[zjawisko] Georgia O’Keeffe, czyli doświadczenie wewnętrzne

Nikt tak naprawdę nie widzi kwiatu, jest tak mały. Nie mamy czasu, żeby go zobaczyć, trzeba mieć czas, tak jak przyjaciel, który też wymaga czasu. Powinnam malować kwiat dokładnie jak widzę, czyli mały, ale jeśli namaluję go dużego, tak jak go widzę, wszyscy będą zaskoczeni i nawet zawsze zajęci nowojorczycy będą musieli znaleźć czas, aby zobaczyć kwiat taki, jak ja go widzę.

Dobrze zrobiłam, bo znaleźliście czas, by zobaczyć, by zauważyć mój kwiat, połączyliście wszystkie swoje skojarzenia kwiatowe z moim kwiatem i piszecie  o moim kwiatku jak chcę, byście  myśleli i widzieli – ale to nieprawda.

Georgia O’Keeffe                 

 

 

Kultura polska nagle przypomniała sobie o malującej kobiecie, Georgii O’Keeffe. Na naszych oczach artystka wcieka w kolorowe pisma kobiece, instrumentalnie używana przez walczący  polski feminizm i na deskach warszawskiego teatru handryczy się ze swoim nie mniej sławnym mężem. A przecież fenomen O’Keeffe został poddany takiej samej obróbce, spłyceniu i poszatkowaniu, jak inne ikony popkultury. Nawet tomaszowe „być i dotknąć” bezradne jest wobec dzisiejszej komercyjnej galerii domu na Ranch Ghost, o którym  wszystkie przewodniki turystyczne trąbią, wskazując klasztorną inicjację amerykańskiej artystki.

 

Dzisiejszy odbiorca jest skonsternowany i zdezorientowany  brakiem śladów źródeł powstania sztuki spełnienia. Po śmierci artystki widzowie retrospektywnej waszyngtońskiej wystawy narządy płciowe kwiatów, które religijna dyskrecja malarzy dawniej kastrowała dla podkreślenia niewinności Najświętszej Panienki nieskazitelną bielą i brakiem pręcików lilii, oglądają okiem pornografa.

 

Trudno podejrzewać artystkę o epatowanie odbiorcy kobiecą seksualnością dla pieniędzy w konsekwencji ogromnego, finansowego sukcesu. Trzydziestoletnia Georgia, zanim zamieniła towarzyski splendor Nowego Yorku na kontemplację gór Nowego Meksyku przeżyła z pięćdziesięcioletnim Alfredem Stieglitz’em wszelkie dostępne damsko-męskie rozkosze fizyczno psychicznej pełni, co genialny fotograf niezbicie udokumentował aktami kochanki. Kiedy  Peggy Guggenheim zaprosi pięćdziesięciopięcioletnią Georgię do udziału w wystawie obrazów trzydziestu malarek wybranych przez męskie jury surrealistów z Maxem Ernstem na czele, Georgia odmówi, kategorycznie odcinając się od ruchu feministycznego.

Przy dzieleniu łupów po artystach, podpowiadających charakterem twórczości miejsca zysków („Kalia” początkującej artystki została zakupiona przez ekskluzywny salon kosmetyczny Elizabeth Arden), celowo zatraca się nieśmiertelny ferment, który od wieków towarzyszy artystom i ich wyborom życiowym.

 

Jakże inna jest relacja Tomasa Mertona z 1968 roku ze spotkania z osiemdziesięciotrzyletnią Georgią wobec dzisiejszego turystycznie wyoglądanego dokumentnie miejsca twórczej izolacji artystki „ (…) widziałem ceglane ściany domu Georgii O’Keeffe (…) – kobieta niezwykła, żywa, prężna i energiczna, pełna wrażliwości i spokoju. Jedna z niewielu osób, jakie udaje się spotkać (w tym kraju przynajmniej), które spokojnie  robią wszystko dobrze. Perfekcja jej domu i patio na ranczu Ghost, niskim, ukrytym wśród pustynnych skał i roślinności, ale ze wspaniałym widokiem na góry – zwłaszcza wielką, majestatyczną mesę Pedernal.”

 

Jest jakaś tajemnicza jedność w aktach odejścia, odsunięcia, gdzie, jak obrazy O’Keefe zmieniające paradoksalnie skalę,  nadają  szaleństwu ludzkiemu właściwe miejsca w gonitwie bezradnych poszukiwań. Czy to będzie jednoosobowy klasztor pokoju Emilly Dickison, porzucenie rodzin przez Hessego i Strindberga, zawsze cel jest jeden. To „Nic” Mallarmego, nieskończoność duchowej pustki, którą Poulet żarliwie wypunktowywał we wszystkich aktach autentycznego, duchowego rozwoju artystów.

 

I jak kwiaty Georgii O’Keeffe, nigdy niewiędnące, prężnie płonące odwiecznym ogniem pożądania barwią olbrzymie płótna kolorem niezgłębionych przestrzeni gór, tak samo niewiadomych, jak oczy kochanka, tak wiersz wyłania się z gnostycznych domniemań Harolda Blooma, czy żarliwych poszukiwań niezliczonych kartek dziewiętnastoletniego Rimbauda.

O „Miłości Swanna” Nabokov napisze, że arcydzieło Prousta ma barwę liliową kosztownej katlei, kwiatu pragnienia, którym autor rozwiązuje nieśmiertelną zagadkę międzyludzkiego przyciągania. W późniejszych powtórzeniach, w Gilbercie i Albertynie liliowa mgła gęstniejąca lub rozwiewająca się w laserunku będzie dominantą i kręgosłupem całego zamierzenia artystycznego.

Makro i mikro zdarzenia, sączące się światło zza zamkniętych drzwi demaskujące obecność pozostałego na weekend studenta Steinbeck’a przeznaczającego wolny czas na szkolenie pisarskiego warsztatu, to ślady misterium tworzenia. Zmieniająca wielkość Alicja w „Krainie czarów” nie dziwi.

Giacometti dzień w dzień wielogodzinną pajęczyną kresek studiuje ciało modelki w bezskutecznym poszukiwaniu umiejscowienia jej w przestrzeni: odległość między jednym a drugim skrzydełkiem nosa jest jak Sahara, bez końca, nie ma nic, na czym można zatrzymać wzrok, wszystko umyka”. I Cezanne, medytujący pędzlem „Górę Sainte – Victore” dla uchwycenia boskiego aktu monumentalnej erupcji.

I Georgia O’Keeffe, nie wychodząca tygodniami ze swojego domku. W dwóch i pół tysiącach obrazów przemienia językiem abstrakcji oglądane dzisiaj góry koloru miedzi, perwersyjne, dziko rosnące kalie, kwitnące cierpieniem ognia kaktusy.

 

Susan Sontag powie: Praca pisarza jest żmudna. Udając się rankiem do mojego biurka, aby zabrać się do pracy, czuję się jak niewolnik w drodze na galerę. Oczywiście pisanie sprawia mi przyjemność, niemniej jest to w pewnym sensie masochistyczny sposób życia. Moje pierwsze bruliony to dopiero początek pracy. Sporządzam tekst, który jest jeszcze słabo napisany i zorganizowany. Potem przerabiam go niezliczone razy. Jest to jedyny znany mi sposób wykonania mojej pracy, proces, który często powtarzam. Aby otrzymać gotowy esej długości powiedzmy trzydziestu arkuszy maszynopisu, zapisuję niekiedy pięćset stronic. Innymi słowy, na stronę gotowego tekstu, napisać muszę na maszynie około piętnastu stron. Wiele moich opowiadań przerobiłam dziesięć razy, a esejów – 10 do 15 razy; jest to zresztą dodatkowy powód skłaniający mnie do porzucenia eseju, sprawia mi to po prostu więcej trudu. Angażuję się tak intensywnie, z taką manią w moją pracę, że czasami budzę się o czwartej nad ranem nękana myślą o przecinku na trzeciej stronicy, który powinnam przesunąć na inne miejsce, lub o tym, że powinnam zastąpić słowo „szybki” w szóstym wierszu czwartej stronicy słowem „prędki”.

 

Thomas Merton

Las, wybrzeże, pustynia

z angielskiego przeżyła Elżbieta Tabakowska

Znak 1995

nowy_meksyk.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

Literatura jako zdrowyrozsądek

Nie wolno uronić ani jednego dnia upływającego roku. Dlatego też na rytuał przydzielania amerykańskiej wizy wybrałam dla przeciwwagi czterysta stronicową biografię Peggy Guggenheim, która, jak zapewnia autor,  „życie uzależniła od sztuki”.

 

Jestem na chodniku, gdzie pokaźny tłum zbiera się wczesnym rankiem i stoi nieruchomo wpatrując się w zabytkową kamieniczkę z wywieszoną amerykańską flagą. Wszyscy trzymają w ręce teczkę A4 z dokumentami. Ja oprócz teczki jeszcze książkę A4: Peggy Guggenheim.

 

Peggy, jak napisał w ostatniej niedokończonej książce Truman Capote, była  okazją dla pozbawionych pieniędzy artystów: Bo zubożały, nie publikowany pisarzyna, jakim był Samuel Becket, w czasie, gdy trwał romans, nie wybiera sobie na kochankę kobiety o pospolitej urodzie i dziedziczki niezłej fortuny, nie mając na myśli czegoś więcej niż miłość.

 

Kilkaset osób, które postanowiło oddać dzisiejszy dzień na oszukanie Stanów Zjednoczonych, że się je kocha i pożąda jedynie dla czystej miłości, rozgadało się z chwilą, gdy przystojny trzydziestoletni pracownik konsulatu przeglądnął wszystkim papiery. Uradowani, że mogą w pootwieranych small biznesach na okoliczność złej interpretacji zaleceń internetowych formularzy łatwo za opłatą naprawić błędy, wraz z przejściem do drugiego etapu, czyli oczekiwań obok zielonego słupa, dzielili się doświadczeniami. Opowieść o chłopaku, który dostał wizę na siedem dni i po powrocie musiał się konsulowi pokazać i się pokazał, i znowu dostał, była równie interesująca, jak ta, o której przeczytałam w książce. Peggy, rodowita Amerykanka pisze: Niedługo potem udałam się do Europy. Wówczas nie zdawałam sobie sprawy, że zostanę tam przez dwadzieścia lat, lecz to by mnie nie powstrzymało(…)W tamtym czasie pragnienie ujrzenia wszystkiego pozostało w sprzeczności z moim brakiem uczuć do czegokolwiek.

 

Następuje rozdawanie numerków. Drugi, równie przystojny pracownik konsulatu stara się utrzymać dyplomatyczną grzeczność widząc wyciągające się zewsząd agresywne ręce. – Nie jesteśmy w przedszkolu – upomina tłum, który łaknie numerków jak zagłodzona ludność.

.

Peggy w swoim pamiętniku notuje: W tym czasie bardzo martwiłam się moim dziewictwem. Miałam dwadzieścia trzy lata i uważałam to za uciążliwe. Wszyscy moi chłopcy byli skłonni mnie poślubić, ale byli przy tym tacy porządni, że nie chcieli mnie zgwałcić. Miałam kolekcję fotografii przedstawiających fresk z Pompei, ludzi kochających się w rozmaitych pozycjach. Oczywiście byłam bardzo ciekawa i sama chciałam wypróbować je wszystkie. Wkrótce tak się złożyło, iż mogłam do tego celu wykorzystać Laurence’a.

 

Szczęśliwi posiadacze numerka mogą przejść na drugą stronę ulicy i uformować kolejkę. Za mną i przede mną toczą się barwne opowieści.

– Przyszli tak elegancko ubrani, widać, że bogaci i nie dostali! Nie chcą takich! Chcieli pewnie do pracy! – opowiada kobieta w adidasach.

Za mną czterdziestoletnia kobieta w szpiczastych butach posypanych brokatem jedzie się uczyć.

– Dadzą – nie dadzą – mówi filozoficznie do drugiej, która wymienia nazwę uczelni.

Biała, lakierowana torebka drży w jej rękach. Zaraz po przekroczeniu bramy konsulatu zniknie w rurze urządzenia prześwietlającego zasłonięta powiewającymi frędzlami maskującej firanki, a dłonie strażnika daremnie przesuną się po jej za ciasnych dżinsach w poszukiwaniu ukrytych przedmiotów.

 

Po przybyciu do Awinionu Peggy notuje: (…) zaczęłam od tego, że wyrzuciłam obrączkę ślubną. Stałam na balkonie i upuściłam ją wprost na ulicę.

 

Będziemy wyczytywać – głos z megafonu uspokaja tłum, który jak urzeczony nagle zwraca się cały w kierunku okienek, skąd miarowo padają nazwiska.

– Tylko na komunię – tłumaczy kobieta, a barwne, dziecięce fotografie wysypują się na posadzkę.

 

Po kilkunastu kochankach, najświetniejszych nazwiskach artystów XX wieku, Max Ernst, którego Peggy poznaje w chateau na południu Francji i wychodzi za niego za mąż, zdaje się być najboleśniejszą jej utratą: Max potrzebował spokoju, aby malować, a ja potrzebowałam miłości, aby żyć. Ponieważ ani on, ani ja nie dawaliśmy sobie tego, czego najbardziej pożądaliśmy, nasz związek był skazany na niepowodzenie.

 

Sala, która jest ostatnim etapem oczekiwania na spotkanie z konsulem, ma tyle krzeseł, że mieści nawet takich jak ja, czytających.

 

Biograf przytacza należne Peggy pochwały: Poprzez swoją obecność w Ameryce lat czterdziestych (1941 – 1947) wywarła znaczący wpływ na rozwój współczesnej sztuki amerykańskiej. Dokonała tego głównie dzięki własnej galerii AoTC przy Zachodniej Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy w Nowym Jorku. Należąca do niej kolekcja sztuki, którą tam pokazywała, obecność kilku europejskich artystów i członków inteligencji, szczodrość Guggenheim oraz wspieranie młodych talentów poprzez wstawianie w galerii ich prac – to wszystko pomogło w ukształtowaniu szkoły nowojorskiej.

      

Spotkanie z konsulem jest formalnością. Palec wskazujący, położony na czerwonym światełku nie zostaje odczytany przez komputer. Konsul pokazuje co mam zrobić, by pozbyć się potu z dłoni, trzymającej kilka godzin książkę.

Wkłada wskazujący palec do ust, wyciera go o marynarkę i zachęca do powtórzenia tego gestu przeze mnie. Wiza zostaje przyznana.

 

Peggy zachowywała się tak, jakby dało się zatracić w akcie miłosnym, jeśli można to tak nazwać. Nie obchodziły ją zaloty, gra wstępna, tkliwość – interesował ją sam akt – i kiedy było po wszystkim, to było po wszystkim. Pożerała mężczyzn, czasem kobiety, lecz nie udało jej się przełamać samotności: można by się zastanowić, czy w ogóle była w stanie tego dokonać,  gdyby naprawdę jej zależało. W każdym razie zawyżyła rzeczywistą liczbę swoich kochanków, co na pewno było częścią jej coraz bardziej rozpaczliwej brawury. Ale po co? Co gorsza, sprawiała wrażenie w ogóle niezdolnej do nawiązania prawdziwych, dojrzałych związków. Po rozpadzie związku z Maksem nie wyszła już więcej za mąż chociaż coraz częściej funkcjonowała w środowisku jako „Pani Guggenheim” i w tak czy inny sposób zaznaczała, że uważa się za żonę – ale czyją?

 

Wychodząc, kobieta w białych dżinsach i szpiczastych butach pyta, czy dostałam wizę. Ona nie dostała.

 

Pamiętnik  Peggy Guggenheim, wydany 1946 roku, w którym postanowiła niczego nie owijać w bawełnę i pozmieniawszy nazwiska demaskuje wszystkie intymne związki, z których rodzina Pollocków nie mogła się pozbierać, a także syn Maksa Ernsta: Nie mogłem dać wiary, że Peggy może przejawiać tego rodzaju mściwość. Książka niemal wulgarna wydała się czymś w rodzaju aktu samobiczowania, obnażająca raz po raz niepowodzenia Peggy w sztuce racjonalnego myślenia. Została skrojona na miarę skandalizującej  prasy i to będzie doskwierało niemal tak samo, mocno, jak zamierzony obiekt destrukcji, mój ojciec.  

 

Ale  otrzymała także opinie pozytywne: Ta książka przemawia do nas tak samo przekonująco,  jak przekonująco Flaubert opisał postać pani Bovary, bo traktuje o uczuciach kobiety –  niekoniecznie jakiejś szczególnej  kobiety, lecz  kobiety nowoczesnej (…)

   

Sztuka nowoczesna, o którą Peggy  dbała i ocalała w swoich kolekcjach jest taką kobietą, jest Emmą, której wulgarność Flaubert ukrył w metaforach koni, szpicruty i powozu.  Mnożące się biografie odsłaniające  intymność  wydobytą na światło dzienne relacjami przypadkowych światków odbierają jej wymiar tajemnicy powstania i tworzenia. Tak jak przejście przez urzędnicze przyzwolenie na oglądanie Nowego Świata pozbawia nas powtórzenia dziecięcej radości oczekiwania baśni. 

 

Ahton Gill

Peggy Guggenheim

Życie uzależnione od sztuki

przełożył z angielskiego Mariusz Ferek

Dom Wydawniczy Rebis 2004

ul.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

Nagrody: SGMS ARIST IN RESIDENCE FUNDATION ASSOCIATION FOR CORPORATE SUPPORT OF ARTS 2006

Woe to you, techers of the law and Pharisees, you hypocrites! You trawel over land and sea to win a single convert, and when he becomes one, you make him twice as much a son of hell as you are.

Matthew 23: 15

 

Blog PartiaLliternacka, który został zdyskwalifikowany w konkursie Onetu z powodu zespołowego, a nie indywidualnego redagowania, został zauważony przez emigracyjne koła amerykańskich intelektualistów polskiego pochodzenia. Półroczny pobyt w Stanach wraz z pokryciem kosztów wstępu do ośrodków sztuki organizacja postanowiła przyznać najbardziej radykalnemu odłamowi Partii, Wandzie Niechciale, inżynierowi Jackowi i właścicielce blogu, Ewie Bien.

Werdykt podyktowany też był troską, by pozostali w Polsce współtwórcy blogu, kontynuowali swoje w nim prace. W uzasadnieniu czytamy, między innymi, że nagrodzony blog, i piszące tam osoby, jak nikt inny podjęły trud sprzeciwu wobec powolnej degradacji i relatywizmowi zdobyczy myśli zachodnioeuropejskiej w krajach postkomunistycznych. Bezkompromisowo, wbrew zastałej sytuacji kultury reprezentowali zawsze swobodę myśli, wolność wypowiedzi, nawet, jeśli były one kontrowersyjne i niewłaściwe. Żmudny proces błądzenia, stawania się, podejmowania niewdzięcznego trudu nazwania zjawisk, oraz próby dociekania ich źródeł, był zawsze związany z obserwacją teraźniejszości i konfrontowany z kulturą w najszerszym sensie. W ich śladach zostawionych na blogu widać, że wbrew ogólnej literackiej euforii w własnym kraju, autorzy notek i komentarzy nie uwierzyli w statystyki i gazetowe opinie. Nie uwierzyli w autorytety, proroków, religie, grupy literackie, wiedząc, że prawdziwy artysta jest zawsze sam i zawsze jest dla siebie prorokiem, autorytetem i religią. Uwierzyli, że ich opinie, które nie znajdą się w oficjalnym, gazetowym obiegu, nie zginą. Nigdy nie będą mieli misji, bo brak misji jest misją. Nigdy nie uwierzą w słowo, bo słowo nic nie kosztuje ale jest cenniejsze, niż wszystkie obszerne gazetowe perswazje. Nigdy nie pisali dla przeciętnego czytelnika, ani dla wtajemniczonych, bo oni nie istnieją. Nie uniknęli patosu, ani okazji jego wyśmiania, tak jak w wierszu, który jest cenniejszy, niż każda intencyjna mowa, chociaż jest mgłą tylko. I nie uwierzą w grzeczność, która jest fałszywą tolerancją.

W związku z tym opieka nad blogiem pozostaje jak zwykle Pierwszemu Sekretarzowi Partii Za Dużo, którego rozliczne obowiązki literackie – sieciowe i papierowe, nie pozwolą pewnie na zbyt intensywne zajmowanie się porzuconym blogiem. Również Lech Buk proszony jest o pomoc.
koniec.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 6 komentarzy

Kobieta występna

niezmiennie przeciw, niezmiennie zachwycony kobietami występnymi…

cytat z blogu Jacka Uglika

 

Kwiaty, prezenty, białe fiołki, oczka w pończochach, otwarte książki, pacjenci, telegramy, pełne skrzynki pocztowe, praca, kłamstwa, ryzykowne sytuacje, dramaty, łzy, znowu kwiaty, telefony, kolejne dramaty, śmiech, muzyka z radia podczas jazdy taksówką, gorączka, ekstaza, problemy z wątrobą, kąpiele słoneczne, wstawanie o świcie, ciężka praca, listy, prowadzenie korespondencji, dyktowanie…

Dziennik Anais Nin to 150 tomów, 15 000 stron maszynopisu. Może najciekawszy dla literatury jest okres, gdy Anais Nin, kobieta dojrzała, wchodzi w intensywne przeżycia z młodzieńcami. Zazwyczaj związani z pisaniem: poeci, studenci literatury są dla pisarki nie tylko możliwością „drugiego życia”, „radości erotycznego macierzyństwa”. To, jak dokumentuje w pamiętniku, przeżycia mistyczne i ich stwarzanie. I egzaltacja religijna. Poczucie misji, świętości, wzorem dziecka Marii, pierwszych dziewczęcych uniesień, towarzyszyć jej będzie do końca życia. Rodzice siedemnastoletniego Billa, ukrywającego się przed nimi u przyjaciółki Nin, składają w sądzie przeciw niej pozew. Biografka Linde Salber nie może się doliczyć młodych kochanków w samym tylko roku 1945/ 46, udokumentowanych w dzienniku. Szacuje ich na około pięćdziesięciu. Nie oddają mi się w całości – skarży się pisarka w zapiskach. Oprócz młodzieńców, którzy za nią szaleją, intensywnie kocha się ze stałą grupą wcześniejszych partnerów, swoim psychoanalitykiem i z mężem. Rozkoszowanie się seksem bez miłości, „byle się tylko nie zakochać”, to, według autorki, kobiece wcielenie w męskiego “macho”. Rytuał uwodzenia, dręczenia, spędzanie trzy czwarte życia w cudzych łóżkach. Jest pewna, że takie życie wiedli Baudelaire i Rimbaud, i na tym polega „gorzki smak profanacji”.

Złamanie zakazu kazirodztwa, najsilniejszego w naszej cywilizacji kulturowego tabu podczas dwutygodniowej „komunii” z ojcem w hotelowym pokoju, nie ma charakteru buntu, ani odwetu za zniszczone dzieciństwo. Gdy będzie mężowi wsypywać do szklanki luminal, by korzystając z jego całodziennej, sennej izolacji i oddawać się swobodnie kochankowi na sąsiedniej ulicy, nie wzbudzi w sobie wyrzutów sumienia. Przeciwnie. Wszystko, co robi Nin, kobieta pisząca, kochająca i żyjąca pełnią swojej kobiecości, to poświęcenie. Aby wybieg obciążenia zewnętrzności własną afirmacją uwiarygodnić, potrzebuje słów pamiętnika.

 Analizy, z początku tylko intuicyjne, w miarę, jak Anais Nin nabiera szlifu języka psychologicznego, psychoanaliza literacka kumuluje się w szczególe i zawikłaniu tak wielkim, że ustalenia mogą mieć znaczenie jedynie artystyczne. Trafne są zapewne spostrzeżenia, że nasza cywilizacja wskutek odmiennej hodowli płci w rodzinach i schedzie po poprzednich hodowlach, czyli ewidentnych wykoślawieniach tego procesu (rozkoszowanie się urodziwego ojca biciem małej Nin przy uprzednim zamknięciu w pokoju matki, by nie protestowała), wyprodukowała, jak to określa Nin, ludzi niezaspokojonych seksualnie, wiecznie z tego powodu spiętych. Związek matki z synem, który w wyniku nie zawsze do końca jasnych zabiegów pielęgnacyjnych i wychowawczych (też bicie), odnajduje w przyszłych partnerach jedynie powielenie, produkuje pederastów. (Sade też to potwierdzał w nawoływaniu do całkowitej mentalnej niwelacji instytucji matki). Materiał miłośnie przerobiony praktycznie przez pisarkę jest tak wielki, że stanowiłby zapewne doskonały eksperyment naukowy. Ale obok analizy w dziennikach dominuje kłamstwo.

Sołowiow uważa, że celem życia człowieka na ziemi jest doświadczenie prawdy i tylko w ramach własnej indywidualności jest w stanie stać się odbiciem całego świata. To egoizm oddziela człowieka od prawdy. Miłość erotyczna byłaby zatem zanegowaniem egoizmu, czyli granicy, oddzielającej go od innego, którego osobność i nieważność istnienia, wyrzuca ze wspólnoty, czyni z niego pustą formę. Dla Sołowiowa jedyną siłą, która wytrąca człowieka ze zła egoizmu, jest właśnie erotyczna miłość. Musi ona być tak konkretna, jak my sami, związanie drugiego z nami stałoby się, dzięki chemicznemu procesowi miłości, wytworzeniem nowej indywidualności w autentyczności i prawdzie. Napełniając nas znaczeniem absolutnej indywidualności w innym i w sobie, wybawia nas od śmierci.

Źródeł kobiecego donjuanizmu Nin można szukać w momencie, kiedy rozchwiana w niezdecydowaniu kogo poślubić, jedzie na Kubę dla dokonania właściwego wyboru. Tam nastąpił brak identyfikacji z otoczeniem i zjawisko rozszczepienia. W atmosferze kolonialnej Hawany, pysznych pałaców, u krewnych duńskiej dyplomacji w zachwycie urzekających garden party, młoda dziewczyna doznała odrealnienia życia i zaczarowania. Wszyscy adoratorzy, eleganccy, młodzi i perfekcyjni w rolach amantów jej się podobali. Pozostawiony w Europie Hugo, przyszły bankier, ulegnie czarowi przeżyć narzeczonej w listach i zdecyduje się na małżeństwo. Na pożywkę kulturowego piękna, wyniesionego z domu: ojca muzyka, arystokratycznej matki, francuskiej poezji, Prousta, który do końca życia jest jej ulubionym pisarzem, nakłada się szelest jedwabi, szmer wody, tango, egzotyczny zapach kwiatów i wszędzie deklarowana miłość. Po dziesięciu latach napisze: A mnie interesuje nie akt płciowy, lecz sama gra – przypominam w tym Don Juana – uwodzenie, przyprawianie o utratę zmysłów, nie tylko fizyczne posiadanie mężczyzn, lecz zawładnięcie ich duszami – wymagam więcej, niż dziwki. Nienasycenie Anais ilustruje grafik: poniedziałek Bradly; wtorek Artaud; środa ojciec; czwartek Allendy; piątek Henry. Oczekują: Miller, Gustavo, Nestor, Andre de Vilmorin.

Wirginia Woolf pisze: Fikcja, jak powszechnie wiadomo, musi trzymać się faktów, a im prawdziwsze fakty – tym lepsza fikcja.

Pamiętnik, towarzyszący pisarce od dzieciństwa, powiernik i przyjaciel, staje się, z upływem lat i sprzeniewierzeń wobec świata i siebie, sojusznikiem i wspólnikiem. Paradoksalnie literatura, mająca pierwotne znaczenie oczyszczające greckiego katharsis, przechodzi na stronę życia, by je usprawiedliwiać, zanurzać w nieweryfikowalnej, jak autorka z dumą niejednokrotnie powtarza, poezji i wyobraźni. Przemiana trudnego świata, gdzie prawdziwe życie wysyła nieodmiennie do bohaterki jednoznacznie sprzeczne komunikaty, strony dziennika łagodzą, usprawiedliwiają i umożliwiają pozytywny wizerunek autorki. Wyłania się z niej kobieta wybitna, na wzór komiksowych herosów spieszy z pomocą cierpiącemu światu. Prace są herkulesowe. Jak wyleczyć swoim ciałem Eduardo, który nie może uporać się z homoseksualizmem? Wspomóc Henry Millera i kilku innych wybitnych pisarzy tak, by pieniądze męża nie czyniły z nich utrzymanków? Jak zniwelować narastające zewsząd uczucie zazdrości, by poukładani partnerzy w mentalnych szufladach mało wiedzieli o sobie? Jak zaradzić ich cierpieniu, jeśli już coś podejrzewają? Jak sprostać, pracując jako psychoanalityk u boku kochanka, Otto Ranka, ucznia Freuda w nadmiarze nie kończącego się ludzkiego nieszczęścia, gdzie jedynie ona może dać im uspokojenie, a trudno wszystkim nastarczyć? W procesie zamiany życiorysu w dzieło literackie, karty pamiętnika zamieniają się w retuszowany spektakl teatralny z wyidealizowanym Narratorem. Analogie libertyńskie są niewłaściwe. Pieniądze męża i rozkosz przeżywana dla przeżycia i napędu życiowego, kamuflowana potrzebą romantyczną jest wymieszaniem problemów, nie zawsze czytelnych. Autorka często popada w frustracje, depresje i wątpliwości, leczone psychiatrycznie, co zaciera jej autentyczne pragnienia.. Czego pragnie Anais Nin, przy w końcu wielkim, życiowym trudzie? Nie walczy o nowy kształt społeczny, gdyż finanse męża gwarantują jej sposób życia, praktycznie wystarczają do momentu, aż sama osiąga twórczością niebywały sukces finansowy. Transgresja seksualna nie służy jej do budowania systemów filozoficznych, ani artystycznych kierunków, gdyż jest od początku niereformowalna. Pisze właściwie od dzieciństwa tak samo, szlifując jedynie technikę, korzysta z uwag literackich autorytetów dla doskonaleniu stylu. Nie zażywa też wolności, uwikłana w sieć kłamstw i narkotycznego uzależnienia od seksu. Anais Nin pragnie jedynie uwierzytelnienia artystycznego i w konsekwencji sławy. Samobójstwo Artauda, dom wariatów Junne, żony Millera, kompromitacja w uleganiu seksualnym pacjentce Nin lekarzy psychiatrów, to nie ofiary jej współistnienia, ale dowód na skuteczność życiową. Nin odchodzi ze świata w glorii sławy, z drugim, młodszym o kilkanaście lat mężem u boku, nieprawdopodobnie bogata, świetnie zakonserwowana, a dzieło jej życia stopniowo udostępniane, będzie jeszcze latami budzić emocje czytelników. Tak więc w konsekwencji afirmując tylko siebie, kwestionując jedynie obyczajowość, a nie inne choroby świata, Nin nie stworzy na kartach dziennika sadycznej Julietty. Nawet postulat Sade’a o użyczaniu sobie wzajemnie ciał i praw do nich jest u Nin niemożliwy. Nin zazdrosna jest o kochanki swoich partnerów, pragnąc wyłączności. Nie stworzyła więc na kartach dziennika prototypu kobiety współczesnej, mogącego sprostać mężczyźnie.

Sołowiow na wierze w nieśmiertelność miłości buduje teorię jedynej możliwości wejścia do Królestwa Niebieskiego ze swoją androginiczną połową. Miłość płciowa jest najważniejsza. Przekraczając ciało drugiego człowieka zagraża jego tajemnicy, jest więc niebezpieczna, może go zniszczyć. Miłość ma strukturę drogi. Celem jest poznanie ukochanego, w tym procesie nie może być dowolna. Jako siła jednocząca, kosmiczna, nie jest zrozumiała ani przez psychologię, ani przez rozsądek. Miłość w kategoriach powinności nadrzędnej, bezwzględnej, absolutnej, może jedynie przezwyciężyć akt płciowy, który bez niej powoduje alienację. Wtedy zjednoczenie ciał jest powierzchowne i niepełne. Powoduje rozszczepienie, wynikłe z podziału, a nie z przeżycia rozkoszy, która zawsze jest słodka.

Docenią ją Dzieci Kwiaty, doceni wchodzące pokolenie młodych zbuntowanych Beat generation. Na spotkania autorskie będą przychodzić tłumy wdzięcznej, wyzwolonej publiczności. Znaczący kochankowie napiszą lojalne, zachwycające recenzje. Jedynie homoseksualista Gore Vidal, który jej nie doświadczył, odważy się na ironię: To nie przypadek, że ulubionym przymiotnikiem, używanym przez autorkę, jest zaczarowany. Nie potrafi ona napisać książki, w której by nie występowało to słowo. (…) jak sama określiła, jest artystką pierwszej klasy, spadkobierczynią Safony, George Sand, Virginii Woolf, wielką postacią literatury, której cień padnie na ugory XX wieku i usunie na plan dalszy powieściopisarki współczesne, pędzące swój marny żywot w blasku jej wielkości, jak Carson McCullers.

Po pamiętnikarskich emocjach scalania duszy z ciałem śmierć ojca nie zrobi na niej żadnego wrażenia. Podobnie spotkanie ze starym Henry Millerem w Pacific Palisades głęboko ją rozczaruje.

Sołowjow pisze: miłość jest zawsze absolutna i bezrozumna. Jest z zewnątrz, jest kosmiczna, jest posłuszeństwem, a nie samowolą. Nieodwzajemniona miłość jest grzechem przeciwko kosmosowi. Narusza harmonię świata.

Trudno w dziennikach Anais Nin znaleźć doświadczenie miłości w głębszym sensie. Młoda mężatka, pozująca paryskim artystom, malarzom i fotografom i jednocześnie magazynom mody, odróżnia spojrzenia. Wybierze tych pierwszych, w kontraście do wyuzdanych bywalców domów mody. Dzięki pieniądzom męża zacznie wspierać wschodzące gwiazdy sztuki, nawiązując z nimi intymne kontakty. Długi ciąg sławnych nazwisk stanie się przynętą dla późniejszych wydawców pamiętników, których poetycka forma i niezrozumiałość, nie przekonuje. Poznanie młodego Henry Millera, biednego pisarza, udokumentowane jest na kartach dziennika entuzjastycznie. To Henry Miller otworzy dziewięcioletnią mężatkę, Anais Nin, na przeżycie rozkoszy. Laboratoryjny opis literacki tych doświadczeń nie zapewni jej jednak sukcesu wydawniczego. Pornograficzne opowiadania, których napisanie po100 dolarów od sztuki, zainicjuje zawsze bez grosza przy duszy Miller, znikną natychmiast z półek księgarskich. Natomiast powieści i opowiadania nie znajdują wydawców. Drogę do ich wydania utorują dopiero dzienniki.

Tajemnica aktu płciowego, pisze Sołowiow, niedostępna społecznie miłość, jest poza normami, prawem, w innym planie. Silne zakochanie nie zawsze dopuszcza akt seksualny, nie potrzebuje go. Miłość nie zna praw, posłuszeństwa, braku odwagi. Kochający akceptuje kochanego, domyśla się jego genialności. Miłość do miłości cielesnej to miłość jedynie do obiektu, a nie do osoby.

Osią artystycznych jej objawień, jest traktowanie przeżyć seksualnych w kategoriach intuicji i szaleństwa. Debiut literacki Nin “D. H. Lawrence, An Unprofessional Study” umacnia w niej filozofię , która niepokoi Millera obserwującego, jak powoli przemienia swoje życie w literaturę. Ludwig Marcuse napisze o D.H. Lawrence przy okazji procesu sądownego nad książką: „Poetycko filozoficzne świństwo”. Nin udowodni tekstem Lawrence przednietzcheańską afirmację erosa i złamanie wiktoriańskiego tabu. Romans z Antoine Artaude’m dopełni tę świadomość mroczną filozofią ustawicznego powrotu intensywności chwili, zatraty w przeżyciu. To one otworzą ją na ostrość i prawdę przeżywanego świata, one staną się wampiryczną krwią napędzającą jej artystyczną duszę. Mając niejednokrotnie w jednym dniu w ustach spermę kilku kochanków, napisze w dzienniku: pieprzyć się, tylko pieprzyć. By sprostać wielości zmieniających się ciał, emocji, dekoracji, osobowość pisarki rozpada się, rozszczepia, by w pamiętniku, w literaturze, ponownie scalić się w fikcji, mirażu, harmonijnej opowieści. Ta, „odyseja seksualna”, według Nin, mająca na celu wszczynanie równoległych romansów, by zatracić się w rozkoszy dla ciągłego jej powtarzania, jest jedynym i najważniejszym aktem ludzkiej witalności i należy go w literaturze w różnych wariantach usiłować ciągle przedstawiać.

Udostępnione polskiemu czytelnikowi dwa tomy spolszczonych dzienników przedstawiają pełną życia autorkę, która pięknym, literackim językiem zrównuje wartości odbieranego świata. I, jak śledzimy jej przeżycia w ekskluzywnym salonie kosmetycznym Elizabeth Arden, egzaltacja leżącej pod maseczką upiększającą kobiety jest pisarską transformacją proustowskiej frazy. Dokumentuje olśnienia, przemieszanie rzeczywistości z podświadomością, a zwykłe oczyszczanie twarzy namaszcza metafizycznym przeżyciem. Można tę scenę uznać za proroczą.

Dziennik tom 1 1931- 1934

Dziennik tom 2 1934- 1939

przełożyła z francuskiego Barbara Cendrowska

Zysk i S- ka 2004

Włodzimierz Sołowiow

Sens miłości

przełożył z rosyjskiego Henryk Paprocki

Antyk 2002

noc.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 19 komentarzy

Tropiki

Max Scheler rozwijając nietzscheańską teorię resentymentu, nazywa to negatywne uczucie raczej urazą i zawiścią, powstałą w przeszłości z zewnętrznej, intensywnej presji na człowieka. W pojęciu tym Scheler umieszcza prawie wszystkIe wstydliwe i nieznośne emocje: utajone pragnienia zemsty, mściwości. Resentyment więc będzie duchowym zatruciem, nazywanym dzisiaj toksycznością.

Czytając drugą wydaną w Polsce, po „Brudnej Hawanie” książkę Gutierreza, najlepiej odebrać właśnie w kategoriach resentymentu na literaturze. Słusznie oskarżoną przez kubańskich intelektualistów o zniweczenie kilkuwiekowej, wspaniałej literatury iberoamerykańskiej totalną szmirą, prozę Gutierreza czyta się ponad wszelkie kategorie wartościowania. Zdumiewa zupełną ignorancją i beztroską, pisana rzeczywiście z pozycji zwierzęcia, ale poddanego wszelkim, jak Scheler wylicza, naciskom cywilizacyjnej deprawacji. To zborsuczone, jakby powiedział Witkacy, zdeprawowane i zniszczone zwierzę w ustawicznej rui i kopulacji, uwalnia się z niewoli państwa, łamie wszelkie tabu, by na pozornej wolności hasać i rozpaczliwie udowadniać czytelnikowi, że jest szczęśliwe.

„Brudna trylogia o Hawanie”, która umożliwiła pisarzowi pozyskanie światowego czytelnika zawierała wielkie pytanie o wolność i desperację w kubańskim reżimie, którego obywatele, dzięki urodzie wyspy wydani są jedynie na światową prostytucję: Wszędzie gruzy i cuchnące kałuże, a z kontenerów wysypują się śmieci. Na środku ulicy chłopak i dziewczyna. Dwa piękne okazy, zupełnie nie z tej bajki. Mieli po jakieś osiemnaście lat Biali i jasnowłosi. Sesja zdjęciowa. Pokaz mody. Japońska ekipa pilnie fotografowała. Charakteryzator rozpylał modelom na włosy jakiś błyszczący spray. Kolekcja była prosta: czarująco prosta i rozkosznie droga. Wszystko w bielach, różach i jasnych błękitach. W delikatnym świetle poranka i pośród tego całego brudu pozująca para miała jeszcze większy urok: byli tacy biali, tacy jaśni, tacy niewinni i anielscy. W tle zawsze widać było jakiś zruinowany budynek, wychudłe i sparszywiałe psy albo gromadę murzyńskich bachorów, które gapiły się z rozdziawionymi gębami. Dokoła było mnóstwo ludzi. Patrzyli jak urzeczeni, ale zachowywali pełną szacunku ciszę. Nikt nie podchodził i nie prosił o gumę albo o monety. Było też dwóch policjantów, którzy przyglądali się tej scenie, stojąc w dyskretnym oddaleniu. Trwający w niemym zachwycie tłumek gapiów składał się wyłącznie z Murzynów i Mulatów. Wszyscy byli trochę brudni, dość obdarci i mniej lub bardziej zagłodzeni. Przystanąłem, żeby też popatrzeć. Japończycy uśmiechali się. Byli wyraźnie usatysfakcjonowani. Od czasu do czasu fotograf wchodził na aluminiową drabinkę i pokazywał modelom, że mają się bardziej przysunąć do tych wszystkich śmieci i gruzów. Chłopak i dziewczyna najpierw się krzywili ze wstrętem – to całe rumowisko musiało nieźle cuchnąć. Bohater Tropikalnego zwierzęcia odcina się od polityki, godzi się na pasożytniczą egzystencję. Wbrew anonsowi wydawcy, nie jest to powieść łotrzykowska, ani powieść o trudzie pisania powieści. Jest zwykłą, brukową książką pisaną dla pieniędzy, spełniającą niewybredne oczekiwania czytelnika.

A jednak warto zastanowić się nad rezygnacją pisarza z ambicji literatury wysokiej. Rozpiętość pojęć jest szeroka. Bierdiajew, za Boehmem i Swedenborgiem porównuje zwierzęta raczej do aniołów, ludziom do nich za daleko. Tropikalne zwierzę, tytułowy bohater o imieniu autora, Juan Pedro, to mający już od poprzedniej książki nie przekraczający pięćdziesiątki uwodziciel. Męskość to właściwie jedyna autentyczna wartość, broń, i ozdoba, jaką dysponuje. Przysłowiowe literackie pióro, twórczość, może się spełniać tylko dzięki i za przyczyną tej pierwszej aktywności. Ten budzący współczucie Casanova, godzący się na rolę utrzymanka i terapeutycznego zwalniacza szwedzkiej urzędniczki z rygorów i przesądów mieszczaństwa, dodaje sobie animuszu barwnymi, pornograficznymi opisami rozpaczliwych perwersj, będących zapewne zapłatą za trochę luksusu. Może właśnie najśmieszniejszy jest w powieści brak dystansu do wszelkich operacji męsko – damskich, do rewelacji seksualnych, gdzie kilkudziesięcioletnia rozwódka wchodzi w rolę niewinnej masochistki, a Juan Pedro podnosi temperaturę związku nowymi akcesoriami.

Podobnie jest przed wyjazdem i powrotem do Glorii, do kubańskiej kochanki, która posiada wszystko, by być jego kobietą w każdym możliwym sensie. Gloria pod presją życiową jest jedynie dziwką z Maleconu, kobietą zarabiającą ciałem na matkę, synka i na niego, jej utrzymanka.

Scheler powoli, systematycznie rozwikłuje skutki przyczyn resentymentu, fałszu międzyludzkich zachowań. Pisze o poświęceniu, które niejednokrotnie jest egoistycznym zadośćuczynieniem urazu, satysfakcji z możliwości poniżenia i przewagi. Polemika z obwiniającą chrześcijaństwo filozofią Nietschego z którym się zgadza w kwestii spustoszenia moralnego, rozgrywa się na płaszczyźnie ewangelicznego słowa. Pomoc drugiemu, to pomost rzucony jego wartościom, to wzmożenie jego afirmacji, a nie jak chce Nietsche, destrukcji.

I może tak się powinno czytać kontrowersyjne książki, powstałe z nie sprostania. Bohater Gutierreza zastaje, jak pisze Scheller za Maxem Weberem schedę po kalwińskim rygorze państw skandynawskich. To tutaj przez wieki uprawiano kult pracy dla Boga bez żadnej gratyfikacji rozkoszy. To tutaj ominięto wspaniałe osiągnięcia włoskiego renesansu na korzyść kościelnej manipulacji obietnicy i ascezy. Urzędniczka Agneta, podporządkowana rytuałowi sprzątania, punktualności w pracy, dbania o wybór żywności domniemanym potrzebom systemowi trawiennemu i wydalniczemu, a nie smakowi, opuszczona przez obrzydliwie bogatego męża, którego stać na nową kobietę, otoczona równie martwymi i nudnymi znajomymi, wchodzi z Juanem Pedro, alter ego pisarza w perwersje łatwo i chętnie w sprowadzony sobie z egzotycznych krain tani towar. Ale to właśnie ta kulturowa asceza powoduje wariactwo seksualne Szwedki, która przy wszelkiej dostępności przyjemności w jej kraju, nie może doświadczyć, gdyż, jak zauważa Scheller, praca nad zdobyciem środków do jej przeżywania, zabija umiejętność użycia. Szalejący w bazie dzikus, tańczący na wernisażu swoich obrazów salsę i z umiejętnością prostytutki stręczący bogate klientki do zakupu, doznaje natychmiastowego zmrożenia ze strony Agnety, która się zakochała.

I może nie trzeba już rozmyślać o tych wszystkich oczywistościach, których subtelne rewelacje Scheller pracowicie i proroczo wyjaśnia odnośnie państw sytych ich resentymentu do zniewolonych i w swoim człowieczeństwie sprofanowanych. Kochanka Szwedka, mimo, że zna Umberto Eco i wie, co potrzebuje dla rozwoju pisarz i artysta, zatrzyma się w swoim resentymencie jedynie na poziomie ofiary ze swojej kobiecości, odwracając kierunek prostytucji: Poznałam kiedyś Eco – mówi Agneta i pokazuje książkę na stole.-Tak? Kurczę, ty to masz znajomości! To fajnie. W efekcie wielkiej romantycznej miłości Szwedki Agnety pięćdziesięcioletni pisarz, wyeksploatowany seksualnie, pozbawiony czasu, wraca do swojej ojczyzny z marnymi 200 dolarami i ukradzionym pejczem. Wraca do swojej Glorii, do dostępności ciała kurczącego się wraz z jego taniością, wielością klientów i wzmożonymi kosztami życia na Kubie. Na wieść, że wielką miłość biednej szwedzkiej urzędniczki do spraw kultury stać na fanaberie odwiedzin kochanka Gloria proponuje: Jak tu ściągniesz tę Szwedkę, to jej znajdę czterech czarnuchów z ogromniastymi kutasami. Zerżną ją, a potem ją załatwią. Zabiorą jej wszystko: buty i ostatniego dolara. Wróci do Szwecji goła. I dygocząca z zimna. Ha, ha, ha! Tak, niech przyjedzie. Nie powiedziałeś jej, że czeka już tu na ciebie kobieta i że będziesz mieć z nią rodzinę? – Gloria, daj spokój. Opanuj się trochę. – Znam takich Murzynów, którzy chętnie się nią zajmą. Potem już jej do głowy nie przyjdzie, żeby wracać na Kubę.

Pisarstwo Gutierreza powstałe z zemsty nad wysoką szlachetną literaturą, pozbawione możliwości rozwoju i dostępu do światowej myśli intelektualnej, nie pogłębione, a jednak zawierające energetyczny potencjał twórczy, jest w konsekwencji tym, na co zasługuje: Mój przyjaciel przyznał mi się, że on i jego partner – taki dwumetrowy Murzyn, dżudoka i karateka, który pracował w nie pomnę już jakiej instytucji – często się masturbują, czytając niektóre fragmenty z brazylijskiego wydania „Brudnej trylogii o Hawanie”.- No dobra, ale dlaczego czytacie ją akurat po portugalsku? – Portugalski jest bardziej zmysłowy, to taki bezkostny język, jak powiedział kiedyś Pessoa.

Juan Perdo Gutierrez
Tropikalne zwierzę
ZYSK I S-KA 2005

Max Scheler
Resentyment a moralność
Czytelnik 1997

tropiki.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 6 komentarzy

Tu idzie młodość: Mirosław Nahacz

Patrzę na raz, patrzę na dwa, opatrzę tu, patrzę tam, nie ma nic, nie ma nic, srać się chce, wszystko pic. (cytat z książki)

Młodą literaturę w bibliotekach znajduje się po okładkach. Nie kupują dużo pozycji, wybiórczo, ale zawsze do domu coś można przynieść. Nikt i tak tego nie czyta, nikt nie wypożycza, w dalszym ciągu kobiety pytają o Grocholę, Chmielewską, mężczyźni o Ludlumy i Griszamy. Czasami Kingi. Z nimi jest łatwo, tylko Grocholi nigdy nie ma. Trzeba w zatłuszczonych zeszytach wpisywać, zgłaszać, śledzić kolejkę. Czekam, aż celebra zamówień, pożądań się konwencjonalnie dokona długopisem, z wpisywaniem nazwiska, z podkreśleniem linijką. To jest rytuał ręczny, nikt na takie intymności nie użyje komputera. Gdy to się dokona, trzymanego w ręce Nahacza wprowadzą do danych czytelnika. Potem uwolnią go od ładunku magnetycznego na specjalnej stolnicy, gdzie się książkę pieści, przewraca, aż jest gotowa opuścić bibliotekę. Aż nie wyda, po zamknięciu wahadłowych drzwi, żadnego, alarmującego dźwięku. Dzisiaj wyślę Emilowi do Chicago książkę. Kupiłam taniej, w podziemnym pasażu: „Rak płuc, ależ to bardzo proste”. Za tydzień: „Jak być idealnym pacjentem”. A za dwa: „Leki homeopatyczne uzdrowią każdego”. Wysyłam z „Tygodnikiem Powszechnym”, sąsiad prenumeruje go od pięćdziesięciu lat, jest po dziewięćdziesiątce, już nie widzi, ale chce pobić rekord wierności idei. Do tego przytułku, gdzie Emil zdycha na raka (w samotności się tylko zdycha), gdzie po następnej chemioterapii powiedzą mu wszystko, albo nic mu nie powiedzą (chce wrócić do pracy), a ksiądz polski, który go odwiedza, maltretuje religijną literaturą, też mu nic nie powie. Będę pisać następny, bezradny list, w którym nie napiszę, że nigdy nie paliłam papierosów.

Pamiętam Nahacza, kiedy jeszcze mieliśmy otwierany telewizor, siedział z poetką, taką też dziecięcą, Mueller, on dziecinny, nerwowy, ile wtedy wypalił? Chyba nikt nie palił tyle ile on, to był jakiś rekord palenia, jak w Chinach, są tam podobno zawody. Program zdaje się o literaturze, chłopak, młody, ciemne włosy, ładny taki, strasznie się przejmował. Dyskusja jak zwykle była idiotyczna, on coś powiedział, dwa razy się udzielił, tak, co to on powiedział wtedy? Czy mógł coś powiedzieć, jak cały czas palił?

Nie kupuję już kopert A4 z folią z bomblami, za drogie. Mam folię z opakowania kanapy z Ikei, podzieliłam już na prostokąty. Mam trzydzieści. Papier od Aćki, z ksero. Koperty kleję szybko, mam wprawę. Wyślę Emilowi trzydzieści książek do Chicago.

„Bombla” przeczytałam już dawno. Po Joyce, po mistrzu zamiany banału na złoto trudno przeczytać „Bombla”. „Bombel” jest zawsze tylko Bomblem, zwykłym spreparowanym prolem, produktem orwellowskiego „Roku 84”. Jak do takiego banału nie doda się głębi pisarza, to jest tylko banał. Ile ten Nahacz miał lat, jak napisał Bombla? Dwadzieścia? Źle, jak dzieci mają dzieci.

Może wysłać Ci Emilu coś z literatury pięknej? Literatura piękna jest nieskończonością. Co chcesz wyślę…Audiobooki czyta Zapasiewicz, wspaniale…

Bardzo brzydka okładka, straszna w kolorze, zęby bolą, głupia taka. Nie da się na dodatek czytać wnętrza. Nie da się czytać Nahacza. O czym to jest? Muszę przeczytać. Przecież nie wolno się poddawać. To nieuczciwe wobec autora. Pisał, czytam: Gładyszów 2003 – Warszawa 2005. Pisał 194 strony dwa lata. A mnie się nie chce czytać! Marsz do czytania, czytelniku!

Właściwie książka mogłaby się zmieścić w metaforze wynalazku Prawdziwego Zmieniacza Czasu, wymyślonego zabiegu nad książkami przez tytułowego Bociana. Paczka przyjaciół, Bob, Boku i Ampert, wrzucają do niego książki papierowe, które w kotle wynalazku zamieniają litery w mentalne historie, wnikające dzięki pozyskiwanymi z aptek substancjami w jaźń bohaterów. Ilustracja dekonstrukcji literatury w totalną destrukcję i bezsens, sprowadzonej do bełkotu, majaku i bredzenia narkotycznego. Niestety, wynalazek, mający może wielkie możliwości edukacyjne młodego literata ginie w sprawdzonej i łatwej sztuce palenia papierosów. A to, że ta sztuka jest priorytetowa i autor porusza się w tym obszarze jak ryba w wodzie, świadczy kilkadziesiąt stron, gdzie albo się paliło, albo będzie palić, równocześnie paląc. Np str. 60: Fajka oderwała się od dłoni, a dym był już poza mną. Widziałem, jak unosi się ponad moją głową, najpierw jeszcze biały, a potem czarny, taki sam jak noc; str. 68: Wydawało mi się to nieprawdopodobne, że zapaliłem jeszcze jednego, mocno się nim zaciągnąłem, wciągnąłem cały dym do środka; str. 73: Dwóch facetów pali papierosy. Patrzą na siebie. (…) BOHATER: (koniecznie wypuszcza dym z fajki). Dlaczego ja cię właściwie gonię? KOLEŚ: Zaciąga się papierosem, mówi na wydechu. Powiedziałeś, że mnie znasz; str. 79: Masz fajkę, boby się zapaliło, a jak masz, to daj ognia, a wiem, że masz, bo śmierdzi od ciebie i ci wystaje. Wyciągnąłem do niego paczkę fajek, na której czarny kolor ustępował czerwonym literom. Nie rozumiałem ich znaczenia: „Papierosy ekstra gratis”; str. 81 Podałem mu zapalniczkę i dopiero zorientowałem się, że nic jeszcze nie powiedziałem, było cicho, nie złamali mnie nawet policjanci; str. 84 Gdybym przesunął kosz na śmieci, ustawiony w pozornie przypadkowym miejscu, (właśnie kiepowałem w nim fajkę), prawdopodobnie wszystko, co widzę, zaczęło się rozklejać; str. 85: Wyciągnąłem paczkę papierosów, potem fajkę, która w miejscu, gdzie zazwyczaj widnieje marka, miała dziwny napis, który udało mi się odczytać. Wszystkie papierosy miały logo jak z tandetnej walentynki. Serce przebite strzałą. Zaciągnąłem się dymem i zaraz po tym coś mnie zapiekło (…) str. 94: Fajki się kończyły. Poczęstowałem go, a on pokiwał głową, co wyglądało, jakby pokiwał całym ciałem. Niestety, zdawało się, że romantyczny kochanek w pogoni za Lolą przestanie chociaż palić. Ale Lola, “która zamiast twarzy ma czarne miejsce z dwoma bielmami oczu i głowę nakrytą kapturem” jak na nowoczesną kochankę przystało, też jara: str.185: Nawet nie wstałem, żeby się umyć, wstałem, bo chciałem, żeby był taki moment, kiedy naga Lola leży w łóżku, jara szluga i patrzy na mnie, kiedy staje w oknie, próbuje zapalić papierosa, ale zapałki ciągle gasną.

Lepiej przeczytam recenzje. To polski Hrabal! To polski Jerofiejew! To polski Celine! To polski Płatonow! To polski Bukowski! To polski Pynchon! to polski Burroughs!

Mirosław Nahacz
Bocian i Lola
czarne 2005

stanie_na_rekach.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

Pankowski

Come back Pankowskiego, niepokojący, jak zauważył Robert Ostaszewski w “Tygodniku Powszechnym” jest o tyle, że w konotacji literatury gejowskiej na zawsze pozostanie. A przecież trudną i oryginalną literaturę Pankowskiego, jak podkreślają niemal wszystkie o nim opracowania i artykuły, trzeba rozpatrywać w kontekście nie obyczajowym, a artystycznym.

Pankowski, przede wszystkim pierwszorzędny poeta, ryzykownie wprowadza w nowoczesną powieść różne elementy poezji, tworząc jej strukturę świetlistą i bardzo piękną, co równocześnie czyni odbiór nie zawsze czytelnym i łatwym, a niejednokrotnie burzy jedność tekstu. Mimo tego „Rudolfa” czyta się z ulgą. Wydany został obecnie przez wydawnictwo, którego dotychczasowe książki przypominają garaż otwarty w obie strony, gdzie wszystko na przeciągu wywiewa, a czytelnik skonfundowany i przestraszony nie ma już żadnej nadziei.

Nadzieja inkarnacji prozy poszukującej, próbującej opowiedzieć o świecie językiem artysty, a nie policjanta czy urzędnika, szkoda, że rezonuje jedynie na witrynach gejowskich, które pracują wybiórczo nad doznaniami międzyludzkimi.

„Rudolf”, jak wierzyć autorowi, powstał w wyniku autentycznego spotkania Niemca pederasty z autorem, profesorem uniwersytetu, na ławce w Brukseli, łączy wspólny, polski język. Język też jest bohaterem powieści, który dla opowiedzenia tych dwóch przeciwnych, paradoksalnie symetrycznych światów, sięga po wielowarstwowe techniki pisarskie najlepszych polskich artystów. I tak wyraźny wpływ Gombrowicza z „Transatlantyku” przeplata się z chłodem i patosem Wyspiańskiego, by rozszaleć się w opisach seksualnych orgii Leśmianem.

Dialog, mający ciężar niemal mannowskich dywagacji z „Czarodziejskiej Góry”, toczący się w czasie spotkań i w listach poprzez opis, perswazje (o wyższości męskich mięśni nad sflaczałym, kobiecym tłuszczem), pokazywanie (numer obozu koncentracyjnego kontra tatuaż), to nie tylko walka kultury z naturą. Niepokojący moralnie Niemiec (scena zabawy seksualnej z rodzeństwem kilkunastoletnich chłopczyków) odmalowuje świat ciała pociągająco i przekonująco. Nietzscheańskie, dionizyjskie nakazy powrotu do czerpania witalności z przeżyć seksualnych, odebranych przez kulturę chrześcijańską, stłamszony wymiar człowieka z jego fizjologią, możliwością poszerzenia rozkoszy, uzmysławiają siedemdziesięcioletni Niemiec Polakowi, co traci. Polak traci smak Olka, a przede wszystkim arabskiego chłopca Yazyta, z którym kochać się, to nieśmiertelność. I, gdy Polak napisze jego imię na grobie Rudolfa, którego łakomstwo nad zachwytem chłopięcych ciał nie pokonało trzeciego zawału, oprócz sentymentu, nic się nie wydarzy. Zdemaskuje jedynie, spuentuje los przedstawiciela hedonizmu, wolności i zwolennika seksualnej transgresji. Wściekły sprzeciw wdowy na bezczeszczenie grobu napisem uświadomi, że ten wolny zwolennik życia według przez siebie ustalonych reguł ukrył przed swoim interlokutorem rzecz najważniejszą: od lat żyje w konwencjonalnym, mieszczańskim związku ze ślubną żoną.

Jerzy Giedroyc, wielokrotnie drukujący Mariana Pankowskiego w „Kulturze”, napisze w 1960 roku jednym z listów: Wydaję teraz opowiadanie Leo Lipskiego „Piotruś”, które będzie, przypuszczam, wielkim skandalem. Jest to książka obsesyjnie seksualna i Zosia odmówiła korekty. O ile jednak odmówiłem wydania Pankowskiego, o tyle tu, czuję wielki talent. Na co Bobkowski odpisał: Nie jestem zachwycony wydaniem książki Leo Lipskiego, skoro Zosia odmówiła korekty. Zosia nie jest purystką i „pure”(chyba, że jej nie znam), więc chyba to musi być bardzo mocne. To do mnie nigdy nie przemawiało, choć z natury jestem “ostrojebiec”. Uważam jednak, że czysty seks i tylko seks to temat do opracowań lekarskich, nie w sztuce. Czysty seks bez uczucia to zwyczajne pierdolenie, czyli w sumie świństwo. To każdy potrafi. Robienie z tego literatury to może być efektowne, ale nadaje się do czytania w poczekalni burdelu. Seks jest ważny, kutas i dupa to oś i łożysko, na którym obraca się kula ziemska, jak mawiał mój ojciec, ale nie widzę powodu przeszczepienia tego do sztuki.

Jak widać, po pół wieku literatura polska przeszła ewolucję w odwrotnym kierunku i żadne Zosie niczego nie powstrzymały. ha!art drukuje Pankowskiego nie z powodu sztuki.

Marian Pankowski
Rudolf
ha!art 2005

figa.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 8 komentarzy

Tu idzie młodość – Maciek Miller

…Ponadto kazaliśmy sobie czyścić buty, a mianowicie małemu Włochowi ze Smyrny, którego mianowaliśmy Professore tej sztuki, podczas gdy do jego kolegów po fachu zwracamy się jedynie per Dottori…

Ernst Junger

„Pozytywni” są debiutem lekarza, zdecydowałam się umieścić kilka słów o tej książce w cyklu „młodość”, może ze względu na wiek bohaterów. Powieść jest niekwestionowaną przedstawicielką uniwersalnej literatury głupiej i nijakiej. Pastwić się nad tą książką winno się ze względu na temat choroby i śmierci, obszaru zarezerwowanego kulturowo dla pokus literacko ambitniejszych. Zdumienie i bezradność wobec literackiej roboty doktora nauk medycznych, widocznie źle opłacanego zawodu, skoro musi się prostytuować piórem, nieporadnie i miejmy nadzieję, daleko gorzej, niż zawodem przez niego na co dzień wykonywanym, o tyle niepokoi, że wszystkie źle opłacane zawody nagle będą chwytały za pióro, a korporacja ha!artu, w ramach społecznej niesprawiedliwości pomocy uciśnionym, książki będzie szlachetnie wydawać.

Bohater Zbyszek po trzydziestych urodzinach, które są dla niego klęską starości, po nagłej zmianie preferencji seksualnych (jak zwykle w klozecie), nagle pojawia się na oddziale intensywnej terapii doktora Kokardy, z diagnozą AIDS. Prowadzi wewnętrzną rozmowę z Żabką, do końca niezidentyfikowanym co do płci i gatunku biologicznego idealistycznym obiektem marzeń uczuciowych, najprawdopodobniej stworzonym w miejsce dwudziestotrzyletniego Roberta, który nie zarażony, nie chce na przepustce, widać z braku miłości, dzielić ze Zbigniewem łoża. Obok dywagacji moralnych, szerokie tło bardzo świeżych aktualności: śmierć papieża, wybór prezydenta, charakterystyki polityków, które bohater zna z nudy szpitalnego, nigdy nie wyłączanego telewizora, bądź wspomnień bywania w restauracjach i na bankietach warszawskich elit (dokładnie niesprecyzowanych, ale chyba artystycznych). Obyczajowość czasów bohatera, to głównie celibat katolickiego kleru ze wspomnień szkolnych i relacji szpitalnej chorego biskupa Arcy. Z niebywałych rozmiarów „szatanem” jednego z księży Zbigniew zapoznaje się jak zwykle w klozecie.

Jeśli czytelnik po oddaniu czasu lekturze nie zapłacze nad bezpowrotnie utraconym, to może neurotycznie poszukać go i odzyskać w niezbędnych mu informacjach. Na przykład takiej, że majtki determinują wartość człowieka, jego gust i wyrafinowanie. Ich krój i kolor mają kolosalne znaczenie dla obu płci, ale bardziej dla mężczyzn. Zbigniew uczucie miłości inwestuje w własne majtki, co podważa wszelką wiedzę seksuologów na temat fetyszyzmu. Kocha bokserki białe i tylko firmy Calvin Klein. Nie tylko wygoda lokalizacji uczuć wyższych jest realna. Również prestiż społeczny. Była żona Zbigniewa, Dorota, która wyrozumiale rozwodzi się z nim z powodu jego właśnie zrodzonego afektu do narzeczonego jej matki, pokazuje akt Zbigniewa, namalowany w okresie narzeczeńskim właścicielowi galerii paryskiej. Ten, zachwycony, karze sobie pokazać obrazy artystki trzymane pod łóżkiem w małym studiu mansardy w Paryżu, którą artystka dzieli z nieudanym grafikiem Patrykiem i wzbudza nimi zainteresowanie najważniejszych kół artystycznych we Francji. Podobnie los salowej Wandy, wygrywającej w totolotka milion, kobiety z ludu, a więc pełnej empatii i najszlachetniejszych uczuć. Ona to funduje w ramach łagodzenia nieszczęść na świecie wypad pacjentów szpitala w tropiki, a potem filantropijnie opiekuje się domem dziecka, nosząc wypchane zabawkami siatki.

Nawet, jeśli są to przedśmiertne rojenia chorych ludzi na nieuleczalną chorobę, trudno nie wzbudzić podejrzeń, że autor pod pretekstem literatury pięknej aspiruje wyżej, czyli do scenariusza telenoweli. Zdaje się, że daleko mu jeszcze do naszych wyśmienitych polskich seriali. Może jedynie liczyć na razie na miejsce w kanonie polskiej literatury pięknej uaktualnionej przez Pawła Dunina – Wąsowicza w najnowszej “Lampie”.

maciek miller
pozytywni
ha!art 2005

pucybut.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 6 komentarzy