MONORAIL

No,
nowocześnie
na wydechu,
powietrznie,
wietrznie
oraz wiecznie
jadę, jedziemy w szlak przestworzy!
Miasto się w dole upokorzy
rojność i świateł rozpryśnięcie
nie będzie nas mamiło więcej!

Jedziemy przecież w świat wysoki
w świat jednonogi, jednooki
w jedność powietrza, jedność bycia,
nie zwiedzie nas metafizyka,
ani dowody, by dokonać
obsiadłych szpilkę praw Newtona!
Jedziemy sobie. Poziom zero.
nie poligamia
i nie stereo
nie, by na chama się przekonać
że można razem, tylko sfora,
nie, my powietrzne nieba łono
penetrujemy tylko mono!
Mono, mono,
mono!

svgallery=monorail

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | 2 komentarze

Seattle (Hopper)

Seattle Art Museum wznowiło swoją działalność w maju w ubiegłym roku z darowizną 1000 nowych obiektów wartości jednego miliarda dolarów, o czym poinformowała dyrektor Muzeum, Mimi Gates, żona Billa Gatesa.
Darczyńcy wypisani są szlachetną czcionką przed każdą salą, gdzie obok wysmakowanej pięknej sztuki egipskiej, greckiej, cudownych rzeźb i biżuterii, sztuki czarnej, indiańskiej, jest jeszcze ogromna kolekcja wyśmienitego malarstwa każdej epoki i stylu.

Trwa właśnie wystawa „Edward Hopper’s Women”, dumy amerykańskiego malarstwa.
Bogaty kolekcjoner Barney Ebsworth ma pozostawić dla Muzeum w prezencie jeden obraz, kosztowny i sławny „Chop Suey” który jest wizytówką wystawy. Są na nim namalowane dwie kobiety w strojach lat dwudziestych ubiegłego wieku. Siedzą w nowojorskiej chińskiej knajpie.
Obraz jest na plakacie, na okładce katalogu i w anonsujących wystawę materiałach muzealnych.
Dziesięć obrazów, z których siedem jest ogromnych, wraz z akwafortami i dwunastoma fotografiami dokumentującymi miejsca, w których obrazy były stwarzane są zupełnie inną jakością, niż tym, co z twórczością Hoppera zrobiono.
Hopper jest wizytówką Ameryki, jest na podkoszulkach, bibelotach, poduszkach i pocztówkach, został starty na proch w masowych multyplikacjach i zbanalizowany dokumentnie.
A jednak w tych pięknych salach Muzeum Seattle lśni na nowo swoim pierwotnym modernistycznym blaskiem.
Hopper jest wielki być może z powodu ascezy i chłodu zrównoważenia. Nie wiadomo, co jest w Hopperze, jak osiągnął doskonałą spójność w oderwaniu się obrazów od, w końcu bardzo sformułowanych i konkretnych obiektów. Poszczególne warstwy, jakimi krytycy sztuki rozbierają Hoppera, nie mają znaczenia przy ich oglądzie intuicyjnym, gdyż modernistyczną sztukę można odbierać tylko wszystkimi jej działaniami równocześnie, cokolwiek ona przedstawia.
Tłumy odwiedzające wystawę nie świadczą ani o łatwości ich odbioru, ani o jej płytkości. Jednak przenikanie i kontaktowanie się nawet z niewykształconym estetycznie widzem jest fenomenem tego malarstwa, które kochają wszyscy.
A jednak Edward Hopper jest zupełnie czymś jeszcze innym, za co jest kochany i najprawdopodobniej jest przeciw tej miłości i jego wartość zupełnie tkwi gdzie indziej.

Hopper to nie tylko bezdenna samotność człowieka, który już jest w swoim technologicznym oderwaniu i od którego odwrotu nie ma. Kobiety siedzące w nowoczesnych środkach transportu, w fotelach przed oszklonymi oknami i witrynami, leżące na miękkich tapczanach są pogodzone z ceną, jaką przychodzi im płacić za wygodę, za sterylność i zarazem upiorność nowej rzeczywistości. Są zawsze po jakimś wydarzeniu, niekoniecznie tak totalnym i filozoficznym, jak egzystencja w nowym wspaniałym świecie. Myślę, że może są po jakimś osobistym przeżyciu (Hopper malował zawsze tę samą kobietę, swoją żonę Jo, malarkę, koleżankę ze studiów, którą poślubił jak mieli po czterdzieści lat i z którą był do śmierci, mimo, że kłócili się, a nawet i bili). Ale artysta skupiał się jedynie na wysiłku malarskiego przedstawienia i jakby cała anegdota, która jest teraz jakimś głównym doświadczeniem amerykańskiej nowoczesności i industrializacji, jest produktem ubocznym twórczego procesu artysty.
Malarstwo Hoppera mimo pozoru realizmu nim nie jest i osiąga to wszystko, co świat zewnętrzny utracił bezpowrotnie, a co jest jedynie możliwie osiągalne w sferze ducha. To malarstwo odchodzi od podmiotu nie dla jego nowej jakości, ale dla stworzenia równoległego świata. Ale nie odbitego i mylne interpretacje socjologiczne niszczą ten osąd. Nie jest też jego karykaturalnym wykpieniem, wulgarną drwiną. Świat Hoppera nie jest ani oskarżeniem, ani smutkiem za minionym. Hopper stwarza nowy świat nie w gloryfikacji amerykańskiej prosperity, gdyż światy przez niego powołane do życia są tragiczne i pełne egzystencjalnego niepokoju. Nie są diagnozą stanu ducha kobiet, które muszą założyć niewygodne buty z wysokimi obcasami, by w dalszym ciągu wabić i uwodzić, a jednak oddać się urzędniczej maszynie w wieżowcu na ostatnim piętrze.
Świat Hoppera to wejście, to przełom, to matrixowa transmutacja. Hopper nie ocenia, nie oskarża, nie krytykuje. Jest jak wielcy tego świata, jak Velázquez, jak Goya, duchowym świadkiem. Ale wie, że już jest na innym brzegu po doświadczeniach malarskich Moneta, po odkryciach środków malarskich płaskiego przedstawiania, po odrzuceniu kłamstwa iluzji i światła. Hopper robi to prosto, oczyszczająco, przez wybór i selekcję malarskiej syntezy, wtedy radykalne cięcia oddzielania światła od cienia są nie tyle banalną tajemnicą, co zabiegiem formalnym budowania przestrzeni alienujących człowieka. I cokolwiek się powie o egzystencji, o chrześcijańskim uwikłaniu, zawsze zimo tych obrazów będzie bez Boga, będzie rejestracją człowieczego opuszczenia i tylko jego istnienia. Nie jest to świat robotów ani kosmicznych stworów. Kobieta w jej zużyciu, w jej wabiącej funkcji jest w dalszym ciągu odwiecznym człowiekiem, który właśnie przechodzi jakąś swoją kolejną kulturową mutację.
To w tym seattleńskim wyborze doświadcza się cywilizacyjnej depresji bez sentymentu i współczucia. Doskonała równowaga środków malarskich i intelektualnych pozwala w tej modernistycznej harmonii znaleźć optymizm. Po Hopperze sztuka rozwarstwiła się na swoje kolejne wygodne mutacje, kino zachłysnęło się kiczem technologicznych możliwości. Ale jeszcze tutaj, w tych muzealnych salach, które coraz częściej służą jedynie do kolekcjonerstwa i katalogowania, doświadcza się tego przełomu na własnych oczach.

Hopper malował podobno wolno, pięć obrazów w ciągu roku.
Malował głównie terpentyną dodając farby olejne stopniowo przy minimalnym użyciu oleju. Nasycał powierzchnię kolorem, aż do uzyskania świetlistości i finalnej wspaniałości formalnej, co łączy to malarstwo z dokonaniami największych kolorystów. Chciał malować światło i wszystko obok było tylko pretekstem. To, że inspirował film, a filmem go też inspirował, to, że był doskonale wykształcony, że do końca czytał Emersona i podziwiał Hemingwaya, to też to, że z niego czerpała literatura, nie tylko czarny kryminał, to wszystko jest tylko dowodem na ciągłość kultury i na konieczność tej ciągłości.
Podobno nie tylko Hitchcock kopiował swoje kadry, ale robi to dzisiaj Jarmusch. Myślę, że czepią z niego wszyscy, jak zawsze zniekształcając i profanując jego czystość.

svgallery=hopper

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

OREGON

Tak delikatne są wybrzeża jak przestrzeń spotkań między nami
staje się w oczach. Niuansami buduje oko obrys skalny
a tam historia fal rozbitych,
a tam szlachetny ślad krokami
odmierza rytm sensów ukrytych
przed ich nowymi znaczeniami…

Ta wyspa ptasia, co wyrasta z morza, by pianą bił fal żywioł
żyje osobno, lecz wzrok chciwy ogarnia ją i przysposabia.
Włącza w jestestwo i wspólnotę,
a twoje palce gdzieś w upływie
pieszczot się gubią. Śledzą potem
nieznane. W pustce czyniąc wyłom

który kolonie morskich ptaków na gniazdowanie i przetrwanie
śle ruchem dłoń świadoma tylko, przyciąga do jedności świata.
Ocean wszędzie łączy kroki
mimo, że świat się w Oregonie
budzi, gdy przetną ciszę foki
a niebo, skrzydła pelikanie!

Kurtyna zamknie się przed czasem koniugacjami czasowników
rdza skał perłowym niebem piasek plaż mgłą z szarością wód zamiesza
w jedności z być. I wtedy powiedz:
czy dać mam klucz od nowych świtów
do morza skał ochronnych tobie,
od groźby ssaków-drapieżników?

svgallery=oregon

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

HARASZTHY

Robertowi Mroczyńskiemu

Nie mów mi nigdy, jeśli nie ma, jeśli nie będzie i nie było,
o obfitości innej strefy, w innej przestrzeni i godzinie.
Brną w świetności egzotyczne smaki i kolor świeżej słomy,
niby i złota, i rubinu; a każdy przecież podrobiony!
(bo nie ma winy w młodym winie)
Patrz, co winnicom daje miłość:
na wzgórzach winny szczep rozbłyska
patrz, to ich klimat: Buena Vista!

Tam, gdzie artystom dano siarkę,
gdzie pili bełty lane w szklankę
tam, gdzie nie było winobrania,
a wino pito bez szemrania
gdzie się rachunki nie zgadzały
a jednak pito, jednak cały
świat pił, by wypić wszystkie ścieki
i scalić się, by być człowiekiem,
tam się niczego już nie szczepi
prócz psów. Że będzie lepiej,

nie mów mi nigdy, w chwilach może
spokojnej wiedzy, gdy na dworze
jeszcze jest dobry widok na nie
zakryte oczom dojrzewanie,
o tych, co trupy w wdzięcznej pozie pływają może
w trunkach kosztownych i zamożnych. Ale gorzej
gdy się wykluczy. Test ojcostwa was przekona
brak pokrewieństwa. Brak Haraszthy’ego Agostona.

svgallery=winiarnie

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

SOPHIE’S COMIC CAFE

Nie będzie czas zamieniał trwania! Mądrość, to nie
prorokowanie! Ach prowokacja? Poród? A więc
i prokreacja! Po pół wieku
jak przyszpilone tkwi w człowieku
wyobrażenie, że na ścianie
są te przedmioty nie tak tanie
marzeń bezsennych nocy w wierze,
że je ktoś tamtym i wnet zabierze
i nam przyniesie. Ot, namiastka
postnych dni moich…

Tego miasta w kawiarni sławnej o wystroju
przełomu wieku, gdy niemrawo
spłodzić mnie miano w niepokoju
są te przedmioty, co na ścianie,
potrzebne przecież w domu mamie
przybędą kiedyś w czasu sferze
produkcji. Ale w Vancouverze
czas sobie zakpi z nich, gdy kawą
próbuję zalać morze rojeń, co za stołem

w porcie rozbija resztkę żagli.
Może i morze mi pokradli w tych pięćdziesiątych
latach znużeń? Ja, efekt czyjś gdzieś zaburzeń
seksualnego szczytowania? Mnie tam w noc czarną, gdzieś w piernacie
poczęli ludzie. A tu bracie, tutaj wieszano bibeloty
za które dziwka każdej nocy dawała by za te precjoza
każdy centymetr swego łoża
każdą cześć nawet i nie swoją
dawałaby, wciąż będąc gołą!

Inny jest czas i inny kraj
jem obiad mając w głowie
zbliżenie zdjęcia canady dry
w dzisiejszej Sophie’s Cosmic.

svgallery=cafe

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | 8 komentarzy

BLOEDEL CONSERVATORY

Nie mam już czasu. Tylko przestrzeń,
a ta, zależna nie jest tobie.
Przestrzeń, to różnorodność wierzeń –
czerń nic nie powie.

Kiedy się wstaje,
kiedy musi,
kiedy, choć przeszło się zwątpienie
w ludzką przychylność, w to, co człowiek
zwyczajnie chce, gdy się rozstaje:
pętlą przeszłości się udusić,

wchodzi w ogrody.
Wchodzi niemy,
ptaki gadają i gadają.
Fikcja jest tylko znakiem szkody
na mózgu. Znakiem ściemy
udostępnionej tylko rajom
ze słów nieczynnych. Z nich poręcze
mostów i kładek nad źródłami
rzucają cienie, by kakadu
Charlie miał miejsce wraz z ptakami
na swoje gadu, gadu, gadu,
na swoje barwy rajskich ptaków,
na przestrzeń, w której brak już znaków!

Nigdy nie wrócę. Bramy raju
są wirtualne, przenikliwe
czas się wypełnił w zmarnowaniu.
Nie mam go. Wybacz.

svgallery=ogrody

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | 4 komentarze

Vancouver I (gender)

Łagodny klimat Vancouver, wbrew śnieżnym konotacjom ulicznych wlepek na chodnikach zapowiadających zimową olimpiadę w 2010 roku, powoduje płciowe przemieszanie. Na Maple Street pamiętającej demonstracje hipisów sprzed pół wieku młodzież pod koniec listopada obok zimowych botków nosi plażowe japonki, a trzymający się za ręce dwaj mężczyźni szkockie spódniczki do owłosionych gołych nóg.

Wystawa w Vancouver Art Gallery będzie trwała do połowy stycznia następnego roku i jest efektem jej triumfalnego pochodu przez miasta Ameryki. Od Los Angeles, gdzie została zorganizowana przez Museum of Contemporary przeszła przez National Museum of Women in the Arts w Waszyngtonie do Modern Art (MoMA) w Nowym Jorku (w jej oddziale na Queensie, a nie na Manhattanie).

WACK! ART AND THE FEMINIST REVOLUTION jest tytułem wystawy powielonym na ulicznych plakatach i tytułem albumu ogromnego i grubego sprzedawanego w sklepiku galerii za pół setki dolarów kanadyjskich.
Podobno wystawa miała mimo entuzjastycznych polskich reperkusji (z uwagi na obecność polskich artystek) szereg negatywnych analiz recenzenckich, szczególnie przy okazji nowojorskiego pokazu, co być może wpłynęło jeszcze bardziej na jej popularność i pikanterię.
Podobno skutkiem rewolucji feministycznej sprzed pół wieku – a o tym jest głównie wystawa – nie było, paradoksalnie powiększenie liczby artystek na świecie. Ich nadprodukcja i przewaga studentek na wydziałach artystycznych uniwersytetów i na akademiach sztuk pięknych, co jeszcze dwa wieki wcześniej było heroicznym wyczynem – nie spowodowała ich wzrostu, ani jakości. Statystyki odnotowują zaledwie szesnaście procent obecności płci żeńskiej na dzisiejszych liczących się wystawach światowych i nie jest to, przy bardzo ekspansywnym i krzykliwym sposobie promowania sztuki feministycznej liczba zagrażająca męskiej dominacji.

Zobaczyć tę wystawę w vancouverskie przedpołudnie, gdy przepiękna zatoka zalana jest słońcem, a miasto kusi i wabi, i oddać jej czas, opłacając kosztowny wstęp i wdając się w kłótnię z pilnującym, który nie pozwala fotografować ani centymetra tej wystawy, to nie lada wyczyn przyporządkowany masochizmowi, o którym na wystawie aż huczy. Ale ponieważ wystawa dotyczy lat mojej licealnej i akademickiej edukacji artystycznej, gdy nie miałam pojęcia, co się równolegle w wielkim świecie wyrabia, musiałam ją obejrzeć.

Otwiera ją abakan Magdaleny Abakanowicz, jak sfinks strzegący wejścia do kilku ogromnych sal pięknego gmachu kanadyjskiej galerii. Jest szkarłatny, utkany z modnego za moich czasów, jedynego dostępnego tworzywa polskich artystek, mianowicie sznurka do snopowiązałek, o którego braku co jakiś czas donosiły gazety alarmując, że z tegorocznych dożynek będą nici, jeśli na czas chłopom tego sznurka przemysł konopiarski nie dostarczy. Widocznie artystki polskie zużywały go w ilościach zbyt dużych, powodując taką dysharmonię w resorcie rolnictwa, co jak widać zaowocowało sukcesem w innym. Bowiem szkarłatna wagina monstrualnych rozmiarów Magdaleny Abakanowicz jest też znakiem firmującym tę wystawę w licznych publikacjach papierowych i sieciowych.

I wchodząc dalej już trwa permanentna histeria odarta ze wszystkiego, o co męskość z powodzeniem artystycznymi środkami wyrazu próbowała przez wieki wyartykułować. Bardzo dobrze i klarownie skatalogowano wszystkie aspekty tej sztuki, co czyni ją niestety jakimś prawniczym donosem i spisem kobiecych krzywd, jednak tylko dzięki umieszczonym na ścianach krótkim wprowadzeniom w problem, można się w tym wszystkim połapać.
Charles Baudelaire, który sto lat wcześniej gloryfikował szminkę i sztuczność kobiecego wizerunku, jako kulturową sublimację wyższą jakościowo od siermiężnej naturalności, przewraca się w grobie oglądając dosłowność kobiecego ciała w obscenie, niesmaku i brzydocie.
Oj, czego tu nie ma! Video, które, jak w każdej charytatywnej akcji ustami wypielęgnowanych kobiet oskarża świat o zły los niewiast wschodu, o ich niewolenie, kastrowanie i bicie, jest w tak stuprocentowej socjologii może i nawet właściwe. Ale potem wszystko rozpada się i już chodzi o pokrwawione majtki, rajstopy wypchane żwirkiem, sfilcowane sweterki, filmowy onanizm tak odstręczający, że jego zakaz w tym wypadku aż się prosi. Sala pełna materacy, z których zrobiono kabinę, gdzie wygodnie leżąc można oglądać do woli wystąpienia sprzed pół wieku dzisiejszych osiemdziesięcioletnich Ew, o które tak usilnie pytał w wierszu „Staruszeczki” Baudelaire, a te w modzie końca lat sześćdziesiątych, w czarnych okularach są już trochę ze swym buńczucznym zacietrzewieniu śmieszne i patetyczne.
Wystawa w histerii, krzyku i skomasowaniu tak ogromnym 120 artystek z 23 państw jest rzeczywiście rewolucyjna w swoim sposobie przekazu. I skuteczna. W to niedzielne łagodnie przedpołudnie listopadowego wybrzeża, gdzie na kwietnikach chwieją się jeszcze ostatnie hortensje, a fiołki alpejskie amarantowe i białe mają się bardzo dobrze, zgromadziła tłumy oglądających.
W galeryjnym sklepiku otyłe kobiety w starszym wieku oglądały album z wystawy i przymierzały się nie tylko do jego zakupu, ale do setki równej wielkością albumów poszczególnych artystek, biorących udział w wystawie.

svgallery=gender

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | 2 komentarze

THANKSGIVING DAY

A kiedy szło odwiecznie w górę dziękczynne ofiar rozwarstwienie
nie pytał nikt o sen spełnienia. Nie było miast, jak rozświetlenie
mózgu. To mechanicznie świat poszerza!
Nie było w nim przestrzeni wolnej dla abnegata lub żołnierza,
na skórze centymetra barwy wolnej od kajdan tatuażu,
nie miała racji bytu nazwa raz pozbawiona słów bagażu
w intencji. Dzięki. Choć zbiór jest skąpy
w listopadowy czas pokątny
kiedy się zdaje, a zdawanie
nierówne przecież pełni żadnej. Pewne panie
znają sposoby, gdy pod drzwiami
stoją, słuchając rozmów tajnych – przecież nie będą nigdy z nami.

svgallery=giving

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz