To kolejna książka piszących kobiet, pisarek charakteryzujących się twórczością krzykliwą, knajacką, swojacką, nie owijającą w bawełnę, mówiącą wprost i odważnie, ale powierzchownie. W ubiegłorocznej edycji Nike ten szkodliwy dla polskiej literatury nurt reprezentowała Ewa Madeyska i Lidia Amejko. W tym roku kontynuuje go z powodzeniem Sylwia Chutnik.
Umiłowany ten sposób pisania, któremu według mnie patronuje aktorka Hanka Bielicka charakteryzuje się natrętnym prezentowaniem stereotypu baby maglary, baby, która nie da sobie w kaszę dmuchać, a taką właśnie postać w swoich skeczach wykreowała ta aktorka.
Jest coś w tej roli kobiety silnej z socrealizmu, z sowietyzacji, ze wszystkich zaszłości ubiegłej epoki. Kobiety kolejkowej, kobiety sprytnej, wszystkowiedzącej i swoje wiedzącej, żadnej pracy się niebojącej. Aseksualnej, odpychającej, topornej.
Sylwia Chutnik nie pyta w swojej książce, nie zastanawia się i nie pozwala zastanowić się czytelnikowi. Podobno debiut książkowy Sylwi Chutnik sprzedaje się rewelacyjnie i jest dowodem na to, że społeczeństwo polskie składa się właśnie z takich bab, które z powodzeniem stają się też i pisarkami. Bo i kto czyta teraz książki ambitne. Tylko ci, którzy są pisarzami, lub chcieli by nimi być.
Jest w tej twórczości ten pozorny empatyczny ukłon dla bliźniego, ta niekwestionowana lewicowa troska, to napiętnowanie kapitalizmu, ten irytujący ciągle los kobiety skrzywdzonej, krzywdzonej i krzywdzącej, bo inaczej się nie da, bo świat jest źle skonstruowany, a my, biedne kobiety w nim musimy tkwić i go pokonywać. Nawet jedyny mężczyzna w „Atlasie” jest przez autorkę mocno stłamszony i zwężony kobieco. Marian nawet nie jest pederastą. Nawet nie próbuje być kimkolwiek, ponieważ jego jednowymiarowa postać musi być komiczna.
Ale komizm tego utworu nie jest komiczny. Śmieszność tu nieśmieszna. Mimo usiłowań i starań, by ożywić te cztery opowiadania groteską i humorem, autorce się to nie udaje. Niepowodzenie jest skutkiem braku lekkości pióra. Pisarka pisze gładko, ale pisze dosłownie. Dowcip, szczególnie okolicznościowy musi być w niedopowiedzeniu. Tu to nie może wystąpić ponieważ cała rzecz jest tylko dopowiedzeniem. Nie ma w utworze żadnego osobistego przeżycia autorki, wobec czego nie można zbudować żadnej literackiej przestrzeni, gdzie wszystko determinuje osobowość autora i jego indywidualność. To jest beznamiętny zapis jakiejś fikcyjnej konstrukcji na pół dziennikarskiej, a na pół wymyślonej.
„Atlas”, skonstruowany z domniemań, z losów bohaterów „second-hand”, czyli poddanych już mocno interpretacji kreującego, opowieści znoszonych i zdeformowanych, które nie są doświadczeniem autora, jedynie jego domniemaniem.
Kreacja literacka Sylwii Chutnik oparta na stereotypie i banale najgorszej proweniencji, bo cytując bulwarowe piosenki o Czarnej Mańce – mocno już przetworzone i zużyte, są materią tej książki stylizowaną i nieautentyczną. Opowiadania losów warszawiaków – te historyczne, powstańcze, te aktualne, ludzi z dzisiejszego marginesu społecznego oraz te jednostkowe przeżycia mieszkańca stolicy – dorosłego czy dziecka – są konsekwentnie i jednolicie nieprawdziwe. Jeśli autorka w wywiadzie oświadcza, że czerpie literackie pomysły z dokumentów, publikacji na ten temat czy innych utworów artystycznych, to w tej realizacji jest to od początku do końca jałowe. Przetykane surrealistycznymi chwytami formalnymi z obszaru realizmu magicznego (np. oczy dziecka bezpłodnej matki na wycieraczce w pierwszym opowiadaniu, czy głowa matki obcięta przez córkę w drugim) opowieści nie ożywiają tych ludzi, ani ich nie uprawdopodobniają. Powstaje coś z na pograniczu wychłodzonej kroniki kryminalnej, która z racji swojej budowy reportażowej ma wzbudzić poruszenie opinii publicznej i plotkarskie zainteresowanie, ale nic więcej.
Ta proza nie porusza, ponieważ autorka tak naprawdę się swoimi postaciami nie interesuje. Już nie wymagam bobrowych łez, np. przy lekturach Dickensa, jakie lali czytelnicy ubiegłych pokoleń. Ale jest tu jakaś nielojalność najnowszych pisarzy którzy łapią się za tematy sobie obce, anektują przeżycia tych, których nawet osobiście nigdy nie poznali i nie wysłuchali ich historii, ani nawet nie wzięli na swoje barki tego bolesnego wstrząśnięcia sobą i zadumy nad cudzym cierpieniem. Dotyczy to również startującej do nagrody najnowszej książki Jacka Dehnela pt. „Balzakiana”, którą tu wcześniej omówiłam.
Być może pisarstwo to, podobnie jak serial telewizyjny, pełni w dzisiejszym świecie literackim rolę takiej zapchajdziury uspokajacza sumień dla jaśniejszych, daniny, jakią płacą doktorantki polonistyki, socjolożki i przedstawicielki wszelkich organizacji kobiecych skutecznie funkcjonujących na licznych kongresach i publicznie troszczących się o cudzy los.
Ale to pisarstwo przemijające, nikomu niepotrzebne, pisane sprawnie, ze swadą, z puszczaniem oka do czytelnika, który w sytości inteligenta na posadzie po pracy się dla relaksu rozerwie jakimś bazarowym językiem, zaglądnie do przychodni lekarskiej, do wózków złomiarzy, pokibicuje niesfornej dziewczynce, nawet się ucieszy, że kult maryjny troszeczkę podkopano. Ale nic więcej. Absolutnie nic, co mogłoby dać świadectwo czasu w którym przyszło nam żyć. Bo legenda o Czarnej Mańce, postać Mariana, doświadczenia warszawiaków w czasie powstania w piwnicach i bunt warszawskiej „Pippi Langstrump” to nie jest uniwersum. To są nijakości, które zdarzają się zazwyczaj zawsze, bez względu na miasto, jego czas i narodowość.
A o tym się nie opowiada, bo po co.