KASZTANY JADALNE

Gorące są tylko w enklawie. Smak, dobry smak. Ot, niebywałe!
Smak utrzymany wieki całe i parametry: talia, kolce,
a przecież zmieniał się garnitur pokrzykujących. Świata dworce
ludźmi jak czerwiem zaczerniano. Jedli kasztany jak smakołyk
i jak głodomór, i jak świnia, co w lesie pasie się, bo nie ma
nic do jedzenia już w zagrodzie. O! Relatywizm jest na Wschodzie
i na Zachodzie w strefie Gazy. Kasztany piekły się dwa razy
aż je spalono z dziećmi w szopie. Marony, to jest przysmak, chłopie
purée do mięs. I na papierze każdy w Paryżu tutkę bierze,
wykwintnie gryzie na ulicy. A smak wyborny jest, gdy kona
listopad w włoskich drzew koronach i je się chrupie na surowo
leżąc na liściach. Tyraliera najemnych je do worków zbiera,
a tobie wolno leżeć jeszcze. Śpij, aż odsłonisz kolców przestrzeń
śnij, aż się lakier kasztanowy zaiskrzy słońcem i las stanie
w twojej obronie! Tak bywało. Pójdzie na nogach, bo bezprawie
dawniej się Makbet nazywało. To w końcu teraz ciało. Prawie…
Nie, nie, nie jeszcze! Kasztan w trawie to nie jest pocisk, lecz jedzenie!
A erotyczne ma korzenie w włochatej, włoskiej wyobraźni.
I w tej scenerii mrzeć jest raźniej. Z ludzkim po ludzku i jadalnie.

Zaszufladkowano do kategorii Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Ewa Bieńczycka “Kasztany” komiks

Opowiadanie dotyczy początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Polska ludność po przemianach politycznych próbuje różnymi sposobami pozyskać kapitał, by spełnić wymagania nowego ustroju. Po zachłyśnięciu się otwartymi granicami i wakacyjnych wycieczkach rowerowych do stolic Europy, wykształceni młodzi ludzie z krajów Europy wschodniej obarczeni już rodzinami desperacko udają się do Włoch, by jako robotnicy najemni przywieźć do swoich ojczyzn kapitał i otworzyć własny interes.

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 2 komentarze

Mój pierwszy komiks

Rysuję mój pierwszy komiks tylko dlatego, że już nikomu nie chce się czytać. Odwiecznie czasopisma drukowały w odcinkach pisarzy dla pozyskania prenumeratorów, którzy potem dopiero powieści wydawali w wydawnictwach. Romantyzm dziewiętnastowieczny miał jednak pewne ułatwienia:

„(…) Podczas gdy George Sand, podobno przebrana za mężczyznę, galopuje przez Paryż w towarzystwie przebranego za kobietę Lamartine’a, Dumas każe wyrobnikom pisać powieści w piwnicach, a sam na wyższych piętrach zapija się szampanem z aktorkami; ba, Dumas właściwie nie istnieje, to istota mityczna, marka handlowa wymyślona przez związek wydawców”(…) J. Lucas Dubreton, La vie d’Alexandre Dumas Père, Paris (1928),tłum. Ireneusz Kania,

Dwudziestojednowieczny bloger, któremu dano do ręki wszystkie narzędzia – zarówno twórcy, jak i wydawcy, musi też i sam zabiegać o czytelnika.
Komiks egzystencjalny nie jest ulubieńcem odbiorców tego gatunku. Nie będzie mi więc łatwo zaistnieć i na tym polu.
Mój pierwszy komiks będę się starała raz w tygodniu prezentować w arkuszu A4. Jest rozpisany na 24 arkuszach i stanowi treść opowiadania „Kasztany”. Jako pierwszy, jest komiksem czarnobiałym i poniekąd moim eksperymentalnym debiutem w tej dziedzinie.

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Osip Mandelsztam “Aleksander Giercowicz” tłumaczyła z rosyjskiego Ewa Bieńczycka

Żył Aleksander Giercowicz,
Żydowski muzykant, –
Dościgły Schubertowi,
Czystością jak brylant.

Od rana, do wieczora,
Krystalicznie, na pamięć,
Jedną sonatę wolał
Powtarzać tak jak lament…

No co, Aleksandrze Giercowicz,
Na ulicy ciemno…
Rzuć, Aleksandrze Sercewicz
co, tam, wszystko jedno…

Dawaj włoskie canzony,
Od kiedy śnieg skrzypi.
Głos saneczkami spojony
Za Schubertem leci.

Nam z głęboką muzyką
nie straszno będzie konać
Tam wisi czarne widmo
Na wieszaku jak wrona.

To, Aleksandrze Sercewicz
Zagrano już dawno…
Rzuć, Aleksandrze Scherzewicz
Co tam, wszystko jedno…

Ewa Demarczyk Live – Skrzypek Hercowicz

svgallery=mandelsztam

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | 11 komentarzy

Komunikat

Blog zawieszony do 1 stycznia 2009
Wesołych Świat!

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Otagowano | 8 komentarzy

CHRISTMAS

Nigdy nic nie pisz, gdy nie musisz. Wszystko nadejdzie przecież letnie.
Zima przesunie się po zimie koleją pustych słów ociepleń,
znów wyjdę z wspólnot ograbiona,
znów się zadziwię i przekonam,
że ludzie lepią się, gdyż lepkie
tylko możliwe współistnienie.

Nic tak naprawdę nam nie mija. Mijamy się, bo nikt nas nie chce.
Odpychająca jest jedynie tylko osobność w spotkań trafie
w zderzeniu, które się wypiera.
Ciepłota spadła już do zera
zima jest przecież. Nie daj jej się,
nie daj się sobą poniewierać.

Znaczące są niemrawe gwiazdy. To ognie zimne. Namiastkami
w pretekstach czystych słów zabitych, słanych  kartkami świątecznymi
jak starość sucha i wymyta.
Więc nie pisz nic. To ciszy szept
ot, minimalizm po nas przyszedł.
To nie Szczepanik ani Becket.

Nigdy nic nie pisz, gdy nie musisz. Święta są dla tych, co się boją.
Nas nic już więcej nie przestraszy. Jest tylu Świętych, co Judaszy.
Dystrykt, to też dramatu scena
w przypływie nowych, co przyjdą klisz
i filmu nie ma, taśm już nie ma
jeśli nie musisz, nic nie pisz, pisz…

svgallery=christmas

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

GATHER

Nikt nie chce w recyklingu świata być tym z odzysku w instalacji
neonem. Świecić zdjęciem z szyldu! Nikt, jak Pinokio wystrugany
nie chce powstawać. Jego plany nie są już żadnym planem Boga.
Nikt nie ulegnie, chociaż podaż równa się często tylko cenie
transportu i przysposobienie, to rzecz bezpłatna, rzecz dotacji
ciał urzędniczych i machiny, by trwał wciąż obrót. Tak, to podaż,

to wciąż bezbłędna kalkulacja, kto ma być tym, co na imprezy
stawia się karnie i w nie wierzy, że posłannictwo dopuszczenia
go przeobraża i wycenia. A tylko silni ciągną sznurki
bez skrupułów, bo nikt nie zechce się poczuwać. Nikt już nie wierzy
w dar boski i w wyodrębnienie. Towar ma swoje przeznaczenie,
być tym i tamtym to za dużo. Dlatego jedni się zasłużą

wspinania drugich pomaganiu. (Reinkarnacja to rzecz nasza –
za życia można sprzedać znowu towar z odzysku. Tss! sza! sza, sza!)

svgallery=gather

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | 6 komentarzy

SEATTLE

Świat się rozpryśnie w złota wory! Rozsypie podmuch gigantyczny
cekinów, pereł, szkieł dymionych i lampek rój, i świecidełek,
i wszystko dane na talerzu, wszystko w zasięgu tylko ręki!
Ten świat jest twój. Ja wizytuję jedynie nocą twoje lęki.

Drzwi uchylone. Moja głowa włożona, by hałas uliczny
w zgiełku niewiedzy, w rojnym stanie uporządkować, dać nadzieję
i wyjść. I nic już się nie zdarzy. Nic, prócz pustyni i pustkowia
tam, gdzie są tylko: myśl i słowa.

Pamiętasz, kiedy w roku ósmym mojego tutaj przebywania, w roku przełomu,
się zdawało, że jest tak dużo! Było mało,
było tak tycio i tak nikle, tak trzeba było to rozniecać, że kłaniał
się kalendarz nisko, by nim przyziemnie nie uderzać, by się nie kłaniać byle komu,
i, by kłanianie nie bolało.
Może to przewidziała Ania,
może Josif Wissarionowicz, może i wiedział to Obama, że czas się żuje,
a nie traci. Gumą jest wtedy, gdy bogaci nas wrażeń nowych kicz podniebny!
Potem jest zwrotem. Te drobiny wymiocin barwnych, których mało
zostawia pamięć na osłodę, to są obrazy. Seattle to miasto ciągle młode
nawet jak geriatryczne trwanie w nim się zalęgnie, to kochanie
zawsze istnieje w stanie czystym. Bo Seattle czuje,
Seattle widzi, węszy i błyszczeć się nie wstydzi. W noc,
w której twe sny neurotyczne w obsesji kobiet, nieosiągalnych nigdy przecież
jedynym szczęściem są na ziemi. Twe miasto w małym jest powiecie.

svgallery=seattle

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz