Istvan Kantor „Rewolucyjna pieśń” („Revolutionary Song”) z wideoklipu tłumaczyła Ewa Bieńczycka

1956
Węgry.
Porażka
Węgierskiej Rewolucji w
1956
przeszła przez
odwetowy terror
i morderczą dyktaturę
druzgocącej, militarnej
przemocy
przytłaczającej techniką
polityczną władzę.
Kolejny raz rewolucja stała się niemożliwym snem,
rewolucją niemożliwą.

ISTVAN KANTOR
REWOLUCYJNA PIEŚŃ
Wiatr sztandar czerwony
sztormem w konwulsji
kołysał dzwony
w trakcie mej modlitwy
bohaterowie rebelii
formowali mnie właśnie
gdy w Budapeszcie
miałem lat szesnaście

Tak jak Bob Dylan
patrzyłem na deszcz i słońce
to był hippisowski czas gdybań
przed pokoju końcem
kwiatami wojny
dla pokoju i miłości
na umór pił Leonard Cohen
w Grecji bełty
dla pokoju i miłości
na umór pił Leonard Cohen
w Grecji bełty

(Rewolucje są drgawkami historycznego orgazmu)

Kiedy do ojca
w letnie wakacje
pojechałem stąd na Zachód
(jechałem latem 1966)
mieszkał w Paryżu
od lat dziesięciu
więc nie widziałem go
tak długo

mój ojciec wziął mnie
do fryzjera, nie lubił
niesfornych
włosów zbyt długich
pragnąłem
byśmy tam nigdy nie dojechali
pragnąłem zniszczenia zabytków
byśmy tam nigdy nie dojechali
pragnąłem zniszczenia zabytków
byśmy tam nie dojechali nigdy
nigdy! nigdy! nigdy!
by nigdy nie dojść tam

samochodowej katastrofy
choć przebitej opony
błagałem o zawalenie
oby świat spłonął
oby świat spłonął
oby świat spłonął
ogień
ogień
ogień
aby Wieża Eiffla
spadła
na ojca głowę
oby go Notre Dame
ścięła z nóg
zabijając
pragnąłem, by Sacre Coeur
rozwalony
gruzem drogę
zatarasował on
ojciec
to kozioł ofiarny
nóż
i modlitwą w panice ekstazy
pragnąłem, by tysiąc wolt
wymodliło też bunt u paryżan
bo chciałem krwawej rewolucji
chciałem, by całe miasto
rebelianci złapali
pojazd
dołączyłbym do nich
pieśń:
ELORE PROLETAR!

(Rewolucja, która poprzez swoją
naturę jest nieprzewidywalną iskrą
która podpala wszystko, jest w tobie)

tylko czyn jest rewolucyjny

ale mój ojciec szedł
naprzód
uśmiechając się jak
klown
ja Łuk Triumfalny
podpalam
i mostów zrywam
łącza
chciałbym, by też muzea
prysły
a te ulice
zmoczono krwią, krwią
i kiedy doszliśmy
do celu
by on, ten fryzjer
był ranny
i kiedy doszliśmy
do celu
by on, ten fryzjer
był ranny

(gruz jest prawdziwy)

nieubłagalny
los i ojciec byli
przeciwni pragnieniom
bo spełnił
fryzjer swoją pracę
miałem więc nową fryzurę
i niebo niebieskie
fryzjer swoją pracę
miałem więc nową fryzurę
i niebo niebieskie

(Rozważając cechy nieudanych powstań
w dusznym, gorącym lecie
w 1966
nikt nie podejrzewał,
nawet Guy Debord
że za niespełna
dwa lata
w maju 1968
nowa fala powstań
wybuchnie
w różnych miejscach świata
i ulice Paryża
będą barykadowane
przewróconymi samochodami)

Istvan Kantor sings Neoist Revolutionary Song

svgallery=wlk

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | 2 komentarze

Komunikat

Przerwa blogowa do Poniedziałku Wielkanocnego.
Wszystkim odwiedzającym mój blog życzę Wesołych Świąt!

hortensja

Zaszufladkowano do kategorii 2009, dziennik ciała | 4 komentarze

KASZTANY JADALNE str. 40

strona-40

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 9 komentarzy

Fernando Meirelles /José Saramago/ „Miasto ślepców” (2008)

Powieść wyszła w Polsce w dwa lata po nagrodzie Nobla dla Saramago, a film nakręcono po dziesięciu latach. Pamiętam w czytanej wtenczas książce duszną, nieprzyjemną atmosferę sztucznego, niemal laboratoryjnego eksperymentu: zamkniętych w kilku zniewoleniach bohaterów: własnej niemocy, izolacji obozu i zniszczonego miasta.
Piękny film brazylijskiego reżysera jest hołdem dla osiemdziesięciosiedmioletniego dzisiaj pisarza, który jak mówi w wywiadzie, literaturę robi tylko z bardzo przetworzonych modeli pierwotnych sytuacji, nie mających nic już wspólnego z jego prywatnym życiem.
Kasandryczność wizji Saramago, interpretowana ponuro przez odbiorców jego powieści i równocześnie filmu, nie powinna być aż tak pesymistyczna. Meirelles bardzo wiernie kamerą rejestruje opowieść Saramago o tym, jak pewnego dnia w pewnym niezidentyfikowanym mieście ludzie przestali widzieć.
To, co w książce, poprzez niesłychany obiektywizm, niemal perspektywą laboranta obserwującego klatkę z oślepionymi szczurami skazanymi na swój los gdy się im sadystycznie posypie niewystarczającą ilość jedzenia Saramago uzyskuje, głosząc swoją prawdę o gatunku ludzkim, to Meirelles językiem filmowego obrazu bardzo wiarygodnie i ciepło pokazuje na filmie w zbliżeniu.

Film wbrew postępującej z minuty na minutę destrukcji emocjonalnej i cielesnej ludzi, oraz materialnej pomieszczeń obozu kwarantanny zarażonych ulic miasta, sklepów, kościoła i obyczajów, jest bardzo estetyczny. Rozpad zdobyczy cywilizacji, charakteryzujący się przede wszystkim wszędobylskimi śmieciami, brakiem wody i ładu żałosny jest o tyle, że bezradność mieszkańców przestaje podążać krokiem ślepców z obrazu Breugla, co rytmicznie w następujących scenach reżyser próbuje narzucić. Grupowość, stadność, wspólnotowość jest jedynie modelem racjonalnym o tyle, że pomaga autorom pokazać pewien problem. Kiedy Bruegell chce w swoim symbolicznym obrazie powiedzieć, ze ślepy prowadzi ślepych, to autorzy „Miasta Ślepców” coś odwrotnego. Żeński odpowiednik camusowego doktora Bernarda Rieux, czyli Żona okulisty (Julianne Moore), jako widząca, przeprowadza bezpiecznie grupę ślepców nie tylko przez ich własną niemoc, ale poprzez niemoc nie radzących sobie z problemem czynników zewnętrznych, czyli władz miasta. Doprowadza ich na mocy własnego silnego poczucia godności i stawiania bezustannego oporu ciągłej pokusie ulegania żywiołowi natury. Ta walka człowieka kultury z człowiekiem z niej odartym jest wygrana przez jednostkę, a nie przez grupę.

I dlatego przyjęłam taką interpretację tego utworu, wielowarstwowego, metaforycznego, z pewnością mającego wiele symbolicznych znaczeń, chociażby taką, jaką przyjął Tadeusz Sobolewski w Gazecie Wyborczej odczytując „Miasto ślepców” jako pozbawiony nadzieli nihilizm, a z którego opinią się nie zgadzam.
Entuzjastą tej książki jak i decyzji jury noblowskiego był Gustaw Herling- Grudziński.
Ja też w tej opowieści, w tym moralitecie, odnajduję optymizm i nadzieję dla człowieka brnącego w kruchą cywilizację, bezbronnego i ślepego, ponieważ są w niej też ci, którzy widzą, mimo, że jest to dla nich i bolesne i gorzkie.

Blog José Saramago: http://caderno.josesaramago.org/indice/

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

KASZTANY JADALNE str. 39

strona-39

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | Dodaj komentarz

Małgorzata Szumowska „33 sceny z życia” (2008)

Napiszę na wstępie, że film nie jest filmem wybitnym. Napiszę wbrew triumfalnemu pochodowi filmu po festiwalach światowych i otrzymanym „Paszporcie Polityki 2008”.
Przyznam się ze skruchą, że zobaczyłam film wbrew intencjom reżyserki, by dowiedzieć się jak toczą się dzieje sławnej rodziny, gdzie żaden z jej członków nie może losowi zarzucić braku popularności. Dotyczy to nie tylko ojców, matek, rodzeństwa przyrodniego, także przecież sławnych teściów, wujków, zięciów i szwagrów.
Kiedyś oglądałam amerykański film dokumentalny o tym, jak dzieciom sławnych i popularnych gwiazd show biznesu łatwo w życiu nie jest i start ich w podobnej rodzicom branży zawodowej jest nawet bardziej utrudniony. Tu, na polskim planie filmowym widać, że wręcz przeciwne.
W jednej z początkowych scen mamy rodzinę niemal w komplecie, zdrową i szczęśliwą, która w sielskiej atmosferze mazurskiego lata, podczas biesiady, zabawia się odczytywaniem prasowych artykułów o swoich dokonaniach.
Rodzina jest rodziną artystyczną, nieróżniącą się niczym od podobnych rodzin klasy średniej w Europie, które otrzymały dzięki własnej pracy i talentowi pozwolenie społeczne na twórczość.
Polska rodzina przedstawiona w filmie jest wolna już od zdobywania takiego przyzwolenia. Jej pozostaje tylko tworzyć, wykonywać swoją powinność, co się na planie filmowym objawia.

Bohaterka filmu (niemiecka aktorka młodego pokolenia Julia Jentsch znana z „Edukatorów” Hansa Weingartnera), przygotowuje na prestiżową wystawę w Wenecji ambitną instalację. Jej mąż, Piotr (Maciej Sthur) światowej sławy kompozytor, jest w przededniu premiery swojego utworu na orkiestrę. Siostra Kaśka (Izabela Kuna) jest reporterką i autorką książek. Matka jest pisarką, jest właśnie po wydaniu kolejnego bestsellera. Ojciec, wieloletni redaktor naczelny wielu polskich gazet, opozycjonista stanu wojennego i autor kilku tysięcy felietonów, kontynuuje intelektualną pracę.
I w to wszystko wplątuje się nagle zły los. Los, w postaci terminalnego raka, który poraża matkę bohaterki.
I tu Małgorzata Szumowska autobiograficznie zmierza się z tematem śmierci. Śmierci, o której cztery lata temu krakowskie gazety szczegółowo pisały. Śmierci swoich rodziców.

Reżyserka krok po kroku próbuje zdystansować się za pośrednictwem dzieła sztuki do, zarówno intymnego, przełomowego przeżycia swojego życia, jak i do problemu śmierci w sensie szerszym, filozoficznym i obyczajowym. I jest to, jak piszą wszyscy entuzjaści tego filmu – przełom w polskiej kinematografii: powstał film nowoczesny, światowy, kręcony po nowemu i odważnie.
Tak jednak nie jest.

Artystka sprzedając, poniekąd upubliczniając epizody wzorowane na swoim życiu, zyskała domniemany materiał autentyczny. Ale tylko domniemany, ponieważ Małgorzata Szumowska nigdy nie była osobą prawdziwą, autentycznym artystą schodzącym do samego dna przeżycia, by dopiero z tych czeluści, z tych bebechów budować od nowa świat strawny dla odbiorcy. Jej kierunek był zawsze przeciwny, o czym świadczą jej wcześniejsze filmy. Dlatego wątpię, by była zdolna osiągnąć to, co osiągnęło lekko i bez problemów kino czeskie twórców jej pokolenia.

Jest w tym filmie fałsz trudno wykrywalny. Trudno udowodnić nieszczerość opowieści, pokazanej tak zdawałoby się, otwarcie, bezkompromisowo, językiem dostępnym, dzisiejszym i swobodnym.
Ale w ustach bohaterów filmu, tak przecież wysoko stojących w hierarchii twórców dóbr kultury dzisiejszej Polski, te „chuje” i „kurwy”, i „zajebiście”, i „dupy”, i „gówna” niczego nie ułatwiają. Umierająca matka, bezbronna wobec samopozbawienia się umierania z Bogiem, na którego łatwo dawniej zrzucało się emocjonalny balast, nie jest pretekstem, a usprawiedliwieniem. To na tej postaci spoczęła wina za dezorientację rodziny, na jej brak równowagi i bezpieczeństwa. Alkoholowa śmierć opiekującego się troskliwie żoną ojca Juli, oraz jej zdrada małżeńska, a za tym i rozpad małżeństw, to chyba zupełnie niezamierzone fiasko też i artystyczne. Tak, jakby reżyserka cały czas chciała powiedzieć coś zupełnie marginalnego, natomiast coś ważnego ukryć.
Podobnie w filmach pokrewnych, w „Moim Nikiforze” Krzysztofa Krauze, czy równie skłamanym „Placu Zbawiciela”, polscy artyści całkowicie potracili moralny drogowskaz, mając zgubną nadzieję na zamianę dotychczasowych wartości etycznych. Jeśli w kinie państw bloku wschodniego dokonuje się prawdziwe rozpoznanie relatywizmu moralnego zaistniałego wskutek panującego reżimu, polskie kino zupełnie potraciło wiedzę o tym, co jest dobre, a co złe. Jeśli dydaktyczna strona komunistycznej propagandy straciła na wartości, to nie znaczy, że już nie istnieje odwieczny, całkiem realny system wartości.
Przykładowa bohaterka Julia u Szumowskiej, wyznająca kult wolności i sentymentalnie płacząca nad umierającymi rodzicami jest przecież jeszcze czymś więcej niż serialową postacią kobiecą, dzielnie pokonującą sprzeczności losu. Julia w filmie jest artystką. I to nie byle jaką. To właśnie ona pracuje w tej materii, ona się zajmuje tylko tym na okrągło: interesują ją tylko te sprawy. Ona jest do nich oddelegowana. I co robi człowiek kultury, człowiek „jaśniejszy”, w momencie, gdy problem osobistego życia go przerasta? Julia angażuje w swój osobisty problem kilkanaście postronnych osób, by na dodatek uwieść innego mężczyznę i skrzywdzić swojego dotychczasowego męża. Ta irracjonalna wolta w scenariuszu byłaby zasadna, gdyby bohaterka nie wytrzymując presji emocjonalnej chciała wziąć odwet na otoczeniu w szaleństwie mszcząc się na obiektach zastępczych. Nic się takiego na planie nie dzieje. Wszyscy są zachwyceni sobą. Wszystko kończy się dobrze. Rodzice nareszcie ulokowani są w jednym bezpiecznym miejscu, czyli w grobie, były ksiądz może namaścić olejem ludzi niewierzących, sam stosując obrzęd, w który też nie wierzy.
Najbardziej może niewiarygodna była scena stosunku płciowego Juli z edypalnym obiektem swojego pożądania, gdy ten, zupełnie niezainteresowany seksualną prowokacją siedzi ze spuszczonymi spodniami na krześle.

Nie oglądam seriali, ale myślę, że mimo wszystko serial jest w jakiś sposób logiczny. W innym wypadku nie miałby takiej oglądalności. Natomiast kino artystyczne, jak widać logiczne być nie musi. Bohaterka reaguje na tragedię życiową niekonwencjonalnie, ale też nie bardzo wiarygodnie. Jest coś w dalszym ciągu w tej ekspiacji nieprzezwyciężonego i niepotrzebnego. Jeśli plotkarsko chcemy się dowiedzieć o pierwowzorach filmowych postaci, to ich alienacja poprzez artystyczną kreację dokonała się już celowo i dokument to jest żaden. Natomiast prawda o śmierci – tak przecież ważna w dobie debat o eutanazji w realnej możliwości technologicznie przedłużania życia i jednocześnie skazując nie tylko chorego na upokarzający stan ciała, ale dręcząc automatycznie bliskie mu osoby – nie została naruszona.
Można byłoby jeszcze liczyć na odautorskie zawierzenie tajemnicy śmierci, w jej tabu i nienaruszalności tajemnicy. Ale intencja była przeciwna. Spłycono sam podmiot cierpienia, natomiast strywializowano proces przejścia z bytu do niebytu. I punkt ciężkości reżyserka przeniosła jednak na sentyment. Mimo, że Szumowska w wywiadzie zapewnia, że wszelkie płacze zlikwidowała i wycięła przy montażu, to jednak film pozostał na tym płytkim poziomie. Jak widać, problemem nie jest płacz i pokazanie uczuć.
W końcowej scenie Julia przerażona staje przed wyzwaniem samotniczego życia bez rodziców i bez dzieciństwa, które wraz z nimi odeszło. To nie jest dojrzewanie, a tylko brak jednego z elementów życia. Nie transformacja, a utrata podstawowej części jestestwa.
Jeśli więc materialność przedstawionego w filmie świata wraz z domami, mieszkaniami, samochodami i przedmiotami tworzyła ten film, to o istnieniu innego świata tam mowy być nie może. Łzy zastępują uczuciowość, dotyk seksualność i pożądanie.
Jeśli nawet wiemy, o co reżyserce chodziło i co chce powiedzieć, to równocześnie też wiemy, że nam tego nie dostarcza, ponieważ nie jest w stanie.
Magia kina, powołana do wyrażania rzeczy niewyrażalnych tutaj nie zadziałała.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

KASZTANY JADALNE str. 38

strona-38

Zaszufladkowano do kategorii Komiks | 6 komentarzy

APOLINAIRE

Nawet, gdy mosty będą pewne
nie zaczniesz
dróg budować ciszy
jak Rzym, by wozy pchać wojenne.

Ciszą jest pytanie
zostawione w krtani.

Nawet jest dobre połączenie,
czytelny
zasięg ciszy celny,
groźnego dźwięku dróg myleniem.

Lecz nic nie dociera
uwikłane w teraz.

Jak ja mam dotrzeć? Jestem gotowa!
Czas leci
po moście. Rozniecił
zapalony lont iskrę słowa.

Wygasły szanse znów:
cisza więzienna słów.

To obcy most, nie mój Mirabeau.
Nie  język.
Nie mój przełyk.
Nie jest to nasze wspólne ciało.

Czy było pytane
pytanie zadane?

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz