Wydany trzy lata temu obszerny tom „Poezja jako miejsce na ziemi” zawierający czternastoletni dorobek poety nie różni się właściwie niczym od tegorocznie nagrodzonej prestiżową nagrodą w Gdyni „ Piosenki o zależnościach i uzależnieniach”. Tytuł zbioru ani nie usprawiedliwia, ani nie wyjaśnia dlaczego poeta cały czas tkwi wokół swoich obsesji, próbując dobić się do jakiegoś nie uświadomionego wcześniej celu. Rozsmakowanie w jednym temacie nie jest uzależnieniem, monotematyczność zależnością.
W procesie obsesyjnych nawrotów do klimatów rodzinnych mnoży strofy i cały czas przebywa w spreparowanym dla siebie poetyckim więzieniu.
Czytelnik zmuszony jest więc bezustannie tkwić w sprawach cudzej rodziny, troskać się jej losami i dokonywać dużego wysiłku, by się w jej koligacjach połapać.
Któryś z krytyków nazwał ten typ opowieści barokowym, być może ze względu na język, którym Dycki posługuje się niezwykle sprawnie, przerost treści nad formą w tym wypadku jest jedyną zaletą tej poetyki.
Z książki dowiadujemy się wprawdzie o śmierci matki podmiotu lirycznego, podczas, gdy w poprzedniej jeszcze choruje ona na schizofrenię i leczy się w zakładzie zamkniętym, to jednak ta figura matki w obu wypadkach, bardzo ważna i właściwie podstawowa, niewiele przybliża nam z esencji, jaką Tkaczyszyn-Dycki próbuje z przeżywanego życia wydestylować.
Nie wiem na ile zamiar opisu świata poprzez minioną kresowość, ziemiańskość i związaną z tym egzotyką może się udać. Mamy przemyskie klimaty wraz z pierogami ruskimi i niezliczoną liczbą ciotek, których życie seksualne podane jest jakby zamiast innego życia, chociażby społecznego, o którym poeta nie piśnie ani słowa, a przecież likwidacja tej grupy społecznej przez minione rządy w Polsce była o wiele drastyczniejsza, niż powolny jej zanik, jak poeta opisuje:
„(…)np. siostry Serotyńskieostatnimi czasy nie wyprawiam się równie
chętnie w przemyskie ale to nie jest tak
że zapominam o Argasińskich Zabrońskich
o których musiałem w końcu napomknąć
istotą poezji jest nie tyle zasadność
co bezzasadność napomknień i powtórzeń”
[IX]
Więc poeta ciągnie swój monolog w konsekwentnej bezzasadności tajników cudzej sagi rodzinnej licząc na to że, jak u Marcela Prousta, wszystko między wierszami odczytamy, co Proust umieścił portretując dobrze mu znane klasy społeczne – odchodzącą arystokrację i umacniającą się burżuazję na przełomie epok we Francji – to w tekście Dyckiego nic się właściwie nie wyłania. Z gmatwaniny kresek portretów i obrazów otrzymujemy okruchy określające ludzi, którzy przeminęli, przemijają, tkwią w świadomości autora, ale nie wiadomo, co z tym poetyckim albumem starych fotografii mamy zrobić. Przyjemnie jest wiedzieć, że nie utraciliśmy wszystkiego, że walec historii nie zmiażdżył wszystkich przedwojennych porcelanowych filiżanek i po domach są jeszcze srebrne łyżeczki, które może każdy ukraść. Ale czy tak okrężna droga testowania zachowań międzyludzkich jest możliwa artystycznie; czy język poetycki zawiera w swych niedopowiedzeniach, syntetycznym łączeniu obrazów i różnorakich aluzjach do wcześniejszych powiązań moc perswazji, która wniosłaby w wyobrażenia czytelnika o polskim ziemiaństwie jakieś zmiany?
Autobiograficzne ślady w zbiorze mówiące o seksualnej inicjacji determinującej homoseksualizm autora, o powiązaniach emocjonalnych z delikatną, nadwrażliwą matką, którą zabiera obłęd, a potem jej ciało pożera choroba nowotworowa; o męskich romansach, o samej męskości we wspomnieniu, w sytuacjach codziennych (XXV.), (XLVII. Piosenka dla babci klozetowej), służą jedynie zwijaniu się do wnętrza problematyki utworów ale ich nie uniwersalizują.
Mamy tutaj podobną sytuację monotematyczności, mantrowych powtórzeń i osobistych obsesji, zmuszających artystę do ciągłego mówienia o tym samym.
Wbrew tematom, w sumie niewiele się to różni od poetyzowania na temat ptaszków, kwiatuszków i chmur, co od razu wykluczyłoby poezję jako banalną. Mamy u Tkaczyszyna-Dyckiego zabieg podobny, tyle że obrał za cel opisu rejony jeszcze nie tak zużyte i znikające bezpowrotnie, mające więc sugerować świeżość i nowatorskie spojrzenie. Lecz antyki powołane do życia są już martwe, są jedynie wnętrzami domów odchodzącej epoki, albo tych, którzy rezygnując z masowego stylu Ikei meblują nimi domy akcentując swoje przebrzmiałe historycznie klasowe przynależności.
Podmiot liryczny próżno składa daniny modlitewne Bogu:
„(…)Panie Boże najsłodszy z pokoi mojego dzieciństwa
z komnat moich staroświeckich ciotek Hryniawskich
i Argasińskich Unickich i Kwilińskich które zabrał
deszcz z samego rana by już nigdy nie zwrócićświatu uczyń mnie uczyń poetą (…)”
[L.]
Próżno, ponieważ poeta tak naprawdę nie modli się do Boga, tylko do swoich ciotek. A te byty materialne, nie będące nigdy żadną duchowością, nie promieniują niczym, oprócz zanikającego już zapachu naftaliny.