ARBORETUM II

Sztuczny ten las. Czas wzrasta w niebo;
ażur koronkę rozrywa krwawo.
Żyłki się prężą nad ściętą trawą
jakby kłamały drzewom.

Dach jest czerwony od soku trzewi
sen się rozlewa mgłą namacalną.
Zewnątrz jest tęczą, we wnętrzu czarno,
pozór się krzewi.

Tam gdzie na zawsze stopa konkwisty
wypali znamię –
ziemia jak barwny święty sakrament
szyfr kreśli z liści.

Pójdziesz, a przecież krokiem pożera
ogon wsobności, znikania drwina!
Czas się czaruje, czas miesza zdania
czas, czas jest teraz!

Brniesz w korytarze. Tylko zawiłość.
Nie ma Innego i nie ma Pana.
Entropia trupa zamieni za nas
Estetyzm w miłość.

[ngg src=”galleries” ids=”13″ display=”basic_thumbnail” thumbnail_crop=”0″]

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | 3 komentarze

Pokochać Halloween

Mży i temperatura już jest jesienna, ale co jakiś czas od samego rana grupki skąpo ubranej młodzieży migają koło Seattle Center Community College na światłach obok boiska.
Przebiegają truchtem między pomnikiem Jimiego Hendrixa, wchodzą na ulicę Broadway i znikają. Czasami samotnie przejdzie w piórach zieleni Veronese chłopak w czarnym kapeluszu i okularach słonecznych.
Prawdziwy ich wysyp rozpocznie się w wychodzących w sklepie Value Village, gdzie sprzedawane są rzeczy używane, przyniesione przez ludzi bądź przywiezione przez inne sklepy za darmo. Tu na Halloween przygotowano kompletne stroje, ale i tak wszyscy, którzy tu przyszli dobierają je dokładnie z wielu różnych wieszaków i półek. Sprzedawca ubrany jest w krwistą, obcisłą lycrę i włosy ułożył w dwa rogi zlepione żelem, a oczy pomalował starannie tak, że brwi spotkały się ze sobą łącząc się z podbitymi oczyma i ten demoniczny wyraz dodaje mu pewności siebie. Sprzedawca bez cienia wahania fachowo i szybko wczytuje kody cenowe do kasy fiskalnej. Robi to lekko, inaczej. Jakby ta nowa dzisiejsza skóra, ta cały rok oczekiwana tożsamość uskrzydlała go. A kupujących jest dzisiaj wyjątkowo dużo.
Nastrój Halloween panuje w siłowni. Ubiory, oprócz postaci filmów fantasy, z przerzuconym przez ramię doszytym do kombinezonu futerkowym zwierzęciem chłopaka z obsługi, któremu pokazuje się kartę wstępu, są odzwierciedleniem męskich marzeń. Jest kilku Schwarzeneggerów. Batmani raczej trafiają się wśród Azjatów, chłopaków niskich i krępych. Supermani to zazwyczaj rośli mężczyźni w błękitnych kombinezonach z dodatkowo jeszcze uwypuklonymi gąbką bicepsami. Wszyscy tu dzisiaj trenują nie zwracając uwagi na swoje przebrania. Stroje są bowiem tak wygodne, jak codzienne dresy i każdy może w nich swobodnie wykonać swoje codzienne pensum.

Dopiero wieczorem na Broadwayu w pełnym makijażu będą w te i we twe przechadzać się, snuć i tworzyć tematyczne z sobą grupy pełne rafinacji doprowadzonego do końca nowego wizerunku. Bowiem w ten ostatni dzień października, gdy kończy się lato a zaczyna zima następuje w człowieczej wegetacji przejście, metamorfoza w osobowościach: każdy jest tym, kim chce być i kim na ten jeden dzień na pewno będzie, może tylko przez ten akt jednej nocy nim już do końca pozostanie, odrzucając widoczne zewnętrzne przebranie. Można jeszcze uzupełnić wizerunki, wyostrzyć przekaz poprzez szereg dodatków, które sklepy, przybrane w dynie, w sprzedawców w białych kitlach ociekających krwią, w takt muzyki heavy metalowej oferują absolutnie wszystko, co ludzka namiętność na ten czas jesiennego karnawału pragnie.
Jest w tym przebraniu radość zamiany i jeśli po ulicach krążą postacie z Felliniego z ich perwersją i przerysowaniem, to optymistycznie można przypuścić, że wszyscy w ten dzień, którzy wylegli na ulicę i którym się chciało, to przecież artyści. Turbany, szale, fantazje w dekoltach, nagość przy niemal minusowych temperaturach to też i ofiara, i wyrzeczenie.
Wysoki mężczyzna ubrany jedynie w pióropusz wodza Indian Seattle i zakrywający skąpą przepaską swoje przyrodzenie nie marznie w nocy październikowej górując nad tłumem licznych kurtyzan w strojach historycznych, gimnazjalistek i dziewcząt w mini spódniczkach w jaskrawych fosforyzujących kolorach. Pawie pióra w nagim, ubranym jedynie w biżuterię chłopcu kołyszą się w takt stawiania przez niego kroków nóg w brokatowych rajstopach to skrzyżowanie pawia i strusia. Ale wszystko proporcjonalnie ilościowo przetyka tradycja, czyli kościotrupy i wszyscy, którzy marzą, by wreszcie umrzeć, skryli się w pelerynach, szpiczastych czapkach i silikonowych maskach białych czaszek.
Obok na smyczy przebierańcom towarzyszą zwierzęta, równie zindywidualizowane charakterologicznie jak ich właściciele w nietoperze, insekty i fantastyczne stwory rozpoznawalne i trudne do rozszyfrowania. Maleńkie dzieci z koszyczkami ubrane w krynoliny lub duszki w ten późny wieczór towarzyszą rozbawionym rodzicom z otwartymi, zadziwionymi oczyma.
W dzielnicy portowej, gdzie zazwyczaj odbywają się uliczne parady rozpoczęcia lata i wzdłuż szeregów dawnych przetwórni ryb i magazynów teraz przerobionych na knajpki i liczne sklepy ludzie wychodzą z domów już odświętnie ubrani i jak na zew sabatowy zewsząd ściągają pod most.
Ta maleńka siedziba Piekła, w pobliżu rozświetlonej panoramy odbitego w wodzie miasta, rozżarzona żółtymi liśćmi klonów, którymi w nadmiarze porośnięte jest Seattle, widoczne jest najlepiej z górnego mostu.
I schodząc po krętych schodach w dół, mijając niklowane motocykle i tandemy rowerowe udekorowane sztucznymi kwiatami nagle zostaje się otoczonym gorącym rytmem jazzowej orkiestry. Muzycy ubrani w ostre kolory brokatowych marynarek i płaszczy z pomalowanymi ciemno szarą gliną twarzami miarowo dmą we flety, uderzają w klawisze i bębny perkusji.
Na wyścielanym dywanem podeście właśnie rozebrany do pasa wodzirej namawia zgromadzonych do występów na podium, co natychmiast jest wykonane. Kilka sylwetek w strojach wiedźm, wampirów i opasanych barwnie neonowymi przewodami czarnych robotów odtańczyło na podium taniec, by zwolnić miejsce kolejnym grupom tanecznym. Po oklaskach wszyscy – widownia i podest zaczynają tańczyć w takt rytmicznej muzyki i następuje, jak w mózgu po przeciążeniu telewizyjnego odbioru – przemieszanie serialowych bohaterów z tymi od filmów fabularnych i z tymi ściśle gatunkowymi. Ten kulturowy miszmasz jak najbardziej prawdziwy, realny, pełen żywotności i emocji jest też wiekowym, rasowym i płciowym zróżnicowaniem. Stojący w bocznej uliczce od mostu samochód, oklejony biżuterią i butami mającymi świecące ozdoby lub zrobionymi z błyszczących plastikowych powłok obsługiwany jest przez kobietę, która wyjmuje z worka coraz to dziwniejsze stroje i nakrycia głowy, a podchodzący szybko je ubierają. Grupka staruszek wybiera jedynie nakrycia głowy ze sztucznych kwiatów wszytych w ażur beretów, które po włożeniu dają efekt nie śmieszny, ale upiorny, co natychmiast dowodzi że drobne oszustwo w wizażu jest z wiekiem coraz mniej możliwe.
Na ten piekielny sabat nadciągają zewsząd wciąż nowe grupki monstrualnych żab, aniołów, lekko przebranych dziewcząt w frywolne króliczki bądź mające na głowach jedynie czułki zakończone małymi dyniami.
Ludzie odchodzą i przychodząi, falują swobodnie przemieszczając się do sąsiadujących klubów i kawiarni, gdzie barwnie zsiadają przy stolikach obsługiwani przez zakonnice w powłóczystych welonach, bądź pielęgniarki ubrane w obcisłe białe świecące gorsety ozdobione czerwonym krzyżykiem.

Noc staje się coraz intensywniejsza pełna zapachów mieszaniny pelargonii w ulicznych donicach, rozkładających się liści i smużki wód kolońskich przechodzących postaci. To jesienne snucie pod koronami żółtych i pomarańczowych klonów, których liście jeszcze nie opadły, a ich obfitość pokryła chodniki, dachy samochodów i trawniki, stanowi naturalną otulinę dla scenerii jarzących się dyń, wygiętych w kształt duchów neonów pnących się w szczelinach domów. Światło latarń tonizuje krzykliwe ubiory harmonizując je z frakcją bardziej tradycyjnych strojów żebraczych, łachmaniarskich, habitów mnisich i prowadzonych na smyczy psów. Wszystko scala się i harmonizuje coraz bardziej mieszając i tworząc jednolitą ludzką potrawę zasobną we wszystkie niezbędne składniki i ingrediencje.
Wchodząc w coraz intensywniejszą noc postacie rozpływają się jak duchy w mgle zalewającej niczym akwarelowy papier woda, by mocą przypadku powyginać plamy w zakrętasy i barwne zawirowania, stępić kontury i unicestwić formę.

svgallery=haloween

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

komunikat

trochę mnie nie będzie…

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Tekst piosenki zespołu The Eagles „Hotel California” – przetłumaczyła z angielskiego Ewa Bieńczycka

Na ciemnej szosie pustynny, zimny powiew;
włosy plącze narkotyczna słodycz;
gdzieś w oddali świetlisty punkt – zapowiedź
sennej głowie ciążącej. Mgła weszła do powiek
nocleg tutaj. Moja opowieść:

W drzwiach stanęła ona. Dzwon słyszę kościoła
pytam się o anioła.
Nieba to jest? Może Piekła rola?
wtenczas powiodła mnie z płonącą świeczką
a głosy w dół, z korytarza, szeptały zdradziecko:

Witaj w Hotelu Kalifornia!
Ukochany punkt (Ukochany punkt) Ukochana twarz
Zarobią na tym w Hotelu Kalifornia!
O każdej porze, o każdej porze być tu możesz!

Jej biodra z Mercedesa a mózg jak Tiffany
rwała cudnych chłopaków dając przyjaźń w zamian
tańcząc latem. Pot był słodkim spełnieniem
do pamiętania, lub na zapomnienie.

Hej, Kapitanie, wina lej przedniego!
„nie było go od sześćdziesiątego dziewiątego”
i te głosy z daleka wołające –
obudź się w środku nocy, by wysłuchać w śpiączce!

Witaj w Hotelu Kalifornia!
Ukochany punkt (Ukochany punkt) Ukochana twarz
Witaj w Hotelu Kalifornia!
niespodziankę miłą masz (miłą masz).
Wymówki fałsz!

Na suficie lustra
w ustach róż szampana.
Więźniami jesteście swego umysłu – mówi nam ona.
A w holu zbierają się goście. A uczta
to nożem zarżnięcie, bo bestię tu przyszli
zabić. A to wyklucza

skutek. Więc jeszcze pamiętam moją bieganinę
do miejsca mego wejścia, drzwi otwarte, w przyjścia chwilę…
„Spokojnie” mówi nocny człowiek. Jesteśmy gościnni
i możesz wyjść na moment. Lecz nie opuścisz nas nigdy…

The Eagles – Hotel California

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | 15 komentarzy

Hans Weingartner „Free Rainer”

Od kiedy Federico Fellini nakręcił „Ginger i Fred” w odbiorze telewizji zmieniła się przez te dwadzieścia lat tylko obyczajowość. Eskalacja obsceny osiągnęła pułap i przyjęła formę normy i zwyczajności, natomiast zapłakana staruszka z filmu Felliniego, której eksperymentalnie odmówiono tydzień oglądania telewizji i jej płacz i skarga, że się za żadną cenę na to nigdy więcejnie zgodzi została przyjęta wyrozumiale. Nikt nie odważa się dzisiaj już na zakaz oglądania telewizji i nikomu jej się nie odmawia.

Zdumiewa tak wielka ilość negatywnych recenzji w polskich gazetach i sieci tego rewelacyjnego filmu.
Jeśli recenzent decyduje się na analizę jego “drugorzędnych cech płciowych” i zaczyna rozwodzić się nad nieprawdopodobieństwem scenariusza bądź robotą formalną, to albo filmu nie zrozumiał, albo jego percepcja nie jest zdolna do wniknięcia w delikatność absurdalnego humoru, ani oceny przytoczonych przykładów.
Nie chce tu powtarzać, o co chodzi w tym filmie bohaterom, o co protestują i jaki skutek osiągają.
Chcę zwrócić uwagę na filmowe środki pokazania toksyczności telewizji, na agresję i ucieczkę w narkotyki utalentowanego producenta programów telewizyjnych, gdyż normalna egzystencja przy tak nienormalnej pracy jest niemożliwa.
Chcę zwrócić uwagę na trafne przerysowanie prezenterek telewizyjnych, wdzięczących się szmirowatych kukieł niemających już nic wspólnego z prawdziwymi kobietami.
Zwracam uwagę na żądny krwi, barbarzyński tłum z reality show, autentycznie zachwycony i zaangażowany w obleśny wyścig plemników. I na jego jeszcze gorszy wariant, który bohater widzi po śmierci klinicznej – obdartą z masek społecznych nagą w swojej prawdziwej naturze kwintesencję skutków masowych zabaw w TV – wszystkich grzechów głównych z przewagą obżarstwa i lubieżności.

Jest jeszcze wart odnotowania aspekt wspólnotowej pracy rebeliantów, jakże różniącej się od rutyny etatowych pracowników TV, a przecież wykonujących wprawdzie odwrotne, jednak pokrewne prace.
Mimo ewidentnej gapowatości i niezdarności oraz mózgowych niemocy członków powstałej grupy panuje duch braterstwa, gdyż działają dla uzyskania celu, rozumianego przez wszystkich. Przejawia się to w ludzkim, optymistycznym świętowaniu przyjaciół, jakże innym od napuszonych spędów bogatych wyrobników telewizyjnych.
I, jak w „Edukatorach” – świetnie wybrana galeria mieszkań, zróżnicowana w swoim absurdalnym wystroju zgodnie z porzekadłem: pokaż mi swój dom, a powiem ci kim jesteś.

Jest taki moment w filmie, kiedy opozycjonistom udaje się przeprowadzić gremialne przemiany, które skutecznie wprowadzono w telewizyjny obieg Fassbinderem i rozmowami o książkach, a telewidzowie autentycznie je akceptują odchodząc od narzuconego im orwellowskiego ogłupiacza dla społeczeństw mechanicznych. Na to jak w „Edukatorach” przychodzą terroryści (policja), by przywrócić stare porządki.
Przywracają, ale końcowa scena jest optymistyczna. Jednoznacznie wskazuje, że walka trwa nieustannie.
Byłam kilka lat temu w Niemczech. W Norymberdze w metrze naliczyłam niewiele osób podróżujących bez książki i nie dotyczyło to studentów ani uczniów naprędce wkuwających materiał. Na okładkach wyczytałam autorów literatury pięknej i nie żadnych tylko szmirusów, harlequinów i kryminałów. Była to naprawdę literatura wyśmienita.
I jeśli polscy dziennikarze celowo obrzydzają ten film, przyjęty rok temu przez widzów niemieckich z entuzjazmem, to mogą być tego przyczyny różne. Ja mam podobnie jak reżyser filmów „Edukatorzy” i „Free Rainer” teorię spiskową.
Najprawdopodobniej chcą, by wskutek starzenia się portalu “Nieszuflada” i zawłaszczania przez jej liderów coraz większych obszarów decydenckich, zajmowania kierowniczych stanowisk, tym wspierania się wzajemnego, polecania swoich utworów –  zadecydują, kogo drukować, a kogo nie.
Nie dopuszczą do druku ludzi spoza portalu sieciowego “Nieszuflada” i nikt inny nie będzie dostępny w czarnym druku. Czyli automatycznie czytelnictwo ustanie. Takiej produkcji literackiej nie da się czytać.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

LISTY

Zanim wyjadę zgromadzę do podróży z braku listów do mnie obce listy, które będą mnie wspierać i dawać dowód na to, że komunikowano się kiedyś intensywnie, mimo gorszych warunków, jakie korespondenci mieli do dyspozycji.

Jeleński przebywający na Korsyce w idyllicznej scenerii ruin zamku, morza i malującej ukochanej kobiety każdy dzień nadejścia z Paryża listu od Józia dokumentuje jako wielkie, wyjątkowe szczęście.
Listy to też dzielenie się radością posiadania zastępczego:

„Jej jasność i przejrzystość, jej wspaniała konsystencja i wolność — jakby była wykuta z kryształu w blok, który lata i pływa — jest dokonana kosztem „depouillement” do elementów czysto pierwotnych — jej całkowitą odmową (refus) historii. Une creature bestiale et poetique — poetyczna w sensie uniąue — oto, czym jest dla mnie Leonor. Ja oczywiście muszę znaleźć inne rozwiązanie, nie mogę, nie stać mnie niestety na tę samą wolność. Szereg fenomenów historycznych (jak wolność abstrakcyjna, nie tylko w moim konkretnym wypadku) zespoliło się zbyt istotnie i głęboko z tym, czym jestem, abym je mógł odrzucić.”Flaubert, obsesjonat epistolarny, piszący wciąż, zastępujący regularny romans z kobietą listami udowadnia jej, że ta kilkuletnia wstrzemięźliwość cielesna służy jedynie miłości. Według biografa Browna pisanie listów stanowiła wstrzemięźliwość od publikowania literatury, którą kochał i która była dla jego życia najważniejsza:

„Jeśli zacznę publikować, będzie to uczynione głupio, jako akt posłuszeństwa […] bez jakiejkolwiek inicjatywy z mojej strony […] Nie odczuwam ani potrzeby, ani pragnienia […] Brzydzi mnie, że pomysł nie wychodzi ode mnie, lecz od innych ludzi. Co może dowodzić tylko tego, że to ja jestem w błędzie”. Zewnętrzne nagrody, jakich mógłby pozazdrościć – pieniądze, społeczny prestiż, miłość kobiet – to wiele pokus, którym się należało oprzeć, będąc służebnikiem sfery ducha. Gdyby sztukę uprawiać wyłącznie dla wszelkich celów poza jej własnym interesem, oznaczałoby to zatracenie jej kapłańskiej funkcji, a dla artysty – utratę jego pozycji, jako centrum wszelkich odniesień. Czy nie wyszedłbym na jakiegoś cholernego kretyna po czterech latach?”[…] „Obrałbym cel inny niż sama sztuka, a przecież sama sztuka aż do tej chwili mi wystarczała, więc gdybym zażądał czegoś więcej, oznaczałoby to, że stałem się kimś mniejszym, niż jestem […] Obawiam się, że demon pychy może mnie podkusić do palnięcia jakiegoś głupstwa, z drugiej strony natychmiast powiedziałem «nie», zdecydowanie «nie». Jak ślimak ze strachu, że pokala się ziemią albo zostanie zmiażdżony czyimś butem, wpełzłem z powrotem do mojej skorupy”.

przeł. L. Niedzielski

Zaszufladkowano do kategorii 2008, dziennik ciała | Dodaj komentarz

***

I powiesz mi, gdy będzie już
banalnie ścięty każdy luz
i wydrwi każde przerażenie.

I kiedy puste słowa wciąż
powznosisz w niebo, wtedy ton
fałszywszy będzie niespełnieniem.

A kiedy sen ostatniej krwi
kolor nasyci, głuche drzwi
otworzą się już niepotrzebnie.

I miniesz jak rozprysły głaz
skruszony rytmem łomu faz
co nowe tną przestrzenie.

Zaszufladkowano do kategorii 2008, Nie daję ci czytać moich wierszy | 3 komentarze

Hans Weingartner „Edukatorzy”

Bohaterami filmu są Młodość i Rewolucja. Krytycy podsuwają słusznie analogie z „Marzycielami” Bertolucciego. Było takich wartościowych filmów więcej i można je powtarzać co pokolenie, wraca bowiem ten sam nieustanny bunt młodości przeciwko zastanemu, co jest o tyle optymistyczne, że proces ten nie wygasa.
W filmie porwany pięćdziesięcioletni biznesman, jak tylko pojawia się okazja wysłuchania go, popada w sentymentalizm wspominkowy i chwali się młodym, że on też był poszukujący, należał do partii socjalistycznej, uprawiał wolną miłość, brał udział w wypadkach 68 i chodził ubrany na luzie. W końcowym przesłaniu napisanym na kartce i przybitym do ściany bohaterowie wyrokują, że pewni ludzie się nie zmieniają. Udowadniają, że bunt jest jednostkowy a nie pokoleniowy i że jeśli się młodość buntuje na zło świata, to źródło buntu jest w osobowościowej wrażliwości.
Trójkąt, zarówno miłosny, jak i rewolucyjny, to Jan, Peter i Jule, którzy organizują akcje psucia humoru bogatym ludziom bałaganiąc w ich domach poprzez budowanie absurdalnych instalacji z domowych sprzętów i mebli, czym sieją niepokój wśród bogatej burżuazji. Domy chyba brały udział w castingu tak szczegółowym jak aktorzy, gdyż te współczesne, wysmakowane pałace mówią więcej o sytości bogatych społeczeństw niż statystyki. Ta bolesna dysproporcja nadmiaru, jakim dysponują syci nad niewidocznym, ale przecież wciąż obecnym w filmie światem głodnych, to dwudziesto pierwszo wieczny nowy kształt kasty panów, który mimochodem pokazuje kamera.
Anita Piotrowska sugeruje w recenzji dla „Tygodnika Powszechnego”:

„Film Hansa Weingartnera poprzez trójkę młodych bohaterów pokazuje mechanizm przekuwania własnej frustracji w pseudorewolucyjną ideę. Marna praca, brak perspektyw, nie spłacone długi – przede wszystkim jednak brak jasno sprecyzowanej życiowej drogi – popychają bohaterów do walki przeciwko beneficjentom “systemu”. Z pozoru więcej w tym wszystkim anarchizującej zabawy niż niszczycielstwa.”

Nie sądzę, by tak było. Najnowszy film Hansa Weingartnera „Free Rainer” podejmuje problem buntu i to bardzo skutecznego przeciwko kulturze masowej, a więc przeciwko niszczeniu wartości duchowych i jest konsekwentną kontynuacją właśnie „Edukatorów, gdzie chodziło o świat materialny. Szkoda więc, że recenzentka zniwelowała wielki wysiłek twórców tego pięknego filmu sprowadzając jego wymowę do szczeniackich wygłupów, do choroby młodości, która z wiekiem mija.
Gdyby mijała, nie byłoby męczenników idei, galerników wrażliwości i wielu wartościowych ludzi, którzy udanym, lub nieudanym życiem zaświadczyli, że ta piękna planeta –  w filmie pokazana poprzez alpejską przyrodę –  bez względu na wiek, jest im droga.
Dramat, jaki rozgrywa się równocześnie z obudzonym społecznym imperatywem dotyczy miłości rozegrywającej się w jej pierwotnie i zdeterminowaniu. Jej irracjonalny czynnik, podobny Rewolucji, destrukcyjny też i niebezpieczny, niesie egzystencjalne ryzyko, dalekie od schematycznych rozwiązań. I może dlatego skontrastowana jest z obrazem starego pseudo hipisa, który śledząc rozgrywający się dramat, próbuje donosicielstwem przekuć go na swoją korzyść i opowiada o własnych doświadczeniach miłości wolnej, czyli związkach opartych na przyjemnościowej wymianie partnerów.
Poprzez ten kontrast przedstawiona jest siła prawdziwej miłości i przyjaźni.

Jeff Buckley – Hallelujah

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 10 komentarzy