Powołanie uczniów

Nie pytaj mnie o powody, jeśli nie chcesz wchodzić.
Kibicem być, to też fatyga. O co pytasz?
Grą nie to, czy jesteśmy młodzi,
tylko korytarz.

Wejdziesz? Wchodzili Jan i Paweł
Łukasz, Judasz Iskariota
w nieznane, cichym gnani prawem
ducha i złota.

Wchodzili jak w śmierć, w obiecanie
jej strachu i martwego początku.
Wbrew pytaniu o taniec
na końcu.

Nie pytaj mnie o powody, jeśli nie chcesz wchodzić.
Kochanków dzieli nie od dzisiaj.
Przejście, to tylko szansa urodzić
w sobie twój ryczałt.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Bieganie z faszystą

Przyjechał latem do zabytkowego miasteczka z drugiego końca Polski. Zamieszkał w klasztorze przemienionym na hotel. Grube mury długich korytarzy ciągnęły się wokół dziedzińca. Dawne cele zamieniono na wygodne, hotelowe pokoje, a tam, gdzie była kaplica, zrobiono łazienkę. Postawił samochód na przyhotelowym parkingu w miejscu dawnego cmentarza.

Szedł po drewnianych schodach z gitarą i płótnami nie namalowanych obrazów. Mimo pięćdziesięciu lat czuł się jak wtedy, gdy był studentem i zarabiał na wakacjach grając i malując portrety. Jak wtedy, przyjechał po studiach do obcego miasta z gitarą i obrazami. Poznał dziewczynę i został w tamtym mieście. Dostał posadę w szkole średniej i tak jest do dzisiaj. Ta sama kobieta, szkoła i wakacje.

Portiernia była obita aksamitnymi falbankami z nieudolnie wyciętymi literami „recepcja” przybitymi do pluszu. A za oknem dziedziniec zalany słońcem z czerwonymi różami, stolikami, krzesłami oraz wielką, stuletnią agawą. Tu będzie grał na gitarze, a kobietę z biura hotelowego namaluje.
Miasteczko nie było jego stronami, ale rodzice uciekając przed faszystami i komunistami chwilowo tu zamieszkali i tu go poczęli. – Mam więc jakiś dług do spłacenia – myślał.
Było piękne. Zachowało się dużo przedwojennej architektury, wykwintnych willi z przedwojennymi wieżyczkami. Rano biegał, by podtrzymać kondycję.
Przy posiłkach opowiadając barwnie poranne biegi zainteresował o 10 lat młodszą kobietę i zaczęli biegać razem.
Miała ciągłe uczucie znużenia. Zmęczona całorocznym mieszkaniem w hałaśliwym mieście, liczyła na chociaż powierzchowną regenerację sił. Pukał delikatnie raz przed pierwszymi dzwonami kościoła, miała cztery minuty, by się ubrać i gdy zapukał drugi raz, wychodziła cicho z butami w dłoniach nie budząc śpiącej koleżanki. Portierzy spali w swoich mieszkaniach i hotel był zamknięty, ale znaleźli zakamarki, gdzie drzwi zamykano na zasuwę. Potem wystarczyło przejść przez metalowe ogrodzenie posesji i wybiegali na nowy, letni dzień.
Miasteczko milczało w rannej odnowie. Przemierzali ulice wzdłuż kościoła, truchtem kierowali się na łąki i opuszczone sady. Biegli miedzą boso po trawie, robili skłony, rozrzucali ręce w powietrze, skręty tułowia i przysiady. On przysuwał się, ona odsuwała. Nie zrażony odmową objął ją ramieniem. Dłonie zaczęły szukać piersi i schodziły w dół. Odskoczyła jak oparzona.
– Nie było tego w umowie – powiedziała łagodnie nie chcąc go obrazić. – Jak ty sobie dajesz radę z licealistkami? – dodała na wpół zatroskana, sugerując, że powinien swoją aktywność kierować gdzie indziej i jednocześnie próbując nie kwestionować jego męskich walorów.
Nie chciał o tym mówić. Wracali milcząc. I nagle rozgadał się.
– Nie chcę się chwalić – opowiadał – ale rodzina mi się udała! – Tu następowały obszerne opisy trójki wykształconych dzieci i wspaniałej żony. Zalety, wspieranie się, kontakt.
Dzień obiecywał skwar, ulice zaludniały się powoli, dzwony biły na pierwszą mszę, a w ogródkach otworzyły się kwiaty.

Nazajutrz sytuacja powtórzyła się: pukanie, buty, przechodzenie przez ogrodzenie, drobny trucht po zaspanej ulicy, łąka, gimnastyka. Był ogłupiały z pożądania. Znowu otoczył ją ramieniem. Mówił o swoim zachwycie. Lekko dziwił się, że nie odpowiada na jego uściski, ale brnął niezrażony dalej.
Wyrwała się z niesmakiem i spytała o żonę, o wspaniałą rodzinę, o wczorajsze słowa. Jakby gwałtownie obudzony przez kogoś, kto przeszkadza spać, zirytowany odpowiedział: – żona? – w życiu bym jej nie skrzywdził. Oczywiście – dodał niemal krzycząc – nigdy bym nie dopuścił, żeby to widziała.
– A mój mąż? – zapytała. Na wspomnienie męża zirytował się jeszcze bardziej.
– Jesteś dojrzałą kobietą, co z tego masz? Ja się wyspowiadam. Roześmiała się głośno, a on się zmieszał.
– To ja dla ciebie… zbieram jabłka… biegam… – jęknął.

Schodzili w dół ulicą. Dzwony biły na niedzielną mszę. Przebrał się szybko w garnitur i dołączył do wiernych. Plac okalający kościół zatłoczony był ludźmi. Wszedł do środka i po mszy radośnie wracał do hotelu. Kobieta, szperająca w śmietniku mimowolnie przyciągnęła jego uwagę. Rozpoznał w niej koleżankę ze studiów. Ona też już go zauważyła i poznała. Pamiętał tę najpiękniejszą dziewczynę na roku, o semickiej urodzie, o pięknych włosach, wyraźnych oczach. Stała przed nim mała, tęga kobieta, rozedrgana, mówiąca z trudem, a zarazem szybko i niepewnie. Zakłopotany żałował, że przypadkowo wybrał akurat tę drogę do hotelu. Ona odebrała jego zakłopotanie i spontaniczna radość ze spotkania zgasła. Wtedy to zauważył i zrobiło mu się jej żal.
– Mam do południa malować obraz, jest dobre światło, ale będę wolny o trzeciej – powiedział. Podała adres.

Szedł podcieniami zabytkowego miasta, do sieni pełnej wizytówek. Szewc, butik z używanymi ubiorami, studio komputerowe. Jest. Pracownia konserwatorska. Zapukał. Przywitała go wylewnie, nie mógł ukryć odrazy. Dwa maleńkie pokoje pokryte obrazami, fotografiami. Strop kolebkowy pomniejszał i tak niewielkie miejsce. Warsztat tkacki zajmował niemal cały pokój, na nim dywan pożarty przez psa. Włóczką uzupełniała braki. Wyciągnęła nerwowym ruchem zdjęcia z szuflady. Dokumentacja jej prac, sztandarów, portretów, sukcesów lokalnych. Cierpliwie czekał końca wizyty. Chaotyczne, nerwowe gadanie irytowało go tylko. Szybko się pożegnał.

Miał jeszcze dużo do zrobienia, pojechania, napisania, namalowania. W czasie wakacji nawiązywał kontakty, zarabiał pieniądze i zdobywał nowe możliwości. Nie lubił, gdy coś nie przynosiło żadnych korzyści. Osoby przypadkowo przechodzące przez jego życie musiały coś dawać. I jeszcze uwikłanie w biegi z tą starzejącą się kobietą.

Następnego dnia biegł już niczego się nie spodziewając. Rozmawiali. On, chcąc się pochwalić powiedział, że pisze artykuł.
– Do której gazety? – zapytała. Wymienił jeden z prowincjonalnych tytułów.
– A ty, co czytasz? – odwzajemnił ciekawość. Wymieniła. Zaczął szydzić z jej gazet, gustów i opcji. Wracali do uśpionego jeszcze hotelu, wszyscy spali, a on krzyczał na cały korytarz. Panicznie uciszała go, on niepohamowanie wykrzykiwał różne hasła, fakty historyczne, nazwiska, priorytety. Hotel trwał w uśpieniu. Szybko przemknęła do pokoju, ale słyszała jeszcze niekończące się pokrzykiwania, argumenty, słowa. Na koniec dobiegło do niej: – nie wiesz nawet, z kim biegałaś!…

Jeszcze wiele wydarzyło mu się tego lata w miasteczku, w którym 50 lat wcześniej był poczęty. Właśnie przyjechał inny gitarzysta i zabrał mu publiczność, a ich kompromisowy duet wypadł na jego niekorzyść. Obrazy, na które z trudem pozyskał zamówienia nie podobały się i nie zostały kupione.
Po pijackiej nocy z artystami pojechał do całkiem przystępnego burdelu i na złość całemu światu zostawił pieniądze pozyskane za portret recepcjonistki. Ale i to nie dało upragnionego spokoju i równowagi. W następne wakacje pojedzie do Stanów, będzie grał w polonijnych klubach, malował portrety i zostanie doceniony.

Zaczął się pakować. Schodził po schodach obładowany nie sprzedanymi obrazami i gitarą. Świtało. Do domu, gdzie czekała na niego żona, było daleko. Ale nie spieszył się. Miasto budziło się wolno. Zjechał samochodem ulicą w dół trasą porannych biegów. Zaczęły spadać pierwsze liście późnego lata. Pod drzewami leżały owoce. Przejeżdżał rozłupane jabłka i gruszki. Od łąk panorama zabudowań mgliście ujawniała swoje kontury. Myślał o kobiecie, z którą biegał rano i o tej, którą spotkał po latach. I o wszystkim, co wydarzyło się tego lata w miejscu, gdzie obchodził pięćdziesiąte urodziny. Gdy minął tablicę z napisem żegnającym miasteczko, uwolnił się od tych myśli. Wchodził w nowy obszar doświadczeń i nowego działania.

Zaszufladkowano do kategorii 2003 | Dodaj komentarz

Hortensje

Ciszę ulicy w piekle lata upał zamienia w galaretę.
W hortensjach, karmionych codziennie wodą miłości, aby trwały,
jest powstrzymanie biegu czasu, wiecznej odmowy. Lśnią hortensje.
Przyszłam w zastępstwie. Przyszłam marząc, jak marzy więzień
o czasie nowym, który przeminął bezpowrotnie. Świat nie ocalał
na więcej.

Jutro skaleczę nogę w lesie, wnyki przeszyją jak gwóźdź Boga
podczas upalnej kaźni krzyża. Grot przerażenia sprawi ból
tak nieskończony, a skomlenie zniszczy obcością ciszę wokół,
krwią ponapełnia sandał rana i pozostanie niema noga,
którą wracając w poprzek pól
do domu wwlekę, a z nią spokój.

Nie będę tak, jak wczoraj stałam, niebieskiej kuli kwiatów toczyć
w moją siatkówkę. Puste kielichy niemych płatków. To cmentarne
przecież są kwiaty. I jałowe. Ten estetyczny znak ulicy
twój jest jedynie. Twój uroczy
habitat, a w nim cienie czarne
rzucone wzorem szachownicy .

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Związek

Już przed piątą ludzie wciekali wąskim strumieniem schodów, gdzie na półpiętrze rozpadali się na dwie ścieżki. Ci, co orientując się, że tutaj wydają katalog, stawali w kolejce, by pobrać kosztowne wydanie dwustu autorów uwieńczonych kolorowymi reprodukcjami ich plastycznych wytworów, obwieszonymi masą sponsorów i kilkoma esejami sławnych ludzi. Kto żyw tam chwycił za pióro, by w tym jubileuszowym wydaniu dać świadectwo prawdzie o Związku. Henryk Waniek, wprawdzie wśród ogólnej euforii tego cudownego zjawiska, jakim był i jest Związek, próbował chwilowo przemycić zdanie, że wprawdzie kto do Związku nie należał, artystą być nie mógł, ale w końcu uległ chwili natchnienia i rozpłynął się w smakowaniu ciepła związków międzyludzkich, które to na łonie Związku owocowały uczuciami wyższymi. Rektor UŚ, Tadeusz Sławek nie omieszkał zabłysnąć szeregiem nazwisk z górnej, europejskiej półki, powołując się na „Creo ergo sum”, przecząc „końcowi sztuki” i angażując do tego celu Ericha Fromma, Marcela Duchampa, i wiele jeszcze innych nazwisk mających na celu udowodnić, że liczy się twórczy gest. Dlatego też, pozostała część przybyłych owego popołudnia na wernisaż, natychmiast wykonała gest w kierunku długiej kolejki do darmowego piwa, które nagle zmieniło napuszony charakter francuskiego vernissage z winem, w swojską imprezkę gillową. To, co wisiało na ścianach i stało na postumentach w postaci rzeźb, było gestem, jak na tak olbrzymią salę wystawową, i wagę przedsięwzięcia, niesłychanie ambitnym i wypracowanym. Twórcy dokonywali ekwilibrystyki pędzla, dłuta i przemiany materii w drogocenne płaszczyzny, zdawałoby się, zwykłych chemicznych związków. I cały ten Związek, który dokumentnie pokrył ściany i podłogę, nagle przyszedł w jednej chwili, zszedł się razem, by w tyglu wzajemnych spotkań, konfrontacji, wzajemnego oglądu degradacji ciał przez czas, ożywić i ocieplić sobą zastygłe, twórcze wytwory. I tak całując się ze Staszkiem, zapewniam go, że lubię go najbardziej z całego Związku, nie przyznając się, jaki jest mój prawdziwy stosunek do pozostałych jego członków. Chwytając z tyłu nagle za ramiona niemodną, wywatowaną marynarkę Adama, w którą palce wtapiają się czując lekkość gąbki wszytej w ramiona, chłonę jego agresję i zażenowanie. Chłód zaskoczonego profesora na mój widok przemienia się w hamowaną pogardę. Ostatkiem woli uśmiecha się oddając uścisk ręki, zaznaczając jednak, że zgłoszenie mojej wystawy w zimie niekoniecznie będzie zaakceptowane. Tadzio, który posłusznie robi mi zdjęcie na tle Mojego obrazu, jest bardziej przymilny wiedząc, że jest tylko licealnym nauczycielem. Halinka, której przypadkowo nawet wysłałam pocztówkę na imieniny obsługując właśnie siedem innych Halin, nie wstaje nawet z fotela umiejscowionego blisko piwa, uważnie rejestrując jednak moje czerwone buty. Marian, którego zdążyłam spytać, czy na plener została zaproszona żona Adasia, na której bardziej mi zależało, niż na Adasiu, bo to uniwersytecka bibliotekarka, zdążył tylko rzucić, że nie, że z powodu swojej przemądrzałości ma dożywotni szlaban na plenery Jasia, zanim nie porwała go jakaś kolejna pytająca. Bowiem Marian zalicza więcej plenerów w roku, niż jest miesięcy i ciągle jest zaczepiany. Helena, która zakazała mi mówić na temat śmierci, jako o temacie według niej nieetycznym przy obiadowym stole, teraz przesuwała się od koleżanki do koleżanki, gdzie farbowane, nie zawsze liczne włosy, przepalone papierosami twarze i kanapowe, poklimakteryjne piersi, bardziej niż u mężczyzn dawały sygnały niechybnego już końca. A wszyscy ci producenci artystycznego, twórczego gestu rozmawiali, pili piwo, przechadzali się między sobą, a w drugim końcu, otoczeni wianuszkiem posłusznych i zainteresowanych, odbywała się część oficjalnego rozdawnictwa medali, podziękowań dla władz miasta i głosy poszczególnych prelegentów. Na koniec pożegnałam Franka, który stał niemo i z nudów zabrał mi katalog i zaczął nerwowo kartkować. Nie masz? A, jeszcze nie zabrałem, chciałem zobaczyć, jak wydany. To ja zadzwonię – rzucił, jakby chciał, bym sobie poszła, a ja rzeczywiście chciałam już iść.

W podziemnym przejściu były znowu rozrzucone ulotki, agitujące do autonomii Śląska.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Zarząd

Pawlak zadzwonił wieczorem.
-Jestem Pawlak – wie pani, ten z działki. Nim zdążyłam udać zachwyt, że odwiedza mnie telefonicznie sąsiad Pawlak, natychmiast spochmurniałam.
– Wie pani coś kręcą z pani działką- ściszył głos, jakby ktoś nas podsłuchiwał. Milczałam pytająco. Pani nie uprawia działki i Zarząd pani zabierze działkę i nic pani nie dostanie, a ja pani za nią zapłacę. _ – Jak to? – próbowałam się bronić – przecież kosimy, zbieramy owoce, jestem tam z psem niemal codziennie. Po śmierci ojca ten niechciany spadek rzeczywiście stawał się coraz bardziej nieznośny, jak alejkę pozajmowało następne pokolenie po wymarłych właścicielach. Jednak, mimo wymiany pokoleń, ten komunistyczny skansen, okazał się nietknięty przez czas. Jedynie ludzie i ziemia ulegli zepsuciu, jabłka stały się kwaśne, ludzie jak piołun. Otoczenie trzech sąsiadów, z którymi ojciec wymieniał pomidory i kosztował własnoręcznie wykonane wyroby alkoholowe, zdziwaczała, ogarnięta w dalszym ciągu, nikomu nieprzynoszącą zysku, ani satysfakcji pracą. Obarczeni rodzinami, mnożącymi się wnukami, pozostawali na posterunku przez nikogo nieodwiedzani i nie podziwiani. Zdawałoby się, emerytowany skrzypek filharmonii dysponował zapleczem duchowym w postaci kontaktu z prawdziwą sztuką. Jeszcze niedawno zadręczał mnie pomysłem umówienia się z nim na działce w celu darmowego wykonania specjalnie dla mnie kaprysów Paganiniego, teraz nie kłaniał mi się już i pogrążony w samotniczych dziwactwach nadmiarowej uprawy zatrutych i zakazanych medycznie warzyw. Przedziwne budowle, wznoszone z resztek znalezionych w zaskakujących miejscach, nieludzkie, dalekie od czystości zapijaczonych Indian, ich tereny wielkości chustki do nosa, przekształcały ludzi z biegiem lat w warczące psy. Pani Jola, emerytowana urzędniczka milicyjna, przyjeżdżająca autobusem z odległego osiedla napadała na mnie regularnie, ilekroć nasze wspólne, działkowe przebywanie zaistniało.
– No zróbcież wy – mówiła zawsze przez wy – z tymi gałęziami – wskazując na pęd winogron. Kiedy próbowałam coś powiedzieć, jej równie tłusty mąż wychodził z domku, przypominającego budę dla rosłego psa, przejmował od słabej kobiety rolę bardziej męską naubliżania mi ze wspomnieniem śp. mojego ojca, przewracającego się przez mnie w grobie z powodu działki. I że nic go nie obchodzi szpital i inne tłumaczenia, bo prawo jest prawem i do zarządu pójdzie.
– Dobrze – mówię do słuchawki Pawlakowi. Pojdę do zarządu, i dowiem się o co im chodzi.
– Błagam panią, niech pani do Zarządu nie chodzi, sami to między sobą załatwimy, po co mają pani działkę za darmo odebrać? Czy mogę do pani przyjąć do domu? W Zarządzie nikt o żadnej działce nie słyszał, nikogo ona nie obchodziła, a regularnie opłacana, nie stanowiła żadnego powodu do zainteresowania.

Zadzwoniłam do Pawlaka wieczorem.
– Jestem Bieńczycka – wie pan, ta z działki. Po zdemaskowaniu pawlaczej próby zastraszenia mnie, chciałam chociaż mieć satysfakcję, że rzecz zrozumiał. Chciałam też wyjaśnić, że po takim szlachetnym zachowaniu moich sąsiadów, rzeczywiście nie pozostaje mi nic innego, tylko działkę czym prędzej sprzedać, by ich już więcej nie oglądać.
– Pan, panie Pawlak, nie może być osobą, której sprzedam, mimo, że pan chciał, jak pamiętam, zawsze ją kupić, ze względu na przyjaźń z moim ojcem. Już zaproponowałam pewnej rodzinie i oni są zachwyceni, że ją posiądą.
– Dam więcej – boleśnie odburknął Pawlak.
– Panie Pawlak – proszę mi powiedzieć: skąd pan miał wiadomość, że działkę mi chcą odebrać?
– Ja plotek nie powtarzam! – obruszył się jeszcze gwałtowniej Pawlak.
– Ależ, to nie plotka, przecież nie wziął pan tego z powietrza! Skoro pani Jola nie doniosła, to skąd pan to wziął? Przecież widzi pan, że jesteśmy sąsiadami idealnymi, nikomu nie przeszkadzamy, nie awanturujemy się, nie pijemy, nie kradniemy. Dlaczego wam przeszkadzamy?
– Bo na działce trzeba pracować! – coraz bardziej wzburzony odpowiedział Pawlak.
– Jest w Statucie Zarządu, że jak dwa lata nie uprawia się działki, Zarząd ma prawo działkę odebrać i koniec!
– Ale – próbowałam łagodnym głosem obniżyć wzrastającą agresję – przecież Zarządowi nie przeszkadzałam, jedynie panu, dlaczego panu potrzebny jest widok pracującego fizycznie człowieka na nie swojej działce?
– Tak nie będziemy rozmawiać! – uciął moje pytania Pawlak.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Sieć

Dzisiejszy obchód osiedla uzmysłowił mi wielkimi bilbordami, że film “S@motność w Sieci” tkwi w mentalności społecznej jako dziewiętnastowieczny model melodramatycznych tęsknot, nie mających racji bytu ani w życiu realnym, ani w wirtualnym. Ciało, któremu pozostało jeszcze jedynie erotyczne przeżycie – jedynej, bezsprzecznej wartości w sieci nie rozpoczęło jeszcze swojego bytu, przetwarzane jest na razie na mentalne wizerunki samego siebie. I tak ten wsobny proces prowadzi do bezwzględnej samotności, która nie ma nic wspólnego z medytacją uwikłanego w hałas świata człowieka.
Nieudana próba tkwienia w alternatywnym do oficjalnych struktur (związek zawodowy) Stowarzyszeniu czy Partii, zaprowadziła mnie do takiej osobności, jakim jest blog. I, jeśli teraz odwiedza mnie kilka osób, których z powodu niskiej jakości licznika nawet nie potrafię zidentyfikować, to działa tu mechanizm czasopisma “Nie”, które podobno zawdzięcza swą poczytność skandalicznym wypowiedziom redaktora Urbana o tych, którzy to pismo czytają. Oczywiście, pastwienie się na kimś na blogu w zamian za odwiedziny jest propozycją nudną i jałową, a wszelkie pomysły na braterstwo, poligamię uczuć i solidarność, do czego sieć powinna dążyć, oddalają się bezpowrotnie. Dlatego wirtualny, blogowy onanizm, dający przyjemność smutną, choć i niewątpliwą, czeka z pewnością niezliczoną, pojawiającą się w sieci codzienną porcję nowo powstałych blogów.
Sztuka, która miała zawsze przesłanie publiczne i społeczne, oparta na indywidualizmie, jego emanacji i promieniowaniu, staje się powoli hodowlą wsobną i degenerującą się. Toteż z czasem pewnie blog będzie artystą, a artysta blogiem równie zdegenerowanym. Tylko film “S@motność w Sieci” zmyli cześć odbiorców, którzy wydawszy na bilet miesięczną opłatę internetową ulegną złudzeniu, że przeżyli coś wyjątkowego.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Fora ze dwora

Sieciowe forum nie różni się wiele od utrwalonych zachowań znanych ze szkoły, pracy, czy innych wspólnot. Pierwsza niechęć do bezbronnego Nowego, maskowana rzadko obłudną grzecznością, jest tym bardziej bezwzględna, że nie chroni wchodzącego ani uroda, ani ranga społeczna w postaci np. munduru. Trudno wkupić się w forum portalu sieciowego nie dysponując przydatnym branżowo nazwiskiem. Można czasami postraszyć zagadkowym nickiem, ale ma to krótkie nogi dla kogoś, kto swoje życie oddaje nałogowi internetowego bywalca i pragnie zaistnienia własnego, a nie cudzego egocentryzmu. Tak więc powoli, na naszych oczach wspaniałe narzędzie komunikacji międzyludzkiej zamienia się w dyrektorski telefon, za pomocą którego można sobie człowieka „wypożyczyć” lub mu coś „załatwić”. Karą na całe szczęcie w Internecie są topniejące gwałtownie rzesze kibiców, widzów, podziwiaczy czy posłusznie terminujących i oczekujących na łaskawość. Bowiem naszczekanie w celu przepędzenia gościa z forum rzadko kończy się powrotem zniewolonego psa, mimo zwierzęcego charakteru operacji.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Lalki w sieci

Pamiętam je wszystkie, ich imiona i dzieje. Różę i Hanię, amerykańskie lalki, pewnie cenne dzisiaj z uwagi na historyczny i kolekcjonerski charakter, kupione przez babcię na ciuchach w Przemyślu, mam do dzisiaj. Ale Wojtek, którego mama wystała w kolejce akurat w momencie, gdy sąsiadka Buczkowska urodziła syna i nazwała tym imieniem, ze względu na wielkość – podobno nie mieścił się w tak ciasnym mieszkaniu – miał wymiar niemowlęcia – musiałam oddać. Mama zadecydowała, że już jestem za duża na lalki i zawieźliśmy Wojtka wypielęgnowanego i wypieszczonego młodszej o dwa lata kuzynce. W następne wakacje Wojtek goły i brudny, z wyrwanymi rękami, tkwił w kącie ich werandy, już przeznaczony do wyrzucenia.

Moi synowie nie bawili się lalkami, natomiast pojazdy uczłowieczały się w ich odczuwaniu w sposób nieprawdopodobny. Pamiętam, gdy z pierworodnym poszliśmy do Spodka na Cyrk prowadzony przez Krzysztofa Maternę i Wojciecha Mana, numer klaunów z rozpadającym się samochodem doprowadził moje dziecko do spazmów płaczu. Nie pozostawało nam nic innego, jak zrezygnować z dalszego oglądania cyrku i odprowadzani podejrzliwymi spojrzeniami publiczności, ze wstydem wyjść.

Syn przynosił wieści o Darku, który wymyślił zabawę w gilotynę i ścinał głowy swoim plastikowym lalkom, które w tajemnicy wyrzucał. Ale dopiero, gdy kupiłam w Pewex-ie pierwsze ATARI – zabijania wirtualnych zabawek przez gromadzącą się w naszym domu dzieciarnię nie było końca. Dzisiaj daremnie wymagać w sieci innego traktowania niż w komputerowej grze. Dlatego tak trudno pewnie bywalcom cyberprzestrzeni zrozumieć, o co w lalkach Bellmerowi chodziło.

Zaszufladkowano do kategorii dziennik duszy | Dodaj komentarz