Witold Gombrowicz Jean Dubuffet „Korespondencja”

Rzeźby Dubuffeta pamiętam z Centre Pompidou z lat siedemdziesiątych: zdecydowane, sformułowane formy przestrzenne wielkości człowieka z “legerowskim” rysunkiem i charakterystycznym obrysem.
Czy były wśród tylu indywidualności tych lat wielkie?
A jednak po trzydziestu latach czytając dialog z Gombrowiczem artysta staje się wielki.

Może porywa dramaturgia listów – od pierwszego, delikatnego rozpoznania partnerów, po nieśmiałe odnajdywanie pokrewieństwa, braterstwa „wspólnej sprawy”.
A ta wspólna sprawa, to kultura.

Na ile Gombrowicz, po przymusowej argentyńskiej banicji szukał własnego odbicia w duchu sławnego artysty? Uznanego przez oficjalną sztukę, z którą przecież się wadził nieustannie, na ile wadzenie było jednak pokonaniem jej i w sumie zaistnieniem („walka o sławę”)?
Tego listy nie wyjaśnią.

Roczna wymiana poglądów pisarza z malarzem, przerwana śmiercią Gombrowicza, jest zaledwie początkiem wielkiej dyskusji o stanie ducha naszej cywilizacji.
Dokończy ją, powołując się lojalnie na Gombrowicza, Baudrillard chociażby w eseju „Spisek sztuki”.
Ale wszystko, co potem rozwinęli dzisiejsi badacze kultury, co postmodernizm dokonał przy pomocy finansowej mecenatu państwa z jego szczelną organizacją wzajemnie zachwycających się sobą mianowanych profesorów i artystów, powodujący całkowite zarżniecie i sprzedaż sztuki komercji – to ten dialog listowny zapowiada.

Gombrowicz polemizuje z Dubuffetem, artystą u szczytu sławy, którego kontrowersyjne poszukiwania artystyczne weszły już na trwałe w obieg sztuki oficjalnej.
Metafora sztuki jako “papierosa” – będącej jedynie używką, a nie autentyczną ludzką potrzebą, jaką sztuka być powinna, to argument Gombrowicza.
Tej metaforze przeciwstawia Dubuffet pień drzewa, obrastający nowymi kręgami, symbolizujący odradzanie się sztuki.

Dubuffet w odpowiedzi na próby powrotu „renesansowego malarstwa” odnajdywał duchowość pochylając się nad twórczością wariatów szpitali psychiatrycznych (Antonin Artaud), dzieci autystycznych, oraz nad pierwotnymi rytami rzeźb totemicznych.
Materia z jakich tworzy:sztuka powinna wywodzić się z tworzywa w sensie duchowym od niego powinna zapożyczać swój język. Każde tworzywo ma swój własny język toteż nie ma potrzeby podporządkowywania go innemu językowi i ma sakralizować wybór.

Gombrowicz uderza jednak ostrożnie, by nie utracić korespondenta, mimo ustawicznych pochwał i pozornie jednakowego kierunku walki o współczesny im świat artystycznych wartości, w zasadność tworzenia, przyglądając się podejrzliwie jego skutkowi:
Gdybym był panem Malraux, rzuciłbym wielkie SOS: Francuzki, Francuzi, strzeżcie się! Nasza wielka zabawa w malarstwo staje się zbyt kłopotliwa. Za dużo malarzy, obrazów, muzeów, znawców, krytyków, marszandów, analiz, dyskusji, wielkości, sławy itd. Za dużo. Stop. Dość. W konsekwencji zarządzam: 1. Zawieszenie wszelkich studiów nad malarstwem na uniwersytetach, a zwłaszcza wstrzymanie produkcji doktorów i profesorów. 2. Utworzenie Instytutu Weryfikacji, którego zadaniem będzie ustalać stopień autentyczności naszego podziwu dla malarstwa. (Przykład: osoba testowana ma spośród wielu niesygnowanych obrazów wybrać jeden dobry, jeden zły Sprawdzamy co naprawdę zapamiętała z obrazu, który rzekomo podziwia. Sprawdzamy czy dysponuje ona wystarczającą kulturą ogólną, żeby mieć autentyczną relację z pewnymi malarzami itd.). Drogą tych doświadczeń i dociekań spróbujemy ustalić: 1. Udział procentowy najzwyklejszego snobizmu w jej reakcjach. 2. Deformację spowodowaną wychowaniem, tą gloryfikacją malarstwa, która dopada nas już w dzieciństwie. 3. Deformację — o wiele poważniejszą —wynikającą z tego, że nasze reakcje wobec obrazu kształtują się „między” nami (gdy w sali koncertowej publiczność klaszcze, oklaski mojego sąsiada wywołują moje i vice versa, tak że sala „wybucha entuzjazmem”, choć naprawdę nikt nie odczuwa entuzjazmu). 4. Należałoby także przedsięwziąć studia historyczne, żeby sprawdzić, jak czynniki nie mające nic wspólnego ze sztuką przyczyniały się w ciągu wieków do umacniania malarstwa (powstanie ogromnego rynku z setkami tysięcy ludzi, którzy z tego żyją i są zainteresowani narzucaniem innym wiary w malarstwo oraz sami chcą się utwierdzić w tej wierze). 5. Wytworzyć atmosferę powszechnej nieufności, sceptycyzmu wobec malarstwa, by się przekonać, czy potrafi się jej ono oprzeć. To tyle, żeby lepiej Panu ukazać moją postawę i moją politykę. To zaledwie szkic. Mówię, co myślę, choć może to być dla Pana denerwujące. Robię to, gdyż uważam Pana za głowę otwartą, nie lękającą się rzeczywistości.
Dubuffet odpowiada:
Na koniec chciałbym dać wyraz zdziwieniu, że kwestionuje Pan wyłącznie malarstwo. Wszystko, co Pan mówi o nim, stosuje się tak samo do pisania, zresztą do każdej innej formy ekspresji. Oczywiście, że wszystko opiera się na języku umownym („róża”), wytyczającym ich granice, wskazującym ich przestrzeń. Proszę jednak zastanowić się nad moim bielem. Konwencjonalnym bardziej lub mniej, konwencjonalnym na różnych poziomach. Strzeżmy się zacierania różnic między tym, co bardziej wynika z umowności, a tym, co wynika z tejże umowności mniej. Z umowności, która, zależnie od przypadku, będzie mniej lub bardziej delikatnym ciałem, bądź też starym gnatem. Ciałem zapożyczonym wprost i biernie, bądź też sekrecją osobistą — ale ze starego gnata. W zupełności podpisuję się pod Pańskim SOS. Ależ tak, nadmiar kłopotów: nazbyt dużo wielkości, sławy itd. Popieram. Oczywiście również w odniesieniu do pisarzy; i do filozofów (cudownie wyważających otwarte drzwi, cudownie i z wielkim hałasem rozgłaszających to, o czym od zawsze wie każdy pastuch baranów). Aprobuję dekrety, chciałbym tylko nieco zmienić Pański numer 2. Niezbyt dobrze trawię określenie „obrazy dobre i złe”. Obawiam się, że Pańska idea, jakoby istniały obrazy dobre i inne, które są złe, nie tylko została źle ujęta, lecz że implikuje ona również jakąś wiarę w wyimaginowane transcendencje przysądzające piękno pewnym formom lub zestawieniom form albo kolorów; tymczasem malarstwo (chyba że to najgłupsze) w ogóle nie posługuje się takimi pozbawionymi wszelkiej podstawy banialukami. Wierzyć, że celem malarstwa jest wykorzystywanie pięknych form w dziełach, to wierzyć, że troską pisarza jest klasyfikowanie liter alfabetu podług ich urody a jego poszukiwania miałyby polegać na wykorzystywaniu słów zawierających, dajmy na to, więcej lub mniej spółgłosek wargowych albo syczących. Czy są słowa brzydkie i ładne? Oprócz tego jest coś w tym dekrecie nr 2, co nie bardzo mi odpowiada: słowo „autentyczny”. Co to znaczy „autentyczny”? Do jakiego poziomu bielu (bądź starego bielu, przekształconego w twarde drewno) odnosi się „autentyczny”? „Autentyczne” to coś bardzo niepewnego, mglistego. Także i tu trzeba pogodzić się z „mniej” i, „więcej”—z bardziej autentycznymi mniej autentycznym — bo czysty autentyzm z pewnością nie istnieje. Teraz odnośnie do punktu piątego, do nieufności i sceptycyzmu. Ależ tak! Pilnie tego potrzeba! Lecz nie tylko w malarstwie, nieprawdaż? Także w literaturze, gdzie brak nieufności i sceptycyzmu jest jeszcze większy. Dziwacznie, doprawdy wymyślił Pan sobie, że Pańskie propozycje mogłyby dla mnie być „denerwujące”. Skądże. One idą w moim kierunku. Tyle że są mniej śmiałe od moich. Zdaje mi się, że mój nihilizm niweluje wszystko radykalniej i pozostawia czystszą tabula rasa niż Pański. Sądzę, i muszę to powiedzieć, że aby znak nihilizmu uległ odwróceniu, aby stał się on funkcją pozytywną i na powrót twórczą, nie może oszczędzić nic z tego, co go poprzedziło. Musi panować sam i całkowicie. Dopiero wtedy włącza się w całą zabawę.

Najprawdopodobniej “nihilizmem” Dubuffeta jest dzisiejsza dekonstrukcja postmodernizmu i możliwość zburzenia i zbudowania sobie nowego sztuce nie wyszło na dobre, nawet jeśli poszukiwania utraty boskich sił twórczych sięgały, tak jak u Dubuffeta, tak głęboko.
Styropianowe rzeźby Dubuffeta z pewnością symbolizują naszą epokę i nowe słoje przyrosłe do pnia kultury.
I chyba zasadne jest pytanie o materię tych słojów, w którą, z całą galanterią oddaną epistolarnej grzeczności, Gombrowicz powątpiewał.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Staw w lesie

Niepokój gdzieś na czubku sosen
osiadł igłami pożądania.
Idziesz po lesie. Pies nos marszczy.
Pies się opuścić pana wzbrania.
A rozkosz plecie długie włosy.
A rozkosz pełza śladem słońca.
Po polowaniu siedzi Diana
o d p o c z y w a j ą c a.

Zaszufladkowano do kategorii 2000 | Dodaj komentarz

Syn

Nie zdążę spraw tak oczywistych:
jedzenie, spanie, ubieranie
umieścić w ruchach mimochodem,
rozdanych zawsze roztkliwieniem…

Przeszło z ostrości znów w kształt mglistych
chwil, jak wspomnienie w zapomnienie:
jakby w skwar lata dmuchnąć chłodem
to niemowlęce rozbawienie…

Otumaniona minut biegiem,
przesianych latem lip zapachem,
rozklekotanym wózkiem wiozę
dnie i tygodnie bez powrotu…

Jeszcze czarujesz min szeregiem,
chwalisz się już przeżytym czasem,
dziecięcą, najuczciwszą pozę:
zakłopotaniem bez kłopotu…

Zaszufladkowano do kategorii 1980 | Dodaj komentarz

Maleńki w pomidorach

Jest niebo różne jak pogoda,
zapachem farby i udręki,
drżące listeczki jeszcze dodam:
przez drżenie pędzla drżeniem ręki.

Jest urodziwa trawa młoda,
składa się w rymy i piosenki,
lecz w świeżej farbie wyschła woda:
przy głuchej barwie puste dzięki

Jest duży wózek, a w nim szkoda,
tych minut w których traci wdzięki,
ukryty w ciężkich pomidorach
Mały, Malutki i Maleńki.

Zaszufladkowano do kategorii 1975 | Jeden komentarz

Jacek Dehnel “Lala”

W tym wypadku będę zawsze w pozycji uczestnika literackiego big- brothera. Niemal codziennie odwiedzając największy portal poetycki w Polsce spotkanie z Jackiem Dehnelem jest nieuchronne, szczególnie, że nie ma w Nieszufladzie tak równie inteligentnej, dowcipnej, oczytanej i pracowitej osobowości.

Obfotografowany dokumentnie przez witrynę Gil Gillinga, (ostatnio też z rodziną), odgrodzony od komunistycznego waciaka strojem, sztukę Dehnel chcąc nie chcąc tworzy medialnie i jak na czasy w jakich żyjemy, adekwatnie.

Przemądrzały młodzieniec o dużym poczuciu własnej wartości to idealny materiał na dzisiejszego idola literatury, bowiem w zalewie nieustannie wydawanych książek łatwiej jest sportowo śledzić poczynania swojego faworyta, niż rozpraszać się na drobne (talenty).
Jacek Dehnel to lubi, pozbawiony romantycznego szaleństwa i nieśmiałości (Masłowska).

Debiut prozatorski Dehnela to zużycie materiału do własnego wizerunku artysty, tym razem historycznego.
Według statystyk organizowanego kilka lat temu przez Jerzego Pilcha konkursu na opowiadanie, nadesłano najwięcej utworów z własną babcią w roli głównej. I tak też jest z debiutem powieściowym Jacka Dehnela.

Imienniczka mojej babci stanowi centrum rodzinnej sagi, skąd rozgałęziają się losy przodków autora i osób towarzyszących snutym opowieściom.
I byłby to może przełom w sztuce, pragnącej powrotu powieści z jej magicznym przesłaniem i unieśmiertelnieniem minionych egzystencji, uwolnionych już od pierwowzorów przez artystę- demiurga i żyjących jedynie bytem w dziele sztuki.
Wątpliwe jest jednak dokonanie cudu przemiany w potrawie tak przyrządzanej. Nawet, gdy produkty wyjściowe w postaci prawdziwych osób i ingrediencji, w postaci prawdziwych uczuć, są tak przekonujące.
Jest jakaś ściana, izolująca ten rodzinny raptularz od dzieła sztuki, gdzie, mimo perfekcyjnie zbudowanych zdań, poetyckich opisów, obcujemy w dalszym ciągu z obcą nam rodziną, której plotkarski charakter zajmuje nas jedynie z uwagi na fenomen sukcesu i popularność publiczną autora.
Chwalebne i nobliwe ocalane od zapomnienia wartości, które po wojnie znajdują jedynie azyl w prowincjonalnym Domu Kultury, nie upoważniają jeszcze przyporządkowania powieści do kultury wysokiej, do której niewątpliwie dąży.
Może właśnie przeszkadza relacja wnuczka do podejrzanej prawdy zawartej w opowiadaniu tak bliskiej mu uczuciowo osoby. Jakość materiału przeradza się w pewnym momencie w jego przeciwieństwo: galeria osób prestiżu społecznego i piastowanych funkcji, duma w tym zawarta nie podlega przecież jakości duchowej, biegnącej zupełnie innym torem.
Przyszpilone, nazwane i ubarwione tendencją rodową, własnym wizerunkiem, dumną ochroną dobra rodziny, nawet łagodzone tendencyjną ironią komentarzy wnuczka, jak i drastycznymi opisami starczej degradacji fizycznej babci Wandzi, pozostają jedynie w pierwotnym, reporterskim domniemaniu, zamglone pamięcią i autokreacją.
Toteż nawet tak wyrafinowane pióro, jakim dysponuje poeta i doskonałość warsztatowa, nie jest w stanie zamienić przyczynkarskiego charakteru powieści na pokazanie fenomenu ludzkiego losu w czasie historycznym i kosmicznym.
Jest jedynie barwnym dopełnieniem biograficznym u progu literackiej kariery, dopełnieniem, czynionym przez artystów zazwyczaj w bardziej zaawansowanym wieku.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Do widzenia

Ja mówię zawsze do widzenia,
chociaż milczenie metalowe
jest lepsze. Żadnym słowem
nie zranisz. Bo milczenia nie ma.

Ja mówię zawsze do widzenia,
chociaż udajesz, że nie było
nic. Że to nadmiar. I, że miło
jest znać zdarzenia bez znaczenia.

Ja mówię zawsze do widzenia
ale się żegnam. Ale nie ma
nas już w istnieniu. Pokolenia
całe czekały na spotkania.

A ty nie słuchasz. Od niechcenia
pytasz i czekasz. Twarz masz martwą
przestrzeń zastąpić po mnie warto
kimś, kto nie mówi: do widzenia.

Zaszufladkowano do kategorii 2003 | Dodaj komentarz

Deszcz

deszcz.jpg

Zaszufladkowano do kategorii obyczaje | Dodaj komentarz

Judasz

Wtedy, gdy byłeś w Sanhedrynie
pieniądze były przecież nieme.
A krzyczał wszechświat. Twoje imię
już nieśmiertelne. Tylko w niebie

skonsternowanie. Byłeś z tych
co dotykali dłoni białych.
I, jak On szedł, to życia przepych
nasycał skały.

Byłeś oczami w dniach triumfu
świadkiem, gdy dawać było myślą.
A te srebrniki to gest buntu
twojego wobec dzisiaj. Przyszłość

przecież to właśnie niewolnicza
zapłata za lojalność Piekła.
Przez wieki będzie pieniądz krzyczał
za to, że niema jest ucieczka.

Zaszufladkowano do kategorii 2005 | Dodaj komentarz