Wspominać, wspominać, wspominać!
Ewa Kuryluk starsza ode mnie niemal o dekadę, pamięta inne obrazy wczesnego dzieciństwa nie spowodowane czasem, a wybraniem. To dziecko książęce i bez względu, jak się przedstawi opresję człowieka, urodzonego w kraju przegranym, zniewolonym, anektowanym, zawsze trzeba pamiętać o wybraniu. Dzisiejszy procent od wybrania, ta wykorzystana w pełni szansa europejskiego wykształcenia, dzisiejsze otwarcie liczących się światowych galerii sztuki dla polskiej artystki, to przecież nie legenda amerykańskiego pucybuta. I tego w książce nie ma. Wprawdzie jest to kreacja artystyczna, a Ewa Kuryluk w wywiadach udowadnia, że historia jej życia jest historią uniwersalną, potrzebną światu, by kamuflaż – jak pisze, Polska to kraj kamuflażu – rozszyfrować, to jest to próba skłamana.
Książka stworzona jest jak w filmie, z poszczególnych odsłon, z szarości, które wtapiają się w miarę narracji w siebie, nie dbając o chronologię, mają wywołać grozę mimochodem. Szalenie trudne zadanie, by w cienkiej książeczce powiedzieć skrótowo, a zarazem czule o miłości do osób najbliższych, minionych. Osób, które tają wstydliwe fragmenty życia. Chociażby ten, czysto literacki. Matka autorki wydaje niepozorną książeczkę dla młodzieży w 1946 roku „Jędrek i Piotr”, gdzie swoje wstrząsające doświadczenie z domu dziecka zamienia na narzędzie propagandy.
I chomik, jako przeciwwaga do patosu, do cierpienia. Zabieg sztuczny i nieprawdopodobny. Gryzoń pozbawiony inteligencji szczura, uczuciowości psa, (kto miał chomika wie, że nigdy nie nawiązuje), zwierzę absolutnie fikcyjne, produkt laboratoryjnej hodowli człowieka, przeznaczony na dziecięce udręczenie, mogący żyć jedynie w niewoli. Ginie uciekłszy z klatki, z tortury „rowerka”, eufemistycznego przyrządu zastępującego więzienny wybieg, zaklinuje się wskutek obżarstwa spowodowanego strachem wśród mebli lub rur kanalizacyjnych. I, jeśli dzieciństwo autorki i jej brata mogło upływać w klimacie zabaw z „Goldim” to bawiący się nim ambasador komunistycznego państwa w powojennej Austrii jest śmieszny.
A sztuka? To przecież usiłowanie dochodzenia do prawdy wszelkimi możliwymi sposobami. To też i fikcja, i ekshibicjonizm. A zawsze dawanie świadectwa.
Miałam rok, jak umarł Bierut. Wyły syreny i dzieci, siedzące pod stołem umierały ze strachu. Z nieba rozrzucano z samolotów białe ulotki namawiające do wsparcia reżimu. Matka podwórkowego kolegi, Kuby, późniejszego absolwenta konserwatorium, niedawno zmarłego alkoholika, każdą noc przez otwarte okno wykrzykiwała przerażona swoje wspomnienia żydowskiej dziewczynki z Oświęcimia. Chłopcy przynosili wydłubywane z ziemi, wbrew zakazom, pociski. Całe dzieciństwo to strach i nadchodząca wojna. W każde wakacje ludzie wykupywali ze sklepów cukier i landrynki. Rodzina mojej matki leczyła rany po rozstrzelanej ciotce wraz ze lwowską inteligencją. Szkolne koleżanki spłonęły w Oświęcimiu. Kamienica ledwo wybudowana przez dziadka architekta w Przemyślu zabrana. Nie zapisany do PZPR mój ojciec nie awansował. Nauczył się hiszpańskiego i wyjechał na Kubę, gdzie w ramach kontraktu umożliwiono nam egzotyczne wakacje. Ambasada w Hawanie robiła rauty z okazji 22 Lipca dla wszystkich zatrudnionych tam Polaków. Rodziny pracowników ambasady były izolowane. Jako małej dziewczynce udało mi się zobaczyć syna konsula z kijem do golfa i w odpowiednim, jak książę, stroju.
Czerwona burżuazja nie tylko miała się dobrze na szczeblu dyplomatycznym. Syn lokalnego kacyka bez problemu potrafił zdominować i podporządkować sobie szkołę i nauczycieli.
A sztuka? Ewa Kuryluk opisuje nieznośne nauczanie jej w domu rysunku pastelami przez zaprzyjaźnionego profesora warszawskiej ASP. Pastele? Polski przemysł pasteli, pojawiających się w książce, nie produkował. Trzeba było mieć dyplom akademii, by dostać przydział na zagraniczne materiały.
W moim liceum plastycznym nauczyciel malarstwa powiedział nam, że kto ma talent, sobie poradzi. Że Van Gogh malował z braku farb i nędzy fusami od kawy na gazecie. I jak malował! A przecież nawet i to było nieprawdą.
Ewa Kuryluk
Goldi
Twój Styl 2004