Pisarz tropikalny

Wczytując się w ostatnią ocenę pisania kilku pokoleń pisarzy polskich przez sławne nazwiska na łamach „Tygodnika Powszechnego” „Literaturka. Polska bez pisarzy”, można podglądnąć, jak piszą inne kraje, trochę do Polski podobne.

Wieśniak, jak nazywa siebie Renaldo Arenas pochodził z miejsca spustoszonego polityką Batisty, gdzie wszystkie dzieci z głodu jedzą ziemię. Wieś jest erotyczna, tak, jak dla później przebywającego w Hawanie pisarza będzie morze. Onanizm w wieku 6 lat, potem stosunki ze zwierzętami (kury, owce, świnie, psy w szkole zbiorowo – kobyła), kuzyn Orlando, od 7 lat do 10 drzewa (papaja) i owoce (arbuzy, dynie, guayaba). Film pokaże dzieciństwo Arenasa lirycznie i poetycko, ale w swojej autobiografii pisarz w krótkich esencjonalnych rozdziałach pisze brutalnie i stara się dociec źródeł swojego homoseksualizmu. Światem zwierząt rządzi erotyzm i popęd seksualny. Kury spędzają całe dnie pod kogutem, kobyły pod ogierem, maciory pod knurem; ptaki spółkują w powietrzu, gołębie, po długich i uroczystych zalotach, rzucają się na siebie dość gwałtownie; jaszczurki parzą się całymi godzinami. muchy kopulują na stole, przy którym jemy; świnki morskie rodzą co miesiąc; pokrywające suki wydają odgłosy zdolne podniecić najpobożniejsze zakonnice; kocice w rui krzyczą nocami tak namiętnie, że budzą najskrytsze pragnienia erotyczne…Fałszywa jest teoria, podtrzymywana przez niektórych, o niewinności seksualnej wieśniaków; na wsi istnieje siła erotyczna zdolna przezwyciężyć wszelkie przesądy ograniczenia i kary. Ta siła natury, bierze górę. Myślę, że na wsi jest niewielu mężczyzn, którzy nie mieliby stosunków seksualnych z innymi mężczyznami; cielesne pożądanie jest u nich silniejsze, od wszystkich patriarchalnych uprzedzeń, które wpoili nam rodzice.

Rewolucja daje mu szansę zdobycia wymyślonego, na wzór sowiecki przez nią, zawodu wiejskiego księgowego, umożliwia wyjście z rodzinnej wsi. Opis studiów w skoszarowanym, pederastycznym środowisku (do profesora Juana ustawiała się kolejka uczniów, miał ich setkę) wprowadza w skalę inności obyczajowej wyspy. Wywożenie ich autobusami dla uświetniania przemówień Castro, to dostarczanie mężczyznom Hawany świeżego towaru. Liczby są astronomiczne, opisy gargantuiczne. Gdyby Tahitanki Goghena miały szansę studiowania, zmysłowość jego obrazów przez literacki opis byłaby bardziej zrozumiała. I, jak się dzisiaj czyta „Lubiewo” Witkowskiego, w równoległym czasie w Polsce, razi nasza sensacyjność i plugawość. Opisy Arenasa są czyste i naturalne, dziewicze i greckie. W „Orgii Praskiej” Roth opisuje seks jako sposób na pozyskanie zapomnianego smaku wolności czeskich dysydentów, jako jedyną, niekontrolowaną przez reżim ludzką aktywność. U Arenasa jest odwrotnie. Kuba jest rajem pierwotnym, seks jest naturalną potrzebą wyspy, homoseksualizm obyczajowym przyzwoleniem. Uprawiają go wszyscy, nawet ojcowie wielodzietnych rodzin, jest przestrzenią międzyludzką w której jest uwodzenie, gra, cudowna radość spotkania z hetero lub biseksualistą, to znaczy z mężczyzną, który pożąda innego mężczyzny, ale nie musi być przez niego posiadany. Represje reżimu („ moja niemoc rodzi przemoc” – śpiewa „Big cyc”) zdaniem Arenasa wzmogły praktyki homoseksualne, które stawały się coraz śmielsze: Naprawdę uważam, że obozy koncentracyjne dla homoseksualistów, policjantów udających sympatycznych młodzieńców, żeby sprowokować i aresztować homoseksualistów, spowodowały jedynie rozkwit praktyk seksualnych.

Talent pisarski Arenasa, studenta uniwersytetu, zostaje natychmiast rozpoznany przez pisarzy „arystokratów ducha” porewolucyjnej Hawany, którzy, nim sami napiszą tysiące ód na cześć Fidela i Stalina, zaklinają go, że gdy to zrobi, jako artysta będzie skończony. Piękne, czułe portrety bezkompromisowego Virgila Pinery i Lezamy Limy, zmarłych w tajemniczych okolicznościach w skrajnej nędzy, w ostracyzmie, w absolutnej wierności pisaniu do końca ze świadomością, że jedynie przeczyta ich policjant bezpieki, to fragmenty wiary w sztukę i człowieka. Czytając to dzisiaj, rozumie się całą, lisią polską politykę wydawniczą lat siedemdziesiątych, redakcji Literatury na Świecie latynoskiego boomu, udostępniającą nam jedynie Cortazara „maskotkę” Fidela, do dzisiaj genialny Lima jest niewiele spolszczony, a z książek Arenasa, oprócz tej autobiografii, nie znamy ani jednej. O literaturze pisze gorzko: Jednym z najbardziej znanych przykładów intelektualnej niesprawiedliwości naszego wieku jest Jorge Luis Borges, któremu systematycznie odmawiano Nagrody Nobla, tylko wyłącznie z powodu jego poglądów politycznych. Borges jest jednym z największych pisarzy latynoamerykańskich tego stulecia, być może największym, a jednak Nagrodę Nobla dostał Gabriel Garcia Marquez, epigon Faulknera, osobisty przyjaciel Castro i urodzony karierowicz. Jego dzieło, poza paroma osiągnięciami, przesiąknięte jest tanim populizmem i nie dorównuje w niczym wielkim pisarzom, pomijanym i zapomnianym. Udostępnia nam to, co dzisiejsza „Twórczość” sprzedaje jako sensację: (Virgilio Pinera) w epoce Republiki, z powodu kłopotów finansowych, a także niepokojów kulturalnych, jakie według Virgila panowały na Kubie, wyemigrował do Argentyny i spędził tam dziesięć lat, imając się różnych zajęć biurowych jak Kafka z Trzeciego Świata. Poznał tam też polskiego pisarza Witolda Gombrowicza. Dwaj emigranci zostali przyjaciółmi i kompanami w podrywie i przygodach erotycznych.

Dzięki sprowokowanemu przez świat exodusowi roku 1980, gdzie pozwolono wypłynąć 135 tysiącom Kubańczyków na podstawie specjalnie przeprowadzonej selekcji (kryminaliści i psychicznie chorzy oraz część inteligencji) cudem udaje się, po doświadczeniu dwuletniego kubańskiego więzienia, uciec. Trzydziestosiedmioletni pisarz dokumentuje zimno emigracji, diasporę Miami, sztuczną, pełną plotek i chorobę małej wspólnoty intelektualnej osiadłej na brzydkim nadmorskim półwyspie, naśladującym ich wspaniałą ojczyznę. Los ich nikogo nie obchodzi, piszą w pustkę, wydają książki własnym sumptem, które czytają tylko oni. Podobnie jest w Nowym Jorku i w europejskich uniwersytetach. Zimno świata, cynizm prawicowej lewicy, nieludzkość pisarzy emigrantów: Osobą, która wzbudziła we mnie prawdziwą odrazę okazał się Carlos Fuentes; człowiek ten wydawał się raczej komputerem niż pisarzem; na każde pytanie dawał precyzyjną i pozornie inteligentną odpowiedź; wystarczyło nacisnąć odpowiedni guzik (…) Carlos Fuentes posługiwał się nienaganną angielszczyzną i wyglądał na człowieka bez wątpliwości, nawet metafizycznych; w moich oczach był zaprzeczeniem pisarza. Ten elegancko ubrany pan przypominał encyklopedię, może trochę za grubą. Tego rodzaju autorzy otrzymują ważne nagrody literackie, w tym Nagrodę Cervantesa i Nobla, i wygłaszają przy tej okazji nienaganne wykłady. Wyszedłem z tego spotkania przerażony. Pisanie, napisze Arenas, nie jest umiejętnością, ale przekleństwem. Pisał cały czas, najlepiej w nielicznych chwilach skromnego szczęścia mieszkania w niewielkim pokoju z widokiem na hawański Malecon. Nigdy nie mogłem pisać zachowując abstynencję seksualną, ponieważ ciało potrzebuje zaspokojenia, żeby uwolnić ducha. A morze było erotyczne.

Reinaldo Arenas
Zanim zapadnie noc
przełożyła z hiszpańskiego Urszula Kropiwiec
Świat Literacki 2004

Literatura na Świecie 7- 8/2000

Zanim zapadnie noc
reżyseria Julian Schnabel
USA 2000

 cucaracha.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 11 komentarzy

Przeczytamy dzieła Prousta; jak rozpusta, to rozpusta…

Oglądając okładkę „Lampy” z Władysławem Broniewskim i wpatrując się w kwadratową, urzędniczą twarz poety, można zakwestionować całą wiarę w sztukę, jaka do tej pory tliła się całkiem przyzwoitym płomieniem. Gdy dowiemy się jeszcze, że jego portret nasmarowany kredą na tablicy przez Rafała Bujnowskiego w galerii “Raster” to nic innego, jak jego szkolna, proustowska magdalenka, to sztuka staje się jedynie opresją i prześladowaniem.

A jednak Deleuze dowodzi, że specjalnie dla nas, z belle epoque magdalenką Proust śle nam znaki.

Edmund Wilson porównuje Prousta do muchy, której wielościenne oczy widzą wszystko. Czytelnik zmylony tą wiedzą o autorze, który sam się też tym dziwi, myśląc że wie wszystko o swoich bohaterach wraz z nim wchodzi w kolejne zadziwienia z autorem: pani de Villeparisis, której nieskazitelną kobiecą przeszłość demaskuje w Wenecji Narrator. Napięcia zagadek, niewiedzy i wielkiego wysiłku odkrywania poszczególnych warstw arcydzieła Prousta wraz z tym, że kto tej pracy zaniedba, przegra odczytanie prawdziwej literatury, przegra też swoje życie.

Zakochany w swoim obiekcie badań biograf George Painter, wchodzi z zachwytem w poszczególne epizody życia Prousta o wschodnich, wielkich oczach, wzruszającym głosie, metafizycznym umyśle, arabskim nosie (Wilson), by w drugim tomie skonsternowany, zawstydzony, opisać epizod dręczenia szczurów i z bólem, jako uczciwy dokumentalista, upewniać siebie i odbiorcę, że to prawda.

O Prouście pisali wszyscy najwięksi, najwspanialsi pisarze i krytycy XX wieku. Zachwyt Prousta nad balzakowskim odkryciem pisania “ksiąg życia” z pomocą ciągle tych samych bohaterów w wielu tomach to proustowska kontynuacja tego wynalazku: to pełne utożsamienie się artysty z jego utworem: życie własne, artysty, jako najwłaściwsza materia sztuki.

Fenomen twórczości artystycznej, jego procesu, dający nam o wiele więcej wiedzy o nas, o naszej naturze i zagadce życia niż inne ludzkie aktywności: Wielkie arcydzieła są zarazem bardzo ogólne i bardzo szczegółowe; wychodzą ze szczegółowego życia i zmierzają do ludzkości – napisze Proust w liście.

Dzisiaj odczytując nietzscheańskiego Deleuze’a pochylającego się nad platonikiem Proustem rozszyfrujące opozycję Aten i Jerozolimy, to nowe, bogatsze tropy wielkiego hymnu na cześć sztuki. Sztuka, nie jako wyzwolenie freudowskiej blokady, ale jako coś, co jest w nas, co jest nieśmiertelne i nigdy nie utracone. Jakkolwiek nazwie to Deleuze, czy będzie to esencja sztuki, pamięci, salonu czy miłości ujawniona moczonym w herbacie herbatnikiem, łyżeczką, nierównymi płytami chodnikowymi Wenecji, są to światy bardziej realne i prawdziwsze niż te, które ledwo potrafimy zarejestrować teraźniejszym oglądem.

Dlatego zawsze znak miłości zwycięży pusty znak salonu. W miłość wpisane są znaki zaprzeczenia, a kobieta przeciętna da więcej prawdy od inteligentnej: bo bogactwo z którego czerpie sztuka, to niewidzialne więzy łączące partnerów w ich obecności i nieobecności. Deleuze pisze: Ukochana kobieta kryje tajemnicę, nawet jeśli jest to tajemnica znana wszystkim. Kochanek skrywa samą ukochaną: władczy nadzorca. Wobec ukochanej trzeba być twardym, okrutnym draniem. W rzeczywistości kochanek nie kłamie mniej niż kochanka: więzi ją i wzbrania się przed wyznaniem jej miłości, by zostać najlepszym policjantem, najlepszym nadzorcą. Dla kobiety jednak najważniejsze jest ukrycie źródeł światów, które w sobie kryje, punktu wyjścia gestów, zwyczajów i znaków, jakich nam od czasu do czasu użycza. Napięcie emocjonalne między dwoma biegunami, niesłychanie kosztowne, prowadzi do autonomii kochanków, od zależności do samotności.

Simone Weill tak o tym pisze: Istnieją dwie formy przyjaźni – spotkanie i rozłąka. Są nierozerwalnie ze sobą związane. Zawierają w sobie jedno jedyne dobro i są równie korzystne; kochankowie, przyjaciele posiadają dwa pragnienia – jedno, to kochać się tak, by wejść w siebie i być tylko jednym, drugie to kochać się tak, by wzajemna więź w najmniejszym stopniu nie ucierpiała, gdy przyjaciół dzieli połowa globu.

Nic nie jest proste i poszukiwanie prawdy jest też w kłamstwie. Ratunek jest w stylu, opowie się za Anatole’m France’em: Nie mogę wybaczyć symbolistom ich głębokiej niejasności (…) Grecy byli subtelni, a jednak pragnęli, by wyrażano się jasno. Uważam, że mieli rację. Wyrosłem już z tego szczęśliwego wieku, w którym podziwia się to, czego się nie rozumie. Balzak: nieustanna praca jest prawem sztuki jak życia; sztuka bowiem jest to przeidealizowanie. Toteż wielcy artyści pełni poeci nie czekają zamówień ani kupca, tworzą dziś, jutro, ciągle. Wynika z tego ów nawyk pracy, ta nieustanna świadomość trudności, które podsycają ich stosunek z Muzą, z siłami twórczymi. Casanova żył w swojej pracowni jak Wolter w gabinecie. Homer i Fidiasz musieli żyć w podobny sposób.

Co ma zrobić artysta dzisiaj, przekonany, że rozkosz tworzenia płynie z innych, niż kiedyś źródeł? Pogrążony w nadmiarze, w rozpuście słowa, obrazu, informacji w gąszczu sprzecznych, niezrozumiałych znaków zamazanej, zmąconej rzeczywistości? Proust poleca własną wizję rozpusty: Nie zapominać: książki są dziełem samotności i milczenia. Dzieci milczenia nie powinny mieć nic wspólnego z dziećmi mowy, myślami zrodzonymi z pragnienia powiedzenia czegokolwiek, potępienia, wygłoszenia opinii, czy idei niejasnej i niezrozumiałej. Kiedy zaczynam czytać jakiegoś pisarza, natychmiast odkrywam pod słowami tekstu jakby melodię pieśni, która u każdego autora jest odmienna i różni go od innych.

 

Zważone piwo znad Sekwany
by ZaDużo

Gilles Deleuze
Proust i znaki
przełożył z francuskiego Michał Paweł Markowski
Słowo/Obraz/Terytoria 2000

Marcel Proust
Pamięć i styl
przełożyli z francuskiego Janusz Margański, Marek Bieńczyk, Michał Paweł Markowski
Znak 2000

George D. Painter
Marcel Proust Biografia
przełożyła z angielskiego Aleksandra Frybesowa
PIW 1972

 katleja.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 7 komentarzy

O mężczyznach, którzy chcieli pisać

Wchodząc na portal Lewica.pl odpowiedź o potrzebę pisania jest niesłychanie prosta.

Prosta była też diagnoza zaproszonego do Paryża w 1935 roku na Międzynarodowy Kongres Pisarzy, Ilii Erynburga pisania surrealistów, którzy jedynie oddawali się homoseksualizmowii i marzeniom sennym, zamiast poprawnych stosunków z kobietami woleli onanizm, pederastię, fetyszyzm, ekshibicjonizm, a nawet sodomię.(..) Brzydzą się Krajem Rad, ponieważ tam ludzie pracują.

Tak, mężczyźni inaczej przeżywali gorączkę twórczą tamtych lat Lewego Brzegu Sekwany. Andrzej Bobkowski obserwował Paryż już po inwazji niemieckiej na Polskę i napisał gorzko w „Szkicach piórkiem”: Francuzi jedynie boją się o braki codziennej dostawy masła.

Pisanie pisarzy, wchodzącym właśnie udanie i brawurowo w literacki rozgłos (sukces „Mdłości”) przeszkody moralne zwalnianych Żydów i zajmowanie ich stanowisk, wspieranie własnym nazwiskiem rządu Vichy, nie było widocznie żadnym problemem. Publikowanie, pisanie, to nie przeszkoda artystów przełomów dziejowych. Cóż nam dzisiaj po bojkocie stanu wojennego w Polsce, po totalnym późniejszym zamazaniu?

Lottman pisze, że kolaborowali wszyscy. Jeśli dzisiejszy feminizm chroni się pod skrzydła lewicy, to, co skłoniło Sartre’a, Aragona, Picassa, do komunistycznych sympatii? Patriarchalny, seksualny ucisk, który powodował podobno wyborami Jelinek?

Oj, uroczy jest Lewy Brzeg Sekwany, przelicznik dolara korzystny. To centrum literackie światowego centrum! W powietrzu Dzielnicy Łacińskiej unoszą się dawni mieszkańcy: Wolter, Molier, Saint- Beuve, Diderot, Rosseau, Balzak, Zola. W okresie międzywojennym wszystko rozgrywało się w paru domach, paru salonach, paru kawiarniach. Elitarności strzegły nazwiska Amerykanów, Francuzów, kilku niemieckich uchodźców. Był też stolik sowiecki. Polityka stała się najważniejszym dla wszystkich zajęciem.

Lottman stara się czytelnikowi nurtem Sekwany uzmysłowić propozycje dla piszącej młodzieży” zakochanej w poetach”, o którą walczą dwie europejskie choroby. Manifesty, kongresy, protesty, indywidualne namawianie (Erynburg). Ci, co odrzucali komunizm i faszyzm łącząc się we wspólnoty o podobnych duchowych skłonnościach (katolicki personalizm), oddalali się tak od rzeczywistości, że stawali się zaślepieni i bezużyteczni (Blanchot, Daniel – Robs). Sprowadzało się to w ostateczności do ochrony jedynie własnej prywatności, co torowało w konsekwencji drogę faszyzmowi. Plugawe, antysemickie teksty lekarza Celine’a, zapewniającego, że cała ludzkość go nic a nic nie obchodzi, było straszne.

Nadchodząca wojna, zwielokrotniwszy ilość kongresów, mityngów i gazetowych dyskusji w obronie kultury przed nadciągającym barbarzyństwem, wreszcie wybuchła. Gdzie się podziali nasi pisarze? – pyta „Figaro”.

Okupacja sprzyja cudzołóstwu. Lewy Brzeg przenosi się wraz ze swoimi kochankami na Lazurowe Wybrzeże. Dla młodego, wchodzącego w świat literata Nicea to prawdziwy salon literacki. Na obiad, przy wspaniale nakrytym stole, podano kurczaka po amerykańsku, z rusztu – wspomina Simone de Beauvoir.

Lata rządów Vichy to lata druku. Wiele nazwisk drukuje w oficjalnym obiegu, (Sartre, Mauriac, Eluard, Aragon), godząc się na cenzurę niemiecką. Jeśli paru wielkich pisarzy ocala honor, zachowując godne milczenie, ilu jest takich, i to nie zawsze najmniejszych, którzy spieszą służyć nowym bogom, w osobliwym zapomnieniu własnej przeszłości i dzieła! (..) Dla ludzi ambitnych i młodych, bez zbytnich obiekcji, co do uczęszczanych środowisk i spotykanych osób, dla ludzi należących do sfer wyższych i troszczących się zwłaszcza o swoje bezpieczeństwo, karierę, utrzymanie, czy nawet rozszerzenie własnych przywilejów, Vichy roku 1940 było miejscem wymarzonym.

Wszystko, co najcenniejsze Malraux, Gide’a, Sartre’a, Camusa, Celine’a powstało przed politycznym uwikłaniem. Wobec tamtych twórczych lat prawdziwa literatura nie miała żadnej szansy. Paryż, stolica sztuki, stolica wielkiej twórczej energii po wojnie, straciła swoje światowe znaczenie.

Herbert R. Lottman
Lewy brzeg
przełożył z francuskiego Jacek Giszak
PIW1997

 chlopacy.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 5 komentarzy

O kobietach, które chciały pisać

Nie było łatwo sto lat temu i tylko dzięki najnowszym technologiom możemy teraz zdemaskować legendy, obalić mity, odkłamać wygodną wiedzę tamtych lat o kobietach, które pisały. Wgląd do olbrzymiej ilości dokumentów, listów, dzienników intymnych, artykułów gazetowych umożliwił komputer i powstanie prawie sześciuset stronicowej pracy Shari Benstock. Przedstawienie 22 kobiet, które niemal pół wieku towarzyszyły twórczo wielkiemu fermentowi lat międzywojennych, to też bardzo złożona pod względem tematycznym i problemowym współczesna, feministyczna wizja win i wynaturzeń cywilizacyjnych.

Z tego, bądź co bądź, pasjonującego opisu intymności połączonej z plotką i domniemaniem losów kilku nazwisk w Polsce znanych (Gertrude Stein, Colette, Anais Nin), z pisarkami nowo tu poznanymi, które pełniły w opowieści rolę lesbijskiego uwierzytelnienia, wyłania się seks jako pierwotna przyczyna wszystkiego: twórczości, obyczaju i egzystencjalnego wyboru.

Seks budził wstręt polityczny, jałowość prokreacyjna kobiety wstręt obyczajowy. Pogłębiło to femmes damnees (fascynacja demoniczną siłą lesbijską kobiety fatalnej) Baudelair’e i Gomora Prousta. To nie tylko płeć kobieca zdominowana przez mężczyznę próbuje wyzwolić się nowocześnie z umowności kulturowej: motywem pisania jest właśnie homoseksualna odmienność, a nie, jak dotychczas sugerowano, utrudnianie kobiecego pisania przez mężczyzn.

Mimo, że tym kilku nazwiskom w Polsce znanym, o bardzo specyficznej jakości artystycznej (być może, że „Literatura na Świecie” Gertrudy Stein nam nie potrafiła spolszczyć, może się nie da), autorka przypisuje zasługi, o jakich trudno było przypuszczać (lingwistyczne, nie docenione należycie zdobycze Gertrudy Stein), to reszta życiorysów jest, przez absolutną nieznajomość ich twórczości, fascynującą zagadką.

I tak fenomen przyjazdu do Paryża amerykańskich literatek dla wielkiego eksperymentu obyczajowego w czasie rodzącego się modernizmu, początku sztuki XX wieku, do jawności, do swobody, nieosiągalnej w purytańskiej Ameryce, staje się przerabianą lekcją. Kobiety, korzystające z naukowego odkrycia chemicznego sposobu odczytania kilku zaledwie wersów Safony, gdzie można domniemywać o jej jakichkolwiek stosunkach płciowych, uczą się greckiego, zakładają erotyczne komuny, naśladują przedchrześcijańskie rytuały. Lesbos to ledwo zamaskowana pornografia. I nic nie wychodzi, wszystko konwencjonalnie się powtarza: zazdrość, dominacja, monogamia. Podobnie z konwencjonalnością: patriarchalny związek Gertrudy Stein z Alicją B.Toklas, powtarzający małżeński schemat sado-masochistycznego układu, zamienia się pod koniec ich życia jedynie we wzajemną nienawiść. Mimo szczelnej intymności, oko koleżanek pisarek komentuje stale tyjącą Gertrudę, pożerającą Alicję. Związki są różnorodne, od dziewiętnastowiecznych salonów, twierdz kobiecej hegemonii, po kawiarniane przyjemności, aż po całkowitą alienację autsajdera, opisującej śmietniki, więzienia i szpitale.

Nie lepiej jest z twórczością. Funkcja usługowa kobiet wobec męskich geniuszy umiejących z wdziękiem nimi manipulować, a ich tam akurat nie brakowało (Pound, Eliot, Hemingway, Joyce), walka o nich na kobiecych salonach (Gertruda Stein selekcjonowała ich wyłącznie pod kątem przydatności do własnej kariery), to też walka o honoraria, o wpływy, o uznanie. Kobiecy wkład w rozwikłanie zagadki płci to ciągłe deprecjonowanie męskiego oglądu. Collette zupełnie inaczej widzi Gomorę, którą Proust podobno w swoich jedynie fantazjach zakwitających dziewcząt, zniekształcił i w porównaniu z przeżytą Sodomą, zakłamał. Lesbos Collette to nie Proustowska perwersja Gomory, to jedynie sposób kobiecego przetrwania. To też opis pisarzy i pisarek biograficznego cierpienia uwięzionego ciała w innej płci, np. Rolanda Firbanka kobiety w ciele mężczyzny, losu łagodzonego przez alkohol, narkotyki w strachu i tajemnicy. Autorka powołuje się na Georga Pintera dokumentującą upadek Prousta, którego nałóg rozpoczął się miłością „równą sobie”, poprzez platońskie związki do fizycznego uzależnienia od męskich prostytutek.

Okres wojny i narastający komunizm i nazizm, dwie potworności walczące o Europę w dziennikarskich sprawozdaniach są kobiece. To one, swoimi małymi rączkami demaskują na klawiaturze telegrafów i maszyn do pisania intuicyjnie, często korzystając jedynie z wyrazu twarzy Mussoliniego, Hitlera i Franco ich prawdziwe zamierzenia.

Hołd oddany tym kobietom przez autorkę jest wielki i przekonujący. One zakładały wydawnictwa, księgarnie, wspierały ruchy nawet te, których nie lubiły: Kobiety odgrywały w ruchu surrealistów nikłą rolę. Mimo upodobania do niekonwencjonalnego sposobu bycia i chęci szokowania burżujów, surrealiści mieli na temat kobiet poglądy nader konwencjonalne, wręcz tradycjonalne. Żadna poetka czy malarka nie brała udziału w ich działalności ani nie podpisywała ich manifestów. Fascynowały ich burdele i przyjaźnili się z prostytutkami(…)

Niepokojące są jedynie bohaterowie ich powieści i opowiadań bez określonej płci, fantazmaty zmagań z ich określeniem i sformułowaniem. Kobiety lewego brzegu Sekwany, lewego też w sensie pejoratywnym, niestosownego, nieudanego, żyły długo, większość przekroczyła dziewięćdziesiątkę.

Sari Benstock
Kobiety lewego brzegu. Paryż 1990 – 1940
Margaret Anderson, Diuna Barnes, Natalie Barney, Sylvia Beach, Kay Boyle, Bryger (Winfried Ellerman), Colette, Caresse Crossy, Nancy Cunard, Hilda Doolittle (H.D.), Janet Flanner, Jane Heap, Maria Jolas, Mina Loy, Adrienne Monnier, Anis Nin, Jean Rhys, Solita Solano, Gertrude Stein, Alice B. Toklas, Renee Vivien, Edith Wharton
przełożyli z angielskiego Ewa Krasińska Piotr Mielcarek
Sic! 2004
lozko.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 10 komentarzy

Nikifor

Dzisiejsze odwoływanie świeżo upieczonego prezydenta do dziedzictwa po Józefie Piłsudskim, miejmy nadzieję, nie będzie dokładnie realizowane.

Pyszna, wolna i bogata sztuka światowa lat międzywojennych miała swojego reprezentanta w postaci polskiego Nikifora. Te małe, wielkości dłoni obrazki, malowane na znalezionych na śmietnikach kawałkach papieru, są szyderstwem i dowodem wielkości sztuki i materii, z jakiej została stworzona. Ta sztuka, ten desperacki akt malowania mimo wszystko, to jedynie dowód, że i za Piłsudskiego i za Bieruta artysta miał się podobnie.

„Mój Nikifor” nie jest filmem dobrym i nawet, jeśli Krystyna Feldman rzeczywiście przekazała swoim rewelacyjnym aktorstwem i powierzchownością historycznie istniejącego człowieka, to film tego nie zrobił. W wydanej równocześnie z premierą filmu książce żony reżysera i autorki scenariusza filmowego dowiadujemy się, jak pisze z naiwną beztroską, że film powstał w poszukiwaniu ciekawego tematu dla niedawno poślubionego męża i to pod wpływem książki Andrzeja Banacha. Szkoda, że o malarstwie mówią ludzie, którzy malarstwa nie są w stanie przeżyć.

Zjawisko Nikifora, nawet pokazane przez pryzmat losu człowieka, losu Łemka, który doświadczył akcji “Wisła”, jest w filmie jedynie socjologiczne. Nędza ulicznego artysty, z przedwojennego krynickiego kolorytu (moja ciotka Olga też wróciła przed wojną z krynickiego sanatorium z obrazkiem Nikifora) wchodzi w nędzę komunistycznego reżimu. Ta nędza jest już inna i stary, schorowany człowiek skonfrontowany z “wypasionym” artystą „na gwizdek”, Artystą Miejskim, mającym obowiązek służyć lokalnej władzy w jej propagandzie, ma aspekt tylko biograficzny. Joanna Kos przyznaje, że 80-letni dzisiaj, prawny opiekun Nikifora w ostatnim etapie życia, Marian Włosiński swój związek z Nikiforem, idealizuje.

Film o realnie istniejącym sławnym człowieku, ma prawo być indywidualną wizją reżysera. Problemem moralnym przedsięwzięcia jest jednak zawsze, a tutaj szczególnie w wypadku skrzywdzenia, pytanie: czy to hołd, czy aby nie umniejszenie?

Kim jest Nikifor Krauzego? Tym, za kogo go pospolicie mamy, pogardliwie odbierając malarstwo naiwne. Nawet celne uwagi w scenie na ławce, w czasie oglądania albumu hitów malarstwa polskiego, nie pokazują cech, jakie artysta tej miary posiada.

Najcenniejsze byłoby przesłanie sienkiewiczowskiego wątku Janka Muzykanta, o zmarnowaniu talentów w każdej epoce, o zwycięstwie oficjalnego salonu i anektowaniu outsidera, nośnika prawdziwej sztuki do uświetnienia jedynie siebie.

Tajemnicę Nikifora o wiele bardziej odsłoni wystawa muzealna. Tam, małe, wielkości pocztówki obrazki oprawione w duże, szlachetne passe – partout oddzielają lata 20 od lat pięćdziesiątych. Sakralna tematyka twórczości Nikifora, papież, świątynie, święci, portrety, marzenia (statua wolności z napisem Ameryka i nieosiągalny statek) na rzecz urzędniczej architektury miast, dworców kolejowych i okropnej nowej, architektury, ilustruje etapy artysty jako barometru polskich przemian. Oprawiony w szkło i ramki list żebraczy Nikifora, który przynosił mu o wiele większe zyski niż ta wielka, (40000) liczba namalowanych prac, jest jakimś metafizycznym oskarżeniem ludzkości.

Oryginalny artykuł z pisma „Stolica” z lat 60 tych opisuje piórem dziennikarza Zbigniewa K. Rogowskiego, nadmiarowym, rozgorączkowanym językiem tamtej epoki odwiedziny Nikifora w stolicy, co kamera w filmie Krauzego odnotowała w scenie w Zachęcie. Nikifor maluje stolicę! – pisze entuzjastycznie dziennikarz. Nikifor maluje stolicę w kapeluszu, podarunku Andrzeja Banacha z Paryża! – zachwyca się dalej. Jakie to wszystko znane, jakie żałosne, jak dzisiaj.

Fotografie Nikifora w różnych etapach życia i ta ostatnia, wielkości naturalnej, to sylwetka inteligentna, szlachetna. Oczy mówią o tym, że wie o wiele więcej, niż my kiedykolwiek będziemy wiedzieć.

Nasze Nikifory
Kos Joanna, Krauze Krzysztof
Świat Literacki 2005

nikifor.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

Nagrody: Nobel 2005 – Harold Pinter

Nie będę dużo o pisać o laureacie, kompromitację wszystkich bibliotek mojego miasta, gdzie nie ma ani jednej pozycji tegorocznego noblisty z pewnością natychmiast zrehabilitują wydawnictwa. Zimno potraktowała nas telewizja, nie emitując ani mojego ulubionego „Posłańca”, ani „Służącego”.

John Fowles gloryfikując geniusz Pintera pisał, że wobec napisania scenariusza do własnej powieści był zupełnie bezradny. „Kochanica Francuza” nigdy nie zamieniła by się w film bez mistrzowskich dialogów i umiejętności skomasowania za pomocą oszczędnych środków bardzo pojemnego przesłania.

Ale oprócz wspaniałego rzemiosła Pinter przede wszystkim jest ważny z uwagi na podjęty trud uzmysłowienia cywilizacyjnej degradacji komunikowania się międzyludzkiego. W wywiadzie sprzed pół wieku za rzecz katastrofalną uzna tragedię dzisiejszych ludzi, ich rozmyślne uchylanie się od komunikowania się z drugim. Ten brak wysiłku, odwieczny dla natury człowieka w miarę wspaniałych środków technicznych zdumiewająco się nasila.

„Urodziny Stanleya” (1958), to sytuacja przymuszenia do dialogu. Dwóch nieznanych mężczyzn wdziera się do pokoju niespełnionego pianisty pod pretekstem jego urodzin, które i tak są w innym terminie i zmusza go do świętowania.

Harol Pinter jest z Kafki, a przede wszystkim z Becketta. To o nim pisał do przyjaciela dwudziestoczteroletni pisarz: Im dalej idzie, tym bardziej mi się podoba. Nie chcę żadnych filozofii, traktatów, dogmatów, credo, wyjść, prawd, odpowiedzi, niczego z działu wyprzedaży. Jest najodważniejszym, najbardziej bezlitosnym spośród współczesnych pisarzy i im bardziej wpycha mi w nos gówno, tym bardziej jestem wdzięczny. On nie pierdoli mi głupot, nie oszukuje mnie, nie puszcza do mnie oka, nie narzuca mi na nic recepty, ani drogi, ani objawienia, nie podsuwa mi miski pełnej okruszyn chleba, nie sprzedaje mi niczego, czego ja nie chcę kupić, on w ogóle nie dba o to, czy ja to kupię czy nie, nie zaklina się. W porządku, kupię jego towar, jego haczyk, żyłkę i ciężarek, bo on nie zostawił kamieni nie przewróconych, u niego żaden robak nie zostaje samotny. On wydaje na świat piękne rzeczy. Jego dzieło jest piękne.

I może w dobie mizdrzenia się, autolansu, wzajemnego kadzenia i wymiany adoratorskich usług warto zastanowić się nad rozpoznaniem, zachwytem, hołdem i uznaniem współżyjącego geniusza.
alkowa.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 11 komentarzy

Samotni w sieci

Kto czytał „Samotność w sieci” Janusza Wiśniewskiego, ten wie, że bohaterem tej wyjątkowo poczytnej powieści współczesnej jest plemnik. Plemnik, marzenie wszystkich urzędniczek pieszczących klawisze klawiatury, który, jak wyjęty z mistyki religii, przedostaje się do prawdziwego życia. Z Nicości, z wirtualnej sieci, w jakimś ( oczywiście pięciogwiazdkowym hotelu, akcja zapładniania zaczyna się już w windzie) wnika w bohaterkę. Powieść zakończona happy endem, prokreacja sukcesem. Szczęśliwy mąż z wmówionym ojcostwem będzie do końca życia zaharowywał się na śmierć, by sprostać najwyższym wymaganiom materialnym małżonki i bękarta. Najwyższym, bo przecież plemnik nie stąd, ale z tamtego świata.

Jest to oczywiście idealna odpowiedź pisarska na marzenie armii nudzących się w pracy urzędniczek. Ale jaką odpowiedź ma dać, i komu, sieciowy pisarz, sieciowy artysta?

Cudowne narzędzie, uwalniające artystów od pustej wartości salonu ( Deleuze pisząc o Prouście właściwie i salon Verdurinów i arystokracji ma za nic), od zdawałoby się, niszczącej ingerencji odbiorców nie na poziomie twórcy, teoretycznie dałoby tej utopii nawet radę. Ale eksperyment „Intymnika” Henri Frederic Amiela i całej plejady ubiegłowiecznych intelektualistów sprawdził się, ponieważ sama umiejętność pisania już nobilitowała do nazwy pisarza. Teraz, jak słusznie powiedziała Ewa Kuryluk w wywiadzie, artystów jest bardzo dużo, najwięcej, jaką do tej pory kula ziemska nosiła, a i reaktywacja artystów minionych wieków niesłychanie łatwa.

I, jeśli Proust, lew salonowy, który dla podtrzymania kontaktów międzyludzkich połowę swojego wątłego zdrowia oddawał pisaniu listów, a promocje „Poszukiwania” rozpoczął od astronomicznych kosztów paczek, próśb o recenzje i bankietów w ekskluzywnych restauracjach, to co ma robić artysta, który geniuszem nie jest, ani, jak Proust, posiadaczem pieniędzy?

Neurozie właścicieli blogów nie sprzyja zdziczenie. Zachowują się jak bite dziecko, któremu, jak się powie dobre słowo, uchylają się przerażeni. Są jak bite psy, jak się im powie dobre słowo, szczekają. Agresja tych baniek mydlanych dryfujących w kosmicznej sieci, tych cząstek duchowych zamkniętych szczelnie w swej izolacji, niszczy i wycieńcza. Jak każda nerwica musi w konsekwencji zamienić się w sadyzm, i jeśli nie powrócą do normalnego przeżywania życia, zmarnują talent, a toksyna autodestrukcji zainfekuje innych.

Tonący, nie dostrzeżony, nie dopieszczony sieciowy artysta może posunąć się, jak tylko się moralnie przełamie ( a cóż to jest wobec ratowania własnego talentu), do różnych, znanych, odwiecznych chwytów. Znamienna jest taktyka przy pomocy nie do końca zidentyfikowanego komplementu podjudzania współtowarzyszy do otwartości i spontaniczności, by na mocy sztucznie wytworzonego konfliktu, mogła zaistnieć niedostrzegana szlachetność. Zachęcanie do własnej niekontrolowanej twórczości, by zmrozić go potem ( ewangeliczna belka w oku bliźniego), wytykaniem cudzych błędów, przy tak znikomych własnych możliwościach. Częsta metoda skandalu, do czego najczęściej w dalszym ciągu używa się kobiet, nagminnie wykorzystywana w każdej już, papierowej prasie. Zdrowy odruch zdobywania publiczności, a wszystko bez impulsu i lustra przecież zamiera, najprawdopodobniej nigdy nie znajdzie odpowiedzi ani w życiu realnym, ani nie wyjdzie poza autorską iluzję.

Salon zawsze miał wysoką cenę. Każdy władca dąży w pierwszej kolejności do zjednania sobie sportu i sztuki. Rola mecenatu na szczeblach władzy nigdy nie była i nie będzie bezinteresowna. Strategia optymalnego dysponowania tym, co się ma wokół, jest na tyle skuteczna, że ochrania przed oszukiwaniem się. Pretensja do świata salonów, do salonów, które też egzystują w sieci, anektując tereny niczyje i do tej pory wolne, jest tak samo śmieszna, jak śmieszne są protesty ludzi zdziwionych, że świat jest zły. I śmieszne jest idealistyczne mniemanie, że sieć posiada inną niż odwieczna natura, ludzką strukturę.

Stado zawsze ustali hierarchię i zwierzęce prawo natury ma tendencję koła. W środku, jak krowy na pastwisku, jest przywódca stada, im dalej od osi, tym ważność i smakowitość trawy spada. I, jak u kur, zawsze jest kolejność dziobania. Samotność w sieci to też odwaga. Jeśli się nie chce zostać zapładniaczem bękarta, lub – w języku więziennym – po prostu cwelem, a wirtualnym fighterem, wolnym strzelcem, Kasandrą, czy po prostu artystą, to życie, bez pretorian, wazeliniarzy i płatnych adoratorów, jest marne.

Janusz Leon Wiśniewski , Małgorzata Domagalik
188 dni i nocy
Jacek Santorski & CO 2005

Ralph Waldo Emerson
Natura. Amerykański uczony
przełożył z angielskiego Michał Filipczuk
Wydawnictwo Zielona Sowa 2005

komp.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 4 komentarze

Tu idzie młodość: Marta Dzido

William Faulkner seks obwinia za całe zło, jakie wydarzyło się w małych miasteczkach Jefferson i Memphis. To zbrodnie, pożar i najciemniejsze czyny człowieka wydobywa w kilku bandytach drobna nastolatka, która urwawszy się z pensji, wyzwala w nich najnikczemniejsze żądze. Wokół defloracji Temple, głupiej blondynki, usnuta jest najmroczniejsza powieść Faulknera, „Azyl”.

To, że bohaterka powieści Dzido na końcu sika ze strachu i w niemocy w majtki, co nie przywróci jej ani utraconego dzieciństwa, ani utraconego dziewictwa, a w proszki i spowiedź już nie wierzy, może ma i podobną wymowę, jak arcydzieło Faulknera. Katalog niezgody na rzeczywistość dziewczyny, której uprzednie szkolne radzenie sobie z opresją zewnętrzną już nie wychodzi, jest długi. To właściwy temat książki, na którym dopiero postacie, dopisane do tej skargi, jak śmiecie popychane wiatrem ulicy, przemieszczają się z kartki na kartkę.

Niepokojąca jest ta książka, którą czyta się gładko i łatwo, można przez godzinę ją wchłonąć bez znudzenia. Może działa tu zasada przedstawiona w pewnej amerykańskiej komedii z Leslie Nielsenem, gdzie podczas czytania referatów konferencji na rzecz głodującej Afryki wszyscy słuchacze zgodnie śpią. Wpadają bandyci i wkładają do rąk prelegenta pikantną. erotyczną powieść. Wszyscy natychmiast się budzą i z zainteresowaniem słuchają.

Niepokojąca, bo uwodzi. Niesie przyzwolenie na taki sposób życia, sugeruje, że innego nie ma. Pisarz wybierając z rzeczywistości jakiś problem powinien go jednak wyodrębnić z tła. Tutaj wszystko się zlewa, jedność książki, opartej na jednostajnym monologu bohaterki, uzyskana jest kosztem braku kogoś, kto nad tym wszystkim panuje.

Nowa literatura nie tylko nie ma już strażników moralności. Nie ma też strażników wartości artystycznych i wolność wypowiedzi jest jedynie próbą zaistnienia w literackim świecie tylko dlatego, że próby podjęcia pracy w bankach, roznoszenia ulotek i posad sekretarek okazały się o wiele trudniejsze od napisania powieści. Ale, jeśli pisanie ma uchronić młode kobiety od nieszczęść, które im – jak Faulkner w swoim arcydziele uzmysłowił – zagrażają, to absolutnie należy pisać.

Marta Dzido
Małż
Korporacja Ha!art 2005

KUMULTURA
Zobacz film
Glass Tease

akt.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Jeden komentarz