KASZTANY JADALNE str. 3

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 7 komentarzy

KASZTANY JADALNE str. 2

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

FREUD II

Freud, przez całe życie poszukujący stałej determinującej zachowania ludzi, odrzuca wszystko, co skłamane, a jeśli natrafia na to, czemu może zaufać, odrzuca ufność.

„Czyż to nie Freudowskie erotyczne ciało, podtrzymywane przez libido i zorganizowane wokół sfer erogennych, jest właśnie takim ciałem nieanimalistycznym, niebiologicznym? Czyż nie to ciało (zamiast animalistycznego) stanowi właściwy przedmiot psychoanalizy?”
– pyta Slavoj Žižek

A jednak Freud pyta o coś bardziej uniwersalnego i jeśli jego trop pada na Kompleks Edypa, jest to odkrycie zastępcze.
Portrety kobiet skreślone entuzjastycznym piórem przez współczesną nam biografkę Freuda Linde Salber –  psycholog z uniwersytetu w Koloni – zawierają podobieństwa życiorysów. Uderza w nich spełnienie kobiet wyzwolonych zarówno z upiorów wiążącego ich kulturowego układu zamykającego na myślenie, skazującego na tabu i niekwestionowalność. Umierają w późnym wieku jako twórcze staruszki kierujące nie tylko samochodami, ale własnym życiem. Otwierają się na siebie, na swoje sumienie, na analizę języka, kodów i tajemnic.

Realista Freud był przeciwny „poezjowaniu” i „poetyzowaniu”. Na swojej słynnej kozetce ograniczał jak mógł wynurzenia odbiegające od codziennego życia, nakłaniał pacjentki do wejścia w siebie i obcowanie tylko ze swoim ja, a nie z urojonymi wizjami. Wreszcie łamał lekarski dystans zaprzyjaźniając się z pacjentkami i zjednując ich dozgonną wdzięczność i wierność.

Przerażające zdumienie Freuda wobec zachowania się tych “jaśniejszych” Niemców wobec nazizmu, którzy jak on mentalnie tkwili w całej spuściźnie kulturowego dziedzictwa tej cześci świata, nie tylko uświadomiło mu zło płynące właśnie z niego. Bezsilność „jasnych” wobec „ciemnych” nie leżała w kulturze, jak nie leżała w niej deformacja kobiet, które, wyzwolone, potrafiły spełnić się w swoim człowieczeństwie.
A jednak Freud to krytyk kultury i jeśli dostrzega, że w czasach kryzysu wartości jest ona zasłoną dymną dla zachowań zupełnie niekulturalnych, to kruchość i zbędność kultury staje się zarówno przyczyną, jak i skutkiem.
W eseju „Kultura jako źródło cierpień” Freud pisze:

„Wspólne zainteresowania – właściwe mu, jako wspólnocie pracy – nie utrzymałyby go, albowiem popędowe namiętności są silniejsze od zainteresowań racjonalnych. Kultura musi używać wszelkich środków, aby ograniczyć agresywne popędy człowieka i pohamować ich objawy za pomocą psychicznych reakcji reaktywnych. Stąd więc obfitość metod, które mają skłaniać ludzi do wzajemnego upodabniania się i do hamowanych związków erotycznych, stąd ograniczenie popędu płciowego, a także idealny nakaz miłowania bliźniego swego jak siebie samego, który w istocie można usprawiedliwić tym, że nic bardziej nie sprzeciwia się pierwotnej naturze ludzkiej. Jednakże do tej pory mimo wszystkich tych wysiłków dążenia kultury nie dały wielkich rezultatów.”

Dzisiejsza alienacja kultury od roli elitarnej w kierunku masowości – i jak wcześniej to Freud zdiagnozował, jej masochistycznego charakteru –  nie tylko nie chroni wartości moralnych człowieka, ale eliminuje możliwość międzyludzkiego porozumienia
Pół wieku potem Georges Steiner napisze:

„Spełniło się fin de siecleowe przypuszczenie, że język przestanie być adekwatny do ludzkich doświadczeń i z nimi zgodny, gdyż jego skażenie przez kłamliwą politykę oraz wulgaryzacja przez masową konsumpcję uczynią z niego narzędzie bestialstwa. W samym sercu krytyki języka, strapionej rebelii przeciw słowu leży prorocza bojaźń, przeczucie nadchodzącej grozy. Mamy na to liczne dokumenty. Przytaczałem już zatrważającą przepowiednię Krausa co do wykorzystania ludzkiej skóry, trudno znieść antycypującą moc „Kolonii karnej” Kafki, a przecież psychologiczne, diagnostyczne źródła owych precyzyjnych przepowiedni pozostają tajemnicą.
(…)
Dzisiaj widać przynajmniej, jak głęboko naruszyło to pojęcia tworzenia i odkrywania, stanowiące przedmiot naszego namysłu. Dramatyczne zmiany dokonały się w kluczowej dla przeszłości sferze tekstowości, a w efekcie problematyczne okazały się moż¬liwości odczytywania, pamiętania i przedstawiania naszego ży¬cia: w jego wymiarze wewnętrznym i społecznym, imaginatyw¬nym i empirycznym. „Księga życia” czy „Księga objawienia”, le Livre, które u Mallarmego, Joycea czy Borgesa miały zawierać treść wszechświata, są dziś boleśnie metaforyczne, podobnie jak wszystkie owe obrazy i konotacje odsyłające do twórczości, do au¬torstwa, do sprawiania, które wiążą się z nimi od początku narracji literackiej i władczej narracji. Heine, w którym judaizm łączył się z niemczyzną przepowiedział, że tam, gdzie palą książki, będą pa¬lić też ludzi. Niewykluczone, że jesteśmy świadkami jeszcze więk¬szego (także jeśli chodzi o moce twórcze) pożaru.”

Steiner upatruje źródło rozpadu języka w freudowskiej psychoanalizie:

„To stąd ledwie skrywana przez Freuda nie¬chęć do poetyckości i fanatyczna niemal walka o to, aby psycho-analiza znalazła miejsce obok klinicznych nauk biologicznych. Ten mistrz narracji i mitu nieustannie marzył o fundamentach neuropsychologicznych (które nigdy nie powstały). Nienaukowy język i nienaukowe opowieści są miarą jego geniuszu, niemniej jednak przyświecała mu utopia cywilizacyjnej „dorosłości”, której atrybutami miały być weryfikowalne kryteria nauki.”

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

KASZTANY JADALNE str. 1

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 4 komentarze

FREUD I

Czytam kolejną biografię Linde Salber. Po moim czytaniu i pisaniu blogowym o Anais Nin upłynęło kilka lat a Linde Salber wydaje kolejne biografie.

Każdy znajdzie u Salber to, czego nigdzie nie znalazł. Np. że Sigmund Freud był ulubieńcem matki, ostentacyjnie faworyzowanym i reszta rodzeństwa temu priorytetowi była restrykcyjnie podporządkowana. Gdy Freud, mający zawsze osobny pokój rozpraszał się grą siostry na fortepianie w sąsiednim pokoju, zakazano jej gry. Wybór matki jedynego potomka do miłości zaprocentował szybkim rozwojem dziecka i jego pewnością siebie. Utalentowane siostry Freuda były bez szans.

Ale, mimo, że Freud kochał całe życie jedną kobietę i nigdy jej nie zdradził, to zakochane w nim były wszystkie, które go na swojej drodze spotkały. Nie inaczej jest i z jego nam współczesną biografką Linde Salber.
O dalszych losach Freuda wyjętego już z ramion matki i włożonego do bardziej demokratycznych rodzinnie ramion żony, gdy trzeba się już dzielić, a nie starcza na wszystkich, biografka pisze z wyraźną troską zaniepokojona, że uczony swojej teorii nie zdąży dać światu.
Freud pełen wyrzutów sumienia pisze w liście:

„Strasznie mi przykro, że nie mogę Wam tego zapewnić. Żeby cieszyć się tym wszystkim w siedem, dziewięć czy choćby tylko w trzy osoby – krótko w undici, dódici, tredici, trzeba mi było zostać nie psychiatrą i rzekomym twórcą nowego kierunku w psychologii, lecz fabrykantem czegoś powszechnie użytecznego, jak papier toaletowy, zapałki, guziki do butów. Na przekwalifikowanie się jest już od dawna za późno, tak więc nadal rozkoszuję się tym, egoistycznie, chociaż z zasadniczym ubolewaniem, sam”.

Ale tak naprawdę, to bohaterem książki jest Król Edyp i jego kompleks.

(fragmenty w tłumaczeniu Elizy Borg)

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem, dziennik duszy | Dodaj komentarz

SALSA KARNAWAŁOWA (BAILA MORENA) ZIMY 2009

cywilizacja wiedzie tańczących
sandał przeszłości wzbija kurz
żebro wyrasta z nowych jej kłączy
ty wytańczysz metaforę
odrzucić, co było zawsze chore

skóra tańczących słodka
nęcąca powierzchnią i od środka

jak księżyc obcych blada,
czarna jak dobra rada
purpurowa pigmentem
najpiękniejszym człowiekiem na ziemi

tańcz rytmem odurzony
tańcz nowe pięknie z wdziękiem dawnym
krokami liczonymi
krok wolny nie paradny

tańcz to czyste tony
tańcz jesteś odwieczny i odważny
twój sandał jest zgubiony
wzorce gdzieś w noc przepadły
tańcz po to świat stworzony
by pytać ciągle tańcząc
salsę szaleńczą z szarańczą

cywilizacji pędy zdrowe
otworzą ci opowieść

tańcz, to tańczenie da taką korzyść
jak się naturze rodzi owoc
tańcz w koszulach poszarpanych
z moreną, którą wiózł lodowiec

jak księżyc obcych blada,
czarna jak dobra rada
purpurowa pigmentem
najpiękniejszym człowiekiem na ziemi
tańcz rytmem obudzony
tańcz nowe pięknie z wdziękiem dawnym
krokami liczonymi
krok wolny, nie paradny

tańcz to czyste tony
tańcz jesteś odwieczny i odważny
twój sandał jest zgubiony
wzorce gdzieś w noc przepadły
tańcz, po to świat stworzony
by pytać ciągle tańcząc

tańcz to czyste tony
tańcz jesteś odwieczny i odważny
twój sandał jest zgubiony
wzorce gdzieś w noc przepadły
tańcz po to świat stworzony
by wiedzieć ciągle tańcząc

Zaszufladkowano do kategorii Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

WALC KARNAWAŁOWY (UNE VALSE A MILLE TEMPS) ZIMY 2009

Tańcz na mrozie swego walca,
nie jak niedźwiedź, lecz jak śnieg!
Taniec leczy cię z poddaństwa
stąpać to tańczyć, a nie biec!
Wdzięk jest w ekran twego miasta
wbity jak losu pieczęcie:
tatuaż ramion, zamiast
liter, pisanych w rzędzie.

Walc to jeszcze smak,
śni się go ciągle na tak,
ciągle wolnym na tak.

Miłości danie:
umiłowanie!
Choć bez nadziei
że zimna atak
twe zmieni przesłanie
twą zmieni pamięć
w pomnik. A zamieć
zetrze powietrzem
przestrzeń wolnych lat.
Nasz pakt o istnieniu
zwiążesz w milczeniu,
i nas w te wiążące
śnienie ciągle na tak,
wszystkie papiery
napisane wspak!
Nasze na cztery,
walca takty,
jak nietakt zgody,
na śnieg i chłody,
to walca atak,
to skok i napad,
świata maniery,
tamtych dusery,
zgubne kariery,
trądu, cholery,
tamtych szulerów,
tych małej wiary,
w niezłomność kry…

Na twych ramionach
tatuażu litery
bez mroźnych zasad…

Tańcz…

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

Astolphe de Custine „Listy z Rosji”

Emil Cioran w „Dziennikach” napisał:

„(…) Ponowna lektura Custine’a (Listy z Rosji). Nie znam książki bardziej przenikliwej i proroczej. (…)”.

Dalej Cioran rozszyfrowuje po tych tropach cechy swoich rodaków. I ja się z nim zgadzam. Nie znam lepszej książki, bardziej uniwersalnej i metaforycznie określającej naszą dzisiejszą polską sytuację nie polityczną, a obyczajową i kulturalną.
Czytam w komentarzach „Rzeczpospolitej” taki wpis polskiej turystki:

„Zjawisko to należy do tak powszechnych, że przestaje mnie już nawet zaskakiwać. Najpełniej jednak potrafią rozwinąć swoje chamstwo podczas przeszukiwania bagaży. Pamiętam scenę, gdy stałam obok starszej kobiety, właścicielki dużego wora z drewnianymi pisankami i innymi drobnymi drewnianymi przedmiotami. Była to po prostu biedna osoba, która wielkim nakładem sił własnych, ciągnęła te “skarby” na handel. Podszedł do niej młody celnik i zwrócił się dowcipnie: “No, madame, po co ci tyle jajek? Do Wielkanocy jeszcze daleko. Rozpakowuj, rozpakowuj, bo cię wyślę na Ukrainę, żebyś tam je wysiadywała”. Albo sytuacja, gdy celnik stał nad mężczyzną, który na jego żądanie rozkręcał jakąś część od samochodu. Zdaniem celnika czynność ta trwała zbyt długo, więc ponaglał swoją ofiarę słowami: “Szybciej, szybciej, bo jak ci zaraz przypierdolę, to zaczniesz się ruszać”. Jednocześnie zamachnął się tak, jakby chciał tego człowieka uderzyć.”

Czy coś podobnego opisała Olga Tokarczuk w swoich „Biegunach”, czy człowiek dowiedział się tam o tym, co trwa, a co Markiz de Custine na miarę kopernikańskiego przełomu odkrył? Nie. Czy ktoś, kto jak pisarka Tokarczuk, lata samolotami, przekracza granice, doznał czegoś podobnego w krajach Zachodu? Lotniska światowe zaludniane są nieprawdopodobnie różnymi turystami, z bardzo dziwnymi bagażami i potrzebami życiowymi.
Niestety, ostrze epokowych spostrzeżeń Custine’a też tępi konsekwentnie Maria Janion w swojej „Niesamowitej Słowiańszczyźnie” polemizując z Ryszardem Kapuścińskim, jakoby diabeł według niego tkwił w odwiecznej sakralizacji władzy w Rosji. Jednak, dywagując u progu naszego wchodzenia do Unii Europejskiej na początku nowego wieku pomija nie tylko schedę mentalną, ale i to co Custine odkrył stara się zupełnie tego nie rozumieć.

Rozumieć odkrycie Custine’a to zakwestionować siebie. Nikt z polskich intelektualistów nie zrobi tego dobrowolnie. Mógł o tym pisać Herling – Grudziński w „Dziennikach pisanych nocą” na emigracji, mógł Wojciech Karpiński zastanawiać się po niespodziewanym darze wolności politycznej naszemu pokoleniu.
Ale dzisiaj, teraz, kiedy wychodzą kolejne książki Mariusza Wilka zafascynowanego Rosją i jej „ludzkim” wymiarem, gdy nagradza się „Lód” Dukaja pisany postmodernistycznie, głupio, biorący palące znaczenia i wyobrażenia jako zwykłe estetyczne wycinki, kolaże sklejane bezsensownie, dla kogoś kto jeszcze pamięta ich pierwotne przesłania budzące słuszną grozę i przerażenie.

Custine bał się wydać listy nawet w wolnej Francji. Trzy tomy ukazały się w Belgii i wywołały falę protestów oraz wytykanie błędów, które w pośpiechu i bez możliwości sprawdzania popełniał, co od razu wykorzystano, by zakwestionować jego odważne epokowe dzieło.
Custine demaskuje odwieczne prawa rządzące światem, ukrywane i zacierane konsekwentnie, a posłannictwem artysty jest je odkryć. To, że jadąc na dwory rosyjskie nie dał się jak Sartre zwieść, nie leży w braku doskonałości kamuflażu. Custine dowodzi, że to on jest tym czujnikiem, tym aparatem, barometrem, wskaźnikiem prawdy bez względu, jak się ten aparat potraktuje i jakim zmyślnym zmyleniom się go podda. Prawda dzieła Custine’a wykorzystywanego przez publicystów i politologów doskonale sprawdza się w rodzinach, w szkołach, na uczelniach i wszędzie, gdzie jest jakaś kość do pozyskania, a chętnych jest wielu.
Takim ewidentnym przykładem jest polskie życie artystyczne, gdzie zdegenerowane instytucje powołane do chronienia artystów preferują osobników o psychicznych predyspozycjach przystosowawczych.

Sztukę dzisiaj tworzyć jest niesłychanie łatwo. Produkcja czegoś niestrawnego, co nie zachwyca, co jest pozbawione właśnie sztuki, absorbuje fałszywych artystów tak bardzo, że słusznie w swoim mniemaniu poczytują sobie za największy sukces nie tylko przekonanie o jej wartości zdezorientowanych odbiorców, ale także pobranie za nią wynagrodzenia. Baudrillardowski „Spisek sztuki”, nie przewidział takiego jak teraz wysypu artystów w społeczeństwach postkomunistycznych, gdyż pokazuje według filozofa alarmującą sytuację społeczeństw wolnych z mimo wszystko jeszcze w miarę ludzkimi mechanizmami wspólnotowymi. W Polsce „spisek” nie rozciąga się między wójtem a plebanem i dziedzicem. Nie rozciąga się między lewicą a prawicą. Jest bezładnym, namacalnym festynem na cześć nie władzy, jak mylnie odczytywano Custine’a. Demaskacja nie polega na niewolniczej służebności. Custine udowadnia, że przecież, ani matuszki ziemi nikt nie kocha, ani władcy, który został zakonotowany, jako wyznaczony przez Boga namiestnik ziemski. Nie zwodzi ludzi Nowa Jerozolima, obietnica pośmiertnego szczęścia, gdyż duchowość jest w zaniku. Barbarzyństwo, chamstwo polega na wzajemnym terrorze z racji pozyskania najkrótszą i najszybszą drogą jak najwięcej. A sztuka to dojrzewanie, to wewnętrzna długotrwała praca o strukturze nie gimnastyki i treningu, a pracy duchowej bliższej medytacji i koncentracji, odkrywania coraz to głębszego poznania, a nie mechanicznej produkcji. Niewolnik swojego wyobrażenia kim jest artysta, zweryfikować nigdy nie może, gdyż jest uwięziony w tym wyobrażeniu. Stąd takie trudności w rozpoznawaniu prawdziwej sztuki, które, jak pisze Custine, jest w tak obciążonych wspólnotach nie tylko niemożliwe, ale zwyczajnie niebezpieczne.

Mnie książka Cusine dała jeszcze trop inny.
To tak jak chowanie dzieci w dyscyplinie i biciu lub w wolności i w codziennym otwieraniu ich na twórcze poznanie świata. Można otrzymać nawet i podobne rezultaty, ale w pierwszym wypadku plon będzie zazwyczaj zabity i martwy, drugi zrodzony do życia i radości, gdyż będzie wolny. To wbrew Marii Janion są opozycje, nie zawsze rozpoznawalne.

„(…) Skrajne zaciekawienie, jakie budziła w Rosjanach moja praca, w sposób widoczny zaniepokojonych rezerwą okazywaną przeze mnie w rozmowach, kazało mi sądzić, że jestem potężniejszy niż sobie wyobrażałem. Stałem się uważny i ostrożny, bo rychło odkryłem niebezpieczeństwo, na jakie mogła mnie narazić moja szczerość. (…)

(…) Uważam, że mam prawo sądzić nawet surowo, jeżeli tego wymaga moje sumienie, kraj, gdzie mam przyjaciół, analizować nie popadając w obraźliwe przytyki osobiste charakter mężów stanu, cytować słowa dygnitarzy, przede wszystkim pierwszej osoby w tym kraju, opowiadać, co czynią i wyprowadzać ostateczne wnioski z przemyśleń, jakie mi może zasugerować ta analiza, z tym zastrzeżeniem, żeby podążając kapryśnie za tokiem mych myśli podawać innym swoje sądy nie arbitralnie, lecz z podkreśleniem, że są to moje własne opinie — taką postawę można chyba nazwać uczciwością pisarza. (…)

(…) Jeśli sprzeczności, których nie sposób nie dostrzec w ich obecnym społeczeństwie, jeśli duch ich rządów, z gruntu przeciwny moim przyzwyczajeniom, wydarł mi czasem wyrzuty, a nawet coś jakby okrzyki oburzenia — tym większą wagę mają moje pochwały, też spontaniczne.
Ale ci ludzie Wschodu, tak przyzwyczajeni do wdychania i wydychania najordynarniejszego kadzidła, uważający się zawsze za wiarygodnych, gdy się wychwalają nawzajem, będą wrażliwi tylko na przygany. Wszelka dezaprobata wydaje im się zdradą, wszelką surową prawdę uznają za kłamstwo, nie dostrzegą, ile jest w moich pozornych krytykach delikatnego podziwu, ile żalu i — pod pewnym względem — sympatii w mych najsurowszych uwagach. Jeśli mnie nie nawrócili na swoje religie (mają ich wiele, a ich religia polityczna nie odznacza się szczególną tolerancją), jeśli, przeciwnie, wpłynęli na zmianę moich poglądów monarchistycznych w kierunku odwrotnym do despotyzmu, sprzyjającym rządom reprezentacyjnym, będą się czuli obrażeni tym choćby, że nie jestem ich zdania. Żałuję tego, ale wolę żal od wyrzutów sumienia. (…)

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano | 7 komentarzy