MOST

I kiedy przerzucali mosty, kiedy się świat na oczach zmieniał
nikt się nie dziwił niemożliwym. Więc ja tu stoję w środku nieba,
między lazurem a lazurem. Most – nóż syrenki Andersena
wbija się w nogi. Stoję niemo. Stoję wśród tłumu. A to cena
aby dwa końce mostu złote oparły przęsło o dno morza
by liny pchały go do góry i by się żywioł nie rozgorzał
w mgły zapomnienia, w ogień słońca, w księżyca zimno i martwotę,
bym miała jedność tylko z tobą, a wszystko inne tylko potem
ważne jest, kiedy lustra nieme krzywią w grymasie ust tak wielu
byśmy się w lot puścili wspólnie przeciw ciążeniu. Tylko w celu
odkrycia praw należnym dla nas, bo to pomiędzy nie trwa wiecznie
a wieczne tylko budowanie. Obok jest piękno. Waszych pięt
dosięgnie złoto Golden Gate?

svgallery=most

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Kalifornia III (beat generation)

Dzisiaj wchodząc w sąsiadującą z Chinatown włoską dzielnicę North Beach trzeba minąć szereg wylewających się na ulicę smakowitych restauracji i dotrzeć do księgarni City Lights Bookstore. Księgarnia po pół wieku działalności nie utraciła swojej niezależności, prowadzi sprzedaż literatury alternatywnej i zachowuje anarchistyczny klimat. Trzy kondygnacje prezentują wszystkich awanturników, wichrzycieli i anarchistów od starożytności po dziś dzień pochodzących z każdego punktu na świecie, gdzie wypływają zbuntowane słowa.
Naprzeciw jest Vesuvio’s Bar, gdzie można zamówić napój o nazwie Jack Kerouac.
Te legendarne miejsca są mekką wszystkich, którzy przeczytali „W drodze”, którzy chcą zobaczyć gdzie powstał „Skowyt”, gdzie pito, dyskutowano i palono marihuanę.
Dzisiaj amerykańscy artyści przenieśli się do Yerba Buena Centre for the Arts wokół ekskluzywnego, otwartego trzynaście lat temu pięknego budynku który zaprojektował Mario Botta dla SF MOMA w którym umieszczono dokumentację plastyczną tych wydarzeń. Ale pielgrzymki z Europy Wschodniej ściągają właśnie tutaj.

Pięknie sformułowała Hannah Arendt problem rewolucji amerykańskiej w cyklu wykładów „Stany Zjednoczone a duch rewolucji”, prowadzonych na Uniwersytecie Princeton w latach sześćdziesiątych. I może tam jest właśnie klucz do tej bezcelowości wszelkich wycieczek turystów krajów zniewolonych do tego miejsca, do San Francisco, do sakralizacji ludzi i ich twórczości.
Poszukując odpowiednika polskiego beat generation na polskim portalu internetowym, które przecież znam jedynie z czasów radia Luksemburg i Wolnej Europy, a radiostacje te z trudem przekazywały nam jakieś zniekształcone odpryski, czytam na polskiej wikipedii, że odpowiednikiem tego fermentu była postać serialu o Tolku Bananie. Jest to wyjątkowo trafna uwaga autora tej notki jak i przykłady piosenek (Kwiaty we włosach) i piosenkarzy tych lat.

Hanna Arendt porównując rewolucję francuską do amerykańskiej, jako główną różnicę podaje uzyskanie wolności w Stanach Zjednoczonych, nie do nakarmienia głodnych, ale do pozyskania przestrzeni publicznej. „Bądź takim, za jakiego chciałbyś uchodzić w oczach innych ludzi”– nauczał Sokrates.
I może amerykańska beat generation tak naprawdę nie jest tylko przeciwko wojnie w Wietnamie, nie jest rewolucją seksualną, nie jest ani huxleyowską gloryfikacją narkotyków. Nie jest nawet, jak się teraz pisze, wyciekiem z laboratoriów CIA, która potem robiła eksperymenty medyczne na narkomanach ulic San Francisco.
Amerykańska wolność zapisana w Konstytucji jest według Arendt realizacją marzenia o pozyskaniu przestrzeni publicznej. Bowiem jedynie w kraju wolnym jest możliwość realizacji pierwotnej greckiej polis gdzie, jak mówił Sokrates nie marzy się o niczym innym tylko o spotkaniu z innymi, podobnymi sobie duchami. Daimonion Sokratesa to sumienie, które blokuje możliwość wyradzania się, wychodzenie poza jednostkę, poza własną, a nie zbiorową odpowiedzialność. Wolność więc nie polega na zaspokajaniu podstawowych potrzeb człowieka, którymi zwodniczo posługiwali się przywódcy rewolucyjni, zarówno francuscy, jak i sowieccy. Wolność jest pragnieniem zaistnienia jednostki we wspólnocie, nie na planie indywidualnym, ale zbiorowym przy zachowaniu swojej odrębności. Dlatego rządy totalitarne z powodzeniem hodują bardzo zadowolonych obywateli zaspokojonych materialnie i nie głodnych.
Polska stabilizacja gomułkowska a potem gierkowska zabezpieczała te podstawowe potrzeby produkując nawet polskich hipisów.
Arendt przytacza słowa Johna Adamsa:

„Człowiek ubogi ma czyste sumienie, a jednak się wstydzi (…) Czuje się niewidoczny dla innych i sam błądzi po omacku. Ludzie go nie dostrzegają. Tuła się i błąka niezauważony. W tłumie, w kościele, na rynku (…) otacza go tak głęboka ciemność, jakby się znalazł na strychu albo w piwnicy. Nie żeby spotykał się z dezaprobatą, osądem czy naganą; jest tylko niedostrzegany (…) Być całkowicie ignorowanym i wiedzieć o tym — to stan nie do zniesienia. Gdyby Robinson Crusoe miał na swej wyspie Bibliotekę Aleksandryjską, a zarazem pewność, że nigdy już nie ujrzy ludzkiej twarzy, to czy kiedykolwiek otworzyłby jakąś książkę?”

W Polsce pozbawionej wolności w wyborze przestrzeni publicznej, w kontrolowaniu i manipulowaniu jednostkami i przyzwoleniem, kto ma ją zajmować, prawdziwa wolność jednostki nawet w emigracji wewnętrznej nigdy nie była możliwa.

„Albowiem przemoc, pojawiająca się wśród ludzi, którzy nie cierpią już nędzy, jest inna, nie tak straszna — choć często nie mniej okrutna — niż pierwotna przemoc, z jaką człowiek musi podjąć walkę przeciwko konieczności.”

Pisze Arendt. I przytacza inne zjawisko skuteczności:

„Otóż nawet tam, gdzie utrata autorytetu jest całkiem jawna, rewolucja może wybuchnąć i odnieść powodzenie tylko wtedy, gdy istnieje odpowiednia liczba ludzi, przygotowanych na upadek władzy i jednocześnie dążących do jej objęcia, pragnących zorganizować się i działać razem we wspólnym celu. Liczba ta nie musi być wielka; jak powiedział kiedyś Mirabeau, dziesięciu ludzi działających razem może rozproszyć stutysięczny tłum”.

Ale nawet i takiej liczby nie można skrzyknąć, jeśli społeczeństwo nigdy nie zaznało prawdziwej wolności. Wyraźnie to widać w polskiej wolnej i demokratycznej strefie internetowej dotyczącej spraw kultury.
Przykładem są chociażby blogi i portale literackie.

svgallery=beatgeneration

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Czesław Miłosz „Widzenia nad zatoką San Francisco”

Amerykańskie przewodniki po San Francisco polecają tę książkę, jej angielską wersję na pierwszym miejscu. Nazwisko Czesława Miłosza związanego z tym miastem wymieniane jest wśród wielkich, ogólnoświatowych sław, które tu mieszkały, bywały, przejeżdżały i opisywały. Długa ich litania mieści się na kilku stronach każdego przewodnika jako chluba miasta.
Widzieć po czterdziestu latach San Francisco tak, jak widział je Czesław Miłosz to trud wielki i wielka różnica.

W tych esejach Europejczyka jest gombrowiczowska wyższość i niższość.
Zastrzega się, że światowcem nie jest:

„Jestem ciągle tym małym chłopcem, który za pierwszą swoją wizytą w większym mieście przestraszył się szumu wody w muszli klozetowej, bo myślał, że ciągnąc za łańcuszek, zepsuł nie znany sobie przyrząd. Prowadzony przeze mnie samochód jest dla mnie nadal zwierzęciem podejrzanie apokaliptycznym, oswojonym tylko przez jedynego posiadacza takiego wehikułu w naszym powiecie, hrabiego Zabiełłę.”

Jednak dalej pobrzmiewa wyższość. Miłoszowi nie podoba się, że w księgarniach kalifornijskich markiz de Sade jest tak łatwo dostępny, a szczególnie „ Filozofię w buduarze” ocenia noblista jako dzieło przynoszące szkodę młodzieży drastycznym opisem znieważania i mordowania matki.
Cały czas przypomina, że jego katolickie wychowanie nie pozwala na przyzwolenie rewolucji seksualnej, której jednakowoż z uwagą i zainteresowaniem się przygląda i decyduje się umieścić w tak poważnych esejach pikantne o niej anegdoty. Jego nie dość biegła znajomość języka nie pozwala zrozumieć slangu literackiego uniwersyteckich zinów. Słusznie oburza się na młodzieńcze rozwydrzenie studenta, który atmosferę jakiejś rodzinnej kalifornijskiej dziury, klimat nudnego miasteczka porównuje do obozu koncentracyjnego.
Ale to wszystko nie jest istotą „Widzeń”. Nie jest nią nawet nostalgia za czymś, czego nie doświadczyła jego młodosć w wojennej zawierusze w Europie, nie doświadczył i nie wie czego, gdyż ta wyższość nie pozwala mu na takie poniżenie. Jest w tych zapiskach jakaś ciągła pogoń za nakryciem sobą czegoś, co go przerasta i co, jeśli przyzna temu rację, go zniszczy, podetnie gałąź, na której siedzi. I tu tkwi najprawdopodobniej jego niemożność dotarcia do prawdy, o ktorą się tak usilnie stara i za którą optuje.

Być może problem leży w Religi, której odejście Miłosz czujnie i z trwogą obserwuje. To, że jest znawcą Emanuela Swedenborga i Williama Blake, na którym Allen Ginsberg oparł swój „Skowyt”, nie łączy, a dzieli. Miłosz nie rozumie przemian powodowanych pojawieniem się beat generation, nie rozumie ich muzyki, plastyki, efektów LSD. Patrzy jak na cyrk, jak na wyrodzoną fanaberię a nie jak na zwykłą konsekwencję dziejową – wrzód, który z powodu toksyn pęka i wybucha. A, że erupcja jest wyjątkowo piękna mimo ogromnych kosztów, tragedii, samobójstw i chorób, Miłosz patrzy zafascynowany.

Dzisiaj, gdy patrzę na Zatokę, nad którą kwitnie przepiękne miasto mimo blakeowskiego potępienia, gdzie w międzyczasie wyrósł przepiękny gmach muzeum sztuki nowoczesnej oddziału MoMA, w którym zamknięto rejestrację wolnościowych dokonań plastycznych, których z profesorskiego gabinetu uniwersyteckiego Miłosz nie był w stanie ogarnąć, grymas wieszcza jest jeszcze bardziej kuriozalny.
Gdy zabijano Johna Fitzgeralda Kennedy’ego nastrój był podobny. Właśnie powołany demokratyczny prezydent, Barack Obama, o którego zagrożonym życiu mówi się coraz częściej jest jakimś kierkegaardowskim powtórzeniem, jakimś nietzscheańskim powrotem.

Widząc dzisiaj Zatokę San Francisco, po półwieczu europejskich przemian można wczuć się w widzenie polskiego intelektualisty, który się stara. Ma ponad pięćdziesiąt lat i jest w pejzażu podobnym temu, który wydał kulturę starożytnej Grecji, a któremu też nie pozostał dłużny. Pejzaż przepieknej Zatoki też wydał.
I polski pisarz średniego pokolenia stara się ogarnąć coś, co jest zupełnie inne od tego, od czego odszedł na czas emigracji.
I rozpaczliwie wmawia sobie, że odszedł od lepszego i że te wspaniałości, które ogląda, to tylko fatamorgana.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

PACYFIK I

A to jest ważne, choć mgły tuman
spada leniwie wlokąc woal
na nieśmiertelne w skały bicie!
A to jest ważne, co widzicie,
co się wydaje dookoła,
choć nic nie mówi oprócz szumu!

Ważne, gdyż są to tylko piaski
wyrwane wodnym biciem skały.
Piana to może akt odwagi,
pióropusz, gdy archipelagi
wysp są odpryskiem niebywałym
erupcji jednej ich namiastki!

Nie bój się, że w powietrznej bramie
płomień oślepi chciwe oczy!
Majestat, to jeszcze nie werble,
to nie jest gwałt, to tylko srebrne
błyski muskają ogon smoczy,
a on śpi przecież w skalnej jamie.

Algom fal rytm wyrzuci na brzeg
sznury wiążące pętlę krzyku.
Nic już nie zniszczy wyzwolenia!
Wchłonie ocean cień i z cienia
wysnuje nowe. W Pacyfiku
tylko w odejściu jest początek.

I powiem ci – choć szum jest wielki,
a ptaki także wiedzą swoje –
że szarość skał, to kolor chwili,
że przypływ fal nam się pochyli!
W ukłonie będzie schylać głowę,
pokorne słać muszelki!

svgallery=pacyfik

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Kalifornia III (Chinatown)

W każdym większym mieście w U.S.A. jest dzielnica chińska, a w San Francisco podobno jest najstarsza w Ameryce Północnej. Każda ma Bramę przez którą przechodzi się bezkarnie, która już niczego nie otwiera ani nie zamyka, tłum przechodniów krąży pod nią ledwo ją zauważając, gdyż wszystko wokół jest w tym samym wschodnim stylu Kantonu lat dwudziestych. Barwne, pełne chińskich znaków i witryn sklepowych z wyległymi na ulicę smokami przestrzenie są ciasne, zamknięte u góry czerwonymi lampionami. Piękne Chinki stoją na rogach wciskając grzecznie kartki z zaproszeniami do restauracji i mimo, że po wejściu do takiej płaci się czterokrotnie wyższą cenę niż w zaproszeniu, interes kwitnie, a cała dzielnica sprawia wrażenie permanentnego mrówczego i zapobiegliwego bogacenia się.
Ulica Malowanych Balkonów ze złoconymi dachami, z barwną barwną elewacją, różnokształtnymi oknami i  wykuszami mimo niejednokrotnie sprzedawanej w otwartych tam sklepach tandety jest szlachetna, solidna i dostojna. Chińczycy, Koreańczycy i Wietnamczycy oraz Japończycy stanowią w całym mieście ponad 30 % i ciągle ta liczba wzrasta. W Chinatown praktycznie nie widuje się w obsłudze turystycznego biznesu rasy innej, niż żółtej.
Na wystawach zdumiewają posążki Mao Tse-Tunga. A podobno marzeniem każdego Chińczyka jest otworzenie biznesu w San Francisco, w dzielnicy Chinatown.

svgallery=chinatown

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Kalifornia II (Hippie)

Do dzielnicy Haight-Ashbury, której nazwa wzięła się od sławnego rogu skrzyżowania dwóch ulic nazwanych nazwiskami dwóch postaci, którzy wpłynęli na kształt San Francisco – bankiera i gubernatora idzie się ulicami tak bogatymi, że trudno wiązać ruch hipisowski i jakąkolwiek ascezę. Domy, sprawiające wrażenie, zindywilizowanych pałacyków w stylu art deco lub rokokowych lekkich rezydencji prowadzą do dzielnicy hipisów. Po tanich drewnianych domach, gdzie mieściły się hipisowskie komuny ze względu na niezwykle tani czynsz śladu nie ma, natomiast po pół wieku w dalszym ciągu ściągają tu na ulicę młodzi ludzie, by na niej siedzieć, klęczeć i leżeć. Na widocznym w zachowaniu zamroczeniu zbierają pieniądze lub zataczają się idąc i stanowią część wszystkiego, co się dzieje na ulicy, po której przechodzą turyści, klienci sklepów i kawiarń, klubów i restauracji. Gdy pół wieku temu było tu centrum światowe nielegalnej marihuany, LSD i innych halucynogenów, kultury i rock-and-rolla, gdy działały tu Jefferson Airplane, The Grateful Dead i Janis Joplin równocześnie rozdawano bezpłatnie żywność i tworzono kliniki dla potrzebujących na gwałt pomocy medycznej.
Nie mam pojęcia, co dzisiaj zostało z “Summer of Love”. Czy zawsze nasuwające się z tym miastem pierwsze skojarzenie z piosenką “San Francisco (Be Sure do Wear Flowers In Your Hair)”ma rację bytu teraz? Wszystko stało się jakby zaplanowane i ujarzmione. Działają tu podobno swobodnie wszystkie partie anarchistyczne, partie zielonych, ekologów, propagatorów zdrowej żywności i baterii słonecznych oraz samochodów na prąd. Ale jest to wpisane w koloryt ulicy, po której się swobodnie chodzi mijając narkomanów, małe sklepiki z buchającą muzyką lub zwykłym handlem ciuchami i bibelotami.
Tuż obok na wzgórzach – a im wyżej tym drożej – sterczą najdroższe hotele świata, gdzie doba kosztuje dwa tysiące dolarów i ten hipisowski koloryt w tak piekielnie bogatym mieście jest jakąś w dalszym ciągu fanaberią dwubiegunowej depresji, o której się tu mówi jako o przypadłości, o której mówić warto.

svgallery=hipies

Zaszufladkowano do kategorii 2008, czytam więc jestem, dziennik ciała | 7 komentarzy

Kalifornia I (Jack London)

Trzeba wyjechać z Glen Ellen, zjechać z głównej szosy zostawiając pola ryżowe, ciągnące się winnice i miasteczko, gdzie w ogrodach wiszą cytryny, grejpfruty i granaty, minąć gaje oliwne i wjechać w ogrodzony park w którym mieściła się farma i spalony dom Jacka Londona.
Jest zawsze coś w takich miejscach fałszywego i prawdziwego, coś, co odpycha i przyciąga.
Spolszczona w ubiegłym roku biografia Jacka Londona, inna niż wcześniej znana – ta napisana przez przyjaciela pisarza, Irvinga Stone’a – jest pełna tego domu, szczegółów intymnych, o których dawniej się z taką bezkompromisowością nie pisało.
Dom wybudowany dla kobiety, dla kobiety życia, która wymagała ofiar z żony wcześniejszej, córek, ze zdrowia i spokoju, która nie dała mu upragnionego dziecka i która po brzegi wypełniła ostanie lata życia pisarza. Sportretowana w “Maleńkiej Pani Wielkiego Domu” została jak wszystko u Jacka Londona zamieniona na literaturę. I, jeśli po wcześniejszym idealizmie zawartym w „Martinie Edenie”, gdzie porywająco przedstawia samorealizację artysty za sprawą własnych ambicji, marzeń i samozaparcia, to ten ślad spełnienia, ten finał w postaci domu, farmy, stabilizacji, staje się dla niego już tylko pracą zarobkową i ucieczką w alkohol.
Wtedy, gdy wydawał, szastał i rekompensował sobie lata nędzy, kiedy jego książki czytali wszyscy, a wydawcy ustawiali się w kolejce, a on je produkował jak towar, który się dobrze sprzeda zamieniając wszystko na literaturę, powstała wizja domu. Miała rozmach i pragnienie goszczenia mitycznych wędrowców, miała coś z pychy i coś z racjonalności.
Dom Wilka nie miał nic wspólnego z „Wilkiem stepowym”, z samotnością i alienacją społeczną. Był powołany dla rozrywki i przyjaciół.

Makieta stojąca w dzisiejszym muzeum przedstawia projekt architekta z San Francisco, Alberta Farra w miniaturze. Ale dom powstał naprawdę i składał się z czterech poziomów. Górne dwa piętra były przeznaczone dla Jacka i Charmian Londonów. Na czwartym była sypialnia.
Pracownia z biblioteką tej samej wielkości bezpośrednio pod nią na drugim piętrze podłączono kręconymi schodami. Obszar pracy pisarza był zupełnie odosobniony od reszty domu.
Na dole salon z balkonami rozszerzał się w trzech czwartych. Ogromny kamienny kominek otwarty na pułap krokwi stwarzał przytulny zakątek w ogromnym pokoju. Tu miano spalać w dużych ilościach bale sekwoi, sosen, dębów, buków i platanów. Alkierz, jako jedno duże pomieszczenie został zaprojektowany dla Charmian. Stąd roztaczał się widok na dziedziniec, gdzie basen zajmował środkową część pozostawiając otwarte patio. Wokół basenu był ogród. Rezerwuar zbiornika wody był w górnej części dachu. Dom miał mieć własne ogrzewanie, ciepłą wodę, oświetlenie elektryczne, lodówkę, pralnię z parą wodną, suszarkę obrotową, wyżymaczkę, spiżarnię i piwnicę z winem.
To, że dom spłonął natychmiast po ukończeniu w tajemniczych okolicznościach, pozwala na narastanie wokół tego faktu literatury domniemającej lub ściśle naukowej, gdzie zamiast ludzkiej destrukcji występują zwyczajne szmaty zabrudzone olejem, które samozapłonem wykonują ogniowy wyrok.
W tajemniczych okolicznościach zmarł również czterdziestoletni pisarz po trzech latach od nieszczęsnego wydarzenia, co również wzbudziło aktywność przyczynkarsko – plotkarską zmieszaną z licznymi pracami naukowymi, gdyż pisarz mimo, że pisał od szesnastego roku życia, a potem narzucił sobie reżim wyartykułowania tej samej ilości stron dziennie, miał w planie dom odbudować i literaturą na to zarobić.
Dzisiaj można zobaczyć meble, fortepian i bibeloty, czyli wszystko, co nie spłonęło, gdyż miało być dopiero tam ustawiane. Dom wybudowany po śmierci męża przez wdowę London jest podobny do Wolf House. Jest w hiszpańskim stylu z dwuspadowym dachem i ścianami z ogromnych płyt kamienia polnego, ale znacznie mniejszy.
Po śmierci Charmian London w 1955 roku w wieku lat 84 zamieniono go na muzeum. Odwiedzający park kupują książki, kasety video, oglądają fotografie, listy i inne materiały na monitorach. Znaczna część mebli w domu została zaprojektowana przez Londonów specjalnie dla domu Wolf.
W szafie wiszą ciuchy. Ciuchy kobiety życia Jacka Londona z którą tak lubił się kochać i która podobno nosiła się ekstrawagancko i krzykliwie. Tutaj napisała dwa biograficzne tomy o nim. Tak jakby przedłużała to życie o drugą jego połowę. Trudno o lepszy komfort pracy dla artysty, którego nie mógł już wykorzystać.

svgallery=london

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | 2 komentarze

Próby

Czwartego listopada 2008 roku świat rozpoczął próby.
Liście, których obfitość z roku na rok przybywa wskutek miejskich nasadzeń gatunków wybujałych i nie zwężonych klimatem który w Seattle roślinności sprzyja wyjątkowo, próbowały bezskutecznie oderwać się od gałęzi. Te, którym się to powiodło, otulały szczelnie niższe rejony miasta, tworząc niemal identyczne, lustrzane skołtunienie z jeszcze bujnymi koronami.
Próby wszelkich mechanicznych urządzeń do ich usuwania były jedynie pozorne. Traktory i dmuchawy przejeżdżając odsysaczami pozostawiały po sobie identyczną jak wcześniej sytuację, gdyż liście to nie śnieg i tak duża powierzchnia każdego liścia, pokrywająca miarowo wszystko wokół, nie znikała.
Wśród nich sterczały sylwetki wolontariuszy starających się stać w widocznych miejscach, by tablice z napisem” Obama” zobaczyli w przejeżdżający w samochodach ludzie.
Podobne tabliczki wbite w trawniki prywatnych domów obok poukładanych kilka dni temu ogromnych, pomarańczowych dyń zasypywały liście. Tylko krawat we wzór flagi Stanów Zjednoczonych u dentysty w swoim gabinecie dawał gwarancję, że w tym dniu chociaż ci, co przyszli tego dnia, będą wiedzieli, że trzeba głosować.
Nad wodą w studio baletowym miał próbę najnowszy spektakl baletowy, w którym Donald Byrd wróciwszy właśnie z Jerozolimy postanowił na płaszczyźnie sztuki, czyli tańca, rozwiązać problem bliskowschodni zapraszając do współpracy izraelickiego choreografa i palestyńskiego kompozytora. Spoceni tancerze, którym kazał maksymalizować ekspresję mającą symulować skutki konfliktu politycznego na przykładzie męskiej agresji i kobiecej rozpaczy, posłusznie próbowali sprostać jego każdej twórczej ekstrawagancji.

W przerwie spróbowaliśmy sushi z zielonym japońskim chrzanem wasali w ogromnej restauracji, gdzie po całej sali zamiast wagoników, na krętej taśmie, kursowały barwne talerzyki z ogromną ilością wariantów sushi. Jechały na talerzykach na poziomie ust i majestatycznie przesuwały się wolno nęcąc i zachęcając do ich spróbowania. Piękna Japonka dolewała co jakiś czas wrzątku do kubków z zieloną herbatą a na wysokich ścianach wyświetlano tańce na ulich Tokio Japończyków przebranych za Presleya. Tancerze w czarnych skórzanych kurtkach i włosach zaczesanych na kaczy kuper próbowali imitować ruchy Presleya i tym łączyć się z Ameryką.
Ponieważ jest to jedzenie tańsze od amerykańskich hamburgerów, warto było spróbować kilka gatunków sushi i równocześnie podjąć na zapas próby nauczenia się jedzenia pałeczkami.

Próbowałam w tym dniu z biblioteki przynieść niemal wszystkie książki dotyczące San Francisco, ale plecak tak wielkiej ilości książek nie wytrzymał. Wybrałam kilka z nich i próbowałam wklepywać angielskie hasła do Internetu, ale szybko zrezygnowałam, gdyż odnalazłam w zbiorach internetowych „Próby” Montagne i próbowałam po przeczytaniu poezji Darka Foksa przywrócić ich lekturą wewnętrzną równowagę.

Próba zwielokrotnienia ilości przepływanych basenów powiodła się, co zastąpiło codzienną dawkę ćwiczeń na przyrządach, które to ćwiczenia lepiej niż w greckim gimnazjonie aplikowali sobie wszyscy, bez względu na wiek, rasę i płeć. Na ekranach telewizorów próbowano śledzić przebieg wyborów, ale szybko rezygnowano pogrążając się w muzyce dostarczanej przez słuchawki, której rytm pozwalał na łatwiejsze pokonywanie wyznaczonego sobie dziennego limitu.
I kiedy ogłoszono bezsprzeczne zwycięstwo jednego kandydata nad drugim i to, że już nikt próbować kandydować na najbliższy czas nie będzie, wszystko w tym kończącym się dniu nagle przestało mieć już charakter próbny i przyjęło bezwzględną formę determinacji i jednoznaczności.

svgallery=prooby

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz