László Jávor “Szomorú Vasárnap” przełożyła z węgierskiego(!) i angielskiego Ewa Bieńczycka

SMUTNA NIEDZIELA

Te smutne niedziele, jak kwiatów białych sto,
Gdy czekam kochanie na ciebie się modląc,
Trwonię wciąż marzenia w niedzielny poranek
I powraca smutek bez ciebie, kochanie
Każdą niedzielę powtarza, na smutek otwiera;
Piję napój z łez, jem smutek jak chleb przygnębienia…

Ta smutna niedziela

Ostatnia niedziela, kochanie, przyjdź, proszę
Do mnie, księdza, trumny, całunu, ogłoszeń
Do kwiatów dla ciebie, i też dla trumny
Pod kwitnącymi drzewami przecież umrę
Nie zamknę oczu, patrz w nie, na ciebie je otwieram
Patrz w moje oczy, w mojej śmierci cię błogosławią

W niedzielę ostatnią

Gloomy Sunday -Original, Hungarian Version

Zaszufladkowano do kategorii się tłumaczy | 2 komentarze

MONSTRA

Pokaż mi, pokaż! Kto monstra pokaże
na raz, z całego życia ludzkie twarze?!
Tylko wycinek świata lichy
ozdobią podobizny:
na obraz Boga – portret mężczyzny,
na kształt Anioła – wizerunek kobiety.
A wszystko zamknięte jest w pamięci
niesfornej. To całość, co ma w mózgu kretyn,
co się w nim ustawicznie kręci,
to, co się wykrzywiwszy w nowe wciela,
co wciąż udaje przyjaciela.
A inny znów tylko się przyczai cichy,
zimno patrzący, niemy obserwator,
któremu dam wszystko co mam, za to
że władny jest i mnie wnikliwie obserwuje!
Bo tylko ten, co jest wciąż zjadany – płaci
całym sobą. Gdy ktoś cię zjada, to czujesz
że nie żyjesz! Taki się bogaci
twą krwią wysysaną wampirycznie.
Bo skąd brać w pustce? Krzyczcie, wciąż krzyczcie
wy, którym pozostał tylko pisk mysi!
Bo kiedy się na głos nazwie gada,
którego ochroniła maskarada
bez zbroi, do rosołu rozebrany
poszedł spać nagi, już nawet bez gaci
był jak bezbronny i unieważniony baranek.
Ktoś, kto moc zombie już utracił.

svgallery=monstrum

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | 4 komentarze

PINA BAUSCH

Zmarła 68 letnia Pina Bausch.
Jesienią 1998 roku dowiedziałam się po raz pierwszy o istnieniu niemieckiej tancerki współczesnego baletu dzięki temu, że szkoła baletowa syna dostała kilka biletów na unikalny występ jej i jej zespołu w warszawskim Teatrze Wielkim. Syn nie znalazł się zdaje się w grupie przeznaczonej od zobaczenia spektaklu i pojechał do Warszawy sam, bez biletu i z małą szansą na skuteczność tej wyprawy.
I już nie pamiętam, jak to się stało, ale w być może korzystając z zamieszania, jakie wyniknęło w tłumie pragnących sforsować mimo wszystko wejście do teatru, synowi udało się kupić czy odkupić od kogoś bilet i wejść.
I pamiętam tylko ten jego zachwyt i te goździki. Po opowieściach syna o spektaklu zatytułowanym „Nelken” pozostały mi w pamięci tylko goździki, o których zawsze marzyłam. By mieć w ogrodzie kilkaset sztucznych goździków.
Sztuczne kwiaty wtedy w latach dziewięćdziesiątych były niesłychanie drogie i nic nie zapowiadało ich dzisiejszego, cmentarnego nadmiaru.

Nigdy nie widziałam baletu stworzonego przez Pinę Bausch.
I teraz jak umarła, i jak pojawiło się na YouTube tyle fragmentów z jej spektakli i jak oglądam starą kobietę, ubraną w grecką tunikę, która porusza się młodzieńczo i wdzięcznie, wiem, że zawsze będę kojarzyć ją z pozytywną sztucznością, o którą wartość Baudelaire tak walczył w swoim programie artystycznym. O tej baudelaireowskiej zamianie prawdziwości na sztuczność pięknie pisał Czesław Miłosz we wstępie do słynnego eseju Baudelaire’a „Malarz życia nowoczesnego”:

(…)Sztuczność — to dla niego wielkie słowo i wielka pochwała. Cywilizacja jest sztuczna, ale i zawsze pod władzą Erosa, dlatego to kobieta prezyduje zbiorowemu obrzędowi, kolorowemu widowisku co roku nowej mody.
Ten piewca wielkiego miasta dziewiętnastego wieku, czyli la cite infernale, zdawał się uważać nasze odejście od przyrody za nieodwracalne. Pochwalając nowoczesność, broniąc makijażu, opowiadał się tym samym za urbanistycznym przewrotem i przeciwko monotonnemu bytowaniu mieszkańców wsi, którym rządzi po¬wtarzający się rytm pór roku. Podniecające było dla niego uczestnictwo w świecie ludzkim, pojętym jako święto codziennych masek i przebrań, wielkie theatrum.(…)”

nelken  pina bausch

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | 2 komentarze

OGIEŃ

Oto jest Nowe Miasto. Ty w nim – Nowy Człowiek:
sen spłoszony, uciekły nieszczelnością powiek,
co wysączył się i wymamił pożądliwą podnietę!

Mijasz Pierwszą, Drugą, Trzecią. Od gorąca ulic Seattle
drży powietrze, twarze rozwarstwia, widzisz w nich oczy cztery
jak w stronach płonącej książki. Na fasadach litery
się plączą, tańczą. Czerwień pojazdom kradnie minuty
w postojach świateł. Zgiełk w życiu namiętnego odkrywcy
jest jak ogień, co spala pamięci złogi i brudy,
i pozostawia obraz jeszcze gorący i czysty.

svgallery=ogien

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | Jeden komentarz

WODA

Jak liść wrzucony przypadkiem, osobny, jak ta woda,
co cię niesie na grzbiecie tkwiąc w ograniczeniu,
gdy inni wejdą. Jeszcze odsapnie na tobie owad,
lecz częściej jesteś w swym milczeniu
nieprzenikliwy i stale samotny.

Mijasz boskie miejsca, nieosiągalne mijasz skrycie,
multyplikują cię refleksy na wodzie. Blask odbić,
scala twe istnienie z odbiciem.

Lecz tropi cię ciężaru przebytego pamięć
więzisz tylko siebie. Uwięzienie
to zewnętrzności złuda, tylko cienka krawędź
nas dzieli. Platońskie cienie,
co się w Altamirze sztuką nie uwidaczniały
by dawać znaki i się uczłowieczać,
nie farbę, lecz rzezi krew tłoczyły w strumyk mały,
by go ofiary krwią barwić.

svgallery=woda

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | 2 komentarze

TĘCZA

Niech się już rozpada światło białe
świata kolorów, których nie ma wcale!

Niech ci się synteza chemiczna dokona
w wejściu w strukturę rozpadu prymacie,
by zmienić skórę, by stanąć w pryzmacie
kiedy czyste światło zatrzymasz w ramionach!

Nie żaden podstęp, nie łączenie w parę,
bo kiedy tego wszystkiego dokonasz, rozpadnie się stare!

W przepływie dnia, w magii miasta, słodka podmiana
koloru lodów na landrynkowy neon reklamy!
Aż tęczą dachy pod niebem staną w harmonijne ściany,
nagle się rozprószy pigment jak fatamorgana!

Nic nie mów, niczego nie spłaszaj. Kolory
to tylko wymysł oka, sezon, roku pory,

co się scalają buchalterią kalendarza!
Więc tęczy nie ma, gdy tak bielejemy!
W naszych scaleń wyblakłych wspomnieniach
niemy nasz kolor krzykliwość przetwarza.

svgallery=tecza

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy, się tłumaczy | Dodaj komentarz

ROŚLINY TRUJĄCE

Warto się było przyjrzeć Ziemi
i bujność lata objąć warto,
kiedy kwitnienie jest tylko kwitnieniem.

Słońce pulsuje między cieniem,
jak z ciała – raną otwartą.

Stajesz w tej ramie świata
ubogi i bezbronny,
bowiem nic nie jest twoje. A tam
są jedyni w kwiatów płatkach
tak, jak  wśród czułych ciał wonnych,
odszyfrowywać powiązania.
Przeczuwać, co już u zarania
się nie wydarzy, a pytania
mnożą się, mnożą jak mieszkania
dla ich tracenia i szukania!

I krążysz w sokach wspaniałości,
splendoru, co zachwyca!

Nie skosztować, to żyć prościej,
a ominąć, to znów mieć mniej,
by móc w pełni świat przeżywać!

W pięknie zawsze jest trucizna
jak w niebezpiecznych roślinach śmierć,
a gdy się do wszystkiego przyznasz,
wtedy i Ziemia będzie żyzna,
i wreszcie będziemy ją mieć.

svgallery=kwiaty_trujace

Zaszufladkowano do kategorii 2009, Nie daję ci czytać moich wierszy | Dodaj komentarz

Sylwia Chutnik „Kieszonkowy atlas kobiet” Nominowani do nominowanych NIKE 2009

To kolejna książka piszących kobiet, pisarek charakteryzujących się twórczością krzykliwą, knajacką, swojacką, nie owijającą w bawełnę, mówiącą wprost i odważnie, ale powierzchownie. W ubiegłorocznej edycji Nike ten szkodliwy dla polskiej literatury nurt reprezentowała Ewa Madeyska i Lidia Amejko. W tym roku kontynuuje go z powodzeniem Sylwia Chutnik.
Umiłowany ten sposób pisania, któremu według mnie patronuje aktorka Hanka Bielicka charakteryzuje się natrętnym prezentowaniem stereotypu baby maglary, baby, która nie da sobie w kaszę dmuchać, a taką właśnie postać w swoich skeczach wykreowała ta aktorka.

Jest coś w tej roli kobiety silnej z socrealizmu, z sowietyzacji, ze wszystkich zaszłości ubiegłej epoki. Kobiety kolejkowej, kobiety sprytnej, wszystkowiedzącej i swoje wiedzącej, żadnej pracy się niebojącej. Aseksualnej, odpychającej, topornej.
Sylwia Chutnik nie pyta w swojej książce, nie zastanawia się i nie pozwala zastanowić się czytelnikowi. Podobno debiut książkowy Sylwi Chutnik sprzedaje się rewelacyjnie i jest dowodem na to, że społeczeństwo polskie składa się właśnie z takich bab, które z powodzeniem stają się też i pisarkami. Bo i kto czyta teraz książki ambitne. Tylko ci, którzy są pisarzami, lub chcieli by nimi być.
Jest w tej twórczości ten pozorny empatyczny ukłon dla bliźniego, ta niekwestionowana lewicowa troska, to napiętnowanie kapitalizmu, ten irytujący ciągle los kobiety skrzywdzonej, krzywdzonej i krzywdzącej, bo inaczej się nie da, bo świat jest źle skonstruowany, a my, biedne kobiety w nim musimy tkwić i go pokonywać. Nawet jedyny mężczyzna w „Atlasie” jest przez autorkę mocno stłamszony i zwężony kobieco. Marian nawet nie jest pederastą. Nawet nie próbuje być kimkolwiek, ponieważ jego jednowymiarowa postać musi być komiczna.

Ale komizm tego utworu nie jest  komiczny. Śmieszność tu nieśmieszna. Mimo usiłowań i starań, by ożywić te cztery opowiadania groteską i humorem, autorce się to nie udaje. Niepowodzenie jest skutkiem braku lekkości pióra. Pisarka pisze gładko, ale pisze dosłownie. Dowcip, szczególnie okolicznościowy musi być w niedopowiedzeniu. Tu to nie może wystąpić ponieważ cała rzecz jest tylko dopowiedzeniem. Nie ma w utworze żadnego osobistego przeżycia autorki, wobec czego nie można zbudować żadnej literackiej przestrzeni, gdzie wszystko determinuje osobowość autora i jego indywidualność. To jest beznamiętny zapis jakiejś fikcyjnej konstrukcji na pół dziennikarskiej, a na pół wymyślonej.
„Atlas”, skonstruowany z domniemań, z losów bohaterów „second-hand”, czyli poddanych już mocno interpretacji kreującego, opowieści znoszonych i zdeformowanych, które nie są doświadczeniem autora, jedynie jego domniemaniem.
Kreacja literacka Sylwii Chutnik oparta na stereotypie i banale najgorszej proweniencji, bo cytując bulwarowe piosenki o Czarnej Mańce – mocno już przetworzone i zużyte, są materią tej książki stylizowaną i nieautentyczną. Opowiadania losów warszawiaków – te historyczne, powstańcze, te aktualne, ludzi z dzisiejszego marginesu społecznego oraz te jednostkowe przeżycia mieszkańca stolicy – dorosłego czy dziecka – są konsekwentnie i jednolicie nieprawdziwe. Jeśli autorka w wywiadzie oświadcza, że czerpie literackie pomysły z dokumentów, publikacji na ten temat czy innych utworów artystycznych, to w tej realizacji jest to od początku do końca jałowe. Przetykane surrealistycznymi chwytami formalnymi z obszaru realizmu magicznego (np. oczy dziecka bezpłodnej matki na wycieraczce w pierwszym opowiadaniu, czy głowa matki obcięta przez córkę w drugim) opowieści nie ożywiają tych ludzi, ani ich nie uprawdopodobniają. Powstaje coś z na pograniczu wychłodzonej kroniki kryminalnej, która z racji swojej budowy reportażowej ma wzbudzić poruszenie opinii publicznej i plotkarskie zainteresowanie, ale nic więcej.
Ta proza nie porusza, ponieważ autorka tak naprawdę się swoimi postaciami nie interesuje. Już nie wymagam bobrowych łez, np. przy lekturach Dickensa, jakie lali czytelnicy ubiegłych pokoleń. Ale jest tu jakaś nielojalność najnowszych pisarzy którzy łapią się za tematy sobie obce, anektują przeżycia tych, których nawet osobiście nigdy nie poznali i nie wysłuchali ich historii, ani nawet nie wzięli na swoje barki tego bolesnego wstrząśnięcia sobą i zadumy nad cudzym cierpieniem. Dotyczy to również startującej do nagrody najnowszej książki Jacka Dehnela pt. „Balzakiana”, którą tu wcześniej omówiłam.
Być może pisarstwo to, podobnie jak serial telewizyjny, pełni w dzisiejszym świecie literackim rolę  takiej zapchajdziury uspokajacza sumień dla jaśniejszych, daniny, jakią płacą doktorantki polonistyki, socjolożki i przedstawicielki wszelkich organizacji kobiecych skutecznie funkcjonujących na licznych kongresach i publicznie troszczących się o cudzy los.
Ale to pisarstwo przemijające, nikomu niepotrzebne, pisane sprawnie, ze swadą, z puszczaniem oka do czytelnika, który w sytości inteligenta na posadzie po pracy się dla relaksu rozerwie jakimś bazarowym językiem, zaglądnie do przychodni lekarskiej, do wózków złomiarzy, pokibicuje niesfornej dziewczynce, nawet się ucieszy, że kult maryjny troszeczkę podkopano. Ale nic więcej. Absolutnie nic, co mogłoby dać świadectwo czasu w którym przyszło nam żyć. Bo legenda o Czarnej Mańce, postać Mariana, doświadczenia warszawiaków w czasie powstania w piwnicach i bunt warszawskiej „Pippi Langstrump” to nie jest uniwersum. To są nijakości, które zdarzają się zazwyczaj zawsze, bez względu na miasto, jego czas i narodowość.
A o tym się nie opowiada, bo po co.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 17 komentarzy