Andrzej Lepper nie tylko swoim damskim aktywem partyjnym ustalił w Polsce nowy kanon kobiecego piękna, ale także jest twórcą uniwersalnego wezwania o wielkiej sile perswazji, którego utworzenia nie powstydziłby się żaden poeta. Cwietajewa odeszła już dawno, nie zmuszana przez nikogo, odeszła sobie jako osoba wolna kiedy i jak chciała. Natrętnie powraca, przywoływana też niebezpiecznie do Polski poprzez różne zeszyty i eseje autorytetami tej miary, co liryk Brodski.
Emigrant Siergiej Dowłatow odcinał się radykalnie od toksycznej literatury rosyjskiej, dla którego Cwietajewa to tylko kliniczna idiotka. Ale jego przyjaciel, Josif Brodski, już był innego zdania.
W „Zeszytach Literackich” poświęconych poetce, Josif Brodski w eseju „Dramatyczne „Nie” Cwietajewej” ocenia ją najwyżej wśród – przecież wyjątkowej obfitości – talentów rosyjskich tego czasu i udowadnia dlaczego. Wartości, którymi Brodski jest zachwycony, a więc całkowita wolność poetki, niezależność, brak udziału w zespołowym tworzeniu, czyli w grupach poetyckich, zupełna nieprzemakalność na słowa krytyki, jest o tyle zastanawiająca, że mogłaby posłużyć samozagładzie każdego w każdym czasie, a co dopiero poety, którego przecież ciężar egzystencji zawsze na obywatelu w końcu spoczywa. Widoczna determinacja i naznaczenie nie tylko w treści wierszy, abnegacja życia pospolitego, niezgoda na pozostanie jedynie „grudką ziemi” ale i w zachowaniu, to outsider ortodoksyjny i niebezpieczny.
Demoralizujący przykład Cwietajewej, upokorzonej nędzarki, piszącej w najbardziej niesprzyjających warunkach wbrew wszystkim i wszystkiemu, posłusznej sobie tylko wiadomej sile, to wizja artysty przerażająca. Rilke pisał: niech ci się wszystko wydarzy: piękno i przerażenie. Cwietajewa napisze gorzko: Założę się: przekleństwa rzucisz słowa/W moich przyjaciół, we mgłę mogił smutnych:? Sławiliście ją wszyscy, lecz różowej sukni/ Żaden nie podarował. Po śmierci wielkiego Austriaka przerażona poetka stwierdza, że w tercecie korespondencyjnym wraz w Pasternakiem, Rilke pozostał mimo strzelistych poetycznych dowodów miłości adresatce, zimny i nieczuły.
Podobnie Pasternak 10 września 1941 rano w liście pisze: Wczoraj w nocy Fiedin powiedział mi, że jakoby odebrała sobie życie Marina. Nie chce mi się w to wierzyć. Jest gdzieś w pobliżu was, w Czystopolu lub w Jełabudze. Dowiedz się, proszę i napisz mi (telegramy idą dłużej niż listy). Jeśli to prawda, to okropne! Jakaż wina ciąży na mnie, jeśli to tak. I mów tu teraz o „postronnych” troskach! Nigdy nie będzie mi to wybaczone. W ciągu ostatniego roku przestałem się nią interesować.
Listy trójki poetów, Cwietajewej, Pasternaka i Rilkego, w których niejednokrotnie dochodzi do epistolarnych wzajemnych stosunków płciowych, Gallimard wydał starannie w trzech językach i zaliczane są do arcydzieł literatury miłosnej. Polski czytelnik pewnie nie miałby i tak żadnego pożytku z takiego wydania, bo języków naszych sąsiadów, z powodów patriotycznych, nigdy dostatecznie nie opanował. Słusznie też nie ma demoralizującej poezji Cwietajewej na półkach bibliotecznych, wydania lat sześćdziesiątych w serii celofanowej czy dwujęzyczne nieudane tłumaczenie Joanny Salomon dostatecznie sczytane, nie istnieją. Trzy półki luksusowo wydanej poezji księdza Twardowskiego w pełni zapotrzebowanie społeczne na tego typu wrażliwość zaspokajają.
Cwietajewej, geniuszowi poezji o absolutnym słuchu muzycznym przydarzyło się piękno w postaci żywiołu, który tkwił w niej do końca życia. Powinność poety, rozumianej jako zwiadowcy, żyjącemu obok przemijalnych spraw świata, ponadczasowość jego egzystencji, która nie jest z tego świata, praktycznie skazywała ją na permanentny ostracyzm. Wbrew Rewolucji, Białej Gwardii i Stalinowi. konsekwentny indyferentyzm polityczny ukarał ją błędem powrotu (Bierdjajew, mieszkający w Paryżu dwie ulice dalej nigdy by go nie popełnił) do komunistycznej ojczyzny i do samozagłady.
Piękno, tkwiące w poetce, identyfikowane przez niektórych pod nazwą szlachetności, skazało ją na bezbrzeżną samotność. Alienacja, psychiczna niemożność bycia literatem, czyli uczestniczenia w licznych ugrupowaniach literackich, gdzie natychmiast zostawała rozpoznawana jako niebezpieczny odmieniec, naraża ją na ciągłe konflikty z góry skazane na przegraną. Ta księżniczka poezji, budząca swym szesnastoletnim debiutem poetyckim najwyższe uznanie najbardziej wyrafinowanych kół literackiej, rozpoetyzowanej Moskwy przedrewolucyjnej, nie przechodzi nawet w emigracyjnym Paryżu przez eliminacje podrzędnego konkursu prasowego („Ogniwo” 1925). Wystosowany przez nią list protestacyjny jedynie ośmiesza. Świadek i uczestnik tego wydarzenia, Georgij Adamowicz tak napisze po latach: Cała ta sprawa bardzo nam się nie spodobała. Skądinąd widać w niej [Cwietajewej] zawsze jakąś gorycz; niestety, nigdy nie mogliśmy zdefiniować jej przyczyny.
Cwietajewa ma poglądy typowe wszystkich poetów romantycznych: jest przeciw maszynom, organizacji zewnętrznej życia jednostki, nie wierzy w Boga, ale i głęboko w niego wierzy na swój indywidualny sposób, żarliwie przeżywa świat kilkakrotnie silniej od przeciętnego człowieka. Pisze, by móc przeżyć, a nie żyje, by tworzyć. Głęboko etyczna, nigdy nie pogodzona z dyktatem mas, kolektywu, zawsze po stronie przegranych (esej Wenclowy) Zawsze eksperymentuje sobą, zawsze na sobie sprawdza to, o czym napisze. Erotyzm żywiołowy (cykl „Don Juan”), troska babci o chłopców na Rusi nieprzemiłowanych (cykl „Babka”) to źródło wszelkiego twórczego życia. Poligamia uczuciowa, stworzenie nie zawsze rozpoznanego świata kochanków duchowych, robią z niej wobec nie zamierzających się wikłać uczuciowo w niebezpieczne meandry jej osobowości partnerów, rozczarowaną kobietę, której apel o „równość wysiłku” nie zostaje nigdy spełniony: uwierzyłam, że ktoś może mnie potrzebować równie mocno, jak się potrzebuje chleba. Ale on mnie poinformował, że nie jest mu potrzebny chleb, tylko popielniczka pełna niedopałków. To smutne, okropne, żałosne!
Wreszcie wewnętrzny żywioł, który ciągle przekształca w twórczość, nigdy nie wygasły, trawiący ją ogień, odzywający się echami epok, ludów pierwotnych, siłami przyrody, natury, bezbłędnie odbieranymi wszystkimi zmysłami: Otwieram żyły – siłą olbrzymią/ Nieodwracalnie chlusnęło życie / Prędko podsuńcie miski, talerze!/ (…) / Niepowtarzalnie, z siłą olbrzymią / Nieokiełzanie chlusta wiersz.
Cwietajewa nie ma złudzeń, jest -Nikim. Samotnym duchem. Który nie ma czym oddychać. (Pasternak też nie ma czym. I Bieły nie ma czym. My jesteśmy. Ale jesteśmy ostatni).
W Polsce na całe szczęście poeci mają się wyśmienicie. Poeta Zbigniew Machej, porównany przez krytyka do Leppera polskiej poezji zdaje się być z takiego określenia bardzo zadowolony. Może wreszcie czas namiastek uszczęśliwi ludzkość i zwolni ją z trudnego postulatu Goethego, na którym Cwietajewa się wzorowała: Nie robimy dobrze, jeśli zbyt długo zatrzymujemy się przy abstrakcji. Ezoteryczność szkodzi tylko, kiedy chce się stać egzoteryczną. Życie najlepiej uczy się od tego, co żywe.
Zeszyty Literackie 4(92)2005
Josif Brodski
Mniej niż ktoś. Eseje
przeł. Krystyna Tarnowska, Andrzej Konarek, Andrzej Mietkowski, Agnieszka Pokojska, Ewa Krasińska, Adam Pomorski, Stanisław Barańczak, Renata Gorczyńska, Anna Husarska