Królowa Saby

Dzień zimny dzisiaj był z zarania.
Nie muszę w zimnie pisać wierszy.
Nie tobie pierwszej mnie się kłaniać.
A żądasz – nie ty pierwszy.

Wiedz, że z południa w splendor dworu
królowa równa majestatu
twego przybywa. I ubioru
nie ma, prócz złota i szkarłatu.

Jeśli siedziba twa północna
i tropik w niej się chłodzi,
majestat mój, to prawomocna
krew pomazańca: odejdź.

Zaszufladkowano do kategorii 2005 | Dodaj komentarz

Fernando Pessoa „Bankier anarchista”

Trzecia pozycja, obok „Księgi niepokoju” i przewodnika po Lizbonie wydana w Polsce spośród 24 tysięcy nie wydanych kartek, pozostawionych w legendarnym kufrze, to książeczka wielkości szesnastokartkowego, szkolnego zeszytu.

Nie wiadomo dlaczego udostępnianie pism geniusza modernizmu postępuje tak wolno.
To właściwie filozoficzny dialog, z przewagą monologu tytułowego bankiera, który z anarchisty społecznego, staje się anarchistą indywidualnym.
Ta przypowiastka z nietscheańskiego problemu pana i niewolnika czyni kontrowersyjny dylemat byłego członka grupy anarchistycznej.

Bankier, który skutecznie zdobył pieniądze w amoralny sposób, wykorzystując wszystkie możliwości kapitalistycznego rynku, snuje opowieść, w jaki sposób z anarchistycznej czynnej walki, wskutek własnych przemyśleń, wykonał przeciwną woltę społeczną i udowadnia jej logikę i konsekwencję.

W kawiarni opowiada przyjacielowi drobiazgowo drogę wewnętrznych kalkulacji, która zaprowadziła go do konkluzji, że jedynie pieniądz daje w konsekwencji wolność.
Pochodził, jak i czterdziestu anarchistów stowarzyszenia – z rodziny biednej i nie wykształconej.
On i jego towarzysze, niezadowoleni z panującej, jak to określił, fikcji społecznej, winnej ich niedoli, czytając liczne broszury i odezwy przeznaczone na swoją miarę i zrozumienie, skierowali cały sprzeciw na ich likwidację.
Odstępstwem od towarzyszy było zauważenie, że tyranią, z którą zespołowo walczyli, porażona jest ich grupa, ubezwłasnowolniająca członków, na rzecz wzajemnej dominacji i nacisków silniejszych jednostek nad drugimi.
Pomysł, by każdy z nich na własną rękę prowadził walkę z tyranią społeczną, spotkał się z ich przerażeniem i jednogłośnym sprzeciwem.
Zauważył więc, że stadne zachowanie, strach przed samodzielnością, nie mające nic wspólnego ani z moralnością, ani pozorowaną chęcią polepszenia świata, są jedynie ich naturalnym zachowaniem, prowadzącym do zaniku potencjalnych możliwości rozwoju inteligencji i kreacji.
Energia, jaką skierował na walkę z własnymi słabościami, również całkowita bezwzględność wobec bliźniego, doprowadziła go do wniosku, że jedynie tak można pokonać naturę, która jest sprawą indywidualną każdego człowieka i wolność, jaką można uzyskać, jest nią ograniczona.
Dążenie do takiej wolności, w wypadku opowiadającego, realizowana w granicach tych uwarunkowań, jest, według niego, jedyną możliwością człowieka, bezradnego wobec przekraczającej możliwości jednostki zmiany świata, co może udać się tylko wskutek rewolucji.

Puentą utworu jest paradoks finalnej drogi świadomości społecznej bankiera, uzasadnionej właściwym wyborem bezwzględnego zdobywania pieniędzy. Jest smutną konkluzją, że w świecie, w jakim mu przyszło żyć, to jedyny, możliwy akt wolności człowieka, który postanawia nie oddawać życia na zmarnowanie.

I, że anarchistą prawdziwym w zastanym świecie można być jedynie tak:
Już ci powiedziałem, przyjacielu, już ci dowiodłem, a teraz jeszcze raz powtarzam… Różnica między nami jest tylko jedna: oni są anarchistami w teorii, ja w teorii i w praktyce; oni wyznają anarchizm mistyczny, ja – naukowy; oni są anarchistami, którzy uginają kark, ja jestem anarchistą, który walczy i wyzwała… Jednym słowem: oni są pseudoanarchistami, ja jestem anarchistą prawdziwym.

Zaszufladkowano do kategorii czytam więc jestem | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Wolność wyboru

Niedzielne wybory do władz miasta sugerują, że mam jakiś wybór.
Ogromne wizerunki wyretuszowanych na sentymentalnych dobroczyńców ludzi świadczą o tym, że będą nami rządzić osobniki nie z tej Ziemi.
Nie tylko oczy zajęte są na ten czas maksymalnie. Również uszy okupują megafony samochodów, wiozących na lawetach ich powtórzenia, zazwyczaj otyłe i zniżone jednakowym poziomem z przechodniem, czynią zjawisko strasznym i na długo wybijającym mnie z codziennej medytacji.

Tak to już jest z rozgrymaszonym losem ludzkim. Codziennie w skrzynce pocztowej znajduję tony listów z dołaczonymi małymi portretami adorujących mnie meżczyzn i kobiet, zapewniających o swojej dozgonnej miłości. Tylko ciągle nie nadchodzi list od tego, którego ja kocham.

Nie sposób mojej mamie wytłumaczyć, że sonda uliczna, w której przechodnie zachwycają się prezydentem naszego miasta, to tylko płatny spot reklamowy. Gdyby prezydent opłacił ich głosy krytyczne, byłby jeszcze większym idiotą.

Tak też jest w literaturze. Słowa Stanisława Brzozowskiego o krytyce, są jedynie legendą Młodej Polski: Sztuka każdej epoki mówi nam, co dzieje się w niej z człowiekiem, z jego istotą najgłębszą. Krytyka winna te dzieje odczytać. Winna zrozumieć właściwości i odrębność każdej duszy ludzkiej, wypowiadającej się poprzez dzieło sztuki, odnaleźć jej wartość wewnętrzną i ukazać jej miejsce w systemacie innych wartości. Innymi słowy: krytyk musi być najgłębszą i najsubtelniejszą świadomością moralną danej epoki(…). Jeżeli przede wszystkim zrozumie, że i ją obowiązuje ta sama zasada pracy, że słowem, znaczenie będzie miało w niej to tylko, co jest tą pozytywną pracą, tj. rozwiązaniem jakichś rzeczywistych zagadnień, z którymi walczą artyści, czy to moralnych, czy to filozoficznych, czy to estetycznych. Krytyka dziś jest pasożytniczką. Żyje ona kosztem artystów, przerabia tylko treść przez nich dostarczoną, jeżeli służy im, to w drodze i w kierunku reklamy. Krytyka ma służyć sztuce, rozumiejąc tę swoją służbę tak, że zagadnienia sztuki rozważać, rozwiązywać powinna w związku z zagadnieniami ludzkości.
Młoda Polska, a raczej Polka, z którą literackie zaznajomienie zawdzięczam blogowi „Literatura” Lecha Bukowskiego, ma inny stosunek do krytyki literackiej. Zamieszczony na tym blogu jej wizerunek, wśród największych tuzów kultury światowej, zachęcił mnie, bym przeczytała recenzje utworów, o których też na blogu moim pisałam.
Ponieważ Pani dr Magdalena Miecznicka jest drukowana w tak prestiżowej prasie kulturalnej jak “Tygodnik Powszechny”, muszę przyznać jej rację. Chociażby z tego jedynie powodu, że mój internetowy blog nie ma publicznej mocy.

Jest jednak szansa symbiozy.
Rozpropagowany na stronach Internetu wyborczy billboard kandydatki Ligii Polskich Rodzin, zawierający taki tekst: ”Magister fizyk Ewa Missała Twoim posłem”, doczekał się w miejscach, gdzie go postawiono, bogatych w treść dopisków lokalnych artystów sprayu, donoszących, jakoby widniejąca tam kobieta świadczyła indywidualne usługi też im, nie tylko społeczne.

I jest to może wyjście, gdyż szalety miejskie, ściany i billboardy w dalszym ciągu są wolnym miejscem na kolejne zniewolenie w ironii.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Akt w futrze

Zaszufladkowano do kategorii obyczaje | Dodaj komentarz

Upał

Okna zamknięte i żaluzje
upału nie wpuszczają. A on
dziurką od klucza za dnia wejdzie,
potnie powietrze wentylator.

W chłód metra przez ruchome schody.
Ruch każdy, to za duże ciepło.
Metro zawiezie, gdzie ogrody.
Gdzie są fontanny na to piekło.

Tam woda bije kaskadami,
kropelki rosy twarz oblepia.
I wracać trzeba znów schodami,
a na powierzchni miejski beton.

Ludzie wzdychają. Ocierają
pot i coś piją wciąż, i piją.
Na klombach kwiaty umierają.
Następny dzień. Upał nie mija.

I tylko w parku zwyczajowo
Murzyni w piłkę nożną grają.
Ich ciała błyszczą w słońcu zdrowo
tak, jakby lato wiecznie trwało.

Zaszufladkowano do kategorii 2003 | Dodaj komentarz

Agata

Teraz, kiedy mieli samochód, nie było to takie uciążliwe. Ale przybyło lat i gdy zbliżały się wakacje, a dzieci pozostawały w domu, nienawidziła tej pracy. W czasach, gdy musiała wstawać o 5 rano, żeby dotrzeć na autobus jadący godzinę, dzieci były małe, a ona młodsza. Zbliżała się do czterdziestki i poczuła starość.
Była sobota. Wcześniej wykłóciła się u szefa, że soboty ma mieć wolne. Zadzwonił jednak i kazał przyjść.
Jechała wściekła. Nowa malarka, która od jakiegoś czasu robiła swoje bohomazy na kaflach miała ją uczyć. Ją, która od 16 roku życia nie robi nic innego, tylko maluje.
Dopiero teraz zorientowała się, że pozycje jej w fabryce są słabe. Jej, która jest tu od początku, od jej powstania. Próbowała walczyć. Oburzyła się, że nowa z jej pędzli zrobiła miotły. Kupili oddzielne pędzle. Powiadomiła wszystkich, że nowa używa szklanek i kubków do rozrabiania trujących barwników. Pojawiły się plastikowe naczynia. Wreszcie zakwestionowała wartość pracy nowej. Zbyli ją grzecznym milczeniem.

Dzisiaj poznała nową. Była o 20 lat starsza i mogła być jej matką. Zdawała się nie angażować w pracę, ani jej zbytnio na niej zależało. Jednak ją, Agatę, nic nie oszuka.
Nowa spełniała wszystkie, nawet najgłupsze życzenia szefów zakładu. Pracowała szybko i łamała wszelkie zasady, jakich Agatę nauczyli w szkole zawodowej.
Rozmawiały ze sobą jak stare znajome podczas wspólnego malowania. Jedynie tak Agata mogła dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. W każdej chwili przecież mogą ją wyrzucić i zatrudnić na jej miejsce nową. Szczerze jej nienawidziła.

Nowa została polecona w momencie, gdy zakład przeżywał kryzys. Powstawało wiele konkurencyjnych zakładów, a naszkliwne zdobienie reliefów kafli przestało się podobać. Motywy ludowe były niemodne. Zapanowała moda na starożytność i malarstwo pompejańskie. Klienci po kwiatach i zwierzętach zapragnęli mieć ludzi.
Pięćdziesięcioletni szef nie chciał zatrudniać artysty plastyka. Jako były dyrektor budowlany, nie miał pojęcia o malowaniu. Był fanatykiem nie tylko piłki nożnej, interesował go każdy sport na poziomie.
Z pogardą wpadał jak burza do zakładu, kontrolował pracowników w sadystyczny sposób i nie gasząc nigdy papierosa, pogrążał się w układaniu wielogodzinnych czynności, które pracownicy mieli wykonać, a na których wykonanie nie starczało im i tak czasu. Po wydaniu rozporządzeń wracał do domu i nareszcie pogrążał się z butelką piwa w fotelu, naciskając kanały eurosportu.
Nową polecił mu jego kolega szkolny, zainteresowany w innej jakości kafli, które obiecał rozprowadzać po bardziej jasnych klientach.
– Kafle zdobione przez Agatę to szmira – powiedział.
Mam malarkę, po akademii, klepie biedę, zrobi ci to za grosze, zatrudnisz ją na czarno. Zresztą, wprowadzi ci jakieś nowe pomysły, ożywi. Co, nie stać cię na to?
Ostatni argument przeważył. Spotykali się przy eurosporcie i afiszowali zdobyczami. Ostatnio powiedział mu mimochodem, że kupił córce konia i domek letniskowy. Przy kłopotach jego fabryki szczególnie zabolało.

Tej soboty zadzwonił do Agaty. Zawsze miał jakieś opory właśnie przed nią. Zatrudniał 15 robotników, dwóch Rosjan na czarno i bezrobotną młodzież. Wszystkich zdołał złamać i zeszmacić. Dwudziestoletni Andriej, po 2 latach uwięzienia w jego fabryce był cieniem człowieka i młodości. Dziewczyny traciły wdzięk i ślęcząc całymi dniami przy szlifowaniu i gąbkowaniu, przejmowały szary kolor nie wypalonej gliny. Słynne kartki, które każdy pracownik dostawał z zadaniami, nigdy nie mieściły się w dniówce. Nawet najwięksi podlizywacze i ambicjonerzy bez szkody na jakości nie zdążali, a jakość była najważniejsza. Kończyli bez satysfakcji dobrej pracy, zawsze z poczuciem nie sprostania.

Nowa malowała rożne motywy starając się zaistnieć jak najlepiej. Przychodziła na drugą zmianę. Z trudem wynegocjowała 3 krotną stawkę Agaty. Miała do fabryki 20 km i właściwie ta praca zabierała jej wszystko, co mogła przeznaczyć na pracę twórczą. Jednak otrzymana gotówka, bez starania się o klienta i pewność otrzymania zapłaty za włożoną pracę motywowała ją . Była tu od niedawna. Marazm i monotonia, wzajemna nienawiść i nienawiść do niej za wyższą stawkę jeszcze jej nie dosięgnęła.
Agata była szczera. Malowały i opowiadała nowej swoje życie naturalnie, jakby każdemu należało się jej życie opowiedzieć. Nie było to kierowane do nowej. Taka autoprezentacja, taki wypełniacz rozmowy. Dla nowej intymność wypowiedzi wydawała się jej wyróżnieniem i powierzeniem. Cieszyła się, że pozyskała tak od razu zaufanie Agaty. Życzliwie wsłuchiwała się w słowa, komentowała i oburzała w stosownych miejscach.
Sobota upłynęła szybko. Namalowały dużo nowych wzorów. Jednak próby pomocy, czy uwagi ze strony nowej odnośnie jej malowania, nie znajdowały w Agacie rezonansu, ani zainteresowania.

Agata pracowała już od ukończenia podstawówki. Przy fabryce porcelany utworzono zasadniczą szkołę z internatem i zatrudniano w fabryce. Mając 16 lat zaszła w ciążę ze starszym o 20 lat formierzem, ojcem dwójki dzieci. Kobiety, malujące złote paski zazwyczaj miały trudności z zajściem w ciążę. Zakład dawał mleko i śmietanę na odtrucie, ale nawet zapłodnione, znosiły ciążę źle. Agata była na tyle młoda, że pokonała wszystkie biologiczne utrudnienia i nawet zaszła w ciążę ponownie. Dzięki swojemu zdecydowanemu charakterowi i przerażeniu formierza, rozwiodła go i pobrali się. Mieli już jakieś mieszkanie dla najuboższych. Wróciła do pracy i ze zdwojoną energią brała nadgodziny, a zakład znając jej sytuację, pomagał. Alimenty dla porzuconej rodziny stanowiły połowę pensji męża, toteż szybko wyeksmitowano ich z mieszkania za nie płacenie czynszu. Agata zmobilizowała wtedy wszystkie swoje siły i zdołała jednak wychodzić skromniejsze i biedniejsze, ale samodzielne mieszkanie.
Państwowy zakład porcelany upadł i wszyscy zostali zwolnieni. Odpowiedzieli z mężem na ogłoszenie. Szef miał kapitał z rozpadającej się fabryki domów z początku działo im się nieźle. Ale nie tak, by mogli czuć się bezpiecznie. Pensje zawsze były skromne z obietnicą lepszych stawek. Mijały lata, dzieci poszły już do szkoły, a oni w dalszym ciągu oddawali całe swoje życie temu zakładowi, który upadał.
– Za drogo sprzedają – mówiła Agata, szukając przyczyn. Wszyscy się bardzo starali i właściwie nikt nie wiedział, co dzieje się w ostatnich stadiach produkcji. Dystans zarządzających do załogi był olbrzymi, sympatie i grzeczność wytwarzała tylko pena.

Nowa przyjeżdżała na rowerze. Rower nie był tak upokarzający, dawał poczucie wolności. W kaflach tylko było magnetyczne to, co odbierali klienci na targach i wystawach: wolność i swobodę rzuconego niedbale motywu. Czy były to pejzaże, czy scenki rodzajowe, zawsze ich odrębność, indywidualność i wolność wewnętrzna przebijały. Agata nie mogła pojąć tego mechanizmu, zniewolona pracą od najmłodszych lat nie rozwinęła się i nie wiedziała o tym.
Zakład powoli upadał. Szef, nie mobilizowany sukcesami finansowymi, bombardowany smutnymi doniesieniami z giełdy, pogrążał się coraz bardziej w nieróbstwie i apatii. Wpadanie do zakładu, symulowanie pracy, połajanki i wściekłość na pracowników stały się histeryczne. Coraz rzadziej wzywał nową do malowania, by jej nie płacić i tak o wiele wyższej stawki. Wszystkie zlecenia, podpatrzywszy pracę i sposoby malowania nowej, wykonywała Agata.
Tymczasem kafle, malowane przez nową w niezależnych kręgach, nabrały rozgłosu. Firma dekoracji wnętrz zamówiła serię dla bogatego klienta. Ona gdzieś wyjechała, było lato. Ściągnięto ją z wakacji i jak zwykle, za umówioną stawkę, zabrała się do pracy.

Było upalne lato. Agata ciągle przychodziła do pokoju, gdzie malowała nowa. W czasie tego zlecenia ważnego przesunięto ją do upokarzającej pracy gąbkowania kafli. Ale to był przecież jej pokój, jej malarnia. Stały tu jej rośliny w doniczkach, jej pędzle i farby. Wchodziła wiec bezceremonialnie podlewać kwiaty, myć ręce i palić papierosy.
– Coś długo mnie tu nie było! Julia próbowała przerwać milczenie stojącej Agaty.
– Bo takich wzorów nie potrzebują – powiedziała spokojnie. Tylko moje, naszkliwne.
Zamykając drzwi, wyszła.

Nowa malowała długo. Większość pracowników już ukończyła pracę. Właściciele fabryki dawno rozjechał się luksusowymi samochodami. Agata stała na czatach. Widziała za matową szybą drzwi malarni i pochyloną w czerwonym kitlu sylwetkę nowej. Wiedziała, że wstanie dopiero, jak ukończy malowanie. Jej mąż już od dłuższego czasu miał przygotowane duże szczypce do ciecia kafli. Rower nowa zapinała na zewnątrz w załomie budynku. Podszedł do tylnego koła i włożył je w widelec. Lekko wygiął.
Dał znak Agacie, a ona wróciła do zajęć.
Kończyli. Nowa posprzątała warsztat pracy i wyszła. Sąsiednie drzwi też się otworzyły. Agata z mężem wychodzili. Otworzyła im grzecznie. Dumnie przeszli. Agata trzymała w dłoni zapalonego papierosa. Nie obejrzała się, ani pożegnała. Weszli do swojego starego, zniszczonego fiata.
Nowa podeszła do roweru. Sprawdziła powietrze. Wsiadła.

Dopiero w połowie drogi tylne koło wyleciało z widelca. Droga wiodła pod górę i dlatego nie upadła. Próbowała je włożyć i wtedy nadłamana końcówka widełek urwała się.
Przechodzący ludzie nie zwracali na nią uwagi. Zmierzchało. Wyjechała w upale, ale teraz było jej zimno.

Zaszufladkowano do kategorii 2003 | Dodaj komentarz

Syndrom Szeherezady

Przecież od lat Szeherezady
jedynie noc ciągnie się długa.
Jeśli tok przerwę, nie dam rady
kontynuować, twa usługa
jedynie bycia, a nie chcenia
inercją: śmierci zaniedbaniem.

To cóż za szkoda! Kres mówienia
odpoczywaniem w innym stanie.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz

Dobranoc

Już noc i muszę spać. Urwane
z tobą kontakty pismem ciągłym.
Przerwę, a staniesz się podatny
na zapomnienie. Wiekopomny
jest sojusz nasz, nasze bywanie

w piśmie, którego wspólna mowa
była wcześniejsza, niż poznanie.
Odchodzisz – ja cię nie pomniejszam
dniem, co nadchodzi. To pisanie
może znów dane razem. W słowach

jest ciągłość, w słowach czasu nitka,
którą jak poręcz słodko chwytam.
To w niej ratunek, nawet wręcz
me ocalenie w przeszłych bytach,
które odważnie z tobą wikłam.

Zaszufladkowano do kategorii 2006 | Dodaj komentarz