Pokrzywianie

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Upokorzenie

Smak upokorzenia jest paralityczno-drgawkowy, gdy jesteśmy niesprawiedliwie ukarani. Nie można wtedy łapać oddechu, mimo, że serce pracuje prawidłowo. Czasami trwa to tylko kilka dni, ale może i przeciągnąć się do kilku miesięcy, a nawet lat, zależnie od dawki. Materiał, jakim jest ludzka dusza, może nie okazać się już tak jak dawniej, elastyczny. Zmęczenie materiału – fizyczne, dobrze znane zjawisko – deformuje ją definitywnie. Umieranie we mnie drugiego człowieka jest jedynym, znanym mi lekarstwem na nieodwracalną deformację duszy. Ale nigdy nie mogłam już pozbyć się blizny.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Nominowani do nominowanych: Nike 2006 – Iwona Kurz

 

 

Wszystkie utwory literatury światowej dzielę na dozwolone i napisane bez pozwolenia. Te pierwsze to mierność i podłość. Te drugie to ukradzione powietrze. Pisarzom, którzy już zawczasu tworzą rzeczy dozwolone, chciałbym plunąć w twarz. Chciałbym ich rąbnąć pałką w łeb, posadzić za stołem w Domu Hercena, postawić przed każdym z nich szklankę policyjnej herbaty i wcisnąć im do ręki analizę moczu Gornfelda. Pisarzom tym zabroniłbym zawierania małżeństw i posiadania dzieci. Przecież dzieci powinny kontynuować nasze sprawy, dopowiedzieć za nas to, co najważniejsze, a tymczasem ojcowie zaprzedali się dziobatemu diabłu na co najmniej trzy następne pokolenia”
Osip Mandelsztam

Niepojęte są ludzkie wybory, zarówno książek do nagród, jak i materiałów do książek. Można oczywiście z całą wyrozumiałością zaufać badaniom Instytutu Polonistyki i luki naukowe wspierać pracami doktorskimi, ale jak udowodnić, że powstała książka potrzebna jest szerszemu odbiorcy? Takiemu powiedzmy jak ja, która wszelkimi siłami próbuje trzydzieści lat operacji na otwartym mózgu zapomnieć? A przecież stanowimy niebagatelną liczbę Orwellowskiej schedy, paniuś wypasionych na „Przekroju”, bildowanych „Kabaretem Starszych Panów” i hitami egzystencjalnymi w stylu „Niewinnych Czarodziei” i „Wszystko na sprzedaż”.

„Twarze w tłumie” to wprawdzie kilkakrotnie cytowany Barthes z „Mitologii” o problemie gwiazdy i jej wizerunku, jak i McLuhan, ale bardzo trudno uwierzyć w tę zasadność w przypadku wariactwa kulturalnej, potiomkinowskiej tandety, która nie podlegała żadnym normom i regułom. Ta, którą autorka bada, którą próbuje bezskutecznie przeniknąć narzędziami światowej kultury, to przecież zaledwie piętnaście lat sztuki polskiej powstałej z nie powstania, przelotnej artystycznie, rozdmuchanej medialnie za pomocą sterowanych politycznie mediów. Cztery portrety reprezentantów zjawiska, ludzi kina, które bardzo trudno ze sobą zestawić. Niepojęta jest logika autorki ich wyboru, to zaledwie chwila w peerelowskim cyrku fikcji i kulturalnej symulacji.

Opiewany okres odwilży gomułkowskiej, lisiej obietnicy intelektualnych swobód rzeczywiście uniemożliwił powrót stalinowskich obyczajów na trwałe. Ale, czy nie powołał nowej choroby: dziecka, które całą energię oddaje na oszukanie opiekunów i już nie starcza na jej prawidłowy rozwój?

Każde pokolenie obfituje w wybitne talenty i nie można go odmówić Markowi Hłasce czy Zbigniewowi Cybulskiemu. Wszelkie oczywistości związane z ich pracą artystyczną są i będą wielokrotnie jeszcze analizowane i gloryfikowane w biograficznych opracowaniach i wspomnieniach. Problem nie dotyczy też nietzscheańskiego resentymentu. Jest natomiast jakaś szkodliwość tego typu prac w kontekście stanu polskiej kultury dzisiaj. Jeśli podnoszą się głosy o brak społecznego rezonansu ambitnych przedsięwzięć kulturalnych, jeśli wspomniane paniusie ubrały dzisiaj moherowe berety i nie uronią ani jednego odcinka „M jak miłość”, to czy nie jest to jawnym dowodem na bezsens poniedziałkowego „Teatru Telewizji”, który serwował Becketta i był podziwiany przez głupi Zachód, że mamy takie inteligentne społeczeństwo?

Jest w książce nawet nuta niedowartościowania: Pola Raksa jeździ tylko „ sportowym samochodem w kolorze bahama yellow”, a Skolimowski zajeżdża pod filmówkę pontiakiem, jakoby niczym wielkim w porównaniu ze splendorem hollywoodzkich aktorów. Zupełny absurd wobec nędzowania przeciętnego Polaka.

Uwięzienie sztuki w Państwie, Urzędzie, zakreślone granice hasania dla podbarwienia jej kolorytu, to przecież też zmowa: władzy, artysty i odbiorcy w tym najweselszym i najwolniejszym państwie Bloku. Gdy nudny Enerdówek był najsprawniejszą gospodarczo maszyną produkcji przemysłowej, a watażki innych państw hodowały swoje zboczenia (pamiętamy, Ceausescu politykę płodzenia ponad miarę dzieci), u nas Gomułka postawił na intelekt. I cóż z tego, że nie doczytany, niewykształcony Hłasko, bezradny wobec swojego wielkiego talentu rozświetla kurtką koloryt szarych garniturów? Zbigniew Cybulski naśladuje fryzurą Jamesa Deana, a Kalina Jędrusik seksualne „rozwydrzenie” Marilyn Monroe dekoltem? Że Elżbieta Czyżewska ma na planie „Wszystko na sprzedaż” paryską, a nie z cedetu haleczkę? Czy wymsknięcie się kolaudacji zbitki słów, puszczone oko, znaki heroicznie dawane publiczności witane entuzjastycznie przez widza jako kontestacja i zadowolenie, bo za sowiecką granicą na to były łagry i więzienie, to już sztuka? To już bohaterstwo? A czy nie było odwrotnie? Czy przypadkiem tanio nie pozyskiwało się widza na patriotyzm, tego wielowiekowego niewolnika obcych narodów, czy się aby go cynicznie nie oszukiwało? Wiadomo, że na kulturę szły środki ogromne. I czy ten czynnik zawierzenia, uwiedzenia, nie obniżył kosztów odbioru, które można było korzystniej podzielić między rozpasanych tworzących?
Nie bierzcie, kochane dzieci tej książki do ręki! Jeśli rzeczywiście niepokoi Was stan umysłowy waszej babci, sięgnijcie po cytowane w książce, ale z umiarem, „Życie towarzyskie i uczuciowe” Leopolda Tyrmanda. Albo „Pięknych dwudziestoletnich” Marka Hłaski. Albo „Życie ideologiczne(oraz: osobiste, codzienne i artystyczne)” Henryka Grynberga. I nie marzcie o takim mecenacie, bo imprezy, jak na stronie http://www.gilling.info będziecie mieć przymusowo!

Kto zdołał się przedrzeć do świata sztuki, co nie było łatwe, mógł liczyć na wyjątkową opiekę ze strony Państwa. Przywileje Państwa były pobierane z całą świadomością i cynizmem przez artystów. Autorka posiłkując się słowami Kałużyńskiego i Toeplitza, jakby nie zauważa jałowości swoich badań. Wszystko, cały ten sprawnie naoliwiony kombajn krytyczno – bohatersko – twórczy był przecież kompatybilny, przypominał mafijną rodzinę, w której są i połajanki i imieniny, ale każdy zna swoje miejsce i swoje korzyści. Nigdzie tak perfekcyjnie nie wykształciły się cechy szczurzej umiejętności zabezpieczania dóbr, kradzieży, bezkarnego żerowania pod osłoną prawa, jak w Polsce.

Że Skolimowski stworzył typ bohatera: niedojrzałego mieszkańca Peerelu? Skolimowski na emigracji nakręcił nieudaną „Ferdydurke” i udowodni, że problemu niedojrzałości nie zrozumiał.

Całe szczęcie, że książka jest bogata w anegdoty, które były wtedy naprawdę śmieszne: oto o słonecznym poranku Kalina Jędrusik wchodzi do GS- u w Chałupach. Ubrana w szlafrok i szpilki, zdecydowanie, bez kolejki podchodzi do lady i prosi o skrzynkę szampana. Zdziwionym kolejkowiczom tłumaczy rzecz oczywistą: Przecież muszę się w czymś wykąpać.

Iwona Kurz
Twarze w tłumie
Wizerunki bohaterów wyobraźni zbiorowej w kulturze polskiej lat 1955-1959
świat literacki 2005

lata_50.jpg

 

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 3 komentarze

Tu idzie starość: Adam Wiedeman

Pamiętam z obszernej biografii Carla Junga, niestrudzonego badacza snów naszej zbiorowej nieświadomości, który eksploatując seksualnie swoją studentkę w ramach udzielania jej pomocy lekarskiej, oburzony zgłoszoną przez matkę pretensją, wystawił jej ogromny rachunek jako lekarskie honorarium, które musiała zapłacić.

W książce Wiedemanna jest duże nadużycie zaufania czytelnika zaproszonego, a nieuprzedzonego do swojego łóżka, gdzie każe mu przez 200 stron spółkować z wątpliwej jakości światem sennego bełkotu i na dodatek zapłacić za książkę dwadzieścia złotych. Rekomendacja Wojciecha Kuczoka zapewniającego na okładce, że nie chce z łóżka Wiedemanna nigdy wychodzić, oraz CV, obfitujące w same najważniejsze polskie nagrody, jest niczym w porównaniu z listą nazwisk, które w tej sennej rui uczestniczą. Kogo tam nie ma!? Oprócz luminarzy polskiego świata literackiego, od Miłosza, Różewicza, Iwaszkiewicza, Lechonia (wiadomo, dzięki taktyce sennej można obcować też z duchami), Wiedemann kumpelsko zaprasza Podgórnik, Siwczyka, Podsiadłę, i jeszcze trzysta innych postaci.

Nudziarstwo snów jest zazwyczaj przejawem megalomanii dzienników pisarzy. Maria Dąbrowska w swoim egocentryzmie zaśmieciła niepotrzebnie wartościowe dokumentowanie swojej artystycznej egzystencji, a pietyzm tego przedsięwzięcia poszerzył opasłość tomów. Brak litości dla późniejszych badaczy, sadyzm i znęcanie się nad słabym czytelnikiem nieprzetworzonymi artystycznie snami, do niczego nieprowadzącymi, pokrzywianie się surrealizmowi, który przecież swoją siłę zawdzięcza jedynie równoczesnemu skupieniu wyjątkowo wielkich talentów, geniuszy epoki, a nie metodzie twórczej, to kolejna artystyczna hochsztaplerka. Alienacja snów, potraktowanych jak czysta poezja jedynie dlatego, że są snami, prowokuje samowolę i brak jakiejkolwiek artystycznej dyscypliny. I tylko żal, że w biednej Polsce wartościowe prace literackie bezskutecznie czekają na przychylnego wydawcę, podczas gdy humbug i bełkot 0 zaśmiecają księgarnie.

W pięknym opowiadaniu Trumana Capote bohaterka dla pozyskania pieniędzy sprzedaje swoje sny tajemniczemu człowiekowi za 5 dolarów od sztuki, co zubaża ją duchowo. Przestraszona i okaleczona prosi o zwrot, przynosząc pieniądze. Ale snów już nie można odsprzedać, zostały zużyte.

Ku przestrodze.

Adam Wiedemann
Sceny łóżkowe
Korporacja Ha!art! 2005

katy.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 8 komentarzy

Laureaci Nike 2005 – Andrzej Stasiuk

Nigdy nie pisz reportaży z podróży

Danilo Kiś

Warto mieć w domu na półce laureata ubiegłorocznej Nike. Chociażby na wypadek, gdy staniemy się ofiarą zastawionej przez bogatych znajomych pułapki i pod pretekstem bankietu pokażą nam nieustannie opowiadając, kilka tysięcy zdjęć z egzotycznych wakacji. Stan zatrucia można po powrocie zniwelować, zanurzając się w pięknej prozie Andrzeja Stasiuka.

Kto jednak, pamiętając sławnego „dupala” z debiutanckich „Murów Hebronu” i wywiady pisarza, używającego, jak większość w Polsce, posiłkowego słowa „kurwa”, bez którego nie istniałaby między rodakami żadna międzyludzka komunikacja, nie odczuje powiązań z dawnym autorem. Dzisiejszy Stasiuk, oprócz kilkakrotnego użycia metafory świata rozpadającego się „w drobne chujki” i „pierdolnika”, jest nadzwyczaj poprawny.

Stasiuk, jak i całe pokolenie „brulionu” nigdy ‘patafizykiem nie był. Zdaje się, że ta młodzieńcza choroba była w starym ustroju trwale trzebiona już w kołysce przez twardy, proletariacki wychów w kierunku zasiarczonego J23 i śmierdzących papierosów. Te dwie używki, rekompensujące opary absurdu odnajduje pisarz w czasie swojej wędrówki pod różnymi egzotycznymi nazwami, ale, jak profesjonalny, tresowany pies, zawsze je w końcu odnajdzie. Toteż bohater „Jadąc do Babadag” ma zawsze w jednej ręce papierosa nie luksusowej marki, a w drugiej alkohol nie luksusowej marki i rozpadającą się, wytartą na zgięciach, niewygodną, ale ulubioną mapę Europy. I nie tej Europy, do której Polacy aspirują.

Zaręczam, że jechałam z autorem z przyjemnością, wątpiąc cały czas, czy do Babadag wreszcie dotrzemy, co było najmniej w tym przedsięwzięciu istotne. Najprawdopodobniej nieistotne też były wehikuły, wielokrotnie zmieniane: łódki, rowery, samochody, promy, pociągi, autobusy, aż po wehikuł czasu. Ten ostatni, którym autor pamięcią sięga po lata, gdzie na granicy stali młodzieńcy pełniący różnorakie funkcje opresyjne, zniechęcające do podróżowania, wręcz je uniemożliwiające, by podróżni przeżyli bohaterski smak ich przekraczania, poczytując to sobie jako zasługę nadzwyczajnych zalet własnych, jak cierpliwość, odporność na zapachy, znajomość nieznanych nikomu języków, tajnych przeliczników subiektywnej arytmetyki, wreszcie empatycznego przeżycia wspólnej rodziny, co dzięki pierwotnej, jak u ludów prymitywnych wymianie, zwanej brzydko korupcją, dawało w sumie niezapomnianą do końca życia przygodę. Trudno to nazwać sentymentem czy nostalgią. Ja pamiętam watahy półnagich dzieci oblepiające pociągi na dworcu w Bukareszcie, błagające o chleb i papierosy. Stasiuk politykę Ceausescu śniącym o stumilionowym narodzie, zakazującym aborcję i sprzedaż środków antykoncepcyjnych, co w efekcie przyniosło rodzenie dzieci niechcianych i pozamałżeńskich, kwituje upokarzającym obrazkiem dziewczynki, która w knajpie rumuńskiej wsi schyla się po celowo rozsypaną garść papierosów, by zanieść je, jako swoje trofeum starej kobiecie siedzącej na dworcu. Takich pięknych, pisanych mimochodem, egzystencjalnych obrazków jest w książce bardzo dużo.

Stasiuk przyjmuje metodę obserwatora powściągliwego, można umownie nazwać ją metodą Cezanne’a, który nawet wieloletnią kochankę Hortensję malował wstrzemięźliwie, bez czułości, jak jabłko. Wszystko właściwie pisane jest na tej jednej nucie szarości. Ledwie zaznaczone odpryski śladów twórców wielkiej kultury tej ziemi, Emila Ciorana, Danilo Kiśa, Andre Kertesza, po słowa spotykanych przypadkowo ludzi, daje efekt spójności i jednolitej kompozycji, otwartej już na podróżowanie samotne czytelnika, bez książki.

Wszystko, co mogło tam się znaleźć, a nie znalazło, te pytania o dzisiejsze pobojowisko po komunistycznym eksperymencie autor wyrzuca poza książkę. I tę oczywistość, że ludziom wolność psu na budę, że wszystko determinuje odwieczny strach o egzystencję. Prawda, że abstrakcyjny dostęp do człowieczych dóbr zwykli ludzie mają za nic, że będą zawsze tęsknić do niewoli, do porządku nawet, jak im to zagwarantuje polityczny bandyta, jeśli zniweluje ich przerażający lęk o jutro, jest w tej książce uzyskana trudem autorskiego opisu. Właśnie ten trud, dający w konsekwencji efekt przewyższający socjologiczne konkluzje i historyczne badania, jest największą siłą książki. Opisany świat, rozpadający się, jak poćwiartowana licznymi złożeniami ulubiona mapa, świat podzielony sztucznie przez człowieczy gwałt, jest w stanie hibernacji. Czy się obudzi? Pejzaż, którym w piórze Stasiuka tak zachwyca się Jan Błoński, którego, jak napisał, chciałoby się „cytować bez końca”, namalowany jest przez współtworzącego go wędrowca, a nie przez obserwatora. Może dlatego w tym przerażającym doświadczeniu upadłej cywilizacji XX wieku tkwi optymizm.

Andrzej Stasiuk
Jadąc do Babadag
Czarne 2005

 

babadag.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 4 komentarze

Pasaże literatury

Baudelaire miał to szczęście, że był współczesnym burżuazji, która jeszcze nie potrafi uczynić wspólnikiem swojej dominacji typa tak antyspołecznego, jak on.

Walter Benjamin

Większość literatów to zwykle nędzni wyrobnicy i ignoranci.

Charles Baudelaire

Wydawnictwo “słowo/obraz terytoria” nie wiedziało chyba co czyni, wydając pod tą nazwą cykl nierównych jakościowo książek, co w obliczu właśnie spolszczonych w Polsce „Pasaży” Waltera Benjamina zakrawa na świętokradztwo.

„Pasaże” przypominające swym niemal sześciennym kształtem jedynie stojące na półkach amerykańskich księgarń eseje Gore Vidala, są lekturą wieloznaczną, wielopoziomową, a przede wszystkim magnetyczną. Trudno oderwać się od „Pasaży” od ciągłego czytelniczego wysiłku, mimowolnych porównań i rewizji tego, co wiedziałam wcześniej o XIX wieku w Paryżu, a czego olśniona, dowiaduję się teraz. I śmiech wywołany dowcipami, np. tym, że Napoleon III kazał poszerzyć ulice Paryża z powodu mody na krynoliny.

Ale najważniejsza jest metoda badawcza Benjamina, którą w posłowi Zygmunt Bauman nazywa archeologią czyli wykopywaniem skarbów w Bibliotheque Nationale w Paryżu.

Zanim Walter Benjamin, jak zaszczute zwierzę spróbuje przekroczyć hiszpańską granicę, by dostać się na statek do Nowego Jorku we wrześniu 1940 roku pochyli się w Pirenejach nad brudną kałużą, by napić się spragniony wody, a potem rozgryzie fiolkę z morfiną wobec perspektywy czekającego go obozu dla bezpaństwowców, zawarta w “Pasażach” trzynastoletnia praca naukowca paradoksalnie stanowić będzie prolegomena do jego śmierci. Benedyktyński wysiłek, tropiący na wielorakich poziomach przemiany ludzkich poczynań, pytań, co w konsekwencji dało owoce XX wiecznych horrorów, jest może niedoścignionym wzorem dla tych wysiłków, które dzisiejsza ponowoczesność sprzeniewierza.

Zanim blog ten ożyje ferworem omówień, ocen, poszukiwań, pomyłek i kontrowersji w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące nas pytania, może lektura „Pasaży” pokieruje nas lepiej.

Będziemy pytać o wiarygodność ocen dzisiejszych zjawisk literackiego życia w Polsce, o wartość troski o nią. O jej prowincjonalność, bądź światowość, o snobizm bądź autentyczne, odwieczne doświadczenie twórcze poszczególnego artysty. O wagę aktu twórczego w opozycji do prostytucji twórczej. O moralność, którą Gombrowicz nazwał „sex–appealem” literatury. O Historię, jej kulturowy relatywizm i wpływ na rodzącą się na naszych oczach twórczość. O Religię w Polsce, w pojęciu Josepha de Maistre jedyną możliwą władzę w słabym państwie, gdzie zniesiono niewolnictwo. O miłość, wierząc, że jest nieśmiertelna. O fałszywą, za Baudrillardem, symulację. O wartość nagród w Polsce, gdzie laureat jednej prestiżowej nagrody w drugiej nie jest nawet nominowany. Wreszcie o wolność wypowiedzi w Internecie, co przy tak młodym medium może być chociażby chwilową szansą na umknięcie karzącej ręce społecznej sprawiedliwości. Zresztą, na całe szczęście ten blog jest tak marginalny, że nic nam nie grozi. Prawda?

Walter Benjamin
Pasaże
przełożył Ireneusz Kania
Wydawnictwo Literackie 2005

pasaze.jpg

 

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Dodaj komentarz

Brooklyn Bridge

Tu życie/ było / dla jednych – ucztą tłustą, / dla innych – / przeciągły / skowyt głodu. / Stąd bezrobotni / do rzeki Hudson / skakali / głową do spodu. / A dalej / mój obraz / bez cienia nawiązki, / po strunach – powrozach / aż gwiazdom do pował. / Widzę ja – tutaj stał Majakowski, stał tu / i głoskę z głoską rymował.- / Patrzę, jak w pociąg patrzy Eskimos, / wpijam się sztorcem, / jak w gardło ość. / Bru-kliń-ski most – / tak… / To jest coś!

Włodzimierz Majakowski

*

Zainicjowany przez Tajną Polskę obszernym tekstem Majakowskiego o Stanach Zjednoczonych, który rozwinął się na łamach Partii Liternackiej do obszernych przechadzek letnich po amerykańskiej literaturze i luźnych tematach pośrednio z nią związanych dobiegł końca.

Zanim wróci do aktualnych i gorących problemów życia literackiego w Polsce, jeszcze kilka ostatnich podróżniczych refleksji.

**

Z Filadelfii najtaniej jechać liniami chińskich autobusów. Ich siedziba nostalgicznie przypominająca najgorsze czasy polskich Pekaesów, sprzedaje bilety w śmierdzącej poczekalni bez cienia zachęty dla pasażera czy własnej reklamy. Nie jest ona nikomu potrzebna, do Nowego Jorku jeździ ich autobusami chiński proletariat zdeterminowany koniecznością i ceną. Na moment przed odjazdem wchodzi chińska dziewczyna ubrana jak za czasów Mao i od dokumentnie wypełnionego autobusu zabiera pasażerom wcześniej zakupione bilety. Przed chwilą mężczyzna wszedł do ustępu i bileterka nagłym ruchem otwiera kabinę, wchodzi do niej i wraca z biletem w ręku. Wszystko odbywa się błyskawicznie. Po chwili pasażerowie zasypiają, czasami słychać głos męski, a w odległym zakątku odzywa się głos żeński. Oboje nie patrzą w swoją stronę, a ten chiński flirt między najprawdopodobniej poznanymi tą drogą młodymi ludźmi prowadzony po chińsku, jest dowcipny, bo wiele osób spod przymkniętych powiek reaguje chichotem.

China Town w którą autobus wysypuje ludzi, by napełnić mrowiem nowych w drodze powrotnej, pełna nieprzyjemnych zapachów egzotycznego jedzenia powoli rozrzedza się, a wchodząc na drewniane deski Brooklyńskiego Mostu już się jest w innym kraju i już się jest wolnym.

***

Można przejść pieszo aż na Brooklyn, minąć kolejny dom Walta Withmana zaraz obok mostu. Dom, gdzie Cyprian Norwid rąbaniem drewna zarabiał na przeżycie, nie jest oznaczony żadną tablicą pamiątkową, natomiast stado amerykańskich pisarzy, od Trumana Capote, Normana Millera, Sylvię Plath po Johna Haskella, którego „Amerykański czyściec” Tajna Polska tu omówił, mają, lub będą mieli swoje pamiątkowe tablice.

Ale mnie już nie interesuje Brooklyn. Stąd można piechotą przejść na Green Point i jeszcze raz rzucić okiem na tych, którzy dają i będą dawać rodakom pieniądze. Tu rozkwitły biznesy rzeźników, jubilerów, posiadaczy restauracji, sklepów z polską żywnością i właścicieli domów, których cena jest bardzo wysoka ze względu na opłacalne wynajmowanie mieszkań ciągle przyjeżdżającym do pracy Polakom. To tu, na Green Poncie, gdzie żyje się naprawdę po polsku, uroczystości rodzinno- religijne rozdmuchując do finansowych szaleństw fasadowego wywyższania, kochają jak nigdzie polską sztukę. Z ich datków kolejna edycja aukcyjnej sprzedaży polskich artystów, zapoczątkowana przez Wiesława Ochmana i nieżyjącego już Dudę-Gracza, ozdobiona luksusowym katalogiem sprzedawanym po 18 dolarów, zakończyła się kolejnym sukcesem! Obrazy sprzedano niemal wszystkie, ceny dochodziły do kilku tysięcy dolarów!

Ale mnie już nie interesuje Green Point, bo pamiętam przecież Green Point ze „Szczuropolaków” Redlińskiego. Dlatego wstąpię jeszcze do polskiej księgarni zobaczyć, czy aby Redliński nie jest tu na indeksie, ale nie, skądże, wychodzę z zupełną nowością i będę ją czytać w samolocie.

****

Wtedy, gdy leciałam przez ocean Cubaną, samoloty były mniejsze, a gdy w Pradze dosiadł się jeszcze Che Guevara, dla którego przeznaczono pół samolotu od ogona i odseparowano go od reszty pasażerów z oddziałem w pełni uzbrojonych żołnierzy, leciało się inaczej. Dzisiaj samolot Lufthansy ładuje się 2 godziny wchodzącymi pasażerami jak do arki Noego zwierzętami. Lokuje w wąskich fotelach po dwie osoby przy oknie, resztę między dwoma korytarzami po sześć.

Siedzę przy oknie, dosiada się bez słowa może czterdziestoletni, pachnący mężczyzna, z którym spędzę noc. On zaczytany w kolorowym, biznesowym magazynie, ja w polskiej pornografii Edwarda Redlińskiego. Bo jak inaczej nazwać tę książkę znanego pisarza, który na starość idzie w jakąś perwersyjną dewocję? Obszerne sceny odejścia Jana Pawła II oczami bohatera, skretyniałego inżyniera i jego przemądrzałego syna (metoda Marka Koterskiego i Jacka Podsiadły) jest zupełnie nie strawna. Zmieszane z wodą kolońską mojego sąsiada i okropnym, niemieckim jedzeniem daje efekt czytelniczego zatrucia, toteż z ulgą witam gaszenie świateł i pogrążanie się w sztucznym śnie, którego chyba nikt tutaj nigdy nie doświadcza. Mój sąsiad niby pogrążony w nim jak niemowlę, reaguje jednak przesunięciem nogi, gdy w aksamitnej spódnicy staram się okrakiem nie usiąść na nim przekraczając jego ciało w drodze do toalety.

Zbliżając się rano do Frankfurtu z ulgą obserwuję przez okno, że wysepki miast, wyglądające w słońcu jak cekiny, a często też tylko jak potłuczone bezładnie szkło, otoczone są w dalszym ciągu jeszcze gęstwą zielonych lasów, których na całe szczęście na druk książek nie wycięto.

Mój sąsiad nie odezwał się do mnie do końca ani słowem, a wychodząc, nie powiedział nawet odruchowo do widzenia.

Edward Redliński
Telefrenia
Świat Książki 2006

 brooklyn.jpg

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Jeden komentarz

Whitman

Poets to ComePoets to come! orators, singers, musicians to come!
Not to-day is to justify me and answer what I am for,
But you, a new brood, native, athletic, continental, greater
than before known,
Arouse! for you must justify me.

I myself but write one or two indicative words for the future,
I but advance a moment only to wheel and hurry back in the
darkness.

I am a man who, sauntering along without fully stopping,
turns a casual look upon you and then averts his face,
Leaving it to you to prove and define it,
Expecting the main things from you.

Walt Whitman

Dzisiejsze internetowe tabuny poetów, które falami przetaczają się przez portal Nieszuflady, by, jak hordy barbarzyńskie, po rytualnym paleniu wiosek i gwałtach, osiąść gdzieś w przytulnych blogaskach, są zapewne zjawiskiem ogólnoświatowym. Dom Whitmana, zakupiony dopiero przed śmiercią, jest teraz siedliskiem właśnie takich nieszufladowych imprez i zlotów. Bowiem każdy dom sławnego pisarza, oprócz pokazania w nim okularów, pióra i rozpadających się ze starości zabazgranych notesów ma zawsze swoje, gniazdujące tam stowarzyszenia, kluby, federacje i wielbicieli, którzy heroicznie pozyskując publiczne pieniądze pod szyldem większego autorytetu bawią się i imitują twórczość.

Camden, mimo, że leży już w New Jersey, oddzielone jest tylko rzeką Delaware i połączone Mostem Walta Whitmana z Filadelfią. Otwiera się na jej piękną panoramę, gdzie nad bulwarami i na tle rozświetlonego po drugiej stronie rzeki miasta, odbywają się liczne plenerowe imprezy.

W Polsce, spożycie lodów i napojów chłodzących tego lata z pewnością dorówna innym krajom, nawiedzanym też przez upały i z pewnością też, mimo rzekomej nędzy w kraju, dorówna ilości konkursów literackich, turniejów jednego wiersza, plenerom malarskim, zlotom, zjazdom i wszelkim stymulatorom, mającym nadmiar zamienić w jakość, a pod szyldem sztuki skryć odwieczną ludzką potrzebę uczestniczenia w igrzyskach. Szkoda tylko, że jak na nasze czasy przystało, odbywa się to w obłudzie sacrum, rytuału zamienionego w wielkie żarcie, a plecy Whitmanów, na których wieszają się dzisiejsi piwosze udający zbuntowanych Ginsbergów, mgliście, wraz z całą pornografią udawania kogoś kim nie są, niszczą też tych, na których żerują.

Bo kim był Whitman, nim sparaliżowany po udziale w wojnie secesyjnej zamieszka w Camden? Pięknie napisze Julian Tuwim: Ze wszystkich stron świata przyjeżdżały do wspaniałego starca tłumy wielbicieli, między innymi Oscar Wilde, miliarderzy amerykańscy przysyłali mu pieniądze. Najelegantsze ladies angielskie wyszywały mu pantofle i szelki: najznakomitsi poeci współcześni, John Ruskin, Tennyson, Rossetti, kupowali „Źdźbła trawy” osobiście od autora.

Zwalniany z redakcji za homoseksualizm, którego doszukano się w „Źdźbłach trawy”, wielki samouk natychmiast dostrzeżony i wsparty przez Emmersona, mimo trudów, pisał nieustanny hymn na cześć życia i śmierci, ich akceptacji i afirmacji.

Romantyczne otwarcie się ludzkiej wrażliwości, podkreślanie stwarzania świata, a nie jego naśladowania w akcie twórczym, przewija się przez wielkie nazwiska epok, od Blake’a, Wordswortha, Coleridge’a, Hölderlina, Schellinga, Schleiermachera, braci Schleglów, Madame de Stael, Shelleya, Keatsa, Byrona, Puszkina, Carlyle’a, Emersona, Thoreau; od Rabelais’go, Cervantesa i Fieldinga, Baudelaire, poprzez Hugo, Stendhala, Flauberta, Melville’a, Dostojewskiego i Tołstoja aż po Manna, Hessego, Lawrence’a, Woolf, Joyce’a, Jamesa, Prousta i Kafkę, oraz filozofów: Bergsona, Husserla i Heideggera, do Nietzschego, który proponuje po całkowitym zużyciu i sprzeniewierzeniu się przewodniej idei romantyzmu wszystko zlikwidować i zacząć od nowa.

Niestety, dzisiejszy stan sztuki, wobec wynalazków technicznych umożliwiających multiplikacje, powielanie, klonowanie i mechaniczną samowolę, nie przewiduje rezygnacji z tych ułatwień. Jeśli wierzyć Nero w „Matrixsie”, jesteśmy i tak już w nieodwracalnej niewoli zewnętrznego nakazu. Dławiący nadmiar artystów swoją miernością zalewa rytmicznie wszelkie możliwe niedopilnowane szczeliny.

Może gdyby pisarze chwytali za pióro w momentach „zakochania”, utworów byłoby mniej, lub nie byłoby ich wcale?

Czasem, gdy kogoś kocham, ogarnia mnie wściekłość / z obawy, że miłość moja jest nieodwzajemniona, / Lecz teraz myślę, że nie ma miłości nieodwzajemnionej, / zawsze jest jakaś zapłata / (Kochałem kogoś płomiennie, a miłość moja była nieodwzajemniona, / Lecz z niej powstały te pieśni – napisze Whitman w zbiorze „Tatarak”

Walt Whitman
Kim jestem ostatecznie
przełożył z angielskiego Krzysztof Boczkowski
inter esse 2003

whiitman.jpg
Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | 5 komentarzy