Pożądanie

Brak dostępności. Za to w zamian
sycąc się brakiem cudzej biedy,
orgia zmysłowa jest jak Adam
z którego Bóg nie wyjął Ewy.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Mandelsztam

A wieczór już i Mandelsztama
szczyptę: chininy albo cyjanku
zażyć, to sprzeczność umierania
z leczeniem. W tkanki

wiersza uciekać. Gdy się nie da
nie może być, nie można bywać,
wiersz się jak stary zegar przyda
tajnych ablucji. I nie wyda

ich racjonalność, ani magia.
kołysz mnie, kołysz, Mandelsztamie.
Ja już za życiem nie przepadam,
a też niechętne umieranie,

za wcześnie jeszcze
na sen.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Żar

Dzisiaj, gdy wracasz do domu i przynosisz widok sześćdziesięcioletniego górnika (z którym już nie sposób rozmawiać, powiedział już wszystko), z napełnionym workiem foliowym krwią, trzeba bronić się innymi widokami. Gdy tam leżysz, mając w uszach „Księgę ziół” Maraia, przypomina mi się powrót z Francji – ciepły wrzesień i Paul. Przyjechałeś po mnie do Norymbergii, a ja chciałam jeszcze zrewanżować się Paulowi za gościnę i kupiłam w norymberskiej księgarni zafoliowany „Żar” Sandora Maraiego, nie tłumaczonego wtedy jeszcze w Polsce. W swoim pięknym domu w Lagar de Viaur miał jedynie Houellebecqa po francusku, chyba do trenowania języka, ale jego nerwowe telefony do kobiety, zakończone definitywnym zerwaniem, podsunęły mi pomysł leczenia Paula tą nieznaną mi książką. I, jak żegnaliśmy się, i całowałeś go bratersko na pożegnanie, to ja już nie podeszłam, nie miałam siły, machałam z daleka ręką, Paul zmniejszał się i kurczył, a ja wiedziałam już, że znika bezpowrotnie Francja, czyli otwarcie, finezja i artyzm.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz

Osiki drżą

Osiki drżą. Ich płaskie listki
to naszywany rząd pajetek
na lato z zielonej żorżety.
Rewers i awers jak myślenie.
Takiego Nic, duchowej czystki
nie dasz mi dzisiaj. Listki nie te
jak i wewnętrzne priorytety
ani nie takie rozdwojenie.

Brnę ulicami. Drżą oski
nawet, gdy wiatr w upale niemy,
powietrze ciężar ma napalmu.
I zanim spłonie nim wahliwość
oraz niepewność, to zbyt bliski
moment, gdy z nas rezygnujemy.
Tak jak głodnemu wciąż pokarmu
nie dawać – umrze wreszcie miłość.

Jeszcze przez kilka przecznic szpaler
osik świadkuje niepewności.
Cofam się. Rośnie moje drżenie.
Symetria, czy osobne chcenie?
I zanim zaniechania karę
udźwignę, świat cofnie się prościej
w swojej niezgodzie. W moje nie wiem
osik i w me udaremnienie.

Ostatnie to już w życiu przecież
chybione uczuć aspiracje
serce sparciałym tylko workiem
więcej nie zniesie. Wiatr potarga
listki w szelesty, zanim jesień
zamknie jałowe w nas wakacje
przeszyjesz osikowym kołkiem,
mnie, bym już raz na zawsze zmarła.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Brama

Wrzesień jest mokry. Ty – jak lato,
któremu w drodze brak oddechu,
a ciepłe dnie jeszcze mu płacą
kartą na kredyt. Tak, jak grzechu

szkoda nie zrobić. Rozliczenie
będzie i tak w bilansie zysków,
bo buchalteria jest zniszczeniem,
a budowaniem – oczywistość.

Ty – gdy nad latem się pochylisz,
gdzie rachunkowość życia ścisła
nie możesz ulec, jak ja, chwili,
bo się wyczerpał limit zysków.

Wrzesień jest mokry, jak łez banał,
możliwe wejście we mnie mijasz.
Stanę w twej bramie, ale brama
tylko ozdobą, jak makijaż,

co się rozmazał w deszczu lata,
który nie wabi, nie podnieca.
Brama – to tylko zwykła wiata,
a ty w niej głupio sobie czekasz.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Piotr Czerski „Ojciec odchodzi”

Bohater ma dwadzieścia cztery lata, podobnie jak autor. Tematem tej mini powieści, słusznie anonsowanej na okładce, jako lekturze lekkiej, „do pociągu” jest ojciec. Jak wiemy, ojcem zostać niesłychanie łatwo, wystarczy kilka ruchów frykcyjnych, co jest podobno jeszcze skuteczniejsze, gdy zapłodnienia dokonuje młodzieniec. Toteż ciepłe wejście w zaledwie tygodniową, a więc i nie za bardzo poznaną i nie znienawidzoną jeszcze licealistkę Olę, łatwe. Łatwe też jest napisanie książki, bo, jak wiemy z portalu „kumple”, Piotr Czerski to profesjonalny specjalista od najnowszych technologii zapisu elektronicznego myśli. Gorzej jest z wyjściem. Bowiem kanwą utworu autor uczynił wyjście ze świata żywych Papieża Polaka. Na tym historycznym tle młody student filozofii, Czers, po tygodniu niepewności, wraz z informacją o nadejściu menstruacji Oli, wychodzi automatycznie ze swojego ojcostwa. Dysproporcja, jaka zaistniała w tej, raczej na miarę wypracowania szkolnego, prozie, między osobistym, a publicznym przeżyciem trudno wytłumaczyć z uwagi właśnie na kierunek, w jakim bohater – student się kształci. Śmierć biskupa Rzymu, przedstawiciela najbardziej katolickiego państwa, gdzie jest około 40 tysięcy księży i zakonników, 50 procent więcej fundacji klasztornych, opactw i konwentów niż przed wojną, dziwi Czersa. Obserwuje wszystko, co jest z tym związane, jak przybysz z obcej planety. A fakty są takie: do pierwszej komunii świętej przystępowało 92 – 95 procent dzieci, które nauczano w osiemdziesięciu tysiącach punktach katechetycznych do momentu powrotu lekcji religii do szkół; 90 procent zmarłych chowa się w porządku katolickim; napływ chłopów do miast zwiększył praktyki religijne po wojnie, co spowodowało zawieranie przez dwie trzecie mieszkańców ślubów w kościele; w mszy św. w niedzielę uczestniczy 50 procent ludności. I to zjawisko, ten fenomen życia publicznego w Polsce, jego konsekwencje dla przechadzającego się po Krakowie Czersa, jest nieznaną mu egzotyką. Wiemy z młodości, że są różne pozy, Młodziakówna w „Ferdydurke”, nie pozowała, natomiast pozował Witold. Czers niestety nie pozuje właściwie. Jeśliby, a przychodzi mi tu na myśl „Buszujący w zbożu” Salingera, Piotrowi Czerskiemu o coś ważnego chodziło, wybaczone mu byłoby i kumoterstwo w wylizywaniu przyszłego wydawcy książki, i mówienie o ludziach, o których nikt niedługo nie będzie pamiętał. Ale nie chodzi mu nawet o to, że pokolenie JP2, tak jak moje, J23, jest pokoleniem zepsutym. Nic podobnego. Wręcz przeciwnie. Dlatego doświadczenie pisania w tym wypadku nie jest zapładniające. Czytelnik oczekuje przecież czegoś więcej, niż sam obserwuje i dowiaduje się z mediów. A nie daj Boże, jeszcze wpadnie na demoralizujący pomysł, że przecież taką książkę też sam by z łatwością napisał. I – napisze

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zmarnowanie

Szukałam po obrzeżach życia
tej polifonii, gdzie samotność
to marsza weselnego godność,
prawa do jadła i do picia.

Szukałam ciebie, bo czasami
w słowach spotykam cię jak w lustrze.
A przecież razem, już pojutrze
po drugiej stronie lustra sami

będziemy wiecznie nierealni.
A ta osobność dzisiaj z woli.
A ta odmowa dzisiaj boli.
A ogień pragnień wszystko spali,

by aseptycznie i jałowo
wśród celebracji i frymarczeń
dostać od ciebie trochę zmartwień,
o jakieś źle użyte słowo.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Telefonia komórkowa

Do przedziału weszli sami młodzi ludzie, a ja siedząc w środku, miałam jako jedyna, nieczynną z powodu nie opłacenia, komórkę. Wsłuchiwałam się więc w czasie tej półtoragodzinnej podróży łączącej dwa duże miasta w komórkową komunikację międzyludzką.

Komórki zostały wyjęte zaraz, jak pociąg ruszył i w miarę, jak jako pospieszny nabierał szybkości, próby skomunikowania się nie tylko z tymi, którzy na telefon nie czekali, którym pozostawiano jedynie wiadomość, że są, że jadą i że w jakimś punkcie czasu będą w określonym miejscu – co nie jest pewne oczywiście, bo pociąg jest spóźniony – nabierały też tempa. Już po chwili można było, jak w konstrukcji „Orient Ekspresu” Agaty Christie zorientować się, kto jest kim, a nawet już wiedzieć, kto zabije.

Wiadomo, że nie ta młoda dziewczyna, która kieruje całą energię, by wzbudzić jego zazdrość, wykonując pozorowane telefony do osób nieistotnych, podczas gdy on, zatopiony w kolorowym piśmie śledzi miłośnie obrysy samochodów. Dziewczyna po zakończonej jałowo scenie komórkowej próbuje rozpaczliwie zabłysnąć jeszcze wiedzą samochodową, ale on, z którym jechała, z którym wsiadła i miała do dyspozycji te półtorej godziny, by go pozyskać, zdziwiony, pogrążony w marzeniu, zdaje się jechać sam, i to nie pociągiem, a samochodem.

Zabije ta siedząca przy oknie, ta, która, dzwoniła kilkakrotnie na różne numery i zabije właśnie telefonem.
– Jestem mamusiu właśnie w pociągu, tak, byłam u koleżanki i praca w Krakowie jest pewna, to bardzo dobrze wszystko wygląda.
– Nie, jeszcze nie, ale to jest pewne.
– Tak, byłam. – Tak, kupiłam sobie książki, wiesz, jest możliwość kupna taniej, jest tam możliwość kupienia nawet po dziesięć złotych.
– Gdzie jest Grzegorz? – Nie wrócił jeszcze? Jest już przecież ósma. Koniecznie, jak wróci, musisz go ukarać. Wymyśl jakąś karę. Koniecznie, mamusiu, musisz go ukarać, on nie może sobie tak dobrowolnie nie przychodzić. Nie, jeszcze nie wiem, kiedy. Nie, chyba nie. Ale wracając do Grzegorza, pamiętaj, że musisz go ukarać.

Dziewczyna ma młodą, zaciśniętą twarz, jej ostry profil odbija się w jasnej jeszcze szybie późnego lata, dzwoni zawzięcie po różnych adresach, aż odzywa się Grzegorz.
– Grzegorz? Ty nie wiesz, że matka na ciebie czeka? – To odprowadź ją i natychmiast wracaj! Bo inaczej czeka na ciebie kara. Odczekuje trochę, wpatruje się w okno, gdzie ciepły letni wieczór opada lekko na mijane miasteczka, połyskując zapalanymi właśnie elektrycznymi światłami.
-Mamuś? – Jest Grzegorz, zaraz wróci. – No to pa!. I pamiętaj, nie zapomnij go ukarać!

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz