BLANCHOT

Ach, legendarny Blanchot! Oczekiwany, anonsowany i oszukany. Bo czym jest trąbienie wszem i wobec przez Krytykę Polityczną, że wydaje Mauricego Blanchota, skoro go nie wydaje? Skoro za przyczyną tego marketingowego chwytu kupujemy zupełnie innych pisarzy, nie tych, których czytać chcemy i których czytalibyśmy, gdyby nie ten lisi wybieg?
Maurice Blanchot. Literatura Ekstremalna (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2007) to kilka ceglastych artykułów o utworach, których w Polsce nie da się przeczytać. Nie mam pojęcia dlaczego jest taki kierunek wydawania tekstów źródłowych, omawiania książek przed ich wydaniem do czego służy.
Agata Bielik-Robson, Grzegorz Jankowicz, Agata Kula, Andrzej Leśniak, Michał Paweł Markowski, Paweł Mościcki, Paweł Pieniążek, Łukasz Wróbel międlą na okrągło Mit Orfeusza, jako jakąś zupełną oczywistość tej prozy, jakby polscy krytycy żyli w zupełnie dla siebie stworzonym świecie, gdzie wszyscy biegle znają język francuski i najtajniejsze informacje sobie dzięki temu mogą przekazać. Skoro jest tylu znawców, to dlaczego nie wykonają roboty Tadeusz Boya-Żeleńskiego, który miał o wiele trudniejsze zadanie, był jeden, nie miał komputera, a jednak zadanie wykonał.

Bardzo mi szkoda tego czasu, jaki oddałam śledząc nad tymi napuszonymi tekstami.
Szybko więc uciekłam do jedynego w sumie pełnego tekstu spolszczonego w Polsce, do „Tomasza Mrocznego”.
Esej „Wokół Kafki” (1996), w dalszym ciągu jest nieosiągalny, żadna dostępna mi biblioteka go nie posiada.
Numer „Literatury na Świecie (nr 10/1996), w którym jest osiem rozdziałów „Tomasza Mrocznego” które wtedy przeczytałam (oprócz jeszcze w innym numerze LnŚ trochę spolszczonych źródłowych tekstów Blanchota w ilościach śladowych, przy okazji skandalicznej Edwardy i rysunków Hansa Bellmera), bez możliwości dowiedzenia się czegoś więcej o tym pisarzu.

Mija w polskim życiu intelektualnym następna dekada i nic. W dalszym ciągu Blanchota palcem dotknąć nie sposób, na rynku tylko Tomasz. Mroczny.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | 4 komentarze

Jaś Kapela „Stosunek seksualny nie istnieje”

Nie mam pojęcia, na ile zasadne jest przez młodego poetę rozwijanie literackie tezy starego Slavoja Žižka zawartej we „Wzniosłym obiekcie ideologii” :

„(…)Z podobną logiką rozumowania mamy do czynienia w feminizmie: hasło „związek seksualny nie istnieje” oznacza, że relacja między płciami jest z definicji „niemożliwa”, antagonistyczna. Ostateczne rozwiązanie nie istnieje, jedyną zaś podstawą, w oparciu o którą może ukształtować się związek do pewnego stopnia tolerowany przez obie płcie, jest uznanie tego podstawowego antagonizmu, tej zasadniczej niemożliwości.
Z podobną logiką rozumowania mamy do czynienia w demokracji.(…)”

Debiut prozatorski Jasia Kapeli jest raczej cynicznym katalogiem problemów wieku dojrzewania w dobie prób sprowadzenia spraw płci na poziom bardzie przystosowany do wymogów coraz wyżej stojącej cywilizacji.
Czytając prześmiewczą książkę Kapeli, której nie można odmówić erupcji naprawdę pierwszorzędnego humoru, zastanawiam się, na ile ten humor właśnie powstaje dzięki istnieniu tabu, które z taką konsekwencja książka obala.
Julia Kristeva w „Eseju o wstręcie. Potęga obrzydzenia” dokonuje praktycznie już wszelkich demaskacji życia udawanego, udowadniając, że właściwie wszystko między ludźmi jest umowne, a jeśli nikt nie chce się do tego przyznać, to znaczy, że chce tym coś wygrać, nad kimś panować lub go przechytrzyć.
Stosunek do ekskrementów i wszelkich wydzielin ciała według Kristevej, zawłaszczony skutecznie przez wszelkie religie, które ich znaczeniami beztrosko od wieków władały ustanawiając liczne zakazy i opresje, zostaje tam bardzo intensywnie zrewidowany i poddany ostrej krytyce. Pod koniec lektury czytelnik jest zdziwiony, że tak długo zapachy klozetowe działały na niego wymiotnie i że to sobie wmówił, a nie zawierzył własnemu gustowi węchowemu.
Podobnie jest i przy lekturze książki Jasia Kapeli. Rewelacje, o których się dowiadujemy, najczęściej, na wzór platońskiego dialogu rozpisanego na dwóch studentów, gdzie Eligiusz jest wyjątkowo wredny, a Wojtek, alter ego autora, trochę mniej, są tak nieprawdopodobne w kontekście tego, co wiemy o ludzkiej płciowości gatunku ludzkiego, że aż zaczynają zastanawiać, dlaczego.
Jeśli odbiorcami tej książki są osoby, które nie odbyły nigdy w życiu żadnego stosunku płciowego poprzestając jedynie na onanizmie, warto może polecić obserwacje psów w naturze. Przygarnęliśmy kiedyś błądzącą po osiedlu sukę, której nie udało się znaleźć domu przed osiągnięciem dojrzałości płciowej i jej akt płciowy z naszym psem był dramatyczny i długotrwały. Nie inaczej jest z innymi ssakami, nie wyłączając ludzi. Wszelkie fantazje na temat aktu płciowego nigdy go nie zmienią, jego charakter bez względu na partnerów i wybór sposobu jego uprawniania jest zawsze taki sam. Dywagacje na temat aktu płciowego mogą rozgrywać się jedynie na planie innym, zupełnie właściwie z nim nie związanym.

Książka najwięcej miejsca poświęca problemowi zdobycia materiału, by ten akt zrealizować, czyli odwiecznemu romansowi. Romans, jako gatunek literacki w realizacji Jasia Kapeli nie może być tym sposobem nie tyle konwencjonalnym, co pełnym, ponieważ Kapela pisze wyłącznie o świecie materii, a romans jednak zakłada, obłudnie czy nie, naiwnie czy nie, ale zakłada, że istnieją impulsy dodatkowe, zwane dawniej magnetyzmem serca.
Rozważania i rozmowy miedzy dwoma zblazowanymi młodzieńcami przetykane gdzieniegdzie zaistniałymi lub zmyślonymi, ale zawsze nieudanymi randkami z kobietą, mają coś z literackiego niespełnienia i artystycznej niemożliwości. Pisane w trybie przypuszczającym, w czasie zazwyczaj niedokonanym, neurotycznie, jak kot koło gorącej kaszy krążą, by drzemiący popęd płciowy nie tyle gasić, co tłumaczyć.
Przegadanie problemu, tak znamienne u złych artystów i złych kochanków, czyni tę literaturę letnią, mimo, że problem jest gorący.
Gorący, ponieważ młodym się tylko bywa, natomiast pisarzem zostaje się na cale życie.

„(…)Literatura ma w sobie coś z onanizmu. Pisanie jest bardziej wyrafinowanym sposobem trzepania kapucyna. Pragniesz przelecieć wszystkie napotkane laski, ale tego nie robisz, zadowalasz się myślą o nich podczas masturbacji. Czule masujesz swojego członka i przypominasz sobie wszystkie cycki, które widziałeś danego dnia. Wszystkie te wylewające się z dekoltów albo prześwitujące przez bluzki wymiona. Słodko wypięte pośladki, skrawki stanika między odchylonymi połami koszuli. Czasami wystarczyła maszerująca przed tobą zgrabna pupa, żebyś nie mógł o niej zapomnieć i musiał iść do ubikacji. Czy tak samo nie jest z książkami? Chciałbyś coś zrobić, powiedzieć komuś do słuchu, że jego uwagi na temat francuskiej Nowej Fali są wyjątkowo pretensjonalne i fajansiarskie, ale przecież tego nie zrobisz, bo siedzicie razem w knajpie i jesteście tu, żeby było miło, a nie po to, aby się kłócić. Zawsze coś stanie na przeszkodzie. To dlatego nie zostałeś najemnikiem w Iraku, piłkarzem Legii, ani nawet właścicielem prężenie rozwijającej się firmy świadczącej usługi seksualne. Jest tyle możliwości. Tyle żywotów, które można by przeżyć. Tymczasem, zamiast tego, siedzisz tu, czytasz tę książkę i sobie wyobrażasz. Równie dobrze mógłbyś pójść zwalić konia. Przynajmniej zajęłoby ci to mniej czasu i mógłbyś z powrotem wrócić do prawdziwego życia. Lejąc na sublimacje.(…)”

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

SIERPIEŃ

Ważność: niebagatelny stan istnienia
gdy czas po polach słomę toczy ściśniętą kształtem geometrii.
Jestem. Masz dowód, że mnie nie ma? Jeśli przetoczył się mój przesyt,
to przecież ślad odsłania prześwit.

Warstwy nakłada mylność złudy,
dokopać się do sedna trudno, a transparentność jest w zasięgu.
Wystarczy spotkać czas, gdy rudy staje się sierpień w śmierci dreszczu
niewoli walców i okręgów.

Linia to wymysł. Konstelacja
się sypie. Wciąż spadają gwiazdy, imaginacja nic nie zdoła!
Żałosna jest wciąż imitacja, bułkę uchroni srebrna folia.
Śmieszne są wody kręgi, koła,

nieba infekcji. Szyfr nocnych znaków
bezużyteczny dla profana. Robaków rój świecących w rękach
ściśniętych, prześwitem tylko. Mnie spotkać, to zawołać,
by echem wrócić w własnych dźwiękach.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

komunikat

Przerwa w blogowaniu do września.

Zaszufladkowano do kategorii 2009, dziennik ciała | Dodaj komentarz

SKOK

Skacz, chociaż wody lustro się zamyka zimne,
skacz w krystaliczność, wszystko obok nie jest niewinne.
Jakby prócz ciebie nie było nikogo na niebie
skaczesz sam w swoją głębię.
Skacz, skacz, spotkasz noc prędzej…

Nie odbijaj słów od powierzchni wód, bo wracają,
słowo rozerwie przestrzeń jak wrzucony balast.
Skacz, masz w nieważkości ciało zakotwiczone
skacz, kotwica nie tonie,
skacz między nieboskłonem.

Nie walcz lotem ze światłem, da ci odwagę
lot to iluminacja, stajesz się w nim magiem.
Skacz, nie pochwycą cię w niewolę cudze dłonie,
skok, to więzienia koniec.
Skacz iskrą, która płonie.

Skacz, przestrzeń jest też zimna, w niej zostać nie radzę,
skacz w otchłań, nieodwracalnie, jak kamikaze.
Bezpieczeństwo jest w tobie, unieś w nim odrazę.

Skacz, niech skoczek nie tonie…

Skacz, chociaż wiesz, że to jest istnienie inne,
jak w wirtuozerii podobnej ekwilibrystyce.
Lecz to nie cyrk, skacz, bez widzów przeżyj istnienie.
Skacz jak widz w pierwszym rzędzie.
Skacz, skacz do wnętrza, prędzej,
skacz, jak mnie już nie będzie.

svgallery=skoki

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Dorota Masłowska “Między nami dobrze jest” Nominowani do nominowanych NIKE 2009

Trudno mi napisać bez emocji o kolejnym utworze Doroty Masłowskiej, przereklamowanym, napisanym, jak czytam, na zamówienie teatru berlińskiego, czyli o zwykłej chałturze, sztuce teatralnej, którą taka Gabriela Zapolska wysypywała z siebie łatwo, genialnie, bez problemu sprowadzając sobie na głowę armię oponentów.
Wyduszony przez Masłowską dramat i zupełnie nieproporcjonalny do mizerii swojej zawartości został dzisiaj natychmiast wywyższony przez dyżurnych cmokaczy, przez pochód wywiadów z autorką po gazetach, mediach, poprzez czołobitne recenzje, zachwyt rozmodlonych sieciowiczów, kilkuset komentarzami na forach.
Zdumiewa ta intelektualna orgia polskiego inteligenta, który musi w sprawie błahej, nie wartej uwagi, dodać swoje trzy afirmujące grosze, by snobistycznie nie wydać się démodé.

W najgorszej sytuacji artystycznej znalazła się sama autorka, wygłaszając w „Przekroju” jakieś niesłychane mądrości, które już wcześniej wygłosiła Manuela Gretkowska walcząc o dobro Polskich Kobiet w swojej Partii, automatycznie przesuwając się z pozycji artystki do roli mentorki, osoby wszystkowiedzącej.
Słusznie internauci zwrócili uwagę na to, że Masłowska w wywiadzie publicznie ogłasza, że pisarstwo jest dla niej ważniejsze niż jej własne, czteroletnie dziecko i może w kontekście tej informacji o uczuciowości młodej matki, fałsz jej empatii i społecznego zaangażowania demaskuje się właśnie w tej wypowiedzi.

Wracając do „Między nami dobrze jest”, która, jak zauważa Marcin Sendecki „ jest też niedługie”- co według mnie jest największym jakościowo dramaturgicznym osiągnięciem – mówi o sprawach autorce obcych, wyssanych z internetowych, brudnych forów.
Pisarka o międzynarodowej sławie, o wysokiej pozycji społecznej opowiada tam o dołach społecznych nie mając o nich pojęcia. Przede wszystkim lekko, bez skrupułów krytykuje hipermarkety i wszystko to, co dała nam dzisiejsza cywilizacja, która najuboższe warstwy społeczne dopuściła do godnego i luksusowego życia o jakim nie śniły żadne pokolenia z wcześniejszych epok.
Masłowska hurtem wyśmiewa pozostałości mentalne ludzi, przeżycia wojenne pokolenia już na wymarciu, praktycznie nieme i niezatruwające żadnych „metalowych dziewczynek”. Metalowa Dziewczynka, przedstawicielka najmłodszego pokolenia, celowo pokazana skretyniale i głupio, dzisiaj dzięki komputerowi – a w dramacie ma dostęp do Internetu – jest osobą zazwyczaj wszystkowiedzącą i nawet czteroletnie dziecko nie może być na poziomie debilki, jaką Masłowska rysuje w swoim dramaturgicznym zamyśle.

O czym jest dramat? O, jak zwykle u Masłowskiej, niezauważonej, nieprawdopodobnej, zbanalizowanej i wulgarnej sytuacji, jaką wytwarza zderzenie trójki spokrewnionych ze sobą kobiet: Haliny (matka), Osowiałej staruszki,(babcia), Metalowa Dziewczynka (córka); dwóch kobiet je wizytujących: Moniki i Edyty, oraz kontrastowego świata mediów: Mężczyzny (aktor) i Prezenterki (przeprowadzająca wywiad z aktorem).
Mimo, że Dorota Masłowska wyraźnie chce być polską Elfriede Jelinek, nie jest to możliwe, gdyż Jelinek mówi o rzeczach przeżytych, które ją autentycznie bolą i o pewnych, wybranych problemach. Masłowska mówi o wszystkim na raz, zimno, tak jakby to, o czym opowiada, działo się na jakiejś całkiem odległej planecie, którą się interesuje na tyle, by o tym móc napisać. Ma taką postawę hrabiny, która chodzi z koszyczkiem do czworaków, ale nic ją te czworaki nie obchodzą. Ponieważ nie obchodzą, niczego nie zauważa i ciągle wymyśla, ciągle pisze z kapelusza.

Czego w tym dramacie nie ma!
Jest starczy resentyment za sanacją, jest gnuśność polskiej kobiety czytającej pisma kolorowe, jest obżarstwo, jest wyśmiany styl życia medialnej gwiazdy. Jest młodzież, (Metalowa dziewczynka), wyjątkowo głupia. Ani jedna z tych przedstawicieli grup obyczajowych nie jest skonstruowana prawdziwie, są do bólu schematyczne, zbanalizowane, nieistniejące nie tylko w Polsce, ale nigdzie. Głupi, zagwazdrani ludzie istnieli zawsze i w wiekach ubiegłych i we wszystkich krajach, i na wszystkich kontynentach. Niczego nowego Masłowska nie odkrywa.
Polacy są według Masłowskiej z „nie bycia” z „nie posiadania”, ze wzajemnej pogardy, która według niej jest brakiem relacji pozytywnych. Artysta ma prawo wygłaszać, co chce i co myśli, ale nie mam pojęcia, co takimi stwierdzeniami chce uzyskać. Jojczenie na stan polskiego społeczeństwa odmalowanego tak nietrafnie, tak sztucznie i niewydobycie prawdziwych chorób, które go gnębią, może dokonać się tylko w braku krytycznych zabezpieczeń. W społeczeństwie, które nie chce wyzdrowieć, ponieważ nie życzy sobie poważnej diagnozy za którą idą koszta własne. Woli wynosić na ołtarze fałszywą świętą Bernadetę, która w jaskini teatralnej zobaczyła Polskę.
Masłowska, jako prorokini jest na miarę właśnie czasów, w których żyjemy. Czasu braku.
I ten dramat nie mówi o braku własnego pokoju, braku wakacji we Włoszech, ale o braku uczuć u cynicznej, bezwzględnej, młodej pisarki.
A prawdziwa literatura zawsze opiera się przede wszystkim na uczuciach.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

OGNIE SZTUCZNE

W górę się wzniosły czarne ptaki
by się rozsypać w upragnieniu
na milion części! Są takim
czarnym słońcem, świecąc w cieniu!
(Bo wstręt nie jest stanem, tylko znakiem).

Niebo pokrył iskier wykwint
błysku świetlnego. Czerń jest brakiem
energii, gaszącej mit.

A gawrony na ziemi
dziobią trawniki,
by tak, jak ludzie ocaleni
stawać się na powrót nikim.

svgallery=ognie_sztuczne

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Krzysztof Varga: „Gulasz z turula” Nominowani do nominowanych NIKE 2009

Dariusz Nowacki w Tygodniku Powszechnym zaświadcza wiarygodność opisów pobytem z autorem w Budapeszcie, gdzie kosztował tych potraw i oglądał obrusy w kratkę i plastikowe kwiatki.
Ja tam już z żadnym krytykiem literackim nigdzie nie pojadę, ale moja jazda z prozą Krzysztofa Vargi także otworzyła mózgowe kubki smakowe mojej pamięci.
Pamiętam, jak w latach siedemdziesiątych przekroczyliśmy granicę węgierską i dopadliśmy od razu jakiejś przygranicznej knajpy z tym wszystkim, co Varga w książce opisuje. To było niezapomniane wrażenie, ponieważ w Polsce w tych czasach było mnóstwo restauracji węgierskich z regionalnymi węgierskimi potrawami, ale się te rodzime podróby zupełnie nie umywały do tego z czym się zetknęliśmy.

Porównując „Gulasz z turula” z „Nagrobkiem z lastrico”, książki Krzysztofa Vargi nominowanej do Nike w roku ubiegłym, odnalazłam wspólną metodę pisarską w tych dwóch książkach, pozornie tylko odległych.
Ta wychłodzona proza mówiąca ciągle o sprawach gorących, wręcz wybuchowych, przyjmuje konwencję pisania mimochodem i obok, co przy ogólnej histerii panującej w polskiej literaturze i polskim filmie, wita się z ulgą, jako nareszcie głos nowoczesny, zrównoważony i dojrzały.

Nieważne właściwie, o czym pisze Varga, bo mimo naszpikowania „Gulaszu” faktami historycznymi i nazwiskami sławnych i znaczących Węgrów o tym kraju dowiadujemy się niewiele z uwagi na temat ogromny, w każdym razie nie tego, o czym donoszą przewodniki, gdyż Varga unika pisania o stereotypach i o uogólnieniach.
Szuka raczej klimatu i wypunktowuje rzeczy zaskakujące i nieznane.
Nie jest to też przewodnik po kuchni węgierskiej, nawet, jak autor bardzo szczegółowo i ze znawstwem potrawy opisuje.
Wydobywanie węgierskiej esencji z morza informacji o Węgrzech i Węgrach odbywa się na kartach książki wolno, narrator przesuwa się ostrożnie po tematach, czyniąc ciągłe porównania i aluzje, wiążąc zdawałoby się odległe ze sobą i sprzeczne obrazy i wszystko jeszcze przesyca własną osobą.
Varga uzyskał tym gulaszem potrawę zrobioną z prawdziwych, encyklopedycznych ingrediencji, ale ugotował go całym sobą. Ta indywidualna praca twórcza jest zupełnie wewnętrzna, mimo, że pisze wyłącznie o zewnętrzności.
Ekshibicjonizm artysty schował się w przekazie i w trudzie zrozumienia siebie, swoich korzeni i istoty. Krzysztof Varga pisze dużo o tacie, o babci, o nieznanym dziadku, o sąsiadach węgierskich ojca, o proustowskich reakcjach na węgierskie zapachy przeżywane w Warszawie po odwiedzinach ojczyzny ojca – ale to wszystko jest jeszcze bardziej wtopione w całość, niż gdyby napisał o krewnych świętego Stefana. Dzieje się tak dlatego, ponieważ Krzysztof Varga nie ilustruje, nie opisuje, ale wciąż detektywistycznie tropi.
To, co wytropione, zostaje nazwane i przygwożdżone. Ponieważ wplatając wątek osobisty dobrze wie, o czym pisze, nie rozkleja się i nie zamienia w gawędziarza- sentymentalistę, ale próbuje wykorzystać te zwierzenia, jako konstrukcję do wypowiedzi szerszej.
Nie jest łatwo powiedzieć o całym państwie tak klarownie, by nie przedobrzyć i zarazem nie wytracić czegoś, co się chce koniecznie przekazać. A Varga wie, czego chce.
Przyjmując taki układ książki – podział na rodziały zatytułowane znaczącymi postaciami z obszaru mentalnego Węgrów – pisarz snuje dywagacje na temat możliwości ogarnięcia tego dziwnego korowodu postaci poprzez ugotowanie ich w węgierskiej kuchni razem. Wybiera jedynie na zasadzie pożywnego ich znaczenia.

Węgry są czymś odwrotnym niż starożytna Grecja – są uwięzione w paśmie gór, a ich cudowny klimat i żyzne ziemie melancholijnie się marnują w geograficznym zniewoleniu.
I tutaj Varga zastanawia się już właściwie cały czas nad autodestrukcją tego narodu, przymierzając wiele tematów związanych z historią, żywotami sławnych Węgrów, klimatem i kulturą narodu – do tego jedynego wariantu. Dlaczego Węgry mają tak dużo samobójców? Dlaczego potrawy, tak znakomite i tak smakowite, są gotowane wbrew wszelkim nowoczesnym normom żywienia zabijającymi ich wszystkie żywe tkanki na amen? I dlaczego Węgrzy wciąż chcą odzyskać dawne granice państwa wiedząc, że jest to niemożliwe i w dalszym ciągu nostalgicznie demonstrują ten fakt w przemyśle pamiątkarskim?

Depresyjności węgierskiej jednak nie jest w stanie rozjaśnić Cicciolina, rodowita Węgierka, o której tęsknie Varga pisze:

„(…)Węgierska polityka potrzebuje dziś Ciccioliny jak nigdy dotąd. Pani Ilona miałaby szansę wprowadzić do węgierskiego życia publicznego zbawienną dawkę seksu i pogodzić dwa polityczne buhaje toczące ze sobą nieustanny pojedynek.(…)
(…)oraz Cicciolinę, legendarną gwiazdę porno, o której każdy wie, że naprawdę nazywa się Ilona Staller i jest Węgierką. Jej węgierskość doszła do głosu, gdy w 2002 roku usiłowała dostać się do węgierskiego parlamentu.(…)”

A jednak drugą ojczyznę Krzysztofa Vargi nie symbolizuje Cicciolina, ale właśnie tytułowy ptak mityczny: sokół, nazwany tam turulem, którego kamienne symbole zdobią place, i mosty lub są samodzielnymi pomnikami.
Turul nie ma nic wspólnego z warszawską syrenką, jest ptakiem ponurym i złowieszczym. Dlatego on patronuje korowodowi sławnych Węgrów, którzy zadecydowali sami, kiedy mają zakończyć życie.

Piosenka „Gloomy Sunday”, węgierski produkt muzyki rozrywkowej, znany od siedemdziesięciu lat, jest niekwestionowanym hymnem wszystkich samobójców na całym świecie. Powstały dziewięć lat temu film o tym tytule produkcji niemiecko – węgierskiej, posiada w kadrach (skręconych przez zmarłego niedawno męża Krystyny Jandy, Edwarda Kłosińskiego) złowróżbne turule.

Gloomy Sunday

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz