“CUBA” str. 3

004

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 3 komentarze

Jacek Dehnel, “Balzakiana” Nominowani do nominowanych NIKE 2009

Uwaga Dariusza Nowackiego w jego aprobującej, pełnej zachwytu recenzji w TP książki Jacka Dehnela „Lala”, że Dehnel nietrafnie żeruje na Balzaku jest nadinterpretacją i pobożnym życzeniem. Ten, mimo wszystko komplement krytyka bierze się zapewne z niedoczytania zarówno Balzaca, jak i Dehnela. Oby wszyscy pisarze żerowali na Balzaku, jedli go na każdy posiłek łyżkami!

Benedyktyński wysiłek i świętość pisarska Balzaka ma niewiele wspólnego z dzisiejszymi postmodernistycznymi, delikatnymi muśnięciami tej cudownej, dziewiętnastowiecznej prozy, która przecież z upływem wieków nie podzieliła losu już tak nieczytanej dzisiaj sławy tego okresu, jak George Sand.
Fenomen Balzaka polegał na przekroczeniu, na nieśmiertelności poprzez przenikliwość większą, niż jego epoka ujawnić dawała, tak przecież gorąca, wyimkami z gazet w „Pasażach” Waltera Benjamina zaświadczona. Balzak faktycznie wykonał to, co zamierzał. Przeniknął panoramą „Komedii ludzkiej” wszystkie stany, klasy społeczne, wnikliwe zestawiając ludzkie charaktery tak, by bez fałszywej dydaktyki i moralizatorstwa ich podskórne, a przecież niesłychanie bogate i skomplikowane życie wewnętrzne uwydatnić.
Jacek Dehnel porywa się z motyką na słońce przede wszystkim nieuzbrojony absolutnie w nic, co jest potrzebne do takiej współczesnej – jakiej dokonał Balzak wobec swoich czasów – wiwisekcji.
Warszawa nie ulega mu, jak Paryż Balzakowi. Dehnel jest wciąż poza tym miastem i nie wnika w nie mimo benedyktyńsko odmalowanych szczegółów. Jest kopistą ambitnym i wytrwałym.
Ale to wszystko kopie, rzeczy z drugiej ręki. „Balzakianę” można porównać do klasycznego obrazu umalowanego bez modelki, bez nawet fotografii, jedynie z plotki.

Przede wszystkim potrzebny jest dziewiętnastowieczny, prawidłowy kościec moralny, głęboka świadomość istoty człowieczeństwa i prawdy etycznej, na czym tak naprawdę dobro i zło polega, gdyż dopiero konsekwencje czynów bohaterów zaświadczają o etyczności ich postępowania. Wtedy świat Balzaka wchodzący w industrializację i niosący tym przemiany obyczajowe jeszcze nie runął, jeszcze funkcjonuje z powodzeniem i skutecznie.

Jacek Dehnel jest współczujący dla starej, przeterminowanej piosenkarki, która po niedoszłych występach w Moskwie zachowuje, jak piszą recenzenci, swoją godność. Jest również aprobujący w stosunku do (Dariusz Nowacki podpowiada, że to alter ego pisarza) młodzieńca Adriana Helsztyńskiego, który, według klucza psychiatrycznego cierpi na manię pedantyzmu, nierealności i nieracjonalności, żyje przedmiotami, a zachowania ma z lamusa. Jest też ciepły wobec całej galerii osób starych, których problemy gastryczne opisuje w tak przenikliwy sposób, że zastanawiałam się chwilami, jak to jest, jak czytają „Balzakianę” naprawdę starzy, cierpiący na obstrukcję, chorzy ludzie. Wątek dolegliwości trzeciego wieku rozbudowany do niebywałych rozmiarów jest istnym pławieniem się w tym, co bogate cywilizacje zachodnie, w związku z przedłużeniem biologicznego życia gatunku ludzkiego i pokonaniem chorób, przezwyciężyły. Ta obrzydliwość w sąsiedztwie z dużymi, pięknymi fragmentami prozy, opisami Moskwy czy warszawskiej ulicy jest nie tyle dysonansem, co osobnym, wyalienowanym problemem. To, co w prozie dziewiętnastowiecznej jest nośnikiem i integralną składową fabuły, w powtórzeniu współczesnym paradoksalnie się rozwarstwia i stanowi jedynie ozdobnik lub estetyczny wypełniacz.
Błędem staje się niewiarygodność i niepotrzebność. Młody człowiek, którego – oby nie daj Boże, wcześniej nie dosięgło nieszczęście – tak czy owak spotka się ze swoim nieprawdziwym doświadczeniem starości i spotka się niechybnie z jej kłamstwem, odczuje je na swojej skórze. Zachodzę w głowę, jakim sposobem autor pozyskał materiał dla swojej powieści. Starzy ludzie trzymają fason, nigdy nie powiedzą przecież wszystkiego, jak to naprawdę w ich środku, we wnętrzu wygląda. A przecież maski świata – skoro pisarz to taki ktoś, kto właśnie pokazuje, co jest pod nią – nie ma sensu opisywać w jej zewnętrznej, skłamanej postaci. W rezultacie mamy jedynie schematyzm, czyli to wszystko, co jak choroba, jak dziecięca szkarlatyna przechodzi przez dzisiejszą ambitną prozę.

Drugim niezbędnym rynsztunkiem w uzbrojeniu pisarza piszącego w takiej konwencji jest materiał powieści. W odróżnieniu od balzakowskich kilku tysięcy postaci-kreatur, u Dehnela mamy dzieje ledwie kilkunastu postaci, z których wiele pojawia się zupełnie niepotrzebnie. Zresztą, w Balzakianie takich szwarc charakterów nie ma. Nawet ten, co „puka wnuczkę”, by jej babcia mogła pojechać do Moskwy na rzekome występy jest poniekąd usprawiedliwiony, bo jednak dał się „babie” do Moskwy przejechać. Na marginesie, w tym opowiadaniu jest jedna nieprawdopodobnie realistycznie sprawa, myląca starego czytelnika i wpędzająca staruszków w prawdziwe kompleksy. Obliczyłam, że skoro manager „puka”, to ta wnuczka musi być w wieku „pukalnym”, a babcia dobiegająca osiemdziesiątki, jeśli z córką załatwiły sprawę macierzyństwa wcześnie. Mając dwadzieścia lat byłam i w GUMie, i w trietiakowskiej, i w Muzeum Puszkina i na ogromnym Placu Czerwonym. Zajęło mi to kilka dni bardzo pospiesznych, niesłychanie męczących, nawet dla młodego człowieka. Wracałam do hotelu skonana, a korzystałam z metra i taksówki, inaczej się nie dało. Jakieś chodzenie na piechotę przy tych odległościach nie wchodzi w grę. Natomiast założone przez ojca Cwietajewej Muzeum Puszkina jest ogromne, na cały dzień do oglądania. Trietiakowska zresztą też. Moskwa to gigant i nie na siły tam nawet silnej staruszki, która na dodatek optymistycznie czerpie z całego zdarzenia jakąś satysfakcję turystyczną. Osiemdziesiąt lat, to wysiada przede wszystkim kręgosłup i percepcja. Stary człowiek z natury nie interesuje się już zabytkami, nawet, jeśli jest intelektualistą, to już myśli wolno, a szczególnie taki, tak zaniedbany osobnik, jak piosenkarka Halina Rotter, która przed propozycją reaktywacji życia twórczego przebywała we wspólnocie kościelnej.
Rozwodzę się nad tym nie, by wytykać sadystycznie, wyszukiwać błędy. Powieść to powieść i tam wszystko jest możliwe – ale nie tutaj, w tak przyjętej konwencji.
Balzak był malarzem epoki. Balzak to ktoś, kto chciał Paryż uchwycić za gardło, to piekielnik, który doznał samego zła nie tylko od własnej matki, ale od całego świata. Balzac to pisarski odwet na świat, za to, że go skrzywdził. I jego intencją jest niemal prokuratorskie wystawienie rachunku temu miastu, które, jakby powiedział Świetlicki – na niego napluło.

Przedmiot, to obok człowieka, (pisarz nie daje czytelnikowi spokoju, jeśli mu nie powie jeszcze o wszystkich ciotkach i wujkach stwarzanej postaci) bohater powieściowy, najważniejszy, a podejrzewam, że i wyprzedzający w ważności gatunek ludzki.
Pisarz wręcz pławi się w opisach nikomu do niczego niepotrzebnych przedmiotów. Ja wiem, że tym sposobem przedłuża i unieśmiertelnia żywoty czegoś, co słusznie zostało przez normalnych ludzi wyrugowane ze świadomości i wysłane w mentalny niebyt, przecież nie da się żyć kilkoma epokami jednocześnie i nawet samobójczo wmawiać, że można. Galeria kolekcjonerów i hobbistów uruchomiona nie tylko za pośrednictwem bohatera opowiadania „Miłość korepetytora” Adriana – ale doświadczamy tej buchalterii we wszystkich mini utworach powieściowych – jest zaprezentowana bez konieczności. Stanowi jedynie – podobnie jak przypadłości starcze – wypełniacz fabularny. Nie wiem jak to się dzieje, ponieważ, „Rzeczy” czy „Gabinet kolekcjonera” Georgesa Pereca są przecież najgenialniejszym budulcami tych utworów i właściwie wszystkie utwory genialnego Pereca są skonstruowane w oparciu o tę metodę. Bezsilność autora Balzkiany najprawdopodobniej polega na nie interesowaniu się tym wszystkim, o czym pisze. Trop Dariusza Nowackiego jest słuszny. Ta proza poprzez imitatorstwo stała się martwa i pusta przy zachowaniu wszelkich technicznych poprawności kunsztu pisarskiego.

Jeszcze napiszę o warstwie słownej, jako może i równie ważnej, co przedmioty w powieści „Balzakiana”. Błędem narratora – a narrator ma być, jak to w powieści dziewiętnastowiecznej niemal samym Bogiem, opisującym zjawiska z góry – jest nieobiektywny język. Narrator u Dehnela używa różnych cwaniackich i klawych niekiedy wyrażeń, zdrobnień i knajackich zwrotów, takie puszczanie oka do czytelnika. W bardzo poważnej narracji, gdzie mimo wszystko śledzimy poprawne starania klarownego przedstawienia, czyli tego, o co bohaterom chodziło, chodzi i będzie chodzić, wtręty deprecjonujące te wysiłki są dysonansem.
Nie lepiej zachowują się bohaterowie i liczne postacie, używając słów, które pamiętam z dzieciństwa, a które są zupełnie już nieużywane. Bardzo to postarza tę prozę odsuwając ją do lamusa obyczajowego. Ja wiem, że całość ma być utrzymana w stylu retro, ale autor jest młodym, żyjącym teraz człowiekiem i taka sytuacja doprowadza do dużej sztuczności sam proces powstawania utworu dzisiaj, czego przecież już zmienić się nie da, ani ukryć.
Tam, w pierwszym opowiadaniu, jest opis wnętrza nowobogackiego aktorki serialowej, gdzie autor znajduje nazwania dla całkiem nowych technologicznie przedmiotów. Ale równocześnie używa słów charakterystycznych dla siebie. To, że Jacek Dehnel jest przywiązany do swojego domu rodzinnego, zaświadczył niejednokrotnie, ale żeby ta rodzinna lojalność nie przerodziła się w sentymentalizm, zdystansowanie jest konieczne i odgrodzenie jej od swojej profesji artystycznej niezbędne.
Jest też jakaś pogarda w kształtowaniu nazwisk bohaterów. Ja wiem, co Dehnel chce powiedzieć, ja się z tym zgadzam, że to, co pozostało z pożogi wojennej jest takie, że ci szlachetni zostali wymordowani i pozostali jedynie Ściepki, Dryje, Cholewy, Krupy, Włosy i Kordziki. Ale ten schematyzm nie działa dobrze w kontekście wszystkich przewidywalnych i właśnie rodem z seriali telewizyjnych uproszczeń, których nie ma w wielkiej, nieprzewidywalnej literaturze.

Oczywiście, są to moje bardzo wyrywkowe refleksje po przeczytaniu tak grubej książki. W polskiej literaturze ostatnich lat mamy dużo literatury kiczowatej uchodzącej za sztukę wysoką. Kryminały Marka Krajewskiego, proza Olgi Tokarczuk czy pseudo-postmodernistyczne eksperymenty powieściowe Pawła Huelle, to przodownicy w tym pochodzie. Dołączył do nich „Balzakianą” Jacek Dehnel.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 76 komentarzy

“CUBA” str. 2

003

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 3 komentarze

“CUBA” str. 1

002

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Jeden komentarz

komiks “CUBA” Ewa Bieńczycka

Rozpoczynam publikację mojego drugiego komiksu. Pierwszy, „KSZTANY JADALNE” został wydany za pośrednictwem projektu sieciowego NETBANDA
Komiks „CUBA” będzie dotyczył półrocznego pobytu w Hawanie 12 letniej dziewczynki w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

001

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 3 komentarze

ROZSYPANE II

Tylko ci, co nie kochają są szczęśliwi. Czas loteryjny wciąż jest pusty,
tobie osobność i w niej uśnij,
mnie jawa szyderstw.

Dzień się rozlewa życiodajnie. Ogród na klucz zamyka ciszę
by w niej umieścić nieistnienie.
Krew róży kolce pręży. Pyszne,
kremowe płatki strąci w ziemię.

Nie daje rozprysk możliwości w orkiestrze świata dźwiękom drgania.
Muzyka nocy z zakochania
uczyni los niezmiennie pusty.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Jakub Żulczyk „Radio Armageddon”

Przeczytałam dwie dotychczas wydane książki Jakuba Żulczyka i wiem, że ich największą wartością jest diagnozowanie kondycji  pokolenia osiemdziesiąt.
Diagnozowania, bo mimo wszystko Żulczyk wznosi się ponad opis, mimo licznych mankamentów tej prozy, które będę starała się wyszczególnić.

Przede wszystkim taki czytelnik jak ja, który telewizji nie ogląda, jedynie słucha blokowego wycia z okien sąsiadów muzyki hiphopowej, ewentualnie wyjdzie trochę dalej zobaczyć, jak czarno ubrana młodzież wraca z występów muzyków największej w Polsce hali muzycznej, jest doświadczeniem nie tyle niemiarodajnym, czy niewystarczającym, ale dosłownie żadnym. I moja cała ufność w możliwość zastępstwa literackiego, mojego uchwycenia zjawiska, spada na pisarza młodzieżowego, na Jakuba Żulczyka.
Ale, czy mam zaufać, czy mogę zaufać pisarzowi, który najprawdopodobniej mieszkając w jakiejś odległej dzielnicy warszawskiej, z dala od życia subkultur, pisze tak opasłą książkę, czy aby nie fantazjuje, nie wymyśla? Czy doświadczenie tej książki jest prawdziwe, przeżyte?
I tu mam wątpliwości.
Powieść podzielona jest na trzy części ponazywane kolejno: PASMA, TRANSMISJA, SZUMY.
Pierwsza część jest najlepsza. Druga rozwija i informuje, jest napisana jak scenariusz kina akcji, natomiast ostatnia, najgorsza, rzecz próbuje już całkiem skomercjalizować, upodabniając się do ostatniego odcinka mydlanej opery, w której wszystko się dobrze kończy.

Autor na przykładzie uczniów liceum im. Gombrowicza, a więc symbolicznego liceum o bardzo nowatorskiej formie nauczania i wychowywania, próbuje rozszyfrować ich problem prowadzący do destrukcji bohaterów, szkoły i miasta.
Jaki więc ma problem dzisiejsza młodzież, która już nie ma problemu z zakupem matchboxów i dżinsów?
Ma problem z nadmiarem. Ma problem z wolnością.

„Radio Armageddon” to prosta fabuła o wolnościowym buncie licealistów za pośrednictwem muzyki. Jak ten bunt wygląda dzisiaj, jak polscy Sex Pistols sobie radzą, Żulczyk próbuje zilustrować.
Jest w tej prozie taka młodzieńcza swarliwość, której nie ma w światowej klasyce młodzieżowej. Być może, że dawniej pisali ją ludzie starzy i dojrzali, dzisiaj dopiero pisarz nadrabia swój brak dojrzałości pisaniem i w miarę w końcu stymulującego ten proces zabiegu, dojrzewa, lub nie. Żulczyk jest tak w połowie drogi, raczej dojrzeć nie zamierza, gdyż utraciłby świeżość pisania, a najprawdopodobniej i całą swoją pisarską siłę. I właśnie ten gombrowiczowski ton osoby wyśmiewającej niedojrzałość jest u Żulczyka brakiem artyzmu.
Z drugiej strony niedosytem czytelniczym jest jednak ta nieufność. Wiele Żulczyk zauważa, a jednak nietrafnie dopowiada. Jeśli Cyprian zwany Cypisem – taki armageddonowy Stawrogin – korzysta z usług seksualnych Ani, swojej wychowawczyni, dzieje się to w ramach charakterystyki postaci, a nie obyczajowości.
W trzeciej części Cyprian, sprawca fabularnego zamieszania szkolnego i miejskiego, jest już nihilistą pełną gębą, a jednak autor w dalszym ciągu z nim sympatyzuje i każe odbiorcy, poprzez miłosne scalenie się klasowej miłości – Nadziei i Cypisa – sentymentalnie się wzruszać i cieszyć.

Nie moralizowałabym i nie narzekała, jest jak jest i czy to jest kultura emo, czy artykulacja jednak jakiejś potrzeby i ujawnienie jakiegoś braku w pokoleniu, to i tak będzie to prawda. Zawsze fluidy krążące w powietrzu dają znać o sobie w ubiorze, w makijażu, w sposobie spędzania czasu, w relacjach międzyludzkich. I Jakub Żulczyk stara się to uchwycić. Jak bardzo artysta to wydestyluje, nazwie, jakim malarzem epoki okaże się, tak i jego utwór będzie świadectwem epoki.
Żulczyk uchwycił na pewno prawidłowo proces rozszczepienia i alienacji zarówno ojców jak i dzieci własnych egzystencji w postkomunistycznej Polsce. Jak każde pokolenie dzieci, które ma pretensje do swoich rodziców za zmarnowanie sobie życia, Żulczyk staje po stronie lenistwa, rozwydrzenia i permanentnej potrzeby egzaltacji wynikłej z wewnętrznej pustki, a za tym permanentnej nudy.
I być może właśnie to pisarskie przyzwolenie położy recepcję tej książki, gdyż Ci, o których pisze, wskutek wtórnego analfabetyzmu, nigdy jej nie przeczytają. Ci, którzy mogliby ją przeczytać, będą już zajęci innym światem.
Bo przecież każda epoka ma wiele na całe szczęście światów.
W czasach Gabrieli Zapolskiej syn Dulskiej w dziewiętnastowiecznym Krakowie lampartował się co noc, a po powrocie do domu zapładniał służące nie kojarząc faktu defloracji z zapłodnieniem. A jego zapewne rówieśnik np. taki Tadeusz Boy-Żeleński mając do dyspozycji też tyle samo czasu, spolszczył rewelacyjnie całą francuską bibliotekę w przerwach uprawiając seks z bardzo wykształconymi i genialnymi kobietami epoki (Ireną Krzywicką) jednocześnie społecznie wywiązując się że swoich obowiązków lekarza: karygodnych płci żeńskiej kulturowych zaniedbań.
Niestety, Jakub Żulczyk nie zajmuje wyraźnego stanowiska wobec swojego pokolenia. Nie mam pojęcia, kto to ma zrobić i kto to będzie robił, ale robić to trzeba, takie jest zadanie literatury pięknej. Jeśli Jakub Żulczyk na swoim blogu jest przeciwko serialom i komercjalizacji sztuki, to niech chociaż nie udaje, że nie robi tego samego, tylko trochę jaśniej.
Tak, Gombrowicz pisał „Ferdydurke” dla jaśniejszych. Ale sam był niesłychanie jasny.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

komunikat

Przerwa w blogowaniu przedłużona do 1 maja 2009.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, dziennik ciała | Dodaj komentarz