesne doświadczenia byłyby dla niejednego czytelnika szczytem szczęścia.
Bo któż z nas, czytających, gryzących właśnie jabłko podniesione spod płota sąsiada, nie marzy, by chociaż raz w życiu spotkać się w romantycznej kawiarni w Krakowie (Siedzimy w „Nowej Prowincji”)?
Wprawdzie bohaterowie wiersza, jak wynika z jego treści są na wieczorze autorskim i muszą rozdawać autografy i znosić wstrętny aplauz tłumów, ale już w innym wierszu zajmują się wyłącznie hedonizmem:

“Pijemy dżin z martini z plasterkiem cytryny”.

Właściwie, czytając naszą główną, współcześnie żyjącą polską poetkę stwierdzam, że wiersz dzisiejszy składa się wyłącznie z metafor i po to powołany jest do życia, by je na swoim łonie mnożyć. Metafory mają przeważnie charakter konfekcyjny:

„Różowe podwiązki rozmrażającego się dnia”; Podczas wstępnego prania białe skarpetki anioła”;„Pielgrzymka kelnerów niesie na tacy święty guzik.” ; „Prześcieradła jezior”. „Widziała pani ten płaszcz? Z niedołężnymi rękawami?”; „Nosi na sobie zjadliwy kolor przegranego życia.” ; „Zapalenie płuc owinięte szalem trawy”.

Ale, jeśli poetą jest kobieta i żeby nie było, że jej tylko ciuchy w głowie, metafory mają coraz poważniejsze zacięcie.
Polityczne:

„Fetyszyści w patriotycznych garderobach wdychają faszystowską bieliznę” .

I moralizatorsko – socjologiczne:

„Skorumpowanej pościeli Szekspira w narodowym teatrze”.

Zerkam do wikipedii na niebywały dorobek nagrodowo – wydawniczy, na wygrane życie artystyczne i zawodowe poetki, na lukratywne posady i trudno mi zrozumieć artystyczne zblazowanie. Widocznie ogólnoświatowa troska poetycka w „Pomarańczy Newtona” jest widać taką konsekwencją udanego życia.
Zaczynam jako czytelnik podejrzewać, że poetka wie o wiele więcej co się w tym naszym kraju wyrabia, ale nie chce za bardzo o tym pisać, by się nie narażać, psioczy więc na to, co i czytelnika też irytuje. Też przecież  każdy z nas, przechodniów widzi, że:

„Leżą krzyżem ulice”. 

Za czasów Baudelaire, jak przebudowywano Paryż, korupcja szła na całego, sprzedawano fikcyjnie parcele i bogacono się na potęgę, a jednak Baudelaire pisał zupełnie o czymś innym. Ale Ewa Lipska twardo obstaje, by jednak jej poezja świadkowała epoce cywilizacyjnych przemian, toteż chipsy nie mają u poetki żadnych aprobujących szans. Wystawia więc rachunek tym przemianom straszny:

„Bóg wypłaca z automatu zło”.

Krążą po Polsce sceny wyjęte z obrazów malarzy, oczywiście nie polskich, bo kudy naszym do poetyckiej metafory. A więc na polskiej wsi

„Przez ziemską galerię przetacza się Wóz z sianem Hieronima Boscha.”

A w mieście

„Puchną rozdziały ulic Giorgia de Chirico”.

Zbiorek kończy wiersz ”Pomarańcza Newtona Grawitacja”z malarską metaforą, wyjętą chyba z obrazu Magritte:

„Kiedy leży/pod roztargnionym drzewem/spada na nią/człowiek”

Niestety, czytelnik to taka wredna natura, że jeśli oddaje czas na czytanie, to pragnie się, chociaż dowiedzieć czegoś, czego sam nie wie, czego ledwo się domyśla lub chce podpatrzyć, jak to autor sobie przemyśliwuje, a jak i też z tymi sprawami jest za pan brat?

„Grzeszny dom schadzek./ Słychać bębny przekupionych apostołów./ Kastaniety szumiących rzek./
Kotły lawin/. Tamburyny./ Drgania lubieżnych wibrafonów. Gong”.

Dalej czytam, że te wibrafony na nic, bo i tak dla poetki sa ważniejsze:

„Nie zamieszkane obszary miłości rozgromionej przez seks”-

co też popieram, ale i tak poetka, która co i rusz obznajmia własne przemijanie, grozi następnemu pokoleniu, że i tak nic z tego nie będzie, bo:

„Jeszcze nie odzywacie się do miast które pozują do miłosnej adrenaliny”

Całe szczęście, że jednak dożyliśmy wspaniałych czasów, gdy poeta nie jest już prorokiem, nie jest mesjaszem narodów, nie jest ani guru, ani nikim ważnym w zasadzie, nie woła na puszczy, jedynie dba o swoje poetyckie interesiki wieczorów autorskich rozdając autografy, odrabiając tę niechcianą, cierpiętniczą pańszczyznę, by mógł cierpieć za miliony w luksusie dzisiejszego Europejczyka, żyć godnie, na stopie równej dzisiejszemu człowiekowi Zachodu.
I fuk mu cała dyscyplina (poetycka).

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

Lidia Amejko „Żywoty świętych osiedlowych” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

 

Mieszkamy na podobnym do opisanego przez Lidię Amejko osiedlu 27 lat i nie wierzę, by bloki z wielkiej płyty budowane u schyłku PRL- u potrzebowały aż takiej, jak w książce, nobilitacji. Wiadomo już, że są socjologiczną pomyłką, że budowanie takich siedzib ludzkich degeneruje i szkodzi.

Książka jest pisana z pozycji osiedlowego menela, on jest narratorem i taki wybór determinuje język i sposób narracji. I byłoby to bardzo twórcze i oryginalne, gdyż można tylko podziwiać inwencję autorki i dowcip, gdyby nie zupełne rozminięcie się z rzeczywistością kreowanego świata z tym źródłowym. Pozostają jedynie hasła, skorupy, pod którymi nie odnajdujemy dosłownie nic.
Utwór robi wrażenie przekazu poetyckiego, nazwania (Kubły Gniewu) są dobrane pięknie i inteligentnie, ale nie wiem, co się dzieje – alienują się natychmiast po ich pięknym przeczytaniu i nie spełniają roli przekazu artystycznego, jedynie kabaretowej rozrywki. Jeśli kabaret w epoce stanu wojennego w Polsce pełnił rolę bardzo konkretną, tutaj nie walcząc z niczym, nie kamuflując niczego, staje się jedynie literackim ornamentem.

Czytając legendy osiedlowe przyszły mi na myśl wspomnienia z lektury Gustawa Morcinka o utopcach i kopalnianych diabłach i pamiętam nawet w dzieciństwie to na mnie nie robiło żadnego wrażenia. Teraz czytając „Legendy” Lidii Amejko próbowałam wczuć się w moją dorosłość i się trochę rubaszną perwersją rozerwać, ale też nie potrafiłam.
Nie chciałabym krzywdzić takiej literatury, takiego w końcu wielkiego twórczego wysiłku, bo przecież cały panteon świętych stworzyć pewnie łatwo nie jest, a tym bardziej tak zgrabnie go literacko podać.
Mimo wszystko nie jest on tak wielki, by mógł stanowić jakąś odpowiedź na wyzwania sztuki współczesnej, która nie może sobie niestety pozwolić na tak płytkie i relatywne traktowanie świata.

„Legendy”, pisane powierzchownie i żartobliwie, próbujące prawdziwe problemy zbagatelizować, nie posiadają głębi ludowej baśni, ani filozoficznej powiastki. Podejrzewam, że można w nieskończoność snuć bezkarnie podobne dywagacje i jakościowo będą zawsze na tym samym poziomie inteligenta, który z łaskawością pozwala mnożyć się robactwu ludzkiemu tylko dlatego, że wspólne przebywanie z nim by umniejszało i jego egzystencję. Wybiera się wtedy poklepywanie po ramieniu parobka i zaprzyjaźnianie się ze służącą w przedwojennej Polsce. Ta protekcjonalność pozwalająca na ryczenie ze śmiechu wtedy, gdy inni zachodzą w ciąże, piją, prostytuują się i demolują osiedle, nie mają nic wspólnego ze śmiechem Rabelais’a czy Villona.

Jest coś mimo wszystko upokarzającego w akcie podawania w taki sposób ludzkiego nieszczęścia, coś barbarzyńskiego i nieetycznego, nawet, jak narrator jest jednym z nich. Dlatego może komiczny zabieg filozoficznych dialogów u „Monty Pythona” w ustach sprzątaczek i ich wysoki poziom intelektualny umożliwił uniknięcie takiego pomniejszenia. U Amejko jest dokładnie odwrotnie – jak w szkole, najgłupsi otrzymują przezwiska wielkich filozofów (Szopenchałer, Chajdeger).

Wybór literacki jest może szczęśliwszy niż reporterski realizm, ale już polskie kino udowodniło, że temat jest niesłychanie, wbrew pozorom, trudny. Podstawowym błędem twórców jest nie tylko artystyczne kłamstwo, ale wbrew anonsowanej indywidualizacji, (u Amejko są to imiona świętych) bohater jest zawsze zbiorowy, nie posiadający żadnych dosłownie cech własnych. Ubrany jedynie w skąpe przymiotniki, jest ciągle, bez względu, czy to jest Pan Bóg, Andżelika czy Szopenchałer, tym samym wyssanym z palca bytem odrywającym swoją kukiełkową kwestię. Mimo życiorysów i płci, byty owe rozmazują się w odbiorze czytelnika świadomego, że nie posiadały nigdy swoich realnych pierwowzorów.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

ONI

Dni osobności – balsam rany,
balsam wspólnoty, ale w ciszę.
Hej, piszę Tobie, piszę, piszę,
Hej, hej! Kochany!

Wzbiera potrzeba i odmowa
bo po cóż wikłać się i łudzić,
Oddzielna rzecz, jednak dla ludzi
A jednak słowa, słowa, słowa!

Odrębność – rzecz nad wyraz prosta,
wyrazy – to jeszcze nie słowa.
Hej, hej! W piwnicy mózgu knować
to nie miłować, ale chłostać!

Hej, hej! Ja przecież Tobie piszę!
Hej, hej, niedługo na tej ziemi!
Oni jak w wyraz zapatrzeni,
odcięci od słów, które słyszę.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Jacek Dukaj „Lód” Nominowani do nominowanych NIKE 2008

Monumentalnego dzieła Jacka Dukaja ze zwykłych względów praktycznych nie przeczytałam powtórnie tak, jak zwykle to robię, pisząc tutaj o książkach. Z pewnością jego wielowarstwowość, a przede wszystkim niuanse językowe wyłowiłabym skuteczniej czytając jeszcze raz, a być może nawet zrozumiałabym liczne odniesienia do pism Mikołaja Bierdiajewa. Niestety, po pierwszym czytaniu jestem blogowo zmuszona do nielicznych tylko o książce uwag.

Tytułowy „Lód” w odróżnieniu od „Śniegu” noblisty Pamuka jest obszarem totalnym, fizycznym i mentalnym a nie tylko klimatycznym przerywnikiem. Jest obsesyjnie obecny zatracając przez to swoje zimno, gdyż pełni rolę zbyt symboliczną i metaforyczną, gubiąc swoje pierwotne znaczenie. Przenika wszystkie warstwy – polityczną, historyczną, obyczajową, geograficzną, romansową, filozoficzną i naukową. Trudno przy tak szerokim i wszechobecnym użyciu zimna zdecydować się na jakąkolwiek interpretację, szczególnie że akcja powieści rozpoczyna się w środku geograficznego lata ponad wiek temu w Warszawie skutej lodem rosyjskiego zaborcy.

Rzecz rozpoczyna się aluzją do „Procesu” Kafki, gdzie dwaj urzędnicy – a ponieważ staroświecki język powieści pełen jest rusycyzmów – czynownicy przychodzą do głównego bohatera, Benedykta Gierosławskiego i go zabierają. Nie grozi mu proces, a podróż, podróż pokutnicza do ojca zesłanego na Sybir.

I tak zaczyna się Syberiada pełna odnóg fabularnych, dyskusji między poznanymi przez bohatera postaciami wielce intelektualnymi, przypominającymi jakością spory z „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna.
Jednak ojcem duchowym i patronem całego przedsięwzięcia jest z pewnością Juliusz Verne. Mimo wspomniena „Michała Strogowa” (książka pojawia się w rękach jednej z postaci), Jacka Dukaja interesuje przede wszystkim aspekt wynalazków zwariowanych naukowców dziewiętnastego wieku. I tu postać doktora Nikoli Tesli, projektanta fantastycznych machin do zamrażania Ludzi i Historii i oczywiście niesienia tym ludzkości wybawienia jest wątkiem z pewnością satysfakcjonującym czytelników rozmiłowanych w fantastycznej prozie Jacka Dukaja.
Zawiedzie ich natomiast staroświecki ton powieści, kanapowy i kalesonowy z jej postmodernistyczną stylizacją retro, którą przesiąknięta jest konsekwentnie każda strona tej ogromnej powieści wiążąc ją w całość.
Tak jak w filmach czarno-białych, wykorzystujących prawdziwe wstawki dokumentalne wyrzeka się koloru, tak w tej powieści autor rezygnuje nawet z puszczania oka do współczesności i tkwi konsekwentnie w języku z epoki. Moje pokolenie zrozumie w całości wszystkie zabiegi formalne, a przede wszystkim rosyjskie nazwy przedmiotów i czynności. Wiele z przedwojennego języka jest w powieściach Kornela Makuszyńskiego, wiele nieużywanych już słów pamiętałam w mowie mojej babci. Nie wiem, czy jest to odnowa języka polskiego, czy regres, ale w „Lodzie” język jest i tak największym atutem powieści. Gorzej jest z tzw. przesłaniem, tezą czy jak kto woli, duchem utworu.

Wplatając postacie historyczne – Józefa Piłsudskiego czy Grigorija Rasputina – z całym szacunkiem dla kunsztu pisarskiego autora, gdyż zabieg technicznie jest rozwiązany wzorowo – dostajemy paradokument, gatunek jeszcze jeden w wielości zamkniętych w tej powieści gatunków. I ten ogromny fresk, tak nachalnie przypominający dzisiejsze scenariusze filmów oscarowych, gdzie komputerowe techniki aż się proszą, by takie spektakularne wyzwania podejmować, przechyla się coraz częściej, w miarę czytania, w wielość i w nadmiar, w przedobrzenie komercyjne zatracając harmonię utworu muzycznego.

Wiem, że nie powinnam pisać ani słowa o tej książce, ja, nie cierpiąca wszelkich „Panoram racławickich”, polskiego malarstwa historycznego, sienkiewiczowskich trylogii, a ukłony i hołdy autora „Lodu” w tym kierunku są wyraźne.
Wiem, że narażając się miłośnikom Jacka Dukaja szans nie mam, gdyż mam już do czynienia niemal z religijną formacją fanów pisarza. Jednak samobójczo się tutaj blogowo narażę.

Fortunne wyjście z przeciwieństw – gorąca i zimna, lata i zimy – na których zbudowano wiele arcydzieł – wystarczy wspomnieć „Królową śniegu” Andersena, czy animowany film „The Beatles Yellow Submarine” jest tak pojemne, a bazowanie na mitach, poetyckich symulacjach i rozwijaniu ich strukturalnie właściwe, że pomysłowi na powieść można autorowi tylko pogratulować. I nawet nie trzeba się spierać, jeśli czytelnik do końca nie wie, za czym się właściwie autor opowiada i czy aby wie, za czym. Problem jest wtedy, gdy niejednoznaczność przesłania filozoficznego przeważa i po tych tysiącu stronach odbiorca nie wynosi nic oprócz bardzo podejrzanej podróży dzięki kunsztowi pisarskiemu autora, podróży odbytej po powierzchni historycznych wyobrażeń.
Te wyobrażenia to stereotypy i jeśli szczęśliwie autor posiłkuje się dokumentem (na końcu powieści wymienia teksty źródłowe), to jest jedynie second hand materiału artystycznego, ornament, a nie źródło autorskiego przeżycia.
I nie jest to wina historycyzmu – myślę, że w każdej formie artysta jest w stanie pomieścić to, czego prawdziwa sztuka potrzebuje – nowego spojrzenia na rzeczy, które przyzwyczailiśmy się widzieć już i które w nas zastygły. Posłużę się przykładem:
Spolszczenie „Źródła i sens komunizmu rosyjskiego” Mikołaja Bierdiajewa przeczytałam, jak tylko ukazało się w księgarniach, kilka lat temu. I pamiętam tę historyczną diagnozę, że w carskiej Rosji nie było proletariatu, nie było go wcale, był w innych państwach europejskich, a jednak właśnie w Rosji wybuchła rewolucja proletariacka, właśnie to tam olśniewająco przeczytałam. I to, pamiętam, zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Czytając teraz w „Lodzie” tę rewelację przechodzi ona bez wstrząsu i nie dlatego, że znałam ją wcześniej. Po prostu rzeczy ważne umykają wśród rzeczy wymyślonych, wyssanych z palca, tzw. fantastycznych wstawek bardzo osłabiając wartościowe przesłania.
Jeśli podążymy za Williamem Blake’iem, który uważał industrializację za bezwzględne naruszenie ładu kosmicznego i z furią ją potępiał, to u Dukaja rozkwitający syberyjski przemysł dzięki talentom polskich inżynierów i naukowców zdaje się, jeśli dobrze zrozumiałam, jest afirmujący. Jednak, jeśli Juliusz Verne antycypował pewne pomysły naukowe nie znając ich przecież, to Jacek Dukaj jest właściwie w sytuacji szczęśliwszej i wszelką naukową bzdurę ma przecież już zdiagnozowaną. Podobnie Prus w „Lalce” w postaci Juliana Ochockiego mógł jeszcze sobie naukowo bezkarnie fantazjować, ponieważ on naprawdę jeszcze nie miał możliwości niczego się dowiedzieć. Dlatego fałsz postmodernistyczny jest tak uciążliwy w odbiorze, gdyż jego frywolny, wolnościowy wysiłek w produkcji bełkotu jest tak bezużyteczny.

Kilka słów jeszcze o innych odnogach. Aleister Crowley wymieniony kilkakrotnie krąży w powieści obok wielu sekt religijnych i podobnie jak nieszczęsny Bierdiajew jest bardziej rewolucjonistą niż filozofem i nie wnosi poza kilkoma terminami absolutnie nic ze swoich teorii.
Być może wolno artyście brać wszystko, co się nawinie i mieszać w tyglu swojej fantazji i być może są to zabiegi niewinne. Już nie winię Jacka Dukaja za to, że zmiana historii, pozbawienie jej pierwszej wojny światowej i niepodległości Polski jest kontrowersyjna wobec polskiego patriotyzmu, gdyż i nawet to można sobie jakoś wytłumaczyć powołując się na analogiczne zabiegi u Philipa K. Dicka czy Thomasa Pynchona. Natomiast razi ton obyczajowy wyjęty z najgorszych wzorców powieściowych, czemu patronuje „Rodzina Połanieckich” Sienkiewicza. Ten resentyment za czasami minionymi, kiczowatym obrazkiem rodziny polskiej (stadło irkuckie Wielickiego) jest w powieści bardzo wyraźny, mocny i jednoznaczny.
I wtedy wszelkie matactwa naukowe, cały ten fizyczno – matematyczno- geologiczny bełkot, rozmrażanie i zamrażanie ludzi, ożywianie trupów, nie działają tak silnie jak właśnie ten wskrzeszony z martwych, najgorszy nurt polskiej literatury.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 5 komentarzy