Życie zewnętrzne literatury, czyli plotka

Więcej łez wylano z powodu spełnionych życzeń, niż z powodu niespełnionych
Święta Teresa z Avilla

Film przedstawia Trumana Capote w czasie pisania z „Zimną krwią”. Wszystko co do tej pory pisarz napisał, zdobył codziennym ćwiczeniem, wyedukował u swojego o 25 lat starszego kochanka, który był dla niego Harvardem i Yale, jest już w gestach pewności siebie. Aktor odtwarza pisarza perorującego w splendorze nowojorskich salonów artystycznych. Błyszczy, jest akceptowany i najważniejszy. Wielkie są sceny obustronnego wzruszenia, gdy w szczelnie wypełnionej czytelnikami sali, wśród zamarłej z zachwytu publiczności czyta fragmenty „Z zimną krwią”, by już niedługo, drżący z przerażenia, leżeć w łóżku w zupełnej apatii, głuchy na telefoniczne prośby o uczucia czekającego w celi śmierci na wyrok mordercy.

Reżyser uczynił bohaterem filmu o pisarzu materię jego twórczości, która moralnie nie może sprostać artystycznej potrzebie twórcy. Jest w filmie pytanie o koszty, o zwyczajną, międzyludzką przyzwoitość. I niepokojąca odpowiedź, że bez tej kontrowersji arcydzieło by nie powstało.

Truman Capote, wielki przeciwnik kary śmierci nie kiwnie palcem, by młodych, utalentowanych, skrzywdzonych społecznie bandytów nie zabijano. Patrzy na egzekucję z obowiązku zawodowego. Właśnie doświadczenie tych egzekucji, gdy wiszące ciało skazańca cierpi jeszcze przez piętnaście minut od momentu powieszenia, chcąc złapać oddech, będzie mimo narkotyków i alkoholu torturować go bezsennością aż do śmierci. Capote, jak zapowiada film i potwierdza biografia artysty, nie stworzy już nic znaczącego. Ostatniej książki „Answered Prayers”, której myślą przewodnią są słowa Świętej Teresy, artysta już nie sfinalizuje.

Truman Capote zawsze chciał być Proustem dwudziestego wieku, dowodząc, że wszystkie arcydzieła, od krypto-kazirodczych opisów małej dziewczynki w „Alicji w krainie czarów” po donosy na swoich przyjaciół w „Poszukiwaniu straconego czasu” to tylko plotka. Plotka, zbudowana zawsze na fikcji, prawdziwsza od prawdy.

Plotkę gromadził Capote przez 6 lat w więzieniu stanowym, jak widzimy w scenie filmu, przekupując dyrektora. Wallenrodyzm pisarza, pełnego odrazy i pozornie zaprzyjaźniającego się z młodym mordercą w celi śmierci dla pozyskania jedynie intymnych szczegółów do swojej książki jest może tym psychicznym cierpieniem, które rodzi perłę literatury: „Z zimną krwią” czytane po pół wieku od jej wydania w dalszym ciągu zachwyca. Pisane zimno i równo, przypomina średniowieczne malarstwo, pełne szczegółów, z pietyzmem pochylanie się nad każdym centymetrem płótna z taką samą troską i uwagą. Tam wszystko jest niewinne i boskie, dramat rozgrywa się w sposób grecki, bezradność osób uczestniczących w kaźni, ofiar i katów zawiera nostalgię bezsilności. Od podtekstu moralnego i społecznego, który nadano powieści w czarnobiałym filmie z 1967 roku, utwór jest wolny. Truman jest tutaj posłuszny wewnętrznemu wezwaniu nieobecności autora w dziele. Przeźroczystość tej prozy, jej destylacji do niezbędnego minimum wyboru znaczących scen, syntetyzujących dziennikarskie fakty w domniemania pozwalające czytelnikowi na mentalne współtworzenie będzie jego wielkim artystycznym odkryciem.

Jednak ta zdobycz przemiany dokumentalnego banału na materię sztuki nie sprawdzi się, gdy obsypany pieniędzmi, zaproszeniami na wyrafinowane salony nowojorskiej society zamieni słaby społecznie (ludzie marginesu) model do portretowania na silny, żądny jedynie pochlebstw establishment . Ten niedawno jeszcze ledwie chłopak na posyłki, goniec w New Yorkerze wejdzie w świat politycznych elit i show biznesu, stanie się jednym z nich. Drzwi, które żmudną pracą rozwijając swój literacki talent otworzyły się, a on zwiedziony pozorem zdobytej przyjaźni możnych tego świata pozwoli sobie na więcej, niż mu wskażą, po kolei będą się zamykać, pozostawiając sądowne procesy o obrazę, a pisarz, zachowując twarz, do końca, do śmierci w wieku 60 lat będzie udawał swoje zwycięstwo.

Dowcipny dla przyjaciół, złośliwy dla wrogów, zmiesza świat realnych i literackich portretów, Capote, fizyczny kurdupel i gigant amerykańskiego świata sztuki, w licznych wywiadach da zawsze świadectwo indywidualnej oceny epoki, w której żyje, zawsze odważnie zaświadczy swą niezależność od społecznych nacisków i da dowód wewnętrznej wolności. Odda hołd osobowościom, które uwielbia: Fred Aster, Greta Garbo, Elizabeth Taylor, Malcolm Lowry, Humphrey Bogart, Billie Holiday, Montgomery Clift, Colette, Marlon Brando, John Lennon, Charlie Chaplin, Diane Keaton, Andy Warhol, David Hockney, Francis Bacon, Elvis Presley, Marilyn Monroe, Karen Blixen, John Fowler, Tennesse Williams, Władimir Nabokov, Elizabeth Bishop, Marianne Moore, Oskar Wilde, Yukio Mishima, Virginia Woolf, Graham Green, Gabriel Garcia Márquez, Marcel Proust, Gustave Flaubert.

Z całą furią potępi Williama Seward Burroughs’a, Jamesa Deana, Jacqueline Onassis, Meryl Streep, Jane Fondę, Yoko Ono, Boba Dylana, Micka Jeggera, Roberta de Niro, Gore Vidala, Henry Moore’a.

O Georgii O’Keeffe powie:

Knot, knot, knot. Nie dałbym złamanego grosza, żeby móc splunąć na jej obraz. A poza tym jest beznadziejna jako człowiek. Znam ją.

Jest taka arogancka, taka pewna siebie. Jestem pewien, że w torebce nosi wibrator.

O Bernardzie Malamudzie, i Saulu Bellowie, i Philipie Roth, i Isaacu Bashewisie Singerze, i Normanie Mailerze: to bardzo dobrzy pisarze, lecz nie są jedynymi pisarzami w kraju, jak usiłuje to nam wmówić żydowska mafia literacka.

Faulkner: nie był stylistą. Faulkner popadł w pewien niechlujny styl, nad którym nie miał prawdziwej kontroli. On pisał o czymś. Treść była jego mocną stroną. Przyjął pewien styl, lecz stało się tak przez pomyłkę i nie był to dobry styl.

A co powiesz o Dostojewskim? Ten zdawał się skupiać na treści. Nie nazwiesz go chyba stylistą? Nazwę. Nazwę go beznadziejnym stylistą.

A co powiesz o Gertrudzie Stein. Znałeś ją?

Nie. Znałem Alicję Toklas.

A co sądzisz o nich obu?

Sądzę, że stanowiły znakomity duet. Taki Pat i Pataszon. (Śmiech.)

A co sądzisz o Stein jako pisarce?

Podobała mi się jej książka o Alicji. Jednakże co do reszty… „Jestem kupą gówna, jestem kupą gówna, jestem kupą gówna…” (Śmiech.)

Na temat Thomasa Pynchona? Upiorny.

A Ken Kesey? Cóż, też jest martwy. To znaczy, napisał tylko tę jedną książkę. Padł ofiarą tego samego… Jack Kerouac? O czym ty mówisz? To jakiś ponury dowcip. Czytałeś W drodze? Oczywiście, czytałem. Ta książka zapoczątkowała pewną erę. Wolne żarty

Camus? Nie sądzę, by Camus — mimo całej mojej osobistej sympatii dla niego —miał być pamiętany. Czy Sartre, czy — Boże uchowaj! —Simone de Beauvoir.

Lubisz Borgesa? Jest zbyt podrzędnym pisarzem. Jest bardzo dobrym pisarzem, lubię go, ale jest bardzo podrzędny.

Jak oceniasz Gore Vidala jako pisarza? Nigdy nie napisał powieści, którą dałoby się przeczytać, może z wyjątkiem Myry Breckinridge, którą da się przekartkować. Jest to jego jedyna książka, która nosi jakiś ślad oryginalności. Jego powieści są niewiarygodnie złe. Jego eseje za to są, ogólnie mówiąc, całkiem niezłe. Zwłaszcza jeżeli nie darzy kogoś zbytnią nienawiścią, wtedy są naprawdę dobre.

Och, Saul Bellow to żaden pisarz. On nie istnieje. Podaj mi choć jeden przykład książki Bellowa, którą w jakikolwiek sposób się pamięta, choć jeden rozdział, który się pamięta.

A co powiesz o kimś tak płodnym jak Joyce Carol Oates? Ona jest istnym monstrum dowcipu, które powinno zostać ścięte w jakiejś hali widowiskowej(…) To ona jest autorką graffiti we wszystkich publicznych szaletach stąd do Kalifornii i z powrotem, z przystankiem w Seattle! (Śmiech.) Jest dla mnie najbardziej obmierzłą istotą w Ameryce.

Co sądzisz o Johnie Updike’u, innym potencjalnym laureacie Nobla? Jestem pewien, że nim zostanie. Nienawidzę go. Nudzi mnie w nim dokładnie wszystko. Jest jak kropla rtęci, którą kładziesz na dłoni i próbujesz utrzymać, a ona toczy się to w jedną, to w drugą stronę i nie możesz jej uchwycić, przepływa ci między palcami, a ty zastanawiasz się, o co w tym wszystkim chodzi. Tak już jest zmanierowany. Istnieje coś takiego jak styl i istnieje ktoś taki jak stylista. Siebie uważam za stylistę. A on jest tylko zmanierowany, nie ma żadnego stylu, ponieważ to coś nie jest nawet jego wymysłem. Chodzi o to, że u niego wszystko jest jakieś pokręcone. Aż słychać, jak ciężko pracuje słownictwo, to się tak narzuca, że kompletnie tracisz kontakt z fabułą, bo cały czas jesteś świadomy, jak on zakręca te zdania, jak nienaturalny jest rytm i rym — według niego ma to dać specjalny efekt, a według mnie całkowicie uśmierca jego pisarstwo. I tak to odbierałem od pierwszej chwili, kiedy tylko sięgnąłem po „Jarmark domu ubogich”. W momencie, kiedy przeczytałem tę książkę, zrozumiałem, co jest nie tak z jego pisarstwem i nigdy ani na jotę nie zmieniłem zdania. A on przez cały czas tylko to rozbudowuje i zagęszcza. Powiedziałem mu, jak bardzo nie cierpię jego pisarstwa.

Lubiłeś Eugenea ONeilla? Szczerze mówiąc, uważam, że był beztalenciem.

Nazwałeś kiedyś W. H. Audena dyktatorskim sukinsynem. On był dyktatorskim sukinsynem. To był tyran.

Gide? Cierpiał na naprawdę ciężki przypadek satyriasis.

Andy Warhol? Hm, wywarł ogromny wpływ na ogromną liczbę ludzi. Kiedy był dzieckiem, miał bzika na moim punkcie, a kiedy był w średniej szkole, pisywał do mnie z Pittsburga. Kiedy przyjechał do Nowego Jorku, wystawał pod moim domem, po prostu wystawał tam całymi dniami, czekając, aż wyjdę. Chciał się ze mną zaprzyjaźnić, chciał ze mną porozmawiać, chciał do mnie przemówić. Doprowadzał mnie do szału. Ale bywało wielu podobnych obsesyjnych natrętów.

Na przykład? W wydawnictwie Random House była pewna sekretarka, która miała na moim punkcie obsesję. Codziennie wysyłała mi kwiaty. Stała się tak natrętna i tak uciążliwa, że poprosiłem Random House, żeby coś z tym zrobili. Przyłaziła i wystawała pod moim domem. W tej chwili też mam jednego takiego, jest stosunkowo nowy, od jakiegoś roku. Ale ten przynajmniej nie mieszka w okolicy. Jest w Teksasie. Pisuje do mnie jednak dzień w dzień.

Czy kiedykolwiek mu odpisałeś? Nie.

Nie za bardzo, zdaje się, przepadasz za dwoma z najważniejszych artystów w tym kraju, Jasperem Johnsem i Robertem Rauschenbergiem?

Nazywasz ich artystami? Nie zapłaciłbym dwudziestu pięciu centów ani za obraz Rauschenberga, ani Jaspera Johnsa. Zwłaszcza Jaspera Johnsa. Mam jednego Rauschenberga, ale to prezent od kogoś. Jest w graciarni. Cześć, Bob!

Duchamp: jest mi absolutnie obojętny. Gdyby tutaj, na naszych oczach, przejechał go samochód, nie kiwnąłbym palcem, żeby pomóc zbierać jego kości.

Są ludzie, których wypaliłbym z mego życia lutownicą.

Capote
Reżyseria: Benet Miller
Scenariusz: Dan Futterman
USA 2005

Truman Capote
Spełnione życzenia. Niedokończona powieść
przełożyła z angielskiego Joanna Jabłońska-Bayro
Prószyński i Ska 2000

cytaty zaczerpnięte z Lawrence Grobel „Rozmowy z Capotem”
Rebis 1997

plotka.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Życie seksualne literatury

 

all you need is love

The BeatlesD.H. Lawrence, jak każdy geniusz, tworzył bezustannie (3000 słów dziennie), ogromna produkcja literacka pisana do ostatniej niemal chwili życia, spolszczona w niewielkim ułamku, jest zrozumiała dopiero dzięki kluczom danym czytelnikowi poprzez biografie i listy. Dzisiejsza popularna praca o D.H Lawrence, napisana po wielkiej ilości cały czas ujawnianych dokumentów, od momentu, kiedy przedwczesna śmieć 44 letniego pisarza spowodowała, że większość, którzy go znali, chwytali za pióro, przybliża nam go tak, jak na XXI wiek przystało. A więc już na początku bohaterem książki staje się narząd płciowy pisarza, którego celebrację, apoteozę i autoerotyzm rozszyfrowują młodzieńcze wiersze (Twa wieżyca mierzy w nicość). Ceny kondomów, utrata dziewictwa – przysługa koleżanki użyczającej mu ciała, to szczegóły, mające kłopotliwość seksualizmu uzmysłowić czytelnikowi zaznajamiającemu się właśnie z jednostką wybitną.

Tak przyprawiony pisarz i podany czytelnikowi na talerzu dzięki komputerowej możliwości szybkiego wniknięcia w treść bogatej korespondencji i dokumentów, których żaden biograf poprzedniej epoki nie był w stanie fizycznie spenetrować, daje efekt medycznego preparatu. Mimo wszystko, plotkarski ton cudzej intymności poszerzony o intymność wielkich nazwisk epoki, daje przy braku artyzmu efekt rzetelnie wykonanej pracy. I tak dowiadujemy się, że mąż kochanki Bertranda Russella przyzwala na współżycie z Lady Ottoline, byleby nie dotyczyło to nocy. Indianin Tony ma romans z Georgią O’Keeffe. Ostatni kochanek Friedy ujawnia się przed swoją śmiercią w latach dziewięćdziesiątych.

Swoboda seksualna artystycznych kolonii i miejskich cyganerii – do których Lawrence’owie, mimo, zarzekań, że poszukują jedynie miejsc dziewiczych i samotnych, zawsze trafiali – poprzedziła epokę Baetelsów. Lata sześćdziesiąte przyniosły definitywne uwolnienie „Kochanka lady Chatterly” z zakazu upowszechniania go w Anglii, a przed śmiercią w 1930 roku Lawrence powie młodemu pisarzowi, że jemu powinni dziękować za wolność, którą się cieszą, ale nie potrafią z niej skorzystać.

Literatura Lawrence to efekt artystycznego przekazu Nietzschego, przesłania dionizyjskiego priorytetu w człowieku, dotyczącego seksualnego determinizmu. Mimo dzisiejszych protestów feministek przeciwko męskiej dominacji w każdym miłosnym związku, który wyznawał powtarzając słowa Zaratustry, w dalszym ciągu jego odkrycia psychologiczne tej sfery ludzkich zachowań analizowane w twórczości są zdumiewająco aktualne. Okrucieństwo jest formą wypaczonego seksu”, a masturbacja to „najgłębiej sięgający i najniebezpieczniejszy rak naszej cywilizacji. W eseju “Pornografy and Obscenity” jest odpowiedź na pamiętne zżymanie się Stanisława Lema na bliskość systemów wydalniczego i rozrodczego w organizmie ludzkim. Lawrence wyjaśnia: Funkcje seksualne i wydalnicze ludzkiego ciała działają blisko siebie, by tak rzec, krańcowo różne w ukierunkowaniu. Seks jest przepływem twórczym, a przepływ wydalniczy prowadzi do rozpadu… W prawdziwie zdrowej ludzkiej istocie rozróżnienie między tymi dwoma aspektami następuje natychmiast (…) Jednak w zdegenerowanej istocie ludzkiej głęboko obumarły instynkty, a te dwa przepływy zlewają się w jeden. Na tym polega tajemnica osób naprawdę wulgarnych i pornograficznych: przepływ seksu i wydalin to dla nich jedno… stąd seks jest plugawy, a plugawość seksualna, każdy przejaw seksu w kobiecie staje się pokazem tej plugawości.

Co robić, gdy ciało domaga się zaspokojenia, którego zadania i roszczenia są bardziej kategoryczne niż dusza? obyczajowość zmuszała mężczyzn do korzystania z płatnego seksu lub przychylności mężatek, a sodomia w czasach de Sade’a, jedyny skuteczny środek antykoncepcyjny, za Lawrence’a w Anglii podlega karze dożywotniego więzienia nawet w ramach małżeństwa. Na zawarcie małżeństwa potrzebne były pieniądze, których młody człowiek zazwyczaj nie miał: Pragnienie monogamii tkwi głęboko w nas… Jest wciąż prawdą, że mężczyzna i żona są jednym ciałem. Mężczyzna samotny jest fragmentaryczny – podobnie kobieta. Pełnią jest małżeństwo. Ale małżeństwo państwowe jest kłamstwem.

Powtarzając za Nietschem niczego nie tłumić, cudzołóstwo staje się ślepym zaułkiem. Odejście od idei małżeństwa, czego bronili Wiliam Blake, Jane Austin, Charlotte Bronte, czyli wzajemnego zaufania, Lawrence formułuje bardzo enigmatycznie. Wraz z wyzwoloną od zahamowań żoną Friedą dochodzili do wniosków, że liczne samobójstwa i śmierci poetów (niejednokrotnie spowodowane ewidentna chorobą, jak gruźlica) były na tle seksualnym.

Zgodnie z maksyma Lawrence’a, że ludzkie doświadczenia są własnością ludzkości, biografia niewiele różni się od treści przytaczanych utworów w których pisarz nie waha się pomieścić wszystkiego, czego on i jego otoczenie doświadcza. “Nie wnika w drugiego człowieka i nie prowokuje jego zwierzeń, by go potem wykorzystać, ale dla autentycznego poznania”, jak dowodzi biografka. Lawrence beztrosko portretuje otoczenie nie wysilając się na zmianę nazwisk, niewiele przejmuje się gdy ono odnajduje się w opisie, buntuje się i wygraża. I są to pełne przenikliwej psychologii niesamowicie piękne opisy erotycznych związków międzyludzkich.

Barwne i dynamiczne są dzieje Lawrence’a od dwudziestego szóstego roku życia, czyli od momentu, jak niemiecka arystokratka, Frieda von Richofen Weekley, matka trójki dzieci zaraz po poznaniu pisarza wskakuje mu do łóżka i pozostaje w nim aż do jego śmierci. Ironiczna jest zapobiegliwość jej męża – rogacza, który jak Annie Kreninie, odbiera sądownie możliwość widywania dzieci do ich pełnoletniości, by uchronić je przed demoralizacją matki. Zafundowana przez Friedę dorosłej córce Barby kuracja z młodego, opłaconego Włocha, który w ramach leczenia depresji miał codziennie zaspakajać ją seksualnie, jest paradoksem nie literatury, a życia.

Po suchotniczej śmierci Lawrence’a Frieda wszystkie oskarżenia o rozwiązłość i krytykę ich małżeństwa odparła: Kapelusze z głów przed naszym związkiem! Stwórzcie taki sam, jeśli potraficie!

Czytając obfite relacje świadków z ich kłótni i bijatyk, zwracania się do siebie w ordynarnych słowach, inicjowania równoległych romansów, trudno pionierom swobody seksualnej pozazdrościć.

Pięćdziesięciodwuletnia Frieda Lawrance z kochankiem, włoskim kapitanem, sympatykiem Duce, poznanym w czasie umierania męża, po wywalczeniu w sądzie praw autorskich, wraca na Rancho Kiowa do Nowego Meksyku, do miejsca, do którego Lawrence tęsknił i przed śmiercią nie mógł z powodu choroby już dotrzeć. Jej przyjaciółka, Dorothy Brett, tak to opisuje: to, że Lawrence został przez nią schwytany, było jego wielka tragedią [sic], to zaś, że pierwej by umarł, niż zdradził swoją młodzieńczą namiętność, było jego skrajną głupotą, ale wiedząc to, co mi opowiedziała ona sama, dziękuję Bogu, że Lawrence jest już poza zasięgiem bólu i szponów tej starej ulicznicy. Takie skoki robiła przez całe życie, ze swoim pierwszym mężem i prawdopodobnie z Lawrencem, kiedy wyjeżdżała bez niego do Niemiec lub gdzie indziej. Czym jest więc miłość? Jeśli kobieta najpierw stoi za mężczyzną z maczuga i tłucze każdego, bez względu na pleć, kto się znajdzie w zasięgu jej rażenia, a teraz, jak mówi, zalewa się łzami po krzakach z żalu za tymże zmarłym mężczyzną, by po nocy dokazywać z el Capitano, to ja się pytam: czymże do cholery jest miłość?

Do dzisiejszych atrakcji turystycznych w Nowym Meksyku należy w nieprawdopodobnym krajobrazie pustyni Kolorado Plateau ograniczonej górami o nazwie Sagrie de Cristo, gdyż góry o zachodzie słońca oblewają się krwią, rancho Lawrence, dzisiejsza własność Uniwersytetu w Nowym Meksyku, niedaleko rancha Ghost Georgii O’Keeffe

Brenda Madox
D.H. Lawrence mężczyzna żonaty
przełożył z angielskiego Lech Niedzielski
Twój Styl 2006

David Herbert Lawrence
Listy przełożyła
z angielskiego Krystyna Stamirowska
Wydawnictwo literackie 1984

seks.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Literatura moralnego niepokoju

“wszystko co żywe jest święte
Willam Blake
Podejmowana w literaturze młodych pisarzy tematyka pracy w konsekwencji zmian ustrojowych w Polsce analizowana dokładnie przez Kingę Dunin niewiele ma wspólnego z takim zjawiskiem, jak np. kino moralnego niepokoju. Środki artystyczne, mające poruszyć sumieniem odbiorcy, a nawet wpłynąć na bieg wydarzeń historycznych polskiej kinematografii lat siedemdziesiątych zastosowane w dzisiejszej literaturze są nieme. Czytam bez współczucia o heroicznym urzędniku bankowym, któremu nie podobają się koleżanki urzędniczki, o roznosicielu ulotek, czy bohaterce po studiach szukającej pracy.

Czytając dzisiaj „Grona gniewu”, które, jak poetycznie dowodzi autor, mnożą się w pozbawionych pracy Amerykanach czasów Wielkiego Kryzysu, czytelnik żenuje się własną możliwością jedzenia i picia. Exodus głodnych, ciągnących na zachód wysiedleńców przypomina bardziej „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, niż Dickensowską krzywdę. Realizm Steinbecka jest straszny, powalający, a zarazem wolny od rdzy i martwoty dziennikarskich newsów. Jest w Steinbecku coś zniewalającego, czego brak najnowszej polskiej prozie. Geniusz Steinbecka realizuje się zawsze w opisie jednostki, jej „duszy wyższego rzędu” (Emerson), która łączy się niewidzialnymi nićmi z humanitarnie pojętą ludzkością, co czytelnikowi daje poczucie bezpieczeństwa i nadzieję.

Lewicowość „Gron Gniewu” mimo niespotykanego nawet na dzisiejsze warunki sukcesu wydawniczego spowodowało w niektórych Stanach jej zakaz, pogróżki polityków i obrażenie się na pisarza jego rodzinnej Kalifornii (musiał ją opuścić i zamieszkał w Nowym Jorku). Podróż do Europy w przededniu wybuchu II wojny światowej okazuje mu faszyzującą burżuazję i komunizujących intelektualistów. Obie opcje odrzuca. Kraje skandynawskie przyjmują go po królewsku za teksty wojenne wspierające ich opozycje przeciw Hitlerowi. Sowiecka Moskwa wita go przychylnie, ale spotykając Szołochowa dowiaduje się, że jego utwory są tam na indeksie. Należąc po wojnie do komitetu „ludzie ludziom”, złożonych ze sławnych pisarzy, którzy zainicjowali petycję o uwolnienie Ezry Ponda, nieoczekiwanie się temu sprzeciwia (Pounda uwolniono za sprawą Williama Faulknera).

Gdy Krajowa Komisja do spraw Działalności Antyamerykańskiej postawiła Artura Millera w stan oskarżenia, napisał: Nie wiem, co bym zrobił, gdybym był w skórze Arthura Millera, ale dla samego siebie i dla moich dzieci chciałbym mieć na tyle odwagi, by umacniać i bronić mojej osobistej moralności, tak, jak robi to on. Jestem w najwyższym stopniu przekonany, że naszemu krajowi lepiej służy odwaga i moralność jednostki, niż bezpieczny i publiczny patriotyzm, który doktor Johnson nazywa „Ostatnim schronieniem drani”.

Biograf przytacza też aforyzm polskiego studenta z lat pięćdziesiątych, przekazanego Steinbekowi przez innego amerykańskiego pisarza z warszawskich wykładów: w kapitalizmie jest wyzysk człowieka przez człowieka, a w komunizmie na odwrót.

Lata sześćdziesiąte Steinbeck rozpoczął wędrówką samochodową po Stanach Zjednoczonych, oglądając je innymi oczyma niż w „Gronach gniewu”. We wszystkich moich obecnych podróżach widziałem bardzo mało rzeczywistej biedy; mam na myśli te przerażającą, skrajną biedę lat trzydziestych. To przynajmniej było rzeczywiste i namacalne. Natomiast widziałem coś obrzydliwego, rodzaj wyniszczającej choroby. Były to życzenia, ale brak chęci(…) Ciągle myślę, że brakuje nam nacisków, które czynią ludzi silnymi, i cierpień, które czynią ich wielkimi. Naciski to długi, pragnienia to chęć posiadania większej liczby materialnych zabawek, a cierpienie to nuda. Przez ten czas nasz kraj stał się krainą niezadowolenia.

Wszystko, co pisał Steibeck przesiąknięte było opisem świata dalekim od obiektywizmu i wyprzedzają strukturalne odkrycia Derridy czy Foucaulta. Słusznie zauważa Gore Vidal: powstałe z codziennych zdarzeń, z bieżących okoliczności. On nie >>wymyślał<< rzeczy; on je >>znajdował<<, >>stwierdzał<<.

Moralne przesłanie wysłowione w mowie noblowskiej stanowi jakiś przynajmniej mglisty dowód na sens literatury: Literatura nie jest tym, co głoszą bladzi i zniewieściali kapłani krytyki, śpiewający swoje litanie w pustych kościołach. Nie jest zabawą wybrańców odgradzających się od otoczenia ani hochsztaplerów nie znających prawdziwej rozpaczy. Literatura jest równie stara jak mowa. Wyrosła z ludzkiej potrzeby i zmieniła się o tyle, że stała się bardziej potrzebna (…) człowiek stał się naszym największym zagrożeniem i naszą jedyną nadzieją. Tak więc dzisiaj można by sparafrazować świętego Jana Apostoła: Na końcu jest słowo, a słowo jest u człowieka i człowiekiem jest słowo.

Jay Parini
John Steinbeck lekceważony noblista
przełożył z angielskiego Jan Maciej Głogoczowski
Twój Styl 2005

 

wyeth.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

Śmierć w Filadelfii

moje listy męczą się i chodzą przez Atlantyk
Halina Poświatowska

 

Gdy umierał na raka płuc w jednym z amerykańskich szpitali w Filadelfii spadł deszcz, pierwszy od mojego tu pobytu i był jedynie zdziwieniem w piekielnym upale, który rokował niezmienność i nieskończoność takiej pogody. Białe irysy mokły, a nad Wisłą w Krakowie wiał wiatr. Pielęgniarka zachęcała, by nie przerywać telefonicznego połączenia z Krakowem. W agonii pacjent podobno wszystko słyszy, tocząca się wielogodzinna piana z ust i rzężenie pod tlenowym namiotem nie zakłóca ostatniego, ziemskiego odbioru czułych słów bliskich. Potem przyleciał ktoś z rodziny z Polski po urnę z prochami i pozbierał resztki pozostałych w polskim przytułku przedmiotów. Komputerowy wydruk namalowanego przeze mnie portretu córki zabrano wcześniej w czasie zabiegów chemioterapii, a odbitki powtórnie nie zdążyłam już dosłać. Skradziono komórkę, natomiast porozrzucane „Tygodniki Powszechne” pozostały nietknięte.

Pomysł wysłania Poświatowskiej do szpitala w Filadelfii pół wieku temu i prolongowania jej śmierci o 9 lat powstał w wyniku przyjazdu światowej sławy kardiologa, doktora Baily do komunistycznego Krakowa. Tylko dzięki epistolarnej zapobiegliwości kierownika III Kliniki Chorób Wewnętrznych w Krakowie, profesorowi Julianowi Aleksandrowiczowi żydowskie sanatorium Deborah w stanie New Jersey przysłało zaproszenie. Wittlinowie, emigranci od 1941 roku zorganizowali wśród Polonii składkę na podróż i pobyt, niejednokrotnie powstałej z kilkucentowych darowizn. Nowojorska telewizja transmitowała zwycięstwo amerykańskiej medycyny, czyli pierwsze, eksperymentalne operacje na otwartym sercu Poświatowskiej. Po rekonwalescencji postanowiła złamać złożone ubekom przyrzeczenie o natychmiastowym w wypadku przeżycia, powrocie. Nie wróciła, kształcąc się, czytając zakazane w Polsce książki („Dziennik” Gombrowicza , „Traktat poetycki” Miłosza).

W całym tym jednostkowym zdarzeniu artysty, działania losu wbrew jego biegowi, temu wymknięciu się śmierci na czas realizacji twórczych zamierzeń (Halina Poświatowska wydała do zakończenia życia, czyli do 32 roku 4 tomiki wierszy oraz prozatorski utwór „Opowieść dla Przyjaciela” ) zastanawia biologiczny imperatyw zarówno podporządkowania, jak i sprzeciwu. Poetka, której debiutancki tomik „Hymn bałwochwalczy” dołączano do podań próśb o stypendia, granty, zapomogi i wysyłano wszędzie, gdzie się tylko dało, by udowodnić światu, że to życie jest wartościowe i utalentowane, otacza się też szczelnie listami. Krytycy pięknie piszą o twórczości poetki, rozpiętej między Erosem a Thanatosem. Udostępnione niedawno 289 listów, które są też materią „Opowieści dla przyjaciela” świadczą o wielkiej sile zarówno finalnej kreacji artystycznej w wierszach, jak ich jej stawania, zmagania i procesu twórczego, co „Listy”, docenione literacko, dokumentują.

Poświatowska jest niejednokrotnie zmęczona listami, czasami wymknie jej się zniecierpliwienie – Tyle durnych listów muszę pisać, że mi to zajęcie zbrzydło do cna -. Nie wiadomo, czy, jak pisze, otrzymanie np. 8 listów dziennie to przyjemność czy smutny obowiązek odpisywania. A jednak karne pozy, jakie przybiera w zależności do kogo pisze, narkotycznie scalają ją w jeden byt, który już nie jest jedynie medycznym eksperymentem, nie znającym angielskiego bezbronnym emigrantem nie mogącym zrozumieć komend czarnej pielęgniarki ani materiałem na samobójcę. Wie, że jak odrobi „zadania domowe”, napisze do redaktora naczelnego Tadeusza Śliwiaka, który wprowadzi jej twórczość w krakowski obieg, podziękuje darczyńcom za opiekę, koleżankom z collegu za kumpelstwo a matce za matkowanie, pozostanie jej jeszcze przyjemność erotycznej wymiany słownej z niewidomym od urodzenia rówieśnikiem, Ireneuszem Morawskim. Ale ten, powiernik „Opowieści dla przyjaciela”, nie godzący się na publikację swoich listów, będących dla poetki największą inspiracją i wsparciem, ociąga się z ich pisaniem, zwleka i w konsekwencji wycofuje.

Poezja Poświatowskiej, słusznie odebrana przez krytyków jako opozycyjna w stosunku do liryki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, której kokieteria, poetycki lukier francuskiego buduaru, gry damskiego uwodzenia, częsty banał, różni się od jej surowości i biologizmu. Ciało, odmawiające posłuszeństwa wbrew młodości i seksualnemu potencjałowi staje się dla Poświatowskiej naturalnym, pozbawionym kulturowych konotacji zawstydzeń i lepkiego chichotu, źródłem życia. To apoteoza męskiego ciała, bioder, warg i ramion, której polska liryka miłosna nie doświadczyła wcześniej w takiej nowoczesności, odkrywczości i szczerości. Poświatowska tęskni naturalnie do wyzwolenia swojego pożądania, a wiersze finalizowane szybko ( raz na trzy dni), stanowią z początku jedynie terapię, by z czasem ulec twórczej metamorfozie.

Poświatowska nie znosi Krakowa, tej umieralni: Deszcz pada niemal codziennie, ziemia jest nasiąknięta wilgocią (…). Umierali często, zbyt często, jak na taki niewielki szpital, jak na jedno skrzydło szpitalne, w którym leżymy – cienie ludzkie oczekujące na werdykt lekarzy. Umierali codziennie zabierając ze sobą nadzieję, zabijając naszą nadzieję. W Hahneman Hospital po, jak pisze poetka do Ireneusza Morawskiego Deszczu, który padał na oceanie, ludzie też mrą jak muchy. nie masz racji, jeśli Ci się wykwit mojej – emigracyjnej bądź co bądź – poezji nie podoba. Bardzo się boję i gdyby to nie o mnie chodziło, to już bym dawno wyskoczyła przez okno. Owinęłabym się ze łbem w długie, białe prześcieradło i – i wąsko i podłużnie z szesnastego piętra w Filadelfię (…)

Według lekarzy, Poświatowską zniszczyły słowa. Efekt filadelfijskiej operacji został zniweczony przez nadmierną naukę, nadrabianie zaległości w poznawaniu świata i miłości. Żarłoczność, z jaką rzuciła się na lektury, filozofię, tłumaczenia i smak obcych języków, spowodował, że jej chore serce nie wytrzymało kolejnej ingerencji chirurgicznej. Nie wytrzymało też otoczenie. Czemu poszedłeś ode mnie? Czemu milczysz? Aż taki jesteś dumny? A ja nie, ja potrafię żebrać o słowa. O co jeszcze? Słowa są tak ważne – skarży się w ostatnim liście Ireneuszowi Morawskiemu. Więc gdzie, czasem trzeba znać adres, a ja właśnie zapomniałam Twój, a może nie wiedziałam nigdy. Tak po prostu, jak butelkę do morza. Dopływa do Ciebie. A teraz ty już mnie więcej nie chcesz. A słowa są takie ważne, tylko słowa…

Halina Poświatowska
Dzieła tom I-II Poezja
Dzieła tom III Proza. Opowieść dla przyjaciela
Dzieła tom IV Listy
Wydawnictwo Literackie 1998

poswiatowska.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 5 komentarzy

Symbolizm

Chcę powiedzieć, że sztuka współczesna ma tendencję czysto demoniczną. I wydaje mi się, że ta piekielna dziedzina w człowieku […] zwiększa się z każdym dniem, diabeł bawi się jej sztucznym życiem, cierpliwie w swych kurnikach tucząc rodzaj ludzki, by sobie przygotować smaczniejsze jedzenie”

Baudelaire

Wznowione w tym roku wydanie „Symbolizmu” Michaela Gibsona, różni się od jego wcześniejszej edycji z 1988 roku oglądanej w filadelfijskiej bibliotece tym, że wzbogaca reprezentantów tego kierunku o Marcela Duchampa. Gipson przy nieprawdopodobnej ilości diabłów, demonów różnej natury (zazwyczaj jednak erotycznej), androginicznych zespoleń, lejącej się krwi i spermy, wśród uczłowieczonej przyrody, gdzie wszystko ma jakieś metaforyczne znaczenie wiadome magom, a niekończącym się dociekaniom trudno dać wiarę, próbuje wprowadzić naukowy ład.

Wydawałoby się, że symbolizm w sztukach wizualnych duchowość może pokazać za pomocą koloru i formy. Autor próbuje dociec źródeł tworzenia, fenomenu powstawania arcydzieł, co przy prezentacji tak różnorodnych wypowiedzi artystów bez względu na czas i miejsce ich powstania, powoduje wrażenie niekończącego się, nigdy nie wysychającego, człowieczego źródła ludzkiego stwarzania, stanowiącej dla artystów według Dantego permanentny Czyściec, miejsce jedynie dla nich godne i możliwe w ziemskim przebywaniu. Korzystając z największych na świecie zbiorów prac Marcela Duchampa w Philadelphia Museum of Art, na przykładzie tego artysty można prześledzić główne zręby symbolicznego przesłania.

Gibson skupia uwagę na dwóch tajemniczych pracach Duchampa: ”Wielkiej szybie”, która stoi na przeciw okrągłego balkonu sali muzealnej i napełniona jest światłem ponad miarę tak, że opalizujące spękania szkła i wszystko, co artysta zrobił ze swojej wiedzy i intuicji, zostało dopełnione czarodziejstwem aranżacji, odbijających się zwiedzających, ulotnością i zarazem nieśmiertelnością chwili. Patrząc na tę salę, gdzie muzealna gościna nie szczędziła jej najwięcej jasności, bieli ścian i przestrzeni, kolekcja dzieł Marcela Duchampa układa się w biograficzny wykład.

Od akademickich prac olejnych z wyraźnym wpływem neoimpresjonistów, fowistów i Cezanne’a, poprzez wielki, przełomowy „Akt schodzący po schodach”, którym artysta zdobył prestiż wśród nowojorskiej publiczności, aż po bezczelne, ironiczne ready made: „Koło rowerowe”, „Pisuar” i „Suszarkę do naczyń”. „Pannę młodą rozebraną przez swych kawalerów, jednak” zwaną w skrócie „Wielką szybą”, stworzył artysta z nowojorskiego kurzu, ołowianego drutu i foli, a podobraziem uczynił przezroczyste szkło, by otoczenie organizowało tło rozgrywającej się tam alegorii. I tu, podobnie jak we wszystkich dziełach, treść pracowicie dorabiana na śmiech i igraszkę intelektu jest bez znaczenia. Nie mogłam się doszukać ani tytułowej panny młodej, ani jej chłodni, ani kawalerów, ani ich pożądania. Nie wiem, gdzie jest wielki młynek do czekolady i kwitnący semafor oraz dziewięć dziur, piętna kawalerów na pannie młodej. Ten cały poetycki bełkot naigrawającego się z akuratnego widza artysty, to przecież też młyn nie tylko na burżuazyjnego w owych czasach smakosza estetycznego piękna, ale i dzisiejszą interpretację feministek.

Ostatnia praca Duchampa „Zakładając 1.Wodospad 2.Gaz oświetleniowy” udostępniona dopiero po jego śmierci, też nie zawiera intencji indoktrynacji. Muzealny widz, właśnie wchodzący w jej obszar po nudzie sal zimnej abstrakcji Mondriana zostaje znokautowany własnym wewnętrznym nie przygotowaniem i bezczelnością artysty. Doznaje upokorzenia podglądając przez niewielką, centymetrowej średnicy dziurę w wiejskich drzwiach nagą kobietę trzymającą kaganek, a jego wzrok natychmiast omija pejzaż i pada na wygolone łono naturalistycznie wymodelowanej kobiecej kukły, która poprzez sterylność ciała bliższa jest kostnicy niż życiu. I tym razem to nie kontestacja, ani feministyczny protest. I może właśnie Duchamp, geniusz symbolizmu, oprócz geniuszu innych „izmów”, których nadspodziewanie w niezmordowanej pracy burzenia i dekonstrukcji XX wiek namnożył, jest najcenniejszym pomostem łączącym nasz dzisiejszy problem sztuki zamazanej wielością, wtórnością i niepotrzebnością. To on, po męce francuskich symbolistów, gdzie piękno „Kwiatów Zła” przemienia się w ludzki koszmar, burżuazyjna estetyka zostaje zdemaskowana jako psująca się, śmierdząca zgnilizna. Nieodwracalność zwyrodniałego estetyzmu, gloryfikowanego przez tych, którzy opiewając piękno nie są w mocy go przeżyć, to wielkie boskie sprzeniewierzenie, profanacja i świętokradztwo.

Duchamp w połowie życia przestał wytwarzać przedmioty artystyczne reaktywując stare, bądź ograniczając się do wywiadów ( posiadając wolność finansową – posag żony), utożsamiał się ze swoją teorią twórczego nihilizmu, wywiedzionej od Poe’go, poezji czystej, od ascezy Mallarmego, postulatów Baudelaire, która jest wciąż ta sama i aktualna. Czy będzie to pisuar, który z konotacją moczowo – płciową nie ma nic wspólnego gdy umieści się go w sali wystawowej, tak jak malarz nie wymyśli kolorów, tak to, co artysta ma do dyspozycji jest, było i będzie zawsze w obiegu. Tylko przypadkowe spękania „Wielkiej Szyby” powstałe w czasie jej transportu z Brooklynu Duchamp wcześniej wyśnił, i tylko ten sen jest ważny, ale tylko dla artysty, tylko dla jego procesu twórczego. Jarmarczna proweniencja kobiecego aktu oglądanego przez dziurę w deskach jest zaledwie zaproszeniem do współtworzenia.

Jedynie byt w akcie religijnego ofiarowania może osiągnąć czystość artystycznej wypowiedzi. Okultyzm, magia i wszystko, co otwiera medium do finału w planie wielkiego, boskiego procesu powstawania, to moment, gdzie nic się już nie liczy, ani nic artysty przed nim nie powstrzyma. I zawsze w prawdziwym akcie twórczym będzie właśnie ten przypadkowy wybór urastający do jedynego trafnego, na ruletce życia wyboru: odcisk gąbki Botticellego, bilet metra przyklejony do obrazu Braque’a, znikające pigmenty „Ostatniej wieczerzy” Leonarda da Vinci, nie spalone rękopisy Kafki. Źle pojęty symbolizm w rękach historycznej religijności i społecznej administracji spustoszy zasoby ludzkiej energii, a fałszywi artyści profanujący boski potencjał, zgodnie z diagnozą Dantego i Zbigniewa Herberta nie opuszczą nigdy Piekła.

Néret Gilles, Gibson Michael
Symbolism 25
Taschen 2006

wanda_i_jacek.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 2 komentarze

Nevermore

Ta podróż kończy się tu i teraz, nie jestem w stanie przeżywać tego wszystkiego raz jeszcze od początku. Dość spacerowania po obwodzie. Zdecydowanie przemierzyłem cały pokój i stanąwszy przy drzwiach, przycisnąłem kontakt. Lampa u sufitu rozbłysła światłem. Jej blask padł na czarnego kruka, rzucając jego monstrualny cień na podłogę.

Fragment audycji Tomka Beksińskiego z Rozgłośni Harcerskiej Polskiego Radia, poświęconej „Krukowi” E. A. Poe’go.

Tak nazwał Witkacy pisząc młodzieńczą powieść przyjaciela, Bronisława Malinowskiego. Dzisiaj oglądając pracę fotograficzną Witkacego w Museum of Modern Art w Nowym Jorku wiszącą między Diane Arbus a Alfredem Stieglitzem, można z nostalgią i dumą doświadczyć ich światowej akceptacji i ich nieśmiertelnego miejsca wśród najlepszych.

Poe pisał wszystko z nakazu słowa, odrzucając spekulacje i sentymenty, i jeżeli do dzisiaj najsłynniejszy chyba na świecie wiersz „The Raven” posiada rytmicznie powtarzającą się obietnicę niekończącego się nigdy twórczego przekleństwa, to najprawdopodobniej wysnuty jest z tego właśnie słowa. Bogowie darowują nam łaskawie jeden wers; ale potem naszą jest sprawą zbudować drugi, który będzie godny swego starszego, nadnaturalnego brata. Do tego zadania ledwie wystarcza zebranie wszystkich sił doświadczenia i umysłu( Valery).

Valery, jak i wcześniej Baudelaire, jak Mallarme, będą rozwijali teorię Poe’go, gdzie forma jest przed intencją, gdzie wiersza się nie projektuje ani nie przeżywa, tylko alchemicznie stwarza ze słów, które posiadają moc magiczną. I jeśli Valery, prorokując rolę przyszłego artysty na zasadzie sposobu tworzenia późnego Degasa, który pod koniec życia zamienił na ascetyczne laboratorium, to oziębienie nowoczesnej liryki można zawdzięczać właśnie tej wizji.

Odwiedzając jeden z domów Poe’go w Filadelfii, gdzie powoli umierała jego młoda żona chora na gruźlicę, a on oszalały poszukiwał po mieście kolejnej osoby, która pożyczyłaby mu trzy dolary, nie sposób nie odczuć zażenowania. Nudzący się strażnik gorliwie chce odpowiedzieć na wszystkie pytania zwiedzających, ale o co pytać? Video dokładnie zilustruje encyklopedyczne wiadomości, głos z ekranu podpowie, że pokoje dwóch kondygnacji są puste, i jest to świetna okazja, by zwiedzający napełnili je swoimi wizjami. Ani białe irysy, ani róże wypielęgnowanego trawnika obok żeliwnego kruka nie połączą się z duchem Poe’go i cały ten osobny, martwy obiekt, ożywający licznymi imprezami „Friends of Poe”, nie wzbudzą geniusza. Poe, dla którego Ameryka, jak napisał Baudelaire była przekleństwem i więzieniem. Poe, który za wiersz „Kruk” otrzymał 5 dolarów honorarium, a za opowiadania, z których czerpali wszyscy, od pisarzy po przemysł filmowy – nic, będzie krążył jak upiór po kartach i domniemaniach licznych biografów, zaopiumowany, zapijaczony i pokłócony z całym światem.

Mrok poezji najczystszej, wydobytej prometejsko wielkim, nadludzkim wysiłkiem, jej priorytet przed komfortem jedynego i niepowtarzalnego życia, będzie tkwił w artystach jak cień kruka. I nigdy nie będzie to egzaltacja, ani skarga, ani heroizm. A świat ich nie przyjmie, a oni nie pojawią się już więcej.

T. S. Eliot, Szkice krytyczne.
przełożyła M. Niemojowska
Czytelnik 1972

poe.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 4 komentarze

Piszę, bo muszę

Anachronizm czytania pism Emersona po Nietschem byłby może słuszny, gdyby spolszczenie chociażby ułamka dorobku amerykańskiego myśliciela nie nastąpiło tak późno. Płomienny wstęp Stefana Bratkowskiego poprzedzający słynne eseje wprowadza nas już właściwie w klimat tej żarliwej mowy: melanżu kazania, agitacji i olbrzymiej wiary w pozytywne cechy człowieka, które wystarczy tylko wyzwolić. Słowa Bratkowskiego pobrzmiewają jeszcze tą nutą wiary w możliwość przysposobienia, zarażenia duchem Emersona Polaków, gorliwie tropiąc analogie i próbując je wykorzystać dla naszego rozkwitu.

Bratkowski jest z tych, dla których, jak pisze „wojna polsko jaruzelska” była czasem pozytywnie zdanego obywatelskiego egzaminu. Bratkowski jeszcze świeżo pamięta temperaturę polskiej wolności, kiedy w miejsce totalnego zniewolenia ulice zakwitały indywidualną inicjatywą plakatowej twórczości, drukowania ulotek, niezależnych gazet i zinów. Wtedy Duch Święty wiał przez place, na które padały słowa Jana Pawła II o tym, że dla naszego pokolenia jest to właśnie „nasze Westerplatte”. Apel kierowany nie do wspólnotowego patriotyzmu, ale do poszczególnych sumień.

Czytając dzisiaj Emersona, korespondenta Adama Mickiewicza, ulubionego filozofa Marcela Prousta, którego myśli odnajdujemy u Bergsona, Bierdjajewa, Nietschego i z którego zaczerpnął najwięcej egzystencjalizm, trudno po wiekach kasandrycznych przepowiedni pozbyć się goryczy i fiaska pobożnych życzeń. Jednak subtelne porównania, jakie czyni Bratkowski dwóch szaleńczych narodów: Amerykanów i Polaków widoczne są dzisiaj dla pobieżnego oglądu, bez wikłania się w meandry socjologii i statystyk. Oczywiście najpiękniej, najwartościowiej czytać Emersona piszącego o twórczym, indywidualnym rozwoju jednostki, która pomaga Bogu w dziele tworzenia: procesie w ustawicznym toku. Gdy pisze o miłości i przyjaźni z największym skupieniem. O delikatności międzyludzkiego daru, który pojawia się z odwiecznym, boskim pragnieniem. Ale Emerson to przede wszystkim autorytet społeczny.

Nie wiem, na ile myśl Emersona, ambitnie podejmująca trud rozwiązywania astronomicznych problemów Ameryki, gdzie Duch nie nadążał za niesłychanie postępującą dehumanizacją i pustoszeniem człowieka technicznymi wynalazkami gwałtownie rozwijającej się cywilizacji wpłynęła na dzisiejszą Amerykę. Idąc od południa Nowego Jorku i znajdując etniczne enklawy, getta emigrantów pochłoniętych niewolniczą pracą, miniaturyzujących swoje ojczyzny i hodujący narodowe choroby bez wysiłku wtopienia się w ogólną społeczność, można ulec skrajnie lewicowym poglądom. Poczynając od Green Point’u, na którym oprócz polskiego nie można usłyszeć innego języka, a okropny, PRL- owski wystrój kawiarń, wiszących tam robaczywych malunków domorosłych artystów i księgarń w których trzy półki przeznacza się na antysemickie, niedopuszczone do oficjalnego obiegu w Polsce książkowe pozycje porażają swoją niezniszczalną aktualnością. Dalej dziwactwo Williamsburg’a, Żydów na wzór Amiszów kultywujących anachroniczne, bez względu na pogodę, dziwaczne stroje w których zdają się uwięzieni jak muchy w bursztynie czasu. Potem Chinatown, pełna nieprzyjemnych zapachów sklepów rybnych. Tam ruszające się kraby wsypują szuflą do papierowych toreb jak węgiel do wiadra, bez żadnego sentymentu. Wszystkie te małe, ubogie społeczności grzeją się własnym językiem w mrozie wielkiego świata, poprzez Little Italy, Korea Town, Little India, aż po ekskluzywny Plac Washingtona. Nagle wszystko zamienia się w cywilizacyjne wyrafinowanie. Zobaczywszy dom w którym Agnieszka Holland nakręciła swój piękny film na podstawie prozy Henry Jamesa, i potem, jak w dobrze poprowadzonym stopniowaniu nastroju, będzie tylko ogromnieć, zachwycać i rzucać na kolana. I już się wie, że nie przed Państwem, ale przed różnorodnością, wielkością i wspaniałością twórczej aktywności człowieka. Nawet, jeśli zagłębię się w zaułki północnego Harlemu, jako jedyna biała kobieta, mijając społeczność radości i luzu, która żyje bez pośpiechu i przesiaduje na ulicy dla przyjemności przesiadywania, to zauważę, że to już inni Murzyni, światowi i wolni, a ich enklawa nie jest gettem, tylko istotą miasta. Do Central Parku zaprowadzą mnie ulice Martina Lutera Kinga i Malcolma X, a powita pomnik Duke’a Ellingtona.

Penetrując nie tylko ulice, ale i muzea w których darowane są zbiory kolekcjonerów, zawsze lojalnie udokumentowane antykwą nad wejściem do poszczególnych sal, trudno nie pomyśleć o ich wysmakowanym guście, koneserstwie i uratowaniu sztuki, kupowanej przecież od artystów w momencie, gdy ci walczyli jedynie o przetrwanie. Podejrzenia, czy to aby oryginały, a nie pracownia znakomitych fałszerzy, nagłe znalezienie się wśród największych arcydzieł światowego malarstwa, gdzie, jak ktoś słusznie zauważył, za każdy obraz można kupić rewelacyjnie wyposażony szpital, oszałamiają.

I przypomina się zdarzenie sprzed kilku dni: Ojciec Rydzyk nawiedził Brooklyn. Spośród tłumu Polonii wystąpił student i w rejtanowskich słowach zdemaskował misterny plan kolejnej zbiórki pieniędzy niezbędnych w obliczu politycznych zagrożeń Ojczyzny. Słuchacze zamarli, co trwało niedługo. Ojciec Rydzyk wykazał całkowite panowanie nad sytuacją i nie spiesząc się wyjaśnił zgromadzonym w czym rzecz. Podobno spotkanie zakończone niesłychanym aplauzem dla Ojca Dyrektora i jego zwycięstwem spowodowało, że wątpiąca mniejszość wyszła całkowicie przekonana.

Czytając Emersona, warto zwrócić uwagę na przesłanie dla pisarzy, w moim pojęciu cały czas aktualne. Problem natchnienia i intuicji w procesie twórczym skutecznie podejmą późniejsi pisarze, np. Blanchot. Emerson dokumentuje swoim pisarstwem stan przepełnienia, wielkiej wewnętrznej presji i imperatywu nakazującego pisanie. Jeśli czegoś takiego artysta nie rozpoznaje w sobie, nawołuje Emerson, nie wolno chwytać za pióro. Słowa Emersona wyciekają w esejach, łączą się w rzeki, by scalać się w coraz większy i potężniejszy żywioł pisania.

Ralph Waldo Emerson
Eseje
z angielskiego przełożył Andrzej Tretiak
Wstęp Stefan Bratkowski
TEST 1997

Ralph Waldo Emerson
Natura. Amerykański uczony
z angielskiego przełożył Michał Filipczuk
Zielona Sowa 2005

emerson.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 24 komentarze

Czytać. Jak to łatwo powiedzieć…

Gigantomania filadelfijska umieściła bibliotekę centralną w ogromnym, neoklasycznym budynku przypominającym wyglądem Wieżę Babel z wizji Borgesa o idealnej bibliotece, doskonałej esencji jedynej książki „która zawiera wszystkie książki, przeszłe i przyszłe, na swoich nieskończenie cienkich kartkach”. Jeśli marzenie Jorge Borgesa ma się spełnić, to szybciej tutaj, niż w regresie mojego miasta, gdzie nasza miejska chlubna, na poziomie europejskim nowoczesna budowla, stawia w dalszym ciągu czytelnikowi tak duże wymagania psychiczne, że nie jestem w stanie im sprostać.

W tym starożytnym miejscu, najważniejszym spośród 54 fili Free Library of Philadelphia komputery ustawione są wszędzie dla wygody wyszukiwania (7 milionów woluminów), zamawiania i pracy. Obsługa gotowa jest w każdej chwili świadczyć najbardziej zawiłe pragnienia czytelnika. Książki można wyszukiwać samemu lub zostają natychmiast przyniesione. I nie posiadają megalomańskich podkreśleń, którymi zasmarowane są konsekwentnie nawet najtrudniejsze pozycje naszych bibliotek, co świadczy, że nawyk: (tu byłem: Tony Halik) ogarnął tylko polskich naukowców. Oprócz wszystkich dzisiejszych nośników przekazu, płyt, kaset video, książka papierowa w dalszym ciągu jest najważniejsza. Legendarną „Finnegans Wake”, znajduję w dziale „classics”, regale nie tak znowu wielkim, zawierającym wszystkie uznane arcydzieła światowej literatury pięknej. Dokładnie omacam i pooglądam, zanim zacznę deprawować domowników próbą jej tłumaczenia. Wydaną w miękkiej okładce, odpowiedniku naszej „Zielonej sowy”, przy której tłumaczeniu nieodżałowany Maciej Słomczyński zmarł, zanim zwrócę nie przeczytaną, potraktuję jako czas przyszły nigdy niedokonany.

A jednak, jak zapewniają niemal wszyscy krytycy powieści współczesnej „Finnegans wake” dokonała rewolucji w postmodernistycznej literaturze i w dalszym ciągu jest najważniejszym przełomem i ogromnym wysiłkiem twórczym poszukiwania połączeń starego z nowym.

Harold Bloom na okładce powie, odnośnie wyboru swojego Western Canon: „Arcydzieło Joyce… Jeśli zasługi estetyczne kiedykolwiek były w centrum kanonu, to Finnegans Wake byłoby tak bliskie, jak nasz głos byłby bliski Szekspirowi i Dantemu”.

Joyce wprowadzający we współczesną duchowość światowej prozy elementy gry i zabawy w miejsce czarnowidztwa Kafki i Borgesa, otworzył przed literaturą nowe możliwości twórcze. Owoce ich uwolnienia, podejmowane przez młodych pisarzy amerykańskich lat sześćdziesiątych, procesu, który wydaje mi się, toczy się na naszych oczach w polskiej prozie ostatnich lat, napawają krytyków amerykańskich najwyższym niesmakiem.

Pranie społecznych brudów, epatowanie seksem jedynie dla ekscesu, mieszanina farsy, przemocy, histerii w pociętej fragmentarycznością formie powieściowej, to choroby wytykane przez takie głosy, jak Susan Sontag. Ale są inne.

Gore Vidal w eseju „Amerykański plastik, czyli materia prozy”, szyderczo i bezkompromisowo wypunktowuje pułapki nowej prozy amerykańskiej lat sześćdziesiątych, raczkujących wtedy dzisiejszych sław amerykańskiego rynku wydawniczego. Te, jakże słuszne uwagi o przenoszeniu zdobyczy Nouveau roman, o plagiatach Michel Butora i Alain Robbe–Grilleta analizuje na przykładzie wezwania „metapisarza”, badacza le degré zéro de l’écriture, Rolanda Barthesa. Esej opublikowany w 1976 omawia książki Barthesa, których spolszczenie dopiero w ostatnich latach trafiły do naszych księgarń. Profesor Barthes, pisze Vidal, jest człowiekiem zbyt inteligentnym, by samemu pisać powieści. Naśmiewa się z wezwania do punktu zero, którego, według Vidala nikt z pisarzy nie osiągnął, natomiast w zamian jedynie chłód: „Gdyby natomiast indywidualna osobowość miała trwać i trwać w czasie poza punktem zerowym, ja na przykład uważałbym to za rzecz dość ponurą”. Wielbiciele Barthes’a, udowadnia Gore, zafascynowani semiologią – pseudonauką, która teorię znaków i interpretacji doprowadza do absurdu, której wykresy i analizy konsekwentnie demaskuje, tworzą dzisiaj wsparci akademicką nauką, równie szkodliwą i robaczywą literaturę. „Czuje się zobowiązany powiedzieć o uczuciu duszności, którego doświadcza człowiek czytający tak wiele złej literatury. Kiedy zmęczony wzrok prześlizguje się po zdaniach, zaczynamy wmawiać pisarzowi pewne zalety”.

Spadanie poniżej punktu zero w literaturze i według Celsjusza, to permanentne dla Czytelnika zimno. Czy dotyczy to pisanej w Polsce literatury poza czasem, pisanej bez znajomości kulturowych, światowych przemian? Trzymam bezradnie w ręce sześciuset stronicowy „Finnegans Wake”, najsławniejszą i najrzadziej przeczytaną książkę XX wieku. A w Filadelfii temperatura jest tropikalna.

James Joyce
Finnegans Wake
Penguin Books 1999

finnegans_wake.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 10 komentarzy