Cwietajewa musi odejść

Andrzej Lepper nie tylko swoim damskim aktywem partyjnym ustalił w Polsce nowy kanon kobiecego piękna, ale także jest twórcą uniwersalnego wezwania o wielkiej sile perswazji, którego utworzenia nie powstydziłby się żaden poeta. Cwietajewa odeszła już dawno, nie zmuszana przez nikogo, odeszła sobie jako osoba wolna kiedy i jak chciała. Natrętnie powraca, przywoływana też niebezpiecznie do Polski poprzez różne zeszyty i eseje autorytetami tej miary, co liryk Brodski.

Emigrant Siergiej Dowłatow odcinał się radykalnie od toksycznej literatury rosyjskiej, dla którego Cwietajewa to tylko kliniczna idiotka. Ale jego przyjaciel, Josif Brodski, już był innego zdania.

W „Zeszytach Literackich” poświęconych poetce, Josif Brodski w eseju „Dramatyczne „Nie” Cwietajewej” ocenia ją najwyżej wśród – przecież wyjątkowej obfitości – talentów rosyjskich tego czasu i udowadnia dlaczego. Wartości, którymi Brodski jest zachwycony, a więc całkowita wolność poetki, niezależność, brak udziału w zespołowym tworzeniu, czyli w grupach poetyckich, zupełna nieprzemakalność na słowa krytyki, jest o tyle zastanawiająca, że mogłaby posłużyć samozagładzie każdego w każdym czasie, a co dopiero poety, którego przecież ciężar egzystencji zawsze na obywatelu w końcu spoczywa. Widoczna determinacja i naznaczenie nie tylko w treści wierszy, abnegacja życia pospolitego, niezgoda na pozostanie jedynie „grudką ziemi” ale i w zachowaniu, to outsider ortodoksyjny i niebezpieczny.

Demoralizujący przykład Cwietajewej, upokorzonej nędzarki, piszącej w najbardziej niesprzyjających warunkach wbrew wszystkim i wszystkiemu, posłusznej sobie tylko wiadomej sile, to wizja artysty przerażająca. Rilke pisał: niech ci się wszystko wydarzy: piękno i przerażenie. Cwietajewa napisze gorzko: Założę się: przekleństwa rzucisz słowa/W moich przyjaciół, we mgłę mogił smutnych:? Sławiliście ją wszyscy, lecz różowej sukni/ Żaden nie podarował. Po śmierci wielkiego Austriaka przerażona poetka stwierdza, że w tercecie korespondencyjnym wraz w Pasternakiem, Rilke pozostał mimo strzelistych poetycznych dowodów miłości adresatce, zimny i nieczuły.

Podobnie Pasternak 10 września 1941 rano w liście pisze: Wczoraj w nocy Fiedin powiedział mi, że jakoby odebrała sobie życie Marina. Nie chce mi się w to wierzyć. Jest gdzieś w pobliżu was, w Czystopolu lub w Jełabudze. Dowiedz się, proszę i napisz mi (telegramy idą dłużej niż listy). Jeśli to prawda, to okropne! Jakaż wina ciąży na mnie, jeśli to tak. I mów tu teraz o „postronnych” troskach! Nigdy nie będzie mi to wybaczone. W ciągu ostatniego roku przestałem się nią interesować.

Listy trójki poetów, Cwietajewej, Pasternaka i Rilkego, w których niejednokrotnie dochodzi do epistolarnych wzajemnych stosunków płciowych, Gallimard wydał starannie w trzech językach i zaliczane są do arcydzieł literatury miłosnej. Polski czytelnik pewnie nie miałby i tak żadnego pożytku z takiego wydania, bo języków naszych sąsiadów, z powodów patriotycznych, nigdy dostatecznie nie opanował. Słusznie też nie ma demoralizującej poezji Cwietajewej na półkach bibliotecznych, wydania lat sześćdziesiątych w serii celofanowej czy dwujęzyczne nieudane tłumaczenie Joanny Salomon dostatecznie sczytane, nie istnieją. Trzy półki luksusowo wydanej poezji księdza Twardowskiego w pełni zapotrzebowanie społeczne na tego typu wrażliwość zaspokajają.

Cwietajewej, geniuszowi poezji o absolutnym słuchu muzycznym przydarzyło się piękno w postaci żywiołu, który tkwił w niej do końca życia. Powinność poety, rozumianej jako zwiadowcy, żyjącemu obok przemijalnych spraw świata, ponadczasowość jego egzystencji, która nie jest z tego świata, praktycznie skazywała ją na permanentny ostracyzm. Wbrew Rewolucji, Białej Gwardii i Stalinowi. konsekwentny indyferentyzm polityczny ukarał ją błędem powrotu (Bierdjajew, mieszkający w Paryżu dwie ulice dalej nigdy by go nie popełnił) do komunistycznej ojczyzny i do samozagłady.

Piękno, tkwiące w poetce, identyfikowane przez niektórych pod nazwą szlachetności, skazało ją na bezbrzeżną samotność. Alienacja, psychiczna niemożność bycia literatem, czyli uczestniczenia w licznych ugrupowaniach literackich, gdzie natychmiast zostawała rozpoznawana jako niebezpieczny odmieniec, naraża ją na ciągłe konflikty z góry skazane na przegraną. Ta księżniczka poezji, budząca swym szesnastoletnim debiutem poetyckim najwyższe uznanie najbardziej wyrafinowanych kół literackiej, rozpoetyzowanej Moskwy przedrewolucyjnej, nie przechodzi nawet w emigracyjnym Paryżu przez eliminacje podrzędnego konkursu prasowego („Ogniwo” 1925). Wystosowany przez nią list protestacyjny jedynie ośmiesza. Świadek i uczestnik tego wydarzenia, Georgij Adamowicz tak napisze po latach: Cała ta sprawa bardzo nam się nie spodobała. Skądinąd widać w niej [Cwietajewej] zawsze jakąś gorycz; niestety, nigdy nie mogliśmy zdefiniować jej przyczyny.

Cwietajewa ma poglądy typowe wszystkich poetów romantycznych: jest przeciw maszynom, organizacji zewnętrznej życia jednostki, nie wierzy w Boga, ale i głęboko w niego wierzy na swój indywidualny sposób, żarliwie przeżywa świat kilkakrotnie silniej od przeciętnego człowieka. Pisze, by móc przeżyć, a nie żyje, by tworzyć. Głęboko etyczna, nigdy nie pogodzona z dyktatem mas, kolektywu, zawsze po stronie przegranych (esej Wenclowy) Zawsze eksperymentuje sobą, zawsze na sobie sprawdza to, o czym napisze. Erotyzm żywiołowy (cykl „Don Juan”), troska babci o chłopców na Rusi nieprzemiłowanych (cykl „Babka”) to źródło wszelkiego twórczego życia. Poligamia uczuciowa, stworzenie nie zawsze rozpoznanego świata kochanków duchowych, robią z niej wobec nie zamierzających się wikłać uczuciowo w niebezpieczne meandry jej osobowości partnerów, rozczarowaną kobietę, której apel o „równość wysiłku” nie zostaje nigdy spełniony: uwierzyłam, że ktoś może mnie potrzebować równie mocno, jak się potrzebuje chleba. Ale on mnie poinformował, że nie jest mu potrzebny chleb, tylko popielniczka pełna niedopałków. To smutne, okropne, żałosne!

Wreszcie wewnętrzny żywioł, który ciągle przekształca w twórczość, nigdy nie wygasły, trawiący ją ogień, odzywający się echami epok, ludów pierwotnych, siłami przyrody, natury, bezbłędnie odbieranymi wszystkimi zmysłami: Otwieram żyły – siłą olbrzymią/ Nieodwracalnie chlusnęło życie / Prędko podsuńcie miski, talerze!/ (…) / Niepowtarzalnie, z siłą olbrzymią / Nieokiełzanie chlusta wiersz.

Cwietajewa nie ma złudzeń, jest -Nikim. Samotnym duchem. Który nie ma czym oddychać. (Pasternak też nie ma czym. I Bieły nie ma czym. My jesteśmy. Ale jesteśmy ostatni).

W Polsce na całe szczęście poeci mają się wyśmienicie. Poeta Zbigniew Machej, porównany przez krytyka do Leppera polskiej poezji zdaje się być z takiego określenia bardzo zadowolony. Może wreszcie czas namiastek uszczęśliwi ludzkość i zwolni ją z trudnego postulatu Goethego, na którym Cwietajewa się wzorowała: Nie robimy dobrze, jeśli zbyt długo zatrzymujemy się przy abstrakcji. Ezoteryczność szkodzi tylko, kiedy chce się stać egzoteryczną. Życie najlepiej uczy się od tego, co żywe.

Zeszyty Literackie 4(92)2005

Josif Brodski
Mniej niż ktoś. Eseje
przeł. Krystyna Tarnowska, Andrzej Konarek, Andrzej Mietkowski, Agnieszka Pokojska, Ewa Krasińska, Adam Pomorski, Stanisław Barańczak, Renata Gorczyńska, Anna Husarska

Znak 2006
mocz.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 11 komentarzy

Nagrody: Paszport Polityki 2005 – Marek Krajewski

Nie to jest złe, że w Polsce powstają, jak i w innych krajach, powstawały i będą powstawać książki, których żywot jest przeznaczony do zabrania w podróż pociągiem, by przy wysiadaniu na stacji wyrzucić. Pocket book pełni wtedy niezobowiązującą rolę towarzysza podróży, który ma ściśle określoną rolę: rozproszenie nudy, przyspieszenie upływu czasu, nie absorbowanie czytelnika żadną głębszą myślą i natychmiastowe zapomnienie zaraz po wyrzuceniu. Uświetnienie takiej literatury ważną nagrodą literacką demoralizuje podwójnie: niszczy dotychczasowe wysiłki pisarzy trudnych, niszczy samą nagrodę.

Marek Krajewski pisze dużo, skutecznie i jednolicie. Będzie pisał tak samo, jak większość producentów tego gatunku. Będzie pokarmem i wzorem do naśladowania ciągle głodnego nowości rynku. I nigdy nie będzie literaturą. Hymny pochwalne na cześć pojawiającego się pisarza, który spełnia wszystkie populistyczne oczekiwania czytelnika jest o tyle mylący, że nigdy nie wiadomo, czy zjawisko ogólnej euforii i zaczarowania socjologicznie przypisujemy snobizmowi, reklamie, czy najgorszemu wariantowi: całkowitemu obniżeniu literackiego smaku.

Właściwie nie to jest najgorsze, że „Śmierć w Breslau” jest pusta, pozbawiona dowcipu, finezji, lotności, inteligencji. Że nie wpłynęły na nią ani arcydzieła Hitchcocka tworzenia zupełnie odrębnej od realności fikcji i grozy. Ani egzystencjalizm Raymonda Chandlera, tak przez Krajewskiego w wywiadach cenionego, gdzie przerysowanie bohaterów jest tak wielkie, miasto tak mroczne, a ból tak muzyczny, że zagadki zachowań bandytów i detektywa paradoksalnie stają się naturalne. Ani Agata Christie, ze swoim arystokratycznym dystansem, zamiany całej rzeczywistości na umowność teatralnej zabawy. Ani psychologiczne zjawiska czeskiego Ladislava Fuksa.

Niesmak produkcji Krajewskiego polega na udaniu pisania, które nie wynika ani z tradycji pisarskiej, ani z istoty autora, ani z opowieści. Wynika raczej z polskiej fantazji: kapitan Żbik, kapitan Kloss, 07, czy Tolek Banan. Dzisiejsza kapitalistyczna inkarnacja policjanta Eberharda Mocka jest niestety równie niestrawna. I co z tego, że wymiana dekoracji, że rocznik 1933, że kapitalizm, że Niemiec, że baronówna, beaujolais, trufle, skorpiony (nie ma pojęcia autor o naturze tych zwierzątek!), burdele, przemyt, gestapo, zamki, swoboda w lubieżności opisów tortur i eksploatacji seksualnej przebranych gimnazjalistek? I nic z tego. Autor nie ma pojęcia, mimo żmudnego studiowania kronik o obyczajowości czasów i ludzi.

Może właśnie to przeniesienie, nie służące niczemu, czyni książkę tak metalową, martwą i obcą. Wszystkie zachwyty krytyki są wmówione. Autor dysponuje bardzo ubogim słownictwem, metafory są egzaltowane, zwroty wytarte („z piskiem opon”), powtarzają się wraz z naiwnymi opisami kobiet (pulchna blondynka), męskie fantazje erotyczne, wymyślne tortury. Opis przedwojennego Wrocławia również jest bezużyteczny.

Tandeta tej pisaniny, polegająca na budzeniu sympatii w czytelniku do heroizmu 50 letniego policjanta, który nie lubi żony, natomiast lubi jak w piątek podczas partyjki szachów jedna, jak autor nazywa „córa Koryntu” siedzi pod stołem, a druga wygrywa, a on za karę rezygnuje ( z czego?) i wychodzi, na mroczny Wrocław, i cierpi, bo świat jest zły, a był jeszcze gorszy, bo skorpiony są dzisiaj sprzed jakiś nieprawdopodobnych czasów odległych, bo kurdyjska sekta, mord rytualny na Mariettie von der Malten, gestapo, bękart, Nowy Jork…I wojna…

Bez wkładu własnego doświadczenia, przeżycia, literatura staje się tylko pasją, jak elektryczna kolejka dla dorosłego mężczyzny. To jak potajemne klejenie “kirchy” przez odpowiedzialnego za miasto gubernatora z „Biesów” Dostojewskiego. To nerwowy „bemberg” z „Kosmosu” Gombrowicza.

Niepokojąca jest taka zabawa w rękach przykładnego obywatela państwa, przykładnego pracownika i ojca rodziny. Bezkarność opisu męskiej fantazji, gdzie właściwie wszystko sprowadza się do mającej zaraz ulec ubranej w czarne pończochy i rozchylony peniuar, zasługującej na poniżenie dziwki (bo nielojalnie jeszcze gra na dwa fronty i musi być ukarana), to już odległy, skompromitowany stereotyp nie tylko artystyczny. To kicz, cofający nas w osiągnięciach artystycznych w kolejny ciemnogród taki, jak nasza dzisiejsza scena polityczna i jak jakość wyboru tegorocznej nagrody z dziedziny literatury „Polityki”.

I tylko żal, że czekające literaturę nowe wyzwania otwarte odkryciami Wittgensteina, a nawet obyczajowe (Houellebecq w ostatniej książce domaga się ubezpieczenia państwowego dla prostytutek), kompromituje nasze europejskie aspiracje i zawstydza.

Marek Krajewski
Śmierć w Breslau
Wydawnictwo Dolnośląskie 2003

Chmielewska, Bereś, Bratkowski, Dukaj Górski, Grin, Grupiński, Harny, Pilipiuk, Prus, Shuty, Świetlicki, Ziemiański, Ziemkiewicz
TRUPY POLSKIE
EMG 2005
zrealizowano ze środków Ministerstwa Kultury

cien_wodny.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 36 komentarzy

Obrona Jelinek

Artykuł Agnieszki Drotkiewicz w Gazecie Wyborczej udowodnił wściekłymi komentarzami internautów, że Jelinek polskiemu społeczeństwu nie jest, mimo odległej już w czasie nagrody Nobla, obojętna. Warto przyjrzeć się rezonansowi polskiego czytelnika, bez obciążeń „nie” szwedzkich akademików, bez bagażu krytycznoliterackiego. Jelinek, zestawiona z dramatami dzisiejszej polskiej sceny teatralnej, o narkomani, kiszeniu dzieci w beczkach, wrzucaniu ich przez konkubentów do rzeki i wszystkich złych czynów polskiego obywatela, który bliźniemu wyrządził, a który odnalazł swoje odbicie w literaturze, jest inna. Zło zawsze w plotce będzie barwne i fascynujące, przesunie dla strawności odbiorcy w estetyczny horror. Zło literackie Jelinek tego, wbrew zarzutom krytyków, nigdy nie robi.

„Wykluczeni” kipią złem, nienawiścią, męczą i nużą czytelnika, by na końcu doczekał, ku jego przerażeniu i zawstydzeniu, satysfakcji: morza krwi przelanej słusznie, konsekwentnie. Uważny czytelnik odczuje smak własnej ulgi nie w kategoriach odwetu czy poczucia sprawiedliwości. Jelinek źle czytana to Jelinek protestująca i zderzająca turystyczne torty z życiem pod podłogą mieszkania w kamienicy. Nie. Jelinek tworzy świat konsekwentny, powstały z alienacji i oderwania, który narasta pozostawiony sobie, według zasady, że w świecie nie ma pustki. Entropia zaludnia go nie metafizycznym złem, lecz, mimochodem, tak, jak nie odkurzane meble, nie myte podłogi. Brud jest tutaj konsekwencją zaniedbania, a nie zaproszenia. Są wprawdzie echa wpływów: głowa rodziny to były esesman, który wprowadza w dom nawyki. Ale te nawyki, te zabawki w postaci sadystycznych akcesoriów do jego “pornofotografiki” jest zwykłą, niewinną rozrywką skrzywdzonego przez wojnę kaleki. Jeszcze grzech samowoli ludzkiej nie promieniuje. Rodzeństwo wzrosłe na tej glebie nie demoralizuje się ojcem, którym gardzi i się tylko go boi. Jelinek nie szuka nawet przyczyn. Beznamiętnie rejestruje życie maturzystów, równoczesnych młodych przestępców nie jako badacz. Nie jest to też oko Boga. Metoda pisarska Jelinek to raczej przymus patrzenia przez kogoś, kto nie chce patrzeć. To oczy dziecka, któremu historia funduje obrazy wojny. To „szkło boleści” Baczyńskiego, którego z oka nie da się wyjąć. Jelinek nie pisze „chłodnym okiem”. Nie mówi: ot, „Zwyczajne zło”. Groza tego nieprzyjemnego pisarstwa jest właśnie w jego niechceniu. To bycie świadkiem nie z wyboru. To pisane jest z trudem. Zarzucana pisarce sensacyjność, kokietowanie złem, jest głęboko niesprawiedliwe.

Rodzeństwo Anna i Rainer, dzieci Państwa Witkowskich żyją materialnością życia i doświadczeniem przeżycia. Młodzieńczy apetyt na życie degeneruje się bardzo szybko w jego prostej konsumpcji poznawczej i swobodzie wyboru. Wszystkie dostępne narzędzia intelektualne poeta Rainer anektuje dla jedynie jej eskalacji. Intelekt umożliwi dominację nad drugim (Hans, prosty robotnik). Ale łatwość realizacji pragnień w postaci posiadania ludzi i przedmiotów równocześnie rodzą frustrację i nudę.

Nieobojętne są różne spostrzeżenia literackie. Rainer, który na końcu wymorduje metodycznie i bez emocji całą rodzinę wprowadzając w konsternacje policjantów, którzy niejedno już w życiu widzieli, to naznaczone dziecko imieniem największego Austriaka. To nośnik zgubnej w jego świecie spuścizny Marii Rainera Rilkego. Miłość do Sophie wbrew wszystkiemu, pojawiająca się niezamierzona wieź duchowa pchnie go, jak to fachowo nazwała Paulina Kwiatkowska (artykuł jest w linkowanej przez nas „Orgii Myśli”), do totalnej dekonstrukcji. To młodzieniec o wysokich potrzebach intelektualnych. Bataille, de Sade, Camus, Sartre, inspirują go i rozwijają w najgorszym kierunku. Literatura, traktowana przedmiotowo, a nie jako łącznik z nieskończonością, potwierdza jej materialność i brak znaczenia, jeśli nie odnajdzie w człowieku duchowego rezonansu.

Bohaterowie pełni twórczych potrzeb zmieniając świat, kierują się jedynie wygodą i przyzwoleniem. Sadyzm, towarzyszący aktom gwałtu na spotkanych ludziach jest potrzebą, jak u Dostojewskiego, przeżycia metafizycznych dreszczy. Ale te dreszcze nie są natury duchowej czyli nie łączą ich z Absolutem, czy tzw.nieśmiertelnością. Są krótkotrwałe jak narkotyk. Podobnie lubieżność. Scena przymuszenia kochanka Hansa do onanizmu jest fanaberią w kategoriach rozproszenia nudy. Sztuka, muzyka w aspiracjach szkolnych Sophie też nie rezonuje, gdyż odbiorca jest martwy duchowo.

Jelinek odsłania też bardzo prosty mechanizm ludzkiej wygody cywilizacyjnej: pobierania, jak uczeń czarnoksiężnika elementów, które w rękach dzieci stają się narzędziami zbrodni. Jelinek oskarża nie czyny, nie powód tych czynów, a sam żywioł pozostawiony sam sobie, który jak ogień mechanicznie sieje spustoszenie. Ateizm XXI oglądu zła to jego mechanika jedynie, to opadnięcie narosłych przez wieki złudzeń, które stały się już tylko sztuczną ozdobą. Młodzi nihiliści pierwszej połowy dwudziestego wieku, pierwsze pokolenie po wojnie, to jeszcze samo wyniszczające się, nieważne bytowanie na ziemi, które się przyrodniczo unicestwia.

Natura zła u Jelinek nie jest ujęta w filozoficzny system, nie ma ambicji odkrycia jego zagadki. Ot, zamknięta tylko w powieściowej przypowieści o życiu pewnej rodziny lat 50 w Wiedniu, która robi to, co wszyscy w tym czasie na świecie: je, pije, kopuluje. Albo zabija.

Elfriede Jelinek
Wykluczeni
przełożyły z niemieckiego Anna Majkiewicz i Joanna Ziemska
Wydawnictwo WAB 2005

 

kwiaty_sztuczne_z_frankfurtu_nad_menem.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 25 komentarzy

Rozpoznanie

Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo przodkowie ich czynili fałszywym prorokom [Łk6,26].

Kupując w prezencie, powiedzmy, noworocznym, książkę chwaloną, najprawdopodobniej szeroko omawianą i reklamowaną w pismach kobiecych ze względu na jej prosty język „Rosyjskie egerie” z myślą ofiarowania jej swojej muzie, czyli komuś, kto udzieli wsparcia w zimnym świecie artystycznego zaistnienia, trzeba mieć zawsze na uwadze to ewangeliczne „biada”. Są to bowiem wyjątkowo szkodliwe opowiastki o kobietach, które, nie używając tutaj wulgaryzmów z powodu zaczynającego się tak biało i czysto Nowego Roku, wszelkimi możliwymi sposobami, z użyciem dostępnych im swoich i bliźnich części ciał, a najczęściej mózgów, na polu wielkiej polityki, pracowni artystów i magazynów mody, przekształcały swoje i innych, życie. To, że wydawca nie pofatygował się nawet sprawdzić, że zaproponowana przez ignoranta – projektanta reprodukcja na okładce, fragmentu obrazu, nie może być, jak podpisano, Maksa Ernsta, lecz najwyżej winietą z secesyjnych opakowań na papierosy Alfonsa Muchy, świadczy już o lekceważeniu czytelniczki, do której książka jest zaadresowana. Bo jak rozumieć groch z kapustą, gdzie, jak zapewniają autorzy, którzy pisali to latami w trosce i poświęceniu, serwowany dzisiejszej Pani Bovary, która mając już bogatego męża, musi mieć jeszcze utalentowanego artystę? Autorzy zapewniają, że wszystkie chwyty dozwolone, gdy rozpoznanie talentu następuje i egerie przystępują, jako osobowości silne i sprytne do działania, czyli własnego zaistnienia. To, że kotłują się tam życiorysy autentycznych artystek razem z wożącymi się na sławie utalentowanych mężczyzn kokot, nic autorów nie obchodzi. Ważne jest rozpoznanie zjawiska „egerii”, czyli greckiej nimfy w lasku, oddanej Sztuce.

Zmarły w ubiegłym roku Paul Ricoeur w udostępnionych przez „Znak” wykładach udowadnia, że alternatywne współistnienie, odnalezienie, rozpoznanie, nie jest łatwe, ale jest możliwe. Słowami Pascala: istota pomyłki polega na tym, że się jej nie rozpoznaje mozolnie bada zjawisko i rewiduje narosłe przez wieki pułapki.

Literatura, gdzie stworzeni bohaterowie tworzą fabułę, a nie odwrotnie, rządzi się swoimi prawami. Tam narratologia, „długa podróż” czytelnika przez świat fikcji modeluje i modyfikuje poddane jej postacie. To, co przytrafiło się Emmie Bovary, to też odnalezienie się w niej czytelnika i jego katastrofalna identyfikacja z literaturą.

Nie tylko fikcja deformuje. Czas, u Prousta w ostatnim tomie powoduje nierozpoznawalność bohaterów. Całych umaczanych pudrem, odnalezionych inaczej, apoteozuje Czas, tajemniczy inwigilator torujący drogę do śmierci poprzez zmiany starości. Analogicznie: dzieło pisarza do tylko rodzaj instrumentu optycznego zaofiarowanego czytelnikowi, aby czytelnik mógł rozeznać się w tym, czego, gdyby nie książka, nie dostrzegłby w sobie może (Proust).

To czytanie siebie umożliwia, jak wiemy, manipulacyjne chwyty, które z powodzeniem stosuje propaganda, władza i wszystkie siły, próbujące wpłynąć na tożsamość i ją dla swojej korzyści zmienić.

Ricouer demaskuje (co zrobił wcześniej w eseju o kuszeniu Ewy w raju, która winą obarcza węża, w ten sposób się jej pozbywając) rzutowanie, odcinanie się od czynu, posługując się definicją ze słownika z 1771 roku: zaliczyć czyn na czyjś poczet to tyle, co traktować go jako taktycznego sprawcę, zapisywać go tym samym na jego rachunek i czynić go za niego odpowiedzialnym.

Rozpoznanie drugiego w sensie levinasowskim, to branie odpowiedzialności. Inny zawierzony, Inny powierzony jest bezbronny.

Pamięć, zapominanie, jako oręż w wymazywaniu nieczystego sumienia to rewizja freudowskiego znaczenia psychoanalizy i odkrycie Bergsona, że mózg nie jest narzędziem chemicznego siedliska pamięciowych plików, ale moralnych wyborów. To wielkie oskarżenie cywilizacji kultury o zniweczenie kwitnącej Grecji, jej humanitarnych osiągnięć. Nowożytność ze swoim handlowym materialistycznym wizerunkiem człowieka, gdzie międzyludzka bezinteresowność zostaje sprzedana na rzecz sprawiedliwości, prawa. To wtedy zaczyna się frymarczenie darami, które, jak pisze Pascal, pochodzą z innych źródeł: Wszystkie ciała, wszystkie umysły razem i wszystkie ich twory nie są warte najmniejszego drgnienia miłości: jest bowiem z dziedziny nieskończenie wyższe.

Rozwodzenie się na temat miłości Kierkegaarda to bezustanne powtarzanie jej charakteru wolnego, w którym w miejscu zemsty i handlu, jest odpuszczenie, a nie wyparcie, ofiarowanie, a nie sprzedaż :Myśl, że dar trzeba odwzajemnić, zakłada, że inny człowiek to ktoś, taki jak ja, kto powinien tak jak ja postępować; ów zwrotny gest ma potwierdzać prawdziwość mojego własnego gestu, to znaczy moją podmiotowość (Claude Lefort). Kwestia wprowadza w rozważania o naturze daru, jego hojności którego wymaganie rewanżu niweluje charakter prezentu.

Oprócz pięknych fragmentów dotyczących niepokoju o drugiego, o jego definitywnym odejściu, śmierci (przykład namalowania kota prze z malarza Balthusa), w według Merleau – Pontego zmysłowym charakterze relacji międzyludzkich, wielokrotnie cytowany Montaigne kończy wykłady cytatem o przyjaźni: W przyjaźni, o której mówię, [dusze nasze] zlewają się (…) i ślad bez szwu, który je połączył. Gdy mnie ktoś przypierał, bym powiedział, czemum go pokochał, czuję, że nie można by tego wyrazić inaczej, jak jeno odpowiedzią: „Bo to był on; bo to byłem ja”.

Może największą zemstą Sztuki na artyście, któremu nie stało talentu na właściwe rozpoznanie, niech będą przykładem wśród steku bzdur, które pod wpływem rosyjskich egerii artyści upublicznili, takie oto słowa Luisa Aragona wypisanych po rosyjsku (tłumaczenie rosyjskiej egerii, w maju 1933 roku: oświadczam, że bez wytchnienia będę dążył do podporządkowania literatury potrzebom propagandy, stanowiącej odzwierciedlenie i podporę polityki francuskiej partii komunistycznej oraz Międzynarodówki Komunistycznej. Oświadczam, że bezwarunkowo i w całej rozciągłości popierał będę politykę FPK i Międzynarodówki Komunistycznej, dążąc do zwalczania prób tworzenia literatury poza partią i walką klas. By przeciwstawić się tym problemom, niezależnie czy podyktowanym względami polityki, czy „wartości powszechnych”, ze wszystkich sił – za pośrednictwem moich książek oraz wszelkich innych poczynań – popierał będę działalność Stowarzyszenia Pisarzy i artystów Rewolucyjnych w imię walki klas oraz zwycięstwa proletariatu.(…) Powodem tych złudzeń było osobiste zaufanie, jakim darzyłem pisarzy i artystów surrealistycznych, których postawa w ostatnich czasach uświadomiła mi jednak, do jakiego stopnia złudzenia te były nieuzasadnione.

Paul Ricouer
Drogi rozpoznania
z francuskiego przełożył Janusz Margański
Znak 2004

Gonzague saint Bris Vladimir Fedorovski
Rosyjskie egerie
z francuskiego przełozyła Joanna Polachowska
Bellona 1998

matt11.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

Beksiński

Bohater powieści Snerga – Wiśniewskiego „Według łotra” budzi się podobnie jak w ”Przemianie” Kafki do nowej rzeczywistości: Twarze ich miały uproszczone rysy, często w nosach brakowało dziurek, a w ustach – przerwy między wargami, te zaś wargi, które rozchylał uśmiech lub wypowiadane słowo, zamiast szeregu zębów odsłaniały poziome paski wycięte z białego tworzywa. Skutki oszczędności zauważyłem też w strojach swoich sąsiadów. Manekiny zgromadzone w wagonie nie nosiły garderoby nowej – to znaczy prosto spod igły i żelazka, jak modele ustawione na wystawach odzieżowych domów towarowych: prawie wszystkie miały na sobie ubrania używane, w różnym stopniu zniszczone, czasem wygniecione, ze śladami plam i innych defektów.

Podobnie artystyczna młodzież lat siedemdziesiątych, która po kilkuletnich zazwyczaj próbach pokonania trudnych egzaminów wstępnych do Państwowej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu, gdzie wymagano w dalszym ciągu studium prawdziwej nagiej kobiety, nagle obudziła się w obcym sobie świecie. Dla zrozumienia toczących uczelnię zjawisk, otwartej niespodziewanie na Zachód dzięki polityce Gierka, uczelnia zaprosiła gościnnie charyzmatycznego krytyka sztuki, prowadzącego, cieszącą się wielkim zaufaniem awangardowych artystów, galerię pod Mona Lisą, Jerzego Ludwińskiego. Zdezorientowani studenci, którym po roku radosnego i dziecięcego taplania się w farbach, profesorowie podsuwali jedynie zimne media: maszynę do pisania, aparat fotograficzny i astronomicznie wtedy kosztowne video, na wykłady przyszli tłumnie. Nie było miejsc w sali, słuchacze ciasno pokrywali korytarze, schody i sąsiadujące pomieszczenia. Ludwiński, jak na autentycznego guru przystało, płonącym głosem zapewniał nas, że przyszłość malarstwa polskiego to Zdzisław Beksiński. Ale z wykładu na wykład, publiczność nadobowiązkowych prelekcji o sztuce topniała. Wtedy, na tę ostatnią, po którym umowy z Ludwińskim uczelnia nie wznowiła, a i on nie był w stanie pewnie już ich prowadzić, przyszły tylko trzy osoby. Prelegent stał bezradny. Jurek Kiernicki pobiegł do meliny po wódkę. Szymkowi, synowi znanego warszawskiego pisarza i wybitnego niemieckojęzycznego tłumacza Jana Koprowskiego udało się zdobyć klucz do jakiegoś pomieszczenia. Ludwiński zaproszenie przyjął. W tym, zdaje się najprawdziwszym w świecie służbowym pokoju dla sprzątaczek, pełnym przedmiotów wyjętych z obrazów Beksińskiego, brudnych szmat i szczotek, przy gołej, 15 watowej żarówce, usiłowaliśmy dojść do psychicznej równowagi prelegenta. Rozmowa się nie kleiła. Wódki nikt nie tknął. Ludwiński miał wszyty esperal.

W latach osiemdziesiątych historyczne zmiany i nadmiar wydrukowanych przez państwo pieniędzy powodował, że po galeriach chodzili, próbujący je sensownie ulokować, klienci z kartkami nazwisk malarzy, rokujących przetrwanie. Ale Piotr Dmochowski, polski emigrant we Francji, młody prawnik, wraz z żoną, doskonale prosperującą na światowych wybiegach modelką, malarstwo Beksińskiego autentycznie kochał. W swojej opasłej książce o doświadczeniach z malarstwem Zdzisława Beksińskiego, a przede wszystkim człowiekiem, spisał żale i pretensje, wynikłe z wcielenia swojej pasji mecenasa sztuki w prawdziwe życie. Może właśnie w tym tekście, pisanym piórem prawnika, piórem klienta, a nie prawdziwego znawcy sztuki, można znaleźć klucz do fenomenu przystawalności poetyki ikonograficznej twórczości Zdzisława Beksińskiego, do jakby powiedział Markowski, polskiego inteligenta.

Wydany zaraz po śmierci Beksińskiego zbiór dwuletniej korespondencji mailowej potwierdza wizerunek artysty, nakreślony wcześniej przez Dmochowskiego. Dwadzieścia lat temu zwierza się w telefonicznej rozmowie Paryż – Warszawa, “że już mu nie staje”. Impotencja, rozbudowana w listach do młodej dziennikarki w barwnych opisach odrazy, jaką budzi w malarzu akt płciowy, analogicznie ilustruje stosunek do magii. Dmochowski odnotowuje z zacięciem dokumentalisty kontakty z katowicką grupą malarzy ONEIRON, czyli “Ligą spostrzeżeń duchowych,” gdzie jej założyciel Andrzej Urbanowicz, wraz z Henrykiem Wańkiem i wieloma postaciami artystycznymi lat siedemdziesiątych, aż do wyjazdu Urbanowicza do Stanów, zgłębiało wiedzę tajemną i ruchy ezoteryczne. W korespondencji ostatnich lat śladu o tym niewiele, a tarot i znaki zodiaku, dyskretnie wyśmiane swojej korespondentce, odbijają się echem i szacunkiem minionej wagi i wielkości. Dmochowski odnotowuje:Zwierza mi się, (ale dyskretnie, bo jego poczucie śmieszności nie pozwala mu o tym mówić na głosi publicznie), że zamierza kazać zakonserwować po swojej śmierci jeden, jedyny palec. Ma nadzieję, że z tego palca całego go przywrócą do życia, za trzysta lat, gdy już mechanizm powstania życia zostanie wyjaśniony, zmartwychwstania będą możliwe, a śmierć nie będzie już istnieć.

W korespondencji ze Lilianą Śnieg strach przed śmiercią siedemdziesięcioletniego malarza jest już ujarzmiony. Niechęć do narzuconego rytuału stwarza wewnętrzny świat równie bezwzględny i okrutny. Laboratoryjna, betonowa pracownia artysty, z której w dalszym ciągu płyną perfekcyjne obrazy znajdujące zawsze bogatego klienta, jest szczelna. Uciążliwy pozór zewnętrznych kontaktów międzyludzkich, ciągła walka o tych, którzy w tym mikrokosmosie anarchizują się i wychodzą z wyznaczonych, najczęściej opłaconych ról, to codzienność, oprócz produkcji obrazów, artysty.

Mecenas Dmochowski, którego mecenat pozwolił Beksińskiemu na królewskie życie w stanie wojennym w Polsce, w obronie swojego faworyta, przeciwstawia najświetniejsze dokonania malarstwa europejskiego, pomstując bezlitośnie na wszelkich dekoratorów i estetów. Ma za nic Centrum Pompidou, Muzeum Picassa, Jeu de Paume. Z pasją neofity tępi wszelkie “malowidełka a la Chagall,” uznając jedynie sztukę tragiczną za jedyną. Sztuki wspaniale zdefiniowanej w esejach Malraux odwołującej się do tradycji Baudelaire’a, sztuki, jako pomostu łączącego epoki, ciągłości osiągnięć zachodnioeuropejskiej duchowości i sztuki chrześcijańskiej, nazwanej Światowym Muzeum Imaginacyjnym.

Przechodząc zimny prysznic odbioru obrazów Beksińskiego, gdzie ani próba ofiarowania Watykanowi, ani kosztowna promocja w luksusowych pismach aukcyjnych nie dała żadnych rezultatów, a jedynie żona irańskiego bankiera i grupa tajemniczych Japończyków zachwyciła się i kupiła, Dmochowski dochodzi do filozoficznej, bardzo polskiej konstatacji: Na dodatek moje własne doświadczenie dotychczas zdaje się wskazywać na to, że Beks jest malarzem na wskroś polskim. Świadczy o tym choćby sukces, jaki odniósł w Polsce, i okropne trudności, jakie ja odczuwam w popularyzowaniu go na Zachodzie (nie tylko we Francji). Jest tak, jakby on natychmiast, spontanicznie pasował do polskiej mentalności, którą wytworzyła w Polakach kultura i historia. Tak jak wytworzyły one również w i jego własną mentalność. Toteż w Polsce Beks ma od wielu lat wyrobioną pozycję. A na zachodzie ani rusz. A przecież z punktu widzenia zawodowego, malarskiego, technicznego, bije dziewięćdziesięciu dziewięciu na stu malarzy zachodnich. Kontynuując ten wywód, kończy pewnością, że sztuka Beksińskiego jest w nurcie sztuki światowej i jak najbardziej jest kontynuatorką jej największych tradycji. Tylko ogłupiały przez politykę świat Zachodu, świat hedonistów z braku odwagi na cierpienie, sztuki Beksińskiego nie jest wstanie przyjąć. Gdyby miał do wyboru Rembrandta, bez wahania wybrałby Beksińskiego.

Może już nie warto analizować tutaj typowego odbiorcy w postaci Dmochowskiego, entuzjasty dzieł skromnego malarza, unikającego fanów, publiczności, splendoru świata, wiodącego swój mnisi żywot w formie blokowego insekta. Światowiec Dmochowski, próbuje establishmentowi kulturalnemu zaimponować bogactwem polskiego wnętrza, pełnym brudnych szmat, krwi podejrzanego pochodzenia i komiksowych strachów, okłamać go, że Polaka boli świat więcej, a Trzeci Świat cierpi przez to mniej.

Cynizm świata, który przeszedł przez prawdziwy sadyzm, gdzie rzeki krwi biblijnych miast wiązały się w brunatne błoto ulic, gdzie stawiano po horyzont krzyże, rzezie gwałtów i mordu wzbijały w niebo wielki beznadziejny krzyk, a dym Oświęcimia przenikał włosy i ubrania mieszkańcom, ten niewinny model do składania, ten podręczny egzorcysta – obraz Beksińskiego jest idealnie przykrojony do niedojrzałości przeciętnego Polaka. I można tu pisać o manipulacji sacrum, o wszystkich zjawiskach głodu duchowego, w którym Polska, jak wiemy z historii, jako kraj najmniej duchowy ze wszystkich narodów świata, wpada co chwila w sidła swoich szarlatanów (Towiański, Rydzyk), nie jest podłączona nawet do tych demonicznych ruchów New Age, o którego nikłym zasięgu u nas, z dumą katolicyzm polski głosi.

Nie zachodzi tu nawet zjawisko o którym mówi Wittgenstein: Palić czyjąś podobiznę, całować zdjęcie ukochanej. Wszystko to oczywiście nie opiera się na przekonaniu, że działanie będzie mieć określony efekt na osobie, którą przedstawia obraz. Jego celem jest pewna satysfakcja i jej osiągnięcie. Albo też możemy powiedzieć że nie ma żadnego celu; po prostu zachowujemy się w ten sposób i jesteśmy dlatego zadowoleni.

Polski niedouczony koneser sztuki zachowuje się inaczej. Łaknie masochistycznie wytworów, które tajemniczo łaskoczą jego wnętrze, ale już mechanizmu tego nie jest w stanie ogarnąć. Woli więc awansem skazywać się na rzeczy nieludzkie, brzydkie, mętne i fałszywe, bojąc się być posądzonym właśnie o tę satysfakcję.

Ostatnia Wieczerza

Piotr Dmochowski
Zmagania o Beksińskiego
z francuskiego przełożył autor
Książka wydana nakładem autora 1996

Liliana Śnieg-Czaplewska
BEX@ Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim
PIW 2005

Massimo Introvigne
Powrót magii
z włoskiego przełożył Andrzej Wałęcki
Wydawnictwo WAM 2005

pogrzeb.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 18 komentarzy

Fado

Bernando Soares, jeden z heteronimów Ferdynanda Pessoi napisał: Literatura, która jest sztuką związaną z myśleniem i realizacją niesplamioną rzeczywistością, wydaje mi się celem, do jakiego zmierzać powinien cały wysiłek ludzki, jeśli jest naprawdę ludzki, a nie marnością zwierzęcą. Sądzę, że opisać jakąś rzecz to zachować jej zalety i odebrać jej wady. Pola są bardziej zielone, gdy się o tym pisze, niż w ich zieloności. Kwiaty, gdyby je opisać zdaniami pełnymi wyobraźni, zachowałyby na zawsze kolory, a na to życie komórek nie pozwała. Poruszać się to żyć, wypowiadać się to przeżyć. Nie ma nic bardziej rzeczywistego w życiu niż to, co zostało dobrze opisane. Krytycy małostkowi mają zwyczaj wskazywać, że jakiś poemat, długi i rytmiczny, nie mówi w końcu nic poza tym, że dzień jest przyjemny. Lecz powiedzieć, że dzień jest przyjemny, to rzecz trudna, a przyjemny dzień mija. Musimy więc zachować przyjemny dzień w pamięci kwietnej i bujnej, i w ten sposób obsypać nowymi kwiatami czy nowymi gwiazdami pola lub nieba na ich zewnętrznej powierzchni pustej i zmiennej.

Może Fernando Pessoa zbudowałby swoją kosmologię zapełnioną “heteronimami” w Internecie, a wszystkie stworzone postacie, nawet i ten poeta, Alberto Caeiro, mieszkający na wsi z babcią, mieliby swoje dozgonne sieciowe nicki. Tylko zwykły człowiek żyje jedną osobowością, wegetatywnym życiem, biorąc jego pozór za cel. Tylko geniusz potrafi żyć wieloma osobowościami, czyli tą samą, ale lekko zniekształconą, żeby móc zobaczyć życie z wielu punktów widzenia.

Astrolog Pessoa wiedział, że nie będzie żył długo, wiedział, że wobec tego każdą minutę swojej egzystencji trzeba zamieniać na sztukę, że trzeba się spieszyć, jeśli ma niedługo umrzeć, czyli stać się naprawdę wolnym. Wiedział, ten były student niemieckiej filozofii uniwersytetu lizbońskiego, że książki to jedynie kartki pobrudzone farbą. Sztuka jest zupełnie gdzie indziej. Pessoa wiedział wszystko, bo był geniuszem. Maszyna do pisania lizbońskiej spółki akcyjnej, na własną nie było go stać, papier pakowy pocięty w kartki, dużo kartek, kilkaset stron poezji, to jedynie lekarstwo na depresję, na samotność. Twórczość gromadził w kufrze. Niechlujnie i bałaganiarsko. Porządek boski, artystyczny, jest zupełnie gdzie indziej. Wiedział, że lizboński tramwaj jest ważniejszy od innych wspaniałych środków lokomocji. Miłość dziewiętnastoletniej Ofelii, powtarzając gest Kierkegaarda i Kafki, to jedynie przeszkoda w pisaniu poezji.

Człowiek odchodzi i tylko żyje w tym, co pozostawił. Zamknięta w kufrze twórczość artysty jest wciąż wydawana i śpiewana w pieśniach fado. Wiedzieli o tych sprawach i ci, którzy zachwycili się Amalią Rodirigues: Eliade, Cioran, Ortega y Gasset. Amalia Rodrigues włączając w swój repertuar wiersze Pessoi wiedziała to wszystko. Wiedzieli też bohaterowie pieśni fado, przebywający w wymiarze, który od wieków chronił ich przed zniszczeniem.

Syreni głos fado to obszar między spotkaniem, a rozłąką. Przestrzeń ta, rozpoznana już w początku XIX wieku przez Hegla, nazwana popędem (Trieb), a przez Simone Weil miłością erotyczną, to paradoks przyciągania oddalonych od siebie kochanków, przyjaciół, którzy za cenę bólu i wzajemnej troski decydują się na zerwanie. Tortura cierpienia jest słodka. Tę słodycz odrzucenia, rozczarowania, upokorzenia, zerwania ufności, obopólna zgoda na zawsze niemożliwe, zawsze odległe, zawsze nieosiągalne, jest w pieśni fado. Jest w nim radość z siły duszy, zwycięstwa jedynego, możliwego dobra. Może to być dom, utracone dzieciństwo, kochanka, miasto, trud życia, mający zawsze strukturę drogi między narodzinami a śmiercią. A śmierć obiecuje wolność. Obiecuje „Kwiaty przepaści, czarne róże, goździki białe jak światło księżyca, maki lśniące czerwienią.” 

JEŹDZIEC EREMITA

Dolinami po góry
Górami aż do wzgórza
Konia cieniem dąży
Jeździec eremita
domami, parkami
źródłem, łąką zakwita
Wspólnymi drogami

Dolinami po góry
Górami aż do wzgórza
Konia cieniem dąży
Jeździec eremita.
Czarnymi skałami
Przed sobą zanika
Tajnymi drogami

Dolinami po góry
Góry aż do wzgórza
Konia cieniem dąży
Jeździec eremita.
Pustymi ścieżkami
Horyzont umyka
Wolności drogami

Dolinami po góry
Od góry do wzgórza
Konia cieniem dąży
Jeździec eremita.
Niczyja wiedzie noga
Bez mostów umyka
Samotna twa droga.

Dolinami po góry
Od góry do wzgórza
Konia cieniem dąży
Jeździec eremita
Podróży kres nikogo
W niewiedzy nie pyta
Ty jesteś drogą

Fernando Pessoa
Fado
z angielskiego przełożyła Ewa Bieńczycka

azulejo.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 15 komentarzy

Tu idzie młodość – Dawid Kornaga

Sięgając po nowo wydawane książki młodych pisarzy, które wbrew opiniom krytyków, są do siebie podobne, chore na te same choroby i przede wszystkim nudne, zastanawia jedynie fakt, czemu pochylają się nad nimi gazety omawiające jednocześnie książki ważne i wyśmienite. Gdyby stały w sklepach porno, w czytelniach więziennych i nasycały wielki rynek klientów, do których są adresowane, nie zaśmiecałyby bibliotek publicznych, a spełniały pożyteczną rolę, jaką pełnią różne tego rodzaju pisma.

Można bardzo łatwo wytłumaczyć, dlaczego debiut Kornagi nie ma nic, jak delikatnie sugeruje w recenzji GW Robert Ostaszewski, ani z Markizem de Sade, ani samoświadomością pisarza, który podobno potrafi opowiadać, tylko nie ma o czym. Niestety, Kornaga ma o czym i jest to największy problem, nie tylko Kornagi, ale całej literatury jego pokolenia.

Filozofujący zespół Big Cyc zapewnia, że „najlepsza na świecie jest miłość w klozecie”. Tę jedyną, egzystencjalną prawdę, głoszą z książki do książki, coraz bardziej zachwyceni swoimi odkryciami, autorzy.

Nie wiem, czy to jest jakaś polska, ziemiańska genealogia. Gombrowicz pisał o innowacji swojego wuja w ramach oszczędzania niepotrzebnego transportu nawozu. Nakazał swoim chłopom załatwiania potrzeb fizjologicznych wprost na pole orne. Ten wynalazek dopiero ucywilizował Generał Sławoj Sładkowski, budując sławojki. Z nowszej historii pamiętamy babcię heroicznie stojącą w kolejce po papier toaletowy.

W którym momencie faza niedojrzałości człowieka, bardzo wczesna, nie ta gombrowiczowska, ale analna, utrwaliła się w naszej literaturze? Czy wtedy, gdy pierwsze, zbuntowane pokolenie „brulionu”, po ekscesach i eksperymentach z czarną magią przy użyciu odchodów ludzkich założyło pampersy? Co spowodowało, że bez żenady książki napełniane są nie tylko wszelkimi wydzielinami ciała człowieka, w których autor tapla się jak opuszczone przez rodziców niemowlę na nocniku, to jeszcze fantazjami seksualnymi rodem z filmów pornograficznych, bez jakiegokolwiek prawdopodobieństwa nie tylko w życiu prawdziwym, ale i w fikcji literackiej.

Jeśli akcja opowiadań Kornagi nie toczy się we wspomnianym klozecie, to z pewnością zaraz się tam przeniesie, a majaczące na horyzoncie wielkie agencje towarzyskie, o których autor ma jak najgorsze mniemanie, zapełnione wielebnymi i politykami, obsługują bohaterów opowiadań pracujące w nich, te same kobiety. Kobiety, które jeśli tego nie robią, a powinny, kobiety najczęściej po dwóch fakultetach i pracujące z znanych stołecznych gazetach, piszące o sprawach błahych, jak to kobiety, winny „ciągnąć druta” bohaterowi prozy Kornagi cały dzień, a i tak, będą to robić, jak tylko autor na chwilę spuści je z oka, komuś innemu. Właściwie kobiety, zawsze molestujące, są winne całemu męskiemu nienasyceniu, ich istnienie, ich wygląd i temu, że domagają się orgazmów.

Oprócz stereotypu niewiasty, również literacki: Hrabal kocha koty, Proust pisze tylko o sobie.

I nie ma w tej prozie cienia nadziei, że autor stoi wyżej od swoich bohaterów: tkwimy przez ponad trzysta stron wśród zupełnie zidiociałej młodzieży opętanej nigdy najprawdopodobniej nieskonsumowaną kobietą, by na końcu dobrnąć do rozmowy z legendarnym, równie stereotypowym redaktorem wydawnictwa i przeczytać kuriozalne credo artystyczne pisarza.

Grzech nie wychodzi ponad chłopięce rozmowy z blokowej bramy, jest głupi, lepki i brudny.

Żaden właściciel browaru nie zatrudni alkoholika, przemysł pornograficzny autentycznych zboczeńców seksualnych. Jedynie polskim wydawcom literatury pięknej jest to zupełnie obojętne.

Dawid Kornaga
Poszukiwacze opowieści
Pruszyński i S-ka 2003

chlopaka.jpg

Lampa 4, 7-8, 10 2005

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 16 komentarzy

Pisarz polski

Czesław Miłosz przed śmiercią nie tylko mianował Manuelę Gretkowską na pisarkę i Jacka Dehnela na poetę, ale Bolesława Prusa na największego polskiego artystę zaklinając się, że autor „Kronik” nigdy by nic złego nie napisał, bo był człowiekiem dobrodusznym i umiarkowanym, zawsze gotowym bronić słabszego, organicznie niezdolnym do nienawiści.

Tak pisał Prus w „Kronikach” z 1892 popierając rosyjską akcję barona Hirscha wysiedlenia rosyjskich Żydów do Argentyny: tam dopiero Żydzi wydoskonalą się, uszlachetnią i może staną się niezmiernie ważnym czynnikiem wszechludzkiej cywilizacji. Jest to według Prusa dobry pomysł na zdjęcie “niepotrzebnego ciężaru” z piersi ludów słowiańskich.

Prawdziwi, czyści rasowo Polacy mogą swobodnie oddawać się swojej ziemi skąd ich ród, najlepiej czują się bowiem w klimatach depresyjnych, wilgotnych i zimnych. Jesień to czas, w których Polacy przypominali sobie najintensywniej o wolności. Powstania, kibitki, zsyłki, więzienia, egzekucje nasilały się w najbardziej ponurych miesiącach roku. Dekonstrukcje Kazimiery Szczuki imputującej Rzeckiemu pederastię, a Olgi Tokarczuk porównywanie gnostyczne Izabeli Łęckiej do perły nic nie pomogą. Pozostaniemy na zawsze w zgrzebnej poetyce warszawskiego Powiśla, gdzie jedynie Wojciech Has odnalazł odrealnione śmieci w postaci zdechłych koni i ludzi.

Co się wtedy działo, gdy Prus pisał „Kamizelkę”? W Chicago powstaje pierwszy drapacz chmur, Cezanne maluje swój najcudowniejszy cykl obrazów Mont Sainte – Victoire na południu Francji, Rimbaud wydaje „Iluminacje”, Nietzsche kończy „Zaratustrę”, a Van Gogh wysyła kochance ucho. Polaków, którzy opuścili kraj, się nie znosi. Orzeszkowa potępia Conrada, za pisanie po angielsku. Czachórskiego w Monachium malującego portrety arystokratek i wytracającego polskie plemniki, oskarża się o trwonienie talentu.

Wydane niedawno „Małe narracje Prusa” przy użyciu najnowszych narzędzi rozwikłują trudne, formalne przedsięwzięcia literackie Prusa. Mamy tam wszystko, co do takiego chirurgicznego zabiegu jest potrzebne: analizy porównawcze, powoływanie się na naukowców polskich i zagranicznych, prowadzących podobne badania. Prus, wyprany, przeliczony do ostatniego włosa, do ostatniej litery, wisi już na sznurkach naukowej dekonstrukcji i się suszy. Wiadomo, że tak potraktowana literatura pozostanie jedynie łysa. Co my czytelnicy poczniemy? W zimnym listopadzie? Literatura jest jak ten biedny skin z piosenki zespołu Big Cyc: Mamusia na drutach czapkę z wełny robi/Nałożysz ją skinie, gdy się chłodniej zrobi/Wełna w główkę grzeje, ciepło jest pod czaszką/I komórki szare wówczas nie zamarzną.

Tak skin, jak i literatura, nie ma szans na diadem, ani na koronę. Dlatego wiadomo, że może być jedynie włochata.

Barbara Bobrowska
Małe narracje Prusa
słowo/obraz/terytoria 2004

spiacy.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 26 komentarzy