Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki „Piosenka o zależnościach i uzależnieniach” Nominowani NIKE 2009

Wydany trzy lata temu obszerny tom „Poezja jako miejsce na ziemi” zawierający czternastoletni dorobek poety nie różni się właściwie niczym od tegorocznie nagrodzonej prestiżową nagrodą w Gdyni „ Piosenki o zależnościach i uzależnieniach”. Tytuł zbioru ani nie usprawiedliwia, ani nie wyjaśnia dlaczego poeta cały czas tkwi wokół swoich obsesji, próbując dobić się do jakiegoś nie uświadomionego wcześniej celu. Rozsmakowanie w jednym temacie nie jest uzależnieniem, monotematyczność zależnością.
W procesie obsesyjnych nawrotów do klimatów rodzinnych mnoży strofy i cały czas przebywa w spreparowanym dla siebie poetyckim więzieniu.
Czytelnik zmuszony jest więc bezustannie tkwić w sprawach cudzej rodziny, troskać się jej losami i dokonywać dużego wysiłku, by się w jej koligacjach połapać.

Któryś z krytyków nazwał ten typ opowieści barokowym, być może ze względu na język, którym Dycki posługuje się niezwykle sprawnie, przerost treści nad formą w tym wypadku jest jedyną zaletą tej poetyki.
Z książki dowiadujemy się wprawdzie o śmierci matki podmiotu lirycznego, podczas, gdy w poprzedniej jeszcze choruje ona na schizofrenię i leczy się w zakładzie zamkniętym, to jednak ta figura matki w obu wypadkach, bardzo ważna i właściwie podstawowa, niewiele przybliża nam z esencji, jaką Tkaczyszyn-Dycki próbuje z przeżywanego życia wydestylować.
Nie wiem na ile zamiar opisu świata poprzez minioną kresowość, ziemiańskość i związaną z tym egzotyką może się udać. Mamy przemyskie klimaty wraz z pierogami ruskimi i niezliczoną liczbą ciotek, których życie seksualne podane jest jakby zamiast innego życia, chociażby społecznego, o którym poeta nie piśnie ani słowa, a przecież likwidacja tej grupy społecznej przez minione rządy w Polsce była o wiele drastyczniejsza, niż powolny jej zanik, jak poeta opisuje:

(…)np. siostry Serotyńskieostatnimi czasy nie wyprawiam się równie
chętnie w przemyskie ale to nie jest tak
że zapominam o Argasińskich Zabrońskich
o których musiałem w końcu napomknąć

istotą poezji jest nie tyle zasadność
co bezzasadność napomknień i powtórzeń”
[IX]

Więc poeta ciągnie swój monolog w konsekwentnej bezzasadności tajników cudzej sagi rodzinnej licząc na to że, jak u Marcela Prousta, wszystko między wierszami odczytamy, co Proust umieścił portretując dobrze mu znane klasy społeczne – odchodzącą arystokrację i umacniającą się burżuazję na przełomie epok we Francji – to w tekście Dyckiego nic się właściwie nie wyłania. Z gmatwaniny kresek portretów i obrazów otrzymujemy okruchy określające ludzi, którzy przeminęli, przemijają, tkwią w świadomości autora, ale nie wiadomo, co z tym poetyckim albumem starych fotografii mamy zrobić. Przyjemnie jest wiedzieć, że nie utraciliśmy wszystkiego, że walec historii nie zmiażdżył wszystkich przedwojennych porcelanowych filiżanek i po domach są jeszcze srebrne łyżeczki, które może każdy ukraść. Ale czy tak okrężna droga testowania zachowań międzyludzkich jest możliwa artystycznie; czy język poetycki zawiera w swych niedopowiedzeniach, syntetycznym łączeniu obrazów i różnorakich aluzjach do wcześniejszych powiązań moc perswazji, która wniosłaby w wyobrażenia czytelnika o polskim ziemiaństwie jakieś zmiany?

Autobiograficzne ślady w zbiorze mówiące o seksualnej inicjacji determinującej homoseksualizm autora, o powiązaniach emocjonalnych z delikatną, nadwrażliwą matką, którą zabiera obłęd, a potem jej ciało pożera choroba nowotworowa; o męskich romansach, o samej męskości we wspomnieniu, w sytuacjach codziennych (XXV.), (XLVII. Piosenka dla babci klozetowej), służą jedynie zwijaniu się do wnętrza problematyki utworów ale ich nie uniwersalizują.

Mamy tutaj podobną sytuację monotematyczności, mantrowych powtórzeń i osobistych obsesji, zmuszających artystę do ciągłego mówienia o tym samym.
Wbrew tematom, w sumie niewiele się to różni od poetyzowania na temat ptaszków, kwiatuszków i chmur, co od razu wykluczyłoby poezję jako banalną. Mamy u Tkaczyszyna-Dyckiego zabieg podobny, tyle że obrał za cel opisu rejony jeszcze nie tak zużyte i znikające bezpowrotnie, mające więc sugerować świeżość i nowatorskie spojrzenie. Lecz antyki powołane do życia są już martwe, są jedynie wnętrzami domów odchodzącej epoki, albo tych, którzy rezygnując z masowego stylu Ikei meblują nimi domy akcentując swoje przebrzmiałe historycznie klasowe przynależności.
Podmiot liryczny próżno składa daniny modlitewne Bogu:

„(…)Panie Boże najsłodszy z pokoi mojego dzieciństwa
z komnat moich staroświeckich ciotek Hryniawskich
i Argasińskich Unickich i Kwilińskich które zabrał
deszcz z samego rana by już nigdy nie zwrócićświatu uczyń mnie uczyń poetą (…)”
[L.]

Próżno, ponieważ poeta tak naprawdę nie modli się do Boga, tylko do swoich ciotek. A te byty materialne, nie będące nigdy żadną duchowością, nie promieniują niczym, oprócz zanikającego już zapachu naftaliny.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 39 komentarzy

ZIMNO

Tak mi zimo, gdy się zjawia po upale spadek
temperatur, a dzień ciągle w słońcu miękki,
jak głos, którym wypowiadasz dźwięki,
a je słyszeć, to dać sobie radę…

Termos chroni co podszewka świata
skryła szczelnie. Pora roku miła…
Tak mi zimno, że na Himalaje wdrapać
i tam zasnąć, to tropików klimat!

Tak mi zimno i tak stale obco, chociaż pejzaż znany
i znam twarze, które trwają nieustannie na swych wieżach,
drwią z chochołów różą wypychanych,
lecz ich śpiącym wnętrom także nie dowierzam…

Nie ma sensu ze zjawiskiem bić się,
nie ma szans przedostać się z ciepłotą,
jest zbyt późno, zaraz zadrży rtęć,
by roztrzaskać się w zastygły krwotok.

Zaszufladkowano do kategorii Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Maurice Blanchot „H. H.”

Inicjały w tytule nie tylko oznaczają Hermanna Hessego, ale także dwie postacie jego powieści.
Maurice Blanchot portretuje Hessego swobodnie trzymając się faktów biograficznych w sposób oszczędny, istotny i klarowny.
Jak dowiaduję się od Slavoja Žižka, Jacques Lacan na wykładach był niezwykle komunikatywny i zrozumiały, natomiast w swoich pismach rzecz gmatwa niemiłosiernie, to jednak czytając esej Blanchota, trudno mi uwierzyć, że słusznie można było na podstawie pism Blanchota napisać tyle skomplikowanych artykułów i wydać je wszystkie w tak zniechęcającej do niego formie, w książce „Maurice Blanchot Literatura ekstremalna”.

Blanchot być może ekstremalny jest w tedy, gdy nie przynudza i podaje same istotne cechy pisarzy, których omawia. Jak czytałam na blogu Lecha Bukowskiego esej Blanchota o Marcelu Prouście, gdzie udowadnia, że całe życie Prousta było właściwie jakąś totalną literacką prowokacją, a „Poszukiwanie…”się różni od jego pierwszej istotnej jego powieści „Jan Santeuil” tym, że przebija skorupę i wchodzi już w głąb istotności,
to czytając o Hessem mam takie samo wrażenie literackich poszukiwań Blanchota.
Blanchot cały czas właściwie przebija skorupę, która dzieli czytelnika od tego wszystkiego, co o nim wiemy, bez powiązań z istotą przesłania jego twórczości. Krótko, ale intensywnie rozprawia się z biografią Hessego, jego ucieczką od protestanckich projektów życiowych narzucanych przez ojca pastora dla syna w internacie, jego przełomy duchowe, próby samobójcze, niezgodę na psychoanalizę i poszukiwanie duchowości w buddyzmie.

Właściwie Blanchotowi wystarczają tylko dwie znamienne powieści do analizy autora: „Wilk stepowy” i „Gra szklanych paciorków”. Jeśli na wstępie zaznacza, że Hesse dla Niemców jest tym, czym dla Francuzów był Paul Valéry i André Gide i jest to właściwie końcówka tych gigantów duchowości zachodniego świata kultury, któremu na dodatek udało się zachować nienagannie w czasie drugiej wojny światowej to jednak ma cichą nadzieję, że jego poszukiwania utraconego Świata Ducha będą przez przyszłe pokolenia kontynuowane.
Blanchot z dużym podziwem udowadnia wysiłki Hessego w kierunku scalania świata po jego upadku i degradacji, i to właściwie nie sztandarowy „Wilk stepowy”- manifest wolności dokumentujący stan ducha artysty między wojnami – ale „Gra szklanych paciorków” jest dla Blanchota dopiero dziełem wielkiego, nieprawdopodobnego artystycznego wysiłku w szukaniu rozwiązań dla ludzkości upadłej w totalitaryzmy i uwikłanej we własnych sidłach.

Hesse Blanchota to duch wolny, stwarzający na łamach powieści utopię. W „Grze.. powołuje do istnienia krainę sztuki i nazywa ją Kastalią. Panuje w niej jedynie Duch syntetyzujący dokonania wszystkich światowych kultur, jak podpowiada Blanchot, coś na kształt późniejszego Muzeum Imaginacji André Malraux. Kraina ulega jednak też degradacji i wydziedziczeniu.
Blanchot obsesyjnie wprowadza więc swoją wizję zaniku, przekroczenia i dążenia do nicości utopijnej krainy Hessego. Odczytując dualizm interpretacji opowieści o wspólnocie duchowej krainy Kastalii pyta: „Ale co ma tutaj znaczenie, co jest pierwotne? Jedność czy całość? Jedność, będąca Bogiem, czy całość, będąca afirmacją człowieka spełnionego?” .

Pytaniem tym obala jednoznaczność interpretatorów Hessego ukierunkowanych na Hegla:

„Książka Hessego mówi o tym wszystkim, ale być może jest to zbyt dużo do powiedzenia na raz: jest to więcej, aniżeli może ona powiedzieć. I podobnie, jeśli chodzi o koherencję powieści, należałoby zapytać, czy – gdy sercu dzieła zostaje umieszczony wielki obraz, całkowicie ją podtrzymujący – nie jest niebezpiecznym okazywać jego degradacji do powierzchownej figury, stworzonej, jak się wydaje, umyślnie ze względu na krytykę, jakiej chce ją poddać. W dziale zakwestionowanie dzieła stanowi być może jego cześć zasadniczą, ale powinno się ono spełniać w sferze sensu i poprzez pogłębienie obrazu, będącego jego centrum i zaczynającego się jednak ukrywać, gdy nadchodzi koniec, w którym znika.”
(przeł. P. Pieniążek)

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Ciała z Internetu II (4)

Byłam jedyną osobą, która o tak wczesnej porze wyszła przed dom z psem.
Kolonia ekskluzywnych domów, które wbrew światowym tendencjom architektonicznym indywidualizacji zabudowań spełniała potrzeby ludzi majętnych, a zarazem dla potanienia ile tylko się da wykupionych tu mieszań uniformizowała je na modłę ubiegłowiecznych koloni proletariackich budując je z najnowszych materiałów o wysokim technologicznym przetworzeniu, przeznaczona najwidoczniej była dla tych, którzy wraz ze swoimi zwierzętami domowymi potrzebują rozpoczynać życie w połowie dnia.

Byliśmy z psem na tle tych martwych i milczących domów nieskończenie samotni.
Powlekliśmy się więc piaszczystą ścieżką w głąb sosnowego lasu, który mimo sąsiedztwa tak brutalnego, jak nowo wybudowane osiedle, zachował jeszcze swój pierwotny, szlachetny charakter.

Obserwując pierwsze promienie zapowiadające wyjątkowo upalny dzień obrysowujące cieniutką białą linią krzaki jagód i paproci, a na mchu perliła się jeszcze poranna rosa, pogrążyliśmy się we własnych, osobistych rozmyślaniach.
Podczas gdy pies z zainteresowaniem okładał i znaczył wszystkie rozpoznane miejsca psich mieszkańców osiedla, ja na mapie wewnętrznej powinnam obsikać mentalnie to, co było mi znane i swojskie. I niczego nie znalazłam.
Wszystkie doznania, dotyczące mojej nowej sytuacji na drugim krańcu Polski nie pozostawiały żadnych śladów i znaków, a te, będące jeszcze w zasięgu, znikały w nieprawdopodobnym tempie, tak, jak nikomu niepotrzebne odciski butów na wilgotnych piaszczystych ścieżkach tego lasu iglastego, którego nie nawiedzali już żadni Indianie, ani harcerze przebrani za Indian.
Tkwiące pod krzakami puszki po piwie, butelki i pudełka po papierosach były tak zwyczajnym i nieważnym znakiem, że wtapiały się w roślinność i były wraz z nią oczywistością.
Na niebie pojawiły się smugi samolotów, ale i te zamazane bazgroły, jak i jazgot silników, nie wskazywały na żaden trop, bym mogła się jakoś w tym nowym środowisku określić.
Świat nie przychodził do mnie, mimo, że ja wchodziłam w coraz bardziej dziewiczy las, który milcząc nie odwzajemniał moich pragnień spotkania z czymkolwiek, co mogłabym zapamiętać i z tym zapamiętałym wrócić do domu. Na dodatek ścieżki leśne, jak w grze planszowej, okazały się z góry zaplanowane i zapętlone, i wbrew upragnionemu zbłądzeniu wypluły mnie w miejscu w którym do lasu weszłam.
Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić.

Z trudem przypomniałam sobie dom właściwy wśród takich samych domów. Lecz nie pamiętałam już kondygnacji, ani numeru mieszkania, a w całym budynku nie tylko nie było ani jednego nazwiska na drzwiach, ale większość mieszkań nie posiadała numerów. Ten dziwny obyczaj zupełnego ukrycia się mieszkańców wprowadził mnie w taką panikę, że drżącymi rękami rozpoczęłam systematycznie próbować wszystkich kluczy, jakie miałam w ręce i wkładać je do kilkudziesięciu zamków mogąc być cały czas podejrzana o włamania do cudzych mieszkań.
Jednak po jakimś czasie niebezpiecznej pracy, z konspiracyjnie nastawionym psem, który cierpliwie milcząco przypatrywał się spode łba moim pomysłom na szczęśliwy powrót, przy absolutnym braku jakiegokolwiek rezonansu ze strony mieszkańców nawiedzanych mieszkań, zamek nagle otworzył drzwi i ujrzałam znajome mi mieszkanie.

Mąż obudził się właśnie i poszliśmy do tej części mieszkania, gdzie można było zrobić sobie herbatę.
Ale najprawdopodobniej gospodarze już też nie spali i też uprzejmie dołączyli do nas, świadcząc nam najróżniejsze poranne grzeczności.
Mający nastąpić zaraz moment rozstania widocznie wszystkich nas zbliżył i uwolnił od ciężaru kolejnych kamuflaży i wysiłków ukrywania.
Zapowiedziane natychmiastowe, po obfitym śniadaniu opuszczenie przez nas domu uaktywniło coś w rodzaju sentymentu, kiedy właściwie nie wiemy, czy odczuwamy dyskomfort z powodu utraty, czy pozyskania. Niewątpliwie traciliśmy bezpowrotnie szansę na spotkanie istotne, ale zyskiwaliśmy przynajmniej pewność, że jest ono niemożliwe. Ulga, jaka z pewnością powstała w naszej czwórce dotyczyła zapewne i psa, który najwyraźniej potrafił to wyartykułować. Jak długi rozciągnął się na posadce i zasną snem spokojnym, bezpiecznym i wyzwolonym.

Ogromne kanapki z węgorzem, serkiem brie i prosciuttem owinięte w srebrną folię już czekały na nasze zabranie, a myśmy wykonywali jeszcze różnorakie gesty dziękczynne i wypowiadali słowa, które w takich okolicznościach zawsze się wypowiada i bez nich żaden kulturalny człowiek z cudzego domu nie wyjdzie.
A myśmy wszyscy byli kulturalni, byliśmy grzeczni, dobrze wychowani i na tyle inteligentni, by wsiadając do samochodu i nie omieszkać powtórzyć wszystkiego, co wydarzyło się wczoraj, gdy wchodziliśmy w nieznane.
Chłopak z Internetu odprowadził nas do drzwi samochodu wkładając mój neseser do bagażnika. Potem wykonał podobne gesty jak te, które nierozpoznawalne w znakach komunikacji na odległość zacierają intencje stając się jedynie umownym, międzyludzkim kodem. Podobne gesty wykonała jego żona stojąca na balkonie.
Zresztą, gesty pożegnań nigdy też, oprócz ulgi zakończenia, nie zawierają przecież niczego.

Rozpoczynał się upalny, letni dzień a nas czekała podróż przez całą Polskę

koniec

Zaszufladkowano do kategorii dziennik ciała | Dodaj komentarz

Ciała z Internetu II (3)

Bogactwo mieszkań było zawsze względne. Uważaliśmy posiadanie własnego kąta za największe bogactwo. Szczytem marzeń była ślepa kuchnia w mieszkaniu na Żoliborzu, ta kawalerka, jaką nam pokazał warszawski malarz Wiesiek wioząc do swojego habitatu całą wiarę poplenerową malarzy z prowincji, którzy mieli i może do dyspozycji większy metraż, ale nie w Warszawie.
Potem oglądałam inne mieszkania, domy, różne nieziemskie aberracje ich mieszkańców. Jedne nie posiadały ani jednego elementu z plastiku zgodnie z obowiązującą modą, wykonane w całości łącznie z łazienką, z drewna. Inne wręcz przeciwnie, miały przemycone z Zachodu dmuchane, ogromne fotele, gdzie nie można już było się swobodnie poruszać. Jeszcze inni bogacze umieszczali w wychodku enerdowską kolejkę piko, która jeździła tylko przy otwartej desce sedesowej, a pokój wytapetowany był podkładkami pod piwo z całego świata.
Mimo, że opis Tomków w swoim domku mogłabym ciągnąć w nieskończoność, ponieważ i domków, i Tomków w czasie mojego długiego życia spotkałam wiele, to tego dnia tomaszowe, ewangeliczne doświadczenie przerosło moje dotychczasowe doznania.
Nasz pies, kundel, pochodzący ze schroniska dla bezdomnych zwierząt i mający przez to małe poczucie wartości, stanął, jak my, oniemiały i nie ważył się wejść dalej.
Podłogi jak lustro odbijały nasze nieśmiałe kroki. Brud, który nieuchronnie zawsze gromadzi się na styku poziomu i pionu każdego pomieszczenia i uszczelnia tym i spaja pokoje, nie istniał.
Sterylność tych ogromnych komnat, wyselekcjonowanych praktycznie do najważniejszych przedmiotów w tonacji jasnych szarości i złamanych bieli preparowała je mentalnie wyjmując z materialności nie dla ich nieważkości, ale dla nicości. Klimat mieszkania stawał się nierealny właśnie poprzez realność, jak coś, co zostało stworzone absolutnie od nowa i nawet więź z jego znaczeniem została przerwana. Współczesne sprzęty gospodarstwa domowego – jak lodówka wielkości tramwaju sprytnie ukryta w wybudowanej na tę okoliczność kolumnie, sygnalizowała, że jest wypełniona po brzegi najwyśmienitszym jadłem – tkwiły tutaj nie jak fetysze, czy elementy ludzkiej wygody, ale jako samoistne byty na podobieństwo gór czy jezior, czegoś, co odwiecznie tkwi, co jest zastane pierwotnie i już nieodwracalnie.
Natychmiast zresztą pojawiły się na stole potrawy, które ostatnio oglądaliśmy w filmie „Wielkie żarcie” Marco Ferreriego. Mój mąż, któremu codziennie powtarzam, że za spaślaka nie wychodziłam za mąż, postanowił nie hamować się zbytnio, ja zresztą też nie mogłam już tak ortodoksyjnie obstawać przy moim wegetarianizmie. Pies, skazany na nasze osiedlowe śmietniki, gdyż kupujemy mu tylko chappi, zupełnie nie mógł się przy zapachach i widoku pieczonego mięsa, wędlin i ryb, opamiętać. Kiedy gospodarz domu wyciągnął wreszcie oszronioną lodem butelkę wódki, miałam tylko jedno wyjście z sytuacji: wejść w inny stan skupienia.
Jednak ostatkiem woli próbowałam sprostać, jak przywołany wspomnieniem Świadek Jehowy, przyczynie, dla której przemierzyliśmy taki szmat drogi. Przecież mieliśmy przeprowadzić rozmowy istotne, mieliśmy się poznać i nie tyle zbratać, co z sobą oswoić, doznać błogiego poczucia bezpieczeństwa w niwelowaniu tamy sieciowego nieistnienia, którą obszedłszy, można by raz na zawsze zlikwidować.

Ale tama istniała. W miarę picia, umacniała się jeszcze bardziej i mur międzyludzki wzrastał z każdą minutą biesiadowania. Nierzeczywistość pomieszczenia, które jakby zostało stworzone tylko i wyłącznie dla nas, na okoliczność naszego religijnego nawiedzenia, było wypreparowane z czasu. Nie było w tym mieszkaniu ani przeszłości, ani przyszłości, była jedynie teraźniejszość, zamknięta w tej oszronionej butelce z płynem koloru czystej wody, która po opróżnieniu nie zawierała absolutnie żadnych informacji. Small talk, jaki toczyliśmy wyjątkowo intensywnie i żywo, był taką samą imitacją rozmowy istotnej, jak codzienność wypreparowana z trudu i mozołu, jak charakter egzystencji człowieka, który jeszcze żyje, ale niekoniecznie.

Położyliśmy się spać w pokoju przeznaczonym tylko dla nas po uprzednim pływaniu w ogromnej łazience, w pianie, którą gospodyni domu z prawdziwą troską roztrzepała w wannie z elektronicznie sterowanym strumieniem wody.
Pies nie ośmielił się wejść do naszej tymczasowej sypialni, a myśmy nie ośmielili się jej zamknąć.
Wędrował więc niestrudzenie po ogromnych korytarzach nocą, ślizgając pazurami po lustrzanej posadzce z trudem, jak na lodzie, utrzymując równowagę.
Błądząc po ciemku, wpadł do łazienki, gdzie wplątał pazury w oczka śnieżnobiałej maty podłogowej i nie mogąc się wyplątać, zahaczył łapą o mój biustonosz, którego w popłochu nie zabrałam ze sobą. Haftka biustonosza dodatkowo zamotała go, a on, nie chcąc nikogo budzić, tarzał się w bezsilności w tym kokonie. Niepostrzeżenie drzwi sypialni gospodarzy otworzyły się bezgłośnie i ciemna postać oswobodziła psa.

Dniało i znalazłszy w przedpokoju na wieszaku klucze, wyszłam z nim na pierwszy spacer.
c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, dziennik ciała | Dodaj komentarz

Ciała z Internetu II (2)

Chłopak z Internetu, do którego jechaliśmy w to upalne i przepiękne lato na drugi koniec Polski był postawiony w sytuacji wymuszenia i podobnej niezręczności, jaką przeżyłam wtedy, zapraszając Świadka Jehowy powtórnie.
Ten chłopak nie chciał się ze mną spotkać i swój wirtualny byt chciał ukryć jak najdłużej, jak tylko się da.
Ale się nie dawało. Moje stanowcze wymuszenie ujawnienia było tak silne, jak jego pragnienie ukrycia. Beznadziejność sytuacji, gdzie jedna strona chce, a druga nie chce, nie miała nic wspólnego z matrymonialną sceną bajki la Fonteaine’a. Nie była też lacanowskim pustym gestem symbolicznym, gdzie ja piszę prośbę o spotkanie, a zwrotnie otrzymuję zaproszenie, z którego dla wspólnego dobra nie skorzystam i w poczuciu bezpieczeństwa taką ofertę się składa.
Ja katastrofalnie dla obu stron, zaproszenie przyjęłam.
Wszyscy byliśmy w związkach trwałych i udanych, a spotkanie miało się odbyć na planie innym. Jakim? To miało właśnie ujawnić wizyta, określić jakość współistnienia, jego zasadność i możliwość.

Jechaliśmy, my stare małżeństwo ze starym psem wygodnym samochodem syna z klimatyzacją i elektronicznym przewodnikiem, który prowadził nas bezbłędnie pod podany adres.
Mijaliśmy po obu stronach autostrady pozostałości po żniwach – regularne, zawsze takiej samej wielkości porozrzucane po złotych polach ścierniska walce mechanicznie sprasowanej słomy, co przypominało pejzaż opanowany przez kosmitów i cywilizację nową i nawiedzającą.
A myśmy byli ludźmi starego ładu.
Wpatrując się w te pola, gdzie jedynie bezwład rzucanych snopków w zupełnie nowym kształcie stanowił jakąś przypadkową, jak w grze kostką, podejrzaną dowolność, przypomniałam sobie różne nasze wyjazdy towarzyskie, których szyfru zasadności nigdy nie potrafiłam pojąć, ani zgłębić.
Były one, jak te słomiane walce na polach rozrzucone zupełnie swobodnie, ale ich jednością zawsze była utrata, brak ziarna, pustka ewangeliczna, gdzie wzrost z kąkolem był wspólny, ale ziarno oddzielano i zabierano. Ja pozostawałam jak ta słoma na placu boju pusta i samotna.

Jechaliśmy na północ, ponieważ Internauta mieszkał w klimacie zimnym. W miarę zbliżania się do celu pejzaż zamieniał się w nadbrzeżne wydmy i sosny, północny wiatr delikatnie wiał od morza, ale to jeszcze nie było zimno, ponieważ był środek lata i ciepło pochodziło z zupełnie z innych źródeł.
Wyszedł na szosę, by nami pokierować wezwany komórką, gdyż dom, w którym mieszkał ze swoją kobietą był postawiony niedawno i nie był umieszczony w przewodniku.
Jego drobna sylwetka w miarę zbliżania się coraz bardziej zdawała się wyrażać radość spotkaniem, ale mogły to być jedynie sygnalizacyjne wymachiwania ramionami.
Okazał się w rzeczywistości niskim, szczupłym blondynem, o niezgodnie z panującą modą lokatej głowie. Wskazał nam miejsce parkingowe obok ich czarnej limuzyny.
Jako wymoczek i zdechlak zabrał z moich rąk neseser, całe szczęście dla niego lekki, gdyż ciężkiej walizy by pewnie nie udźwignął, gdzie włożyłam na wszelki wypadek znalezioną na śmietniku szmaragdową sukienkę na ramiączkach na wypadek, gdyby okoliczności wizyty prowokowały sytuację koktajlową. Były w nim też prezenty dla gospodarzy: brązowa mysz – badylarka typu „puchatek” dla ich córeczki, która właśnie przebywała z babcią na wakacjach i grę planszową, gdzie kostką i pionkami można było wygrać na wieczyste użytkowanie każdy obiekt miasta Katowice.
I kwiaty dla gospodyni domu: dzikie róże (rdzawe) zrobione ze 100% polichlorku winylu i odnoszące się do słynnego obrazu „Młodzieniec wśród róż” Nicolasa Hilliarda, przedstawiający lokatego chłopaka otoczonego ulubionymi kwiatami Elżbiety Pierwszej symbolizującymi cierpienie. Wydawało mi się bowiem, że Chłopak z Sieci jest typowym sadystą i kwiaty te miały po kobiecemu dać wyraz mojej empatii i współczuciu jego partnerce.
Jednak jego żona, postawna brunetka, zdawała się dominującym mózgiem i duszą tego domu, a także stanowiła zapewne kierowniczą rolę w tym gnieździe, jakie ku naszemu zdumieniu zobaczyliśmy.
c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik ciała | Dodaj komentarz

Ciała z Internetu II (1)

1.
Było to powtórzenie sytuacji sprzed kilkudziesięciu lat, gdy zamieszkaliśmy na przedmieściach górniczego miasteczka z niemowlęciem i nawiedził nasze mieszkanie Świadek Jehowy.
Świadek był chłopcem niezwykle urodziwym i miał tak niespotykane oczy koloru niebieskiego, że ich odpowiedniki można było spotkać jedynie w spreparowanych animacją filmach sf o kosmitach nawiedzających Ziemian.
Te oczy płonęły nieziemskim, zimnym ogniem metafizycznego błękitu. Świadek sforsował nasze drzwi dzięki oczom łatwo i rozpoczął swój nieudany w rezultacie bój o nasze dusze.
Trwało to krótko, gdyż wpadł nie w porę i zewnętrzne okoliczności uniemożliwiły mu dalszą batalię. Grzecznie więc zaproponowaliśmy przeniesienie spotkania na za tydzień, na co skwapliwie przystał i dał się wyprosić.

Ale za tydzień okazało się, że musimy wyjechać. Zapomnieliśmy zresztą natychmiast o nim i o czekającej nas wizycie.
Po powrocie z wyjazdu w drzwiach tkwiła rozżalona kartka Świadka Jehowy wyznaczająca kolejny termin spotkania. Zawstydzona postanowiłam mu to jakoś wynagrodzić by zupełnie nie utracił wiary w Ziemian i przygotowałam się bardzo starannie. Wysprzątałam dom, upiekłam ciasto, kupiłam wino i zrobiłam kanapki.
Świadek Jehowy czuł się nieswojo. Ze względów religijnych nie tknął wina, chyba niczego nie skosztował, a z poprzedniego klimatu nawiedzenia religijnego, gdzie zdawało się, był już blisko zwycięstwa, nie pozostało nic.

Tym razem to ja byłam w sytuacji Świadka Jehowy. Gdy Internet stał się życiowym wyzwaniem kolejnych prób spotkań – ja, osoba starego ładu naciskałam na przejście z wirtualnej Sieci w świat realny. Wydawało mi się to jedynym możliwym porządkiem rzeczy w sytuacjach nieuchwytnych i tak relatywnych, jak pewność bycia jedynie w komputerze. Zachwyt sieciowego współistnienia, wzajemnej dostępności bez mącenia porządku dnia, bez tej nieustannej gotowości sprostania, gdy sprostać się nie musi natychmiast, nie ma się ochoty, nastroju, lub przeciwnie, gorliwie i szybko się do niego dąży, był zachwycającą nowością Sieci.
A jednak z drugiej strony staroświecko potrzebowałam realnego narodzenia, wątku, z którego można by było wysnuć pewność, tomaszowego sprawdzenia, że wszystko, co w Sieci się wydarza, ma jakiś empiryczny odpowiednik.

Jestem 10 lat w Sieci i rozmowy istotne, które w niej przeprowadzam różną się od anonimowych wykładów, autoprezentacji czy egocentrycznych popisów. Skierowanie, rzutowanie i pragnienie współistnienia równego z równym powoduje wyciek energii, której brak nie sposób uzupełnić sobą. Nie mogę pracować na dwa fronty. Nie mogę schizofrenicznie rozmawiać ze sobą, gdyż istnieję tylko ja, natomiast moje podwojenie już nie istnieje. Sieciowy Drugi istnieje, ale nieujawniony realnie jest energetycznie nieczynny i jak Zombie, pochłania mnie. Ujawnienie Drugiego doprowadziłoby nie tylko do upragnionej symetrii, ale i do jedności. Mitycznej jedności mentalnej.
c.d.n.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik ciała | Dodaj komentarz

Maurice Blanchot „Tomasz Mroczny”

„Tomasza Mrocznego” należy czytać bez zapoznania się z opracowaniami ponieważ inaczej można literacko oszaleć. Wątpię, by wolą pisarza, szczególnie wobec swojego młodzieńczego dzieła, było doszukiwanie się aż tylu tropów jakie przypisują mu naukowe, akademickie dywagacje, szczególnie, że dzieło powstało w czasie okupacji hitlerowskiej i wzięły w łeb wszelkie dotychczasowe porządki moralne. W czasie, gdy Śmierć Boga była procesem, a nie finałem.

Opowieść Blanchota nawiązująca do teorii Heraklita z Efezu zwanego “Ciemnym”, oparta jest na wyjątkowo wątłej fabule spotkania Anny i Tomasza w hotelu, gdzie Tomasz niewątpliwie posiada cechy samego autora, jest poetycką interpretacją procesu pisania i powstawania dzieła literackiego.
Jeśli Emil Cioran słusznie pisze w swoim dzienniku, że Blanchot to pisarz, który najprostszą rzecz gmatwa do rozmiaru niebywałego, to nie sposób jednak nie ulec tej gmatwaninie i uwiedzeniu tej pięknej prozy, i pozwolić się jej unosić.
Blanchot, w przeciwieństwie do rosyjskich akmeistów gloryfikujących życie preferuje śmierć, co w sumie na jedno wychodzi. Wbrew bowiem tym przesunięciom w kierunku Tanatosa, Maurice Blanchot podobnie jak rosyjscy moderniści bazuje na bardzo pojemnej i żywej, boskiej energii, która przemienia śmierć w źródło tworzenia, a nie unicestwiania.
W obu wypadkach następuje wyraźne odgrodzenie się od popkultury, od wpływów sztuki niskiej i pogrążenie się w rejony bardzo enigmatyczne i niesprawdzalne, w sumie niebezpieczne, gdzie można łatwo pobłądzić.
Bliższa jest ona wszelkim chrześcijańskim świętym, pustelnikom i artystom izolacji, niż tym, którzy dionizyjsko nurzali się w nurtach zbiorowego życia. Daje to niesłychane możliwości wszelkim interpretacjom, a im pośledniejszy interpretator, tym bardziej źródłowy tekst potrafi wyprowadzić na manowce.
Dlatego też trzeba się jak poręczy trzymać tekstu „Tomasza Mrocznego” i go sobie, tak jak bohater, w samotności smakować.

Więc czytam. Oprócz onirycznych, narkotycznych wizji nawiedzeń Tomasza, wodnych stworów i dziwacznych zwidów, jest jednak cały czas tendencja do wypreparowania ich z wszelkich przedstawień, co niewątpliwie nawiązuje do malarstwa abstrakcyjnego, które w czasach pisania utworu, wraz z krytycznymi pismami Kazimierza Malewicza święciło tryumfy w świecie sztuki.
I tak mamy tam analogie do płócien Rothko z początku utworu, gdzie bohater przebywa na plaży. Potem wchodzimy w estetykę malarstwa Pollocka, egzystencjalizm Muncha, katastrofizm Bacona, spokój morski Moneta.
Jednak te estetyczne nawiązania są bardziej wypełniaczem utworu, niż jego istotą. Śmieć kochanki Anny to umiecenie nie tyle autora, jakby chciał Roland Barthes, ile literatury dla jej większej klarowności.
Klasztorny, medytacyjny sposób tworzenia jest najprawdopodobniej podstawą każdej twórczości. Jednak buddyjskie ogołocenie skutkuje tylko za przyczyną pojemności duchowej samego autora. Wszelkie teorie poszukujące prawdziwych źródeł powstawania arcydzieł są na tyle potrzebne, że mogą wytropić dzieła fałszywe. Natomiast tajemnica powstawania jest zawsze niewykrywalna i niedefiniowalna. Oparta jedynie na indywidualności autora, która potrafi wewnętrzną mocą odpowiednio pokierować i ją wydobyć.

Dzisiejsze, spóźnione o pół wieku spotkanie z Maurycym Blanchotem polskiego czytelnika przybliża mu przecież jedną z wielu koncepcji teorii powstawania dzieła sztuki, bardzo subiektywnej i nie jedynej. Po Blanchocie wielu ortodoksyjnych krytyków literackich przekonało się do innych wariantów i zaakceptowało między innymi pop-art i inne drogi i warianty twórczości, zdeterminowane technologią i zdobyczami technicznymi dwudziestego pierwszego wieku.

Jednak ci, którzy wchodzą w twórczą przestrzeń zadziwieni, że piszą coś, o czym sami nie wiedzieli i zaskoczeni mediumicznym charakterem światów, w które wchodzą, mogą odczuć czytając, tak jak ja odczułam, niewątpliwe analogie do własnych doświadczeń:

„(…)Tomasz pozostał w swoim pokoju i czytał. Siedział z rękami splecionymi na czole, wpierając kciuki w skórę u nasady włosów, tak pochłonięty lekturą, że nawet się nie poruszał, kiedy otwierano drzwi. Wchodzący widzieli jego książkę niezmiennie otwartą na tych samych stronach i byli przekonani, że udaje. On zaś czytał. Czytał z niezrównaną uwagą i wnikliwością. Przy każdym znaku znajdował się w tej samej sytuacji co samiec modliszki tuż przed pożarciem. Jedno wpatrywało się w drugie. Słowa wychodzące z książki, która nabierała śmiertelnej mocy, słowa spokojne i błogie, przyciągały muskające je spojrzenie. Każde z nich, niczym na wpół przymknięte oko, pozwalało wnikać w siebie owemu nazbyt żywemu spojrzeniu, którego w innych okolicznościach by nie zniosło. Tomasz wślizgnął się zatem w te korytarze, podążając naprzód bez przeszkód, aż do chwili, gdy dostrzegło go wnętrze słowa. Nie odczuwał jeszcze strachu, przeciwnie, była to chwila niemal przyjemna, którą miałby ochotę przedłużyć. Jako czytelnik wpatrywał się radośnie w tę małą iskierkę życia, którą bez wątpienia rozbudził. Z przyjemnością przeglądał się w oku, które go widziało. Jego przyjemność stała się wielka. Tak wielka, tak bezlitosna, że doznawał jej z niejakim przerażeniem, a kiedy się wyprostował, co za nieznośna chwila, nie otrzymując od swego rozmówcy najmniejszego znaku, dostrzegł całą dziwaczność sytuacji, kiedy zwykłe słowo obserwowało go niczym żywa istota, i to nie jedno słowo, lecz wszystkie słowa zawarte w tym jednym, wszystkie, które mu towarzyszyły i które z kolei same zawierały w sobie inne słowa, niczym zastęp aniołów sięgający nieskończoności, aż po oko absolutu. Nie odrywając się od tekstu tak pilnie strzeżonego, z całych sił starał się nad sobą zapanować, uporczywie nie odwracał odeń oczu, wciąż jeszcze mając się za wnikliwego czytelnika, kiedy oto słowa zawładnęły nim i zaczęły w nim czytać. Wzięły go w posiadanie nadzmysłowe ręce, zatopiły się w nim zęby nabrzmiałe sokami; całym swoim żywym ciałem wszedł w anonimowy kształt słów, nadając im własną substancję, kształtując ich wzajemne powiązania, darowując słowu być własny byt. Całymi godzinami trwał tak w bezruchu, mając co pewien czas zamiast oczu słowo oczy: był bierny, urzeczony i odsłonięty. A nawet nieco później, kiedy już się poddał i wpatrując się w książkę, z odrazą rozpoznawał samego siebie pod postacią tekstu, który czytał, jego osoba, wyzbyta już świadomości, zachowała jeszcze myśl, a słowo On i słowo Ja, przycupnięte na jego ramionach, zaczynały prowadzić wzajemną rzeź, słowa mroczne, dusze bezcielesne i anioły słów, które głęboko weń zstępowały.
Za pierwszym razem, kiedy spostrzegł tę obecność, była noc.(…)”

tłum. Anna Wasilewska

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze