czerwiec 2026 P W Ś C P S N 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 -
Ostatnie wpisy
Najnowsze komentarze
- Rozalia - Sadyzm moralny
- Wika - Anna Franaszek „Od Bieruta do Herlinga-Grudzińskiego: wykaz lektur szkolnych w Polsce w latach 1946-1999”
- czytelnik - Osip Mandelsztam “Aleksander Giercowicz” tłumaczyła z rosyjskiego Ewa Bieńczycka
- EWA BIEŃCZYCKA - Lluís Llach – ” Pal ” spolszczyła Ewa Bieńczycka
- Filip Łobodziński - Lluís Llach – ” Pal ” spolszczyła Ewa Bieńczycka
Kategorie
Archiwa
- lipiec 2024
- luty 2023
- styczeń 2023
- sierpień 2022
- maj 2022
- kwiecień 2022
- marzec 2022
- styczeń 2022
- listopad 2021
- czerwiec 2021
- maj 2021
- kwiecień 2021
- marzec 2021
- luty 2021
- styczeń 2021
- grudzień 2020
- listopad 2020
- marzec 2020
- luty 2020
- styczeń 2020
- grudzień 2019
- listopad 2019
- październik 2019
- czerwiec 2019
- marzec 2019
- styczeń 2019
- grudzień 2018
- listopad 2018
- październik 2018
- wrzesień 2018
- lipiec 2018
- maj 2018
- kwiecień 2018
- marzec 2018
- luty 2018
- styczeń 2018
- grudzień 2017
- listopad 2017
- październik 2017
- wrzesień 2017
- sierpień 2017
- maj 2017
- kwiecień 2017
- marzec 2017
- luty 2017
- styczeń 2017
- grudzień 2016
- listopad 2016
- październik 2016
- wrzesień 2016
- sierpień 2016
- lipiec 2016
- czerwiec 2016
- maj 2016
- kwiecień 2016
- marzec 2016
- luty 2016
- styczeń 2016
- grudzień 2015
- listopad 2015
- październik 2015
- wrzesień 2015
- sierpień 2015
- lipiec 2015
- maj 2015
- kwiecień 2015
- marzec 2015
- luty 2015
- styczeń 2015
- grudzień 2014
- listopad 2014
- październik 2014
- wrzesień 2014
- sierpień 2014
- lipiec 2014
- czerwiec 2014
- maj 2014
- kwiecień 2014
- marzec 2014
- luty 2014
- styczeń 2014
- grudzień 2013
- listopad 2013
- październik 2013
- wrzesień 2013
- sierpień 2013
- lipiec 2013
- czerwiec 2013
- maj 2013
- kwiecień 2013
- marzec 2013
- luty 2013
- styczeń 2013
- grudzień 2012
- listopad 2012
- październik 2012
- wrzesień 2012
- sierpień 2012
- lipiec 2012
- czerwiec 2012
- maj 2012
- kwiecień 2012
- marzec 2012
- luty 2012
- styczeń 2012
- grudzień 2011
- listopad 2011
- październik 2011
- wrzesień 2011
- sierpień 2011
- lipiec 2011
- czerwiec 2011
- maj 2011
- kwiecień 2011
- marzec 2011
- luty 2011
- styczeń 2011
- grudzień 2010
- listopad 2010
- październik 2010
- wrzesień 2010
- sierpień 2010
- lipiec 2010
- czerwiec 2010
- maj 2010
- kwiecień 2010
- marzec 2010
- luty 2010
- styczeń 2010
- grudzień 2009
- listopad 2009
- październik 2009
- wrzesień 2009
- sierpień 2009
- lipiec 2009
- czerwiec 2009
- maj 2009
- kwiecień 2009
- marzec 2009
- luty 2009
- styczeń 2009
- grudzień 2008
- listopad 2008
- październik 2008
- wrzesień 2008
- sierpień 2008
- lipiec 2008
- czerwiec 2008
- maj 2008
- kwiecień 2008
- marzec 2008
- luty 2008
- styczeń 2008
- grudzień 2007
- listopad 2007
- październik 2007
- wrzesień 2007
- maj 2007
- kwiecień 2007
- marzec 2007
- luty 2007
- styczeń 2007
- grudzień 2006
- listopad 2006
- październik 2006
- wrzesień 2006
- sierpień 2006
- lipiec 2006
- czerwiec 2006
- maj 2006
- kwiecień 2006
- marzec 2006
- luty 2006
- styczeń 2006
- grudzień 2005
- listopad 2005
- październik 2005
- wrzesień 2005
linki
“CUBA” str. 3
Zaszufladkowano do kategorii Komiks
3 komentarze
Jacek Dehnel, “Balzakiana” Nominowani do nominowanych NIKE 2009
Uwaga Dariusza Nowackiego w jego aprobującej, pełnej zachwytu recenzji w TP książki Jacka Dehnela „Lala”, że Dehnel nietrafnie żeruje na Balzaku jest nadinterpretacją i pobożnym życzeniem. Ten, mimo wszystko komplement krytyka bierze się zapewne z niedoczytania zarówno Balzaca, jak i Dehnela. Oby wszyscy pisarze żerowali na Balzaku, jedli go na każdy posiłek łyżkami!
Benedyktyński wysiłek i świętość pisarska Balzaka ma niewiele wspólnego z dzisiejszymi postmodernistycznymi, delikatnymi muśnięciami tej cudownej, dziewiętnastowiecznej prozy, która przecież z upływem wieków nie podzieliła losu już tak nieczytanej dzisiaj sławy tego okresu, jak George Sand.
Fenomen Balzaka polegał na przekroczeniu, na nieśmiertelności poprzez przenikliwość większą, niż jego epoka ujawnić dawała, tak przecież gorąca, wyimkami z gazet w „Pasażach” Waltera Benjamina zaświadczona. Balzak faktycznie wykonał to, co zamierzał. Przeniknął panoramą „Komedii ludzkiej” wszystkie stany, klasy społeczne, wnikliwe zestawiając ludzkie charaktery tak, by bez fałszywej dydaktyki i moralizatorstwa ich podskórne, a przecież niesłychanie bogate i skomplikowane życie wewnętrzne uwydatnić.
Jacek Dehnel porywa się z motyką na słońce przede wszystkim nieuzbrojony absolutnie w nic, co jest potrzebne do takiej współczesnej – jakiej dokonał Balzak wobec swoich czasów – wiwisekcji.
Warszawa nie ulega mu, jak Paryż Balzakowi. Dehnel jest wciąż poza tym miastem i nie wnika w nie mimo benedyktyńsko odmalowanych szczegółów. Jest kopistą ambitnym i wytrwałym.
Ale to wszystko kopie, rzeczy z drugiej ręki. „Balzakianę” można porównać do klasycznego obrazu umalowanego bez modelki, bez nawet fotografii, jedynie z plotki.
Przede wszystkim potrzebny jest dziewiętnastowieczny, prawidłowy kościec moralny, głęboka świadomość istoty człowieczeństwa i prawdy etycznej, na czym tak naprawdę dobro i zło polega, gdyż dopiero konsekwencje czynów bohaterów zaświadczają o etyczności ich postępowania. Wtedy świat Balzaka wchodzący w industrializację i niosący tym przemiany obyczajowe jeszcze nie runął, jeszcze funkcjonuje z powodzeniem i skutecznie.
Jacek Dehnel jest współczujący dla starej, przeterminowanej piosenkarki, która po niedoszłych występach w Moskwie zachowuje, jak piszą recenzenci, swoją godność. Jest również aprobujący w stosunku do (Dariusz Nowacki podpowiada, że to alter ego pisarza) młodzieńca Adriana Helsztyńskiego, który, według klucza psychiatrycznego cierpi na manię pedantyzmu, nierealności i nieracjonalności, żyje przedmiotami, a zachowania ma z lamusa. Jest też ciepły wobec całej galerii osób starych, których problemy gastryczne opisuje w tak przenikliwy sposób, że zastanawiałam się chwilami, jak to jest, jak czytają „Balzakianę” naprawdę starzy, cierpiący na obstrukcję, chorzy ludzie. Wątek dolegliwości trzeciego wieku rozbudowany do niebywałych rozmiarów jest istnym pławieniem się w tym, co bogate cywilizacje zachodnie, w związku z przedłużeniem biologicznego życia gatunku ludzkiego i pokonaniem chorób, przezwyciężyły. Ta obrzydliwość w sąsiedztwie z dużymi, pięknymi fragmentami prozy, opisami Moskwy czy warszawskiej ulicy jest nie tyle dysonansem, co osobnym, wyalienowanym problemem. To, co w prozie dziewiętnastowiecznej jest nośnikiem i integralną składową fabuły, w powtórzeniu współczesnym paradoksalnie się rozwarstwia i stanowi jedynie ozdobnik lub estetyczny wypełniacz.
Błędem staje się niewiarygodność i niepotrzebność. Młody człowiek, którego – oby nie daj Boże, wcześniej nie dosięgło nieszczęście – tak czy owak spotka się ze swoim nieprawdziwym doświadczeniem starości i spotka się niechybnie z jej kłamstwem, odczuje je na swojej skórze. Zachodzę w głowę, jakim sposobem autor pozyskał materiał dla swojej powieści. Starzy ludzie trzymają fason, nigdy nie powiedzą przecież wszystkiego, jak to naprawdę w ich środku, we wnętrzu wygląda. A przecież maski świata – skoro pisarz to taki ktoś, kto właśnie pokazuje, co jest pod nią – nie ma sensu opisywać w jej zewnętrznej, skłamanej postaci. W rezultacie mamy jedynie schematyzm, czyli to wszystko, co jak choroba, jak dziecięca szkarlatyna przechodzi przez dzisiejszą ambitną prozę.
Drugim niezbędnym rynsztunkiem w uzbrojeniu pisarza piszącego w takiej konwencji jest materiał powieści. W odróżnieniu od balzakowskich kilku tysięcy postaci-kreatur, u Dehnela mamy dzieje ledwie kilkunastu postaci, z których wiele pojawia się zupełnie niepotrzebnie. Zresztą, w Balzakianie takich szwarc charakterów nie ma. Nawet ten, co „puka wnuczkę”, by jej babcia mogła pojechać do Moskwy na rzekome występy jest poniekąd usprawiedliwiony, bo jednak dał się „babie” do Moskwy przejechać. Na marginesie, w tym opowiadaniu jest jedna nieprawdopodobnie realistycznie sprawa, myląca starego czytelnika i wpędzająca staruszków w prawdziwe kompleksy. Obliczyłam, że skoro manager „puka”, to ta wnuczka musi być w wieku „pukalnym”, a babcia dobiegająca osiemdziesiątki, jeśli z córką załatwiły sprawę macierzyństwa wcześnie. Mając dwadzieścia lat byłam i w GUMie, i w trietiakowskiej, i w Muzeum Puszkina i na ogromnym Placu Czerwonym. Zajęło mi to kilka dni bardzo pospiesznych, niesłychanie męczących, nawet dla młodego człowieka. Wracałam do hotelu skonana, a korzystałam z metra i taksówki, inaczej się nie dało. Jakieś chodzenie na piechotę przy tych odległościach nie wchodzi w grę. Natomiast założone przez ojca Cwietajewej Muzeum Puszkina jest ogromne, na cały dzień do oglądania. Trietiakowska zresztą też. Moskwa to gigant i nie na siły tam nawet silnej staruszki, która na dodatek optymistycznie czerpie z całego zdarzenia jakąś satysfakcję turystyczną. Osiemdziesiąt lat, to wysiada przede wszystkim kręgosłup i percepcja. Stary człowiek z natury nie interesuje się już zabytkami, nawet, jeśli jest intelektualistą, to już myśli wolno, a szczególnie taki, tak zaniedbany osobnik, jak piosenkarka Halina Rotter, która przed propozycją reaktywacji życia twórczego przebywała we wspólnocie kościelnej.
Rozwodzę się nad tym nie, by wytykać sadystycznie, wyszukiwać błędy. Powieść to powieść i tam wszystko jest możliwe – ale nie tutaj, w tak przyjętej konwencji.
Balzak był malarzem epoki. Balzak to ktoś, kto chciał Paryż uchwycić za gardło, to piekielnik, który doznał samego zła nie tylko od własnej matki, ale od całego świata. Balzac to pisarski odwet na świat, za to, że go skrzywdził. I jego intencją jest niemal prokuratorskie wystawienie rachunku temu miastu, które, jakby powiedział Świetlicki – na niego napluło.
Przedmiot, to obok człowieka, (pisarz nie daje czytelnikowi spokoju, jeśli mu nie powie jeszcze o wszystkich ciotkach i wujkach stwarzanej postaci) bohater powieściowy, najważniejszy, a podejrzewam, że i wyprzedzający w ważności gatunek ludzki.
Pisarz wręcz pławi się w opisach nikomu do niczego niepotrzebnych przedmiotów. Ja wiem, że tym sposobem przedłuża i unieśmiertelnia żywoty czegoś, co słusznie zostało przez normalnych ludzi wyrugowane ze świadomości i wysłane w mentalny niebyt, przecież nie da się żyć kilkoma epokami jednocześnie i nawet samobójczo wmawiać, że można. Galeria kolekcjonerów i hobbistów uruchomiona nie tylko za pośrednictwem bohatera opowiadania „Miłość korepetytora” Adriana – ale doświadczamy tej buchalterii we wszystkich mini utworach powieściowych – jest zaprezentowana bez konieczności. Stanowi jedynie – podobnie jak przypadłości starcze – wypełniacz fabularny. Nie wiem jak to się dzieje, ponieważ, „Rzeczy” czy „Gabinet kolekcjonera” Georgesa Pereca są przecież najgenialniejszym budulcami tych utworów i właściwie wszystkie utwory genialnego Pereca są skonstruowane w oparciu o tę metodę. Bezsilność autora Balzkiany najprawdopodobniej polega na nie interesowaniu się tym wszystkim, o czym pisze. Trop Dariusza Nowackiego jest słuszny. Ta proza poprzez imitatorstwo stała się martwa i pusta przy zachowaniu wszelkich technicznych poprawności kunsztu pisarskiego.
Jeszcze napiszę o warstwie słownej, jako może i równie ważnej, co przedmioty w powieści „Balzakiana”. Błędem narratora – a narrator ma być, jak to w powieści dziewiętnastowiecznej niemal samym Bogiem, opisującym zjawiska z góry – jest nieobiektywny język. Narrator u Dehnela używa różnych cwaniackich i klawych niekiedy wyrażeń, zdrobnień i knajackich zwrotów, takie puszczanie oka do czytelnika. W bardzo poważnej narracji, gdzie mimo wszystko śledzimy poprawne starania klarownego przedstawienia, czyli tego, o co bohaterom chodziło, chodzi i będzie chodzić, wtręty deprecjonujące te wysiłki są dysonansem.
Nie lepiej zachowują się bohaterowie i liczne postacie, używając słów, które pamiętam z dzieciństwa, a które są zupełnie już nieużywane. Bardzo to postarza tę prozę odsuwając ją do lamusa obyczajowego. Ja wiem, że całość ma być utrzymana w stylu retro, ale autor jest młodym, żyjącym teraz człowiekiem i taka sytuacja doprowadza do dużej sztuczności sam proces powstawania utworu dzisiaj, czego przecież już zmienić się nie da, ani ukryć.
Tam, w pierwszym opowiadaniu, jest opis wnętrza nowobogackiego aktorki serialowej, gdzie autor znajduje nazwania dla całkiem nowych technologicznie przedmiotów. Ale równocześnie używa słów charakterystycznych dla siebie. To, że Jacek Dehnel jest przywiązany do swojego domu rodzinnego, zaświadczył niejednokrotnie, ale żeby ta rodzinna lojalność nie przerodziła się w sentymentalizm, zdystansowanie jest konieczne i odgrodzenie jej od swojej profesji artystycznej niezbędne.
Jest też jakaś pogarda w kształtowaniu nazwisk bohaterów. Ja wiem, co Dehnel chce powiedzieć, ja się z tym zgadzam, że to, co pozostało z pożogi wojennej jest takie, że ci szlachetni zostali wymordowani i pozostali jedynie Ściepki, Dryje, Cholewy, Krupy, Włosy i Kordziki. Ale ten schematyzm nie działa dobrze w kontekście wszystkich przewidywalnych i właśnie rodem z seriali telewizyjnych uproszczeń, których nie ma w wielkiej, nieprzewidywalnej literaturze.
Oczywiście, są to moje bardzo wyrywkowe refleksje po przeczytaniu tak grubej książki. W polskiej literaturze ostatnich lat mamy dużo literatury kiczowatej uchodzącej za sztukę wysoką. Kryminały Marka Krajewskiego, proza Olgi Tokarczuk czy pseudo-postmodernistyczne eksperymenty powieściowe Pawła Huelle, to przodownicy w tym pochodzie. Dołączył do nich „Balzakianą” Jacek Dehnel.
Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem
76 komentarzy
komiks “CUBA” Ewa Bieńczycka
Rozpoczynam publikację mojego drugiego komiksu. Pierwszy, „KSZTANY JADALNE” został wydany za pośrednictwem projektu sieciowego NETBANDA
Komiks „CUBA” będzie dotyczył półrocznego pobytu w Hawanie 12 letniej dziewczynki w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.
Zaszufladkowano do kategorii Komiks
3 komentarze
ROZSYPANE II
Tylko ci, co nie kochają są szczęśliwi. Czas loteryjny wciąż jest pusty,
tobie osobność i w niej uśnij,
mnie jawa szyderstw.
Dzień się rozlewa życiodajnie. Ogród na klucz zamyka ciszę
by w niej umieścić nieistnienie.
Krew róży kolce pręży. Pyszne,
kremowe płatki strąci w ziemię.
Nie daje rozprysk możliwości w orkiestrze świata dźwiękom drgania.
Muzyka nocy z zakochania
uczyni los niezmiennie pusty.
Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy
Dodaj komentarz
Jakub Żulczyk „Radio Armageddon”
Przeczytałam dwie dotychczas wydane książki Jakuba Żulczyka i wiem, że ich największą wartością jest diagnozowanie kondycji pokolenia osiemdziesiąt.
Diagnozowania, bo mimo wszystko Żulczyk wznosi się ponad opis, mimo licznych mankamentów tej prozy, które będę starała się wyszczególnić.
Przede wszystkim taki czytelnik jak ja, który telewizji nie ogląda, jedynie słucha blokowego wycia z okien sąsiadów muzyki hiphopowej, ewentualnie wyjdzie trochę dalej zobaczyć, jak czarno ubrana młodzież wraca z występów muzyków największej w Polsce hali muzycznej, jest doświadczeniem nie tyle niemiarodajnym, czy niewystarczającym, ale dosłownie żadnym. I moja cała ufność w możliwość zastępstwa literackiego, mojego uchwycenia zjawiska, spada na pisarza młodzieżowego, na Jakuba Żulczyka.
Ale, czy mam zaufać, czy mogę zaufać pisarzowi, który najprawdopodobniej mieszkając w jakiejś odległej dzielnicy warszawskiej, z dala od życia subkultur, pisze tak opasłą książkę, czy aby nie fantazjuje, nie wymyśla? Czy doświadczenie tej książki jest prawdziwe, przeżyte?
I tu mam wątpliwości.
Powieść podzielona jest na trzy części ponazywane kolejno: PASMA, TRANSMISJA, SZUMY.
Pierwsza część jest najlepsza. Druga rozwija i informuje, jest napisana jak scenariusz kina akcji, natomiast ostatnia, najgorsza, rzecz próbuje już całkiem skomercjalizować, upodabniając się do ostatniego odcinka mydlanej opery, w której wszystko się dobrze kończy.
Autor na przykładzie uczniów liceum im. Gombrowicza, a więc symbolicznego liceum o bardzo nowatorskiej formie nauczania i wychowywania, próbuje rozszyfrować ich problem prowadzący do destrukcji bohaterów, szkoły i miasta.
Jaki więc ma problem dzisiejsza młodzież, która już nie ma problemu z zakupem matchboxów i dżinsów?
Ma problem z nadmiarem. Ma problem z wolnością.
„Radio Armageddon” to prosta fabuła o wolnościowym buncie licealistów za pośrednictwem muzyki. Jak ten bunt wygląda dzisiaj, jak polscy Sex Pistols sobie radzą, Żulczyk próbuje zilustrować.
Jest w tej prozie taka młodzieńcza swarliwość, której nie ma w światowej klasyce młodzieżowej. Być może, że dawniej pisali ją ludzie starzy i dojrzali, dzisiaj dopiero pisarz nadrabia swój brak dojrzałości pisaniem i w miarę w końcu stymulującego ten proces zabiegu, dojrzewa, lub nie. Żulczyk jest tak w połowie drogi, raczej dojrzeć nie zamierza, gdyż utraciłby świeżość pisania, a najprawdopodobniej i całą swoją pisarską siłę. I właśnie ten gombrowiczowski ton osoby wyśmiewającej niedojrzałość jest u Żulczyka brakiem artyzmu.
Z drugiej strony niedosytem czytelniczym jest jednak ta nieufność. Wiele Żulczyk zauważa, a jednak nietrafnie dopowiada. Jeśli Cyprian zwany Cypisem – taki armageddonowy Stawrogin – korzysta z usług seksualnych Ani, swojej wychowawczyni, dzieje się to w ramach charakterystyki postaci, a nie obyczajowości.
W trzeciej części Cyprian, sprawca fabularnego zamieszania szkolnego i miejskiego, jest już nihilistą pełną gębą, a jednak autor w dalszym ciągu z nim sympatyzuje i każe odbiorcy, poprzez miłosne scalenie się klasowej miłości – Nadziei i Cypisa – sentymentalnie się wzruszać i cieszyć.
Nie moralizowałabym i nie narzekała, jest jak jest i czy to jest kultura emo, czy artykulacja jednak jakiejś potrzeby i ujawnienie jakiegoś braku w pokoleniu, to i tak będzie to prawda. Zawsze fluidy krążące w powietrzu dają znać o sobie w ubiorze, w makijażu, w sposobie spędzania czasu, w relacjach międzyludzkich. I Jakub Żulczyk stara się to uchwycić. Jak bardzo artysta to wydestyluje, nazwie, jakim malarzem epoki okaże się, tak i jego utwór będzie świadectwem epoki.
Żulczyk uchwycił na pewno prawidłowo proces rozszczepienia i alienacji zarówno ojców jak i dzieci własnych egzystencji w postkomunistycznej Polsce. Jak każde pokolenie dzieci, które ma pretensje do swoich rodziców za zmarnowanie sobie życia, Żulczyk staje po stronie lenistwa, rozwydrzenia i permanentnej potrzeby egzaltacji wynikłej z wewnętrznej pustki, a za tym permanentnej nudy.
I być może właśnie to pisarskie przyzwolenie położy recepcję tej książki, gdyż Ci, o których pisze, wskutek wtórnego analfabetyzmu, nigdy jej nie przeczytają. Ci, którzy mogliby ją przeczytać, będą już zajęci innym światem.
Bo przecież każda epoka ma wiele na całe szczęście światów.
W czasach Gabrieli Zapolskiej syn Dulskiej w dziewiętnastowiecznym Krakowie lampartował się co noc, a po powrocie do domu zapładniał służące nie kojarząc faktu defloracji z zapłodnieniem. A jego zapewne rówieśnik np. taki Tadeusz Boy-Żeleński mając do dyspozycji też tyle samo czasu, spolszczył rewelacyjnie całą francuską bibliotekę w przerwach uprawiając seks z bardzo wykształconymi i genialnymi kobietami epoki (Ireną Krzywicką) jednocześnie społecznie wywiązując się że swoich obowiązków lekarza: karygodnych płci żeńskiej kulturowych zaniedbań.
Niestety, Jakub Żulczyk nie zajmuje wyraźnego stanowiska wobec swojego pokolenia. Nie mam pojęcia, kto to ma zrobić i kto to będzie robił, ale robić to trzeba, takie jest zadanie literatury pięknej. Jeśli Jakub Żulczyk na swoim blogu jest przeciwko serialom i komercjalizacji sztuki, to niech chociaż nie udaje, że nie robi tego samego, tylko trochę jaśniej.
Tak, Gombrowicz pisał „Ferdydurke” dla jaśniejszych. Ale sam był niesłychanie jasny.
Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem
2 komentarze
komunikat
Przerwa w blogowaniu przedłużona do 1 maja 2009.
Zaszufladkowano do kategorii 2009, dziennik ciała
Dodaj komentarz



